Pograj i posłuchaj #1: Life is Strange

Długo zastanawiałem się, czego dotyczyć mógłby pierwszy cykl postów na moim blogu. Wiecie, kilka wpisów o jakiejś określonej z góry tematyce, ale w każdym kolejnym byłoby coś nowego. Jakby się uczepić to można powiedzieć, że krótkie recenzje filmów, które skrobię raz na jakiś czas, są pewnego rodzaju cyklem. Niby tak, ale to po prostu jest jedyna najrozsądniejsza forma pisania artykułów właśnie w tematyce filmowej. Ja jednak chciałem czegoś bardziej konkretnego, co mogłoby zaciekawić Was, ale i mnie podczas pisania. Wtedy zauważyłem, że nie było tutaj jeszcze niczego o grach. Komputerowych, konsolowych, w ogóle grach. A w nagłówku bloga zdecydowanie widnieje pad, prawda? Dlatego trzeba ruszyć z kopyta i wnieść trochę życia w tę tematykę!

„Pograj i posłuchaj” będzie serią kilku (lub kilkunastu, zobaczymy) postów, które pojawiać się będą… w różnym czasie. Nie chcę nakładać na siebie sztywnych terminów, ale postaram się o pewnego rodzaju regularność. W każdym wpisie główną rolę odgrywać będą inne tytuły gier, które uważam za godne polecenia każdemu miłośnikowi pecetów i konsol. Jednak szczególnie pod uwagę brać będę samą grywalność, czyli to, co teoretycznie posiadać powinna każda szanująca się gra, a także… ścieżkę dźwiękową. Jeśli oba aspekty uznam za wybitne (lub przynajmniej bardzo dobre) to znajdą swoje miejsce właśnie w tym cyklu. Błyskotliwe, prawda? Przynajmniej według mnie, a jeśli tak sądzę, to mogę to zrobić!

Life is Strange - Logo

Tyle słowem wstępu. Pierwszym bohaterem „Pograj i posłuchaj” będzie zeszłoroczna produkcja, która szturmem podbiła serca fanów na całym świecie – Life is Strange.

Podstawowe informacje

„Życie jest dziwne”, bo tak w wolnym tłumaczeniu można przełożyć tytuł gry, jest produkcją wykonaną przez francuskie studio Dontnod Entertainment, które wcześniej nie mogło poszczycić się zbytnim sukcesem na rynku gier wideo. Przed premierą ich najnowszego dzieła, głośno było jedynie o grze Remember Me, która mimo wszystko spotkała się z mocno średnimi ocenami krytyków, jak i graczy. Na szczęście nie odbiło się to na Life is Strange, czyli stojącej na naprawdę wysokim poziomie przygodówce w perspektywie trzeciej osoby. Tytuł ten zaliczany jest do kategorii „epizodycznych”, co oznacza, że w dniu premiery nie mieliśmy dostępu do całej produkcji, bowiem została ona podzielona na pięć części, które ukazywały się kolejno w określonym odstępie. Tak więc, kiedy Life is Strange świętowało swoją premierę w dniu 29. stycznia 2015 roku, do dyspozycji mieliśmy wówczas jedynie pierwszy odcinek z całej, wciągającej historii.

Co ma na celu tworzenie tego typu gier? Nie jest to pierwszy taki zabieg, ponieważ gry epizodyczne są ostatnio niezwykle popularne. Szlagierowym przykładem w tej dziedzinie jest niewątpliwie studio Telltale Games, którego każda gra składa się z kilku części, niczym opisywane Life is Strange. Jednak… po co? Najlogiczniejszą odpowiedzią jest fakt, że wówczas przeżywanie gry i jej obecność w centrum uwagi graczy diametralnie się wydłużają. Jeśli otrzymamy tytuł w pełnej wersji od razu, nic nie stoi na przeszkodzie, aby ukończyć go za jednym posiedzeniem. I bam, grę przeszliśmy, jesteśmy zadowoleni i sięgamy po inną. Zaś produkcje epizodyczne potrafią być rozciągnięte w czasie nawet do niemal roku. Gdy przejdziemy jedną część, czekamy na kolejną, aby potem oczekiwać na jeszcze następną. Wielu może to denerwować, ale prawda jest taka, że dzięki temu bardziej zżywamy się z bohaterami i zagłębiamy w całą historię. Swoją drogą… Temat gier epizodycznych to chyba dobry wątek na osobny post ;)

Life is Strange - Max i Chloe
Epizodyczna gra przedstawia losy dwóch przyjaciółek – Max i Chloe.
Źródło: fullhdpictures.com

Wytworem francuskiego studia zainteresował się niezwykle popularny wydawca z Japonii – Square Enix. To dzięki niemu możliwe było, aby o grze usłyszano niemal na całym świecie, a odpowiednio przeprowadzona kampania promocyjna pozwoliła na osiągnięcie takiego sukcesu, jaki sobie postawiono. O produkcji mówiono długo przed premierą, ale i po niej. Właściwie, przez cały rok 2015 nie było cicho ani przez moment. Najpierw informacje o długo wyczekiwanym, pierwszym epizodzie pod koniec stycznia, potem niecierpliwość i ogłaszanie dat premier kolejnych części całej przygody, aż w końcu w październiku wszystkie oczy i ręce graczy spoczęły na ostatnim odcinku, który zamykał całą historię, a wraz z nią magiczną otoczkę, która wytworzyła się w społeczeństwie gry przez minione dziewięć miesięcy. Pod koniec zeszłego roku wiele portali branżowych, krytyków oraz graczy było jednomyślnych – Life is Strange to ścisła czołówka najlepszych tytułów 2015 roku. O ile nie sam jej wierzchołek.

Grywalność

Mechanika gry nie jest wymagająca i jestem pewien, że bez problemów poradzi sobie z nią każda osoba, nawet taka, która z grami nie ma za wiele wspólnego. Przez większość czasu po prostu śledzimy wydarzenia na ekranie. Czytamy dialogi między bohaterami, oglądamy różnego rodzaju sytuacje, a to wszystko wprowadza nas w niepowtarzalny klimat i wyjątkowo interesującą fabułę, która z każdą chwilą nabiera tempa. Kiedy jedynak nie zostajemy postawieni w roli obserwatora, otrzymujemy możliwość kontrolowania naszej głównej bohaterki – Max Caulfield (nowej uczennicy w szkole dla osób uzdolnionych artystycznie). Robimy to w bardzo prosty sposób – używając strzałek lub liter WSAD na klawiaturze. Zależy, co bardziej preferujemy. Do tego dochodzi jedynie myszka, która służy do obracania ekranem i wybierania przedmiotów lub postaci, z którymi chcemy wejść w interakcję.

W tym momencie sterownie jest bardzo podobne do gier w stylu „point-and-click”, których lata świetności przypadają na przełom XX i XXI wieku, ale na szczęście powoli znowu stają się popularne (m.in. właśnie dzięki Life is Strange i grom wspomnianego wcześniej studia Telltale Games). Kiedy na ekranie pojawia się przed nami napis, oznacza to, że możemy dokonać pewnej interakcji z danym obiektem. Jeśli jest to człowiek – możemy do niego zagadać, gdy wybierzemy myszką opcję „Rozmawiaj”. Często do wyboru mamy także wiele innych możliwości, nie tylko na ludziach, ale przede wszystkim przedmiotach martwych. Możemy je podnosić, jeśli są nam akurat potrzebne, przyglądać się im dokładnie, co może nakierować nas na pewien trop, a nawet robić zdjęcia, żeby zwiększyć swoją kolekcję osiągnięć w grze. To ostatnie polecam szczególnie tym, którzy uwielbiają zbierać nikomu niepotrzebne, ale jednak dające satysfakcję odznaczenia.

Life is Strange - Mechanika
Gra nie wymaga od nas wiele. Sterujemy wyłącznie strzałkami i myszką.
Źródło: theskinny.co.uk

Wspomniałem o szukaniu poszlak. Czemu? Często z grze pojawiają się segmenty, kiedy aby pchnąć fabułę i wydarzenia do przodu, pokonać musimy jakiś mniej lub bardziej skomplikowany etap. Nigdy nie jest to coś nad czym spędzimy długie godziny, ale parę razy trzeba się pogłowić nad rozwiązaniem zagadki lub wykazać niemałym refleksem, aby uratować naszego przyjaciela (lub nie tylko). Razem ze wspomnianą wyżej mechaniką poruszania się tworzy to wspaniałą całość i wzajemne dopełnienie. Nie wystarczy tylko brnąć do przodu i na spokojnie przyglądać się przedmiotom oraz osobom wokół. Czasem należy też na chwilę wytężyć mózg lub przynajmniej spiąć mięśnie w palcach, aby osiągnąć zamierzony sukces i móc śledzić historię dalej.

A ona aż sama prosi się o jej kontynuowanie. Kiedy dopadłem ten tytuł kilka dni po premierze pierwszego epizodu, łyknąłem cały za jednym razem. Po prostu nie widziałem innej możliwości. Z kolejnymi częściami gry było identycznie. Nikt ani nic nie mogło mnie odciągnąć od wydarzeń na ekranie. Bo szczerze wątpię, że jest wśród nas osoba, której nie zainteresowałaby tematyka supermocy i cofania się w czasie. A szczególnie, że tą supermocą jest właśnie umiejętność cofania się w czasie! Tę zdolność odkrywa w sobie główna bohaterka produkcji – Max. I to zupełnie niespodziewanie, kiedy ratuje życie swojej dawnej najlepszej przyjaciółce Chloe, której pistoletem grozi jeden z najmniej lubianych w szkole uczniów. Nie ma się co dziwić, nikt nie znosi zadufanych w sobie nowobogackich, którzy uważają, że wszystko należy się im, bo ich rodzice mają coraz większe wpływy w całym miasteczku nad urokliwą zatoczką. No, mniej więcej tak to się prezentuje.

Fakt, że ratujemy życie naszej dawnej przyjaciółce sprawia, że po długich latach bez kontaktowania się, znowu zaczynamy spędzać ze sobą czas. I to prawie każdą wolną chwilę, co owocuje tym, że w Life is Strange mamy do czynienia z dwoma głównymi bohaterkami. Jedna z nich jest pod naszą kontrolą, a druga… no cóż… żyje własnym życiem i robi co chce. I wcale nie ułatwia tego to, że Chloe należy do grupy buntowniczych nastolatków. Jednak mimo to razem muszą stawić czoła wszystkim następstwom, które spotykają je przez cudowną moc, jaką została obdarowana Max. Czy cofanie się w czasie, naruszanie kontinuum czasoprzestrzennego i ogólnie bałagan wprowadzany w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości mogą skończyć się dobrze? To wszystko brzmi, jak oklepany i wszystkim dobrze znany motyw efektu motyla, który występuje choćby w filmie z roku 2004 o takim tytule. Może i po części jest to prawda, ale trzeba podkreślić, że twórcy Life is Strange sięgnęli po naprawdę dużo świeżych i innowacyjnych rozwiązań. Nie tylko w branży gier, ale i w tej właśnie znanej tematyce podróżowania w czasie. A wszystko podane jest nam w taki sposób, że nawet podchodząc do gry sceptycznie, nie będziemy potrafili od niej odejść.

Life is Strange - Cofanie się w czasie
Oto ona! Super Max i jej cofanie czasu przychodzą na ratunek!
Źródło: ppe.pl

Ścieżka dźwiękowa

Mocną stroną gry nie jest tylko jej prosta, ale momentami wymagająca mechanika, pomysłowa fabuła i bohaterowie. Grafika, choć dodaje do wszystkiego pewnej dozy magii i uroku, również nie jest wisienką na torcie. Prawdziwym asem z rękawa producentów z francuskiego Dontnod jest ścieżka dźwiękowa, o którą postarali się podczas tworzenia gry. Ta towarzyszy nam przez całe pięć epizodów, które dają nam mniej więcej 16 godzin pełnej rozgrywki. Muzyka jest dopasowana wręcz idealnie do klimatu całego tytułu. Choć można nawet śmiało stwierdzić, że to właśnie te starannie dobrane piosenki są głównym elementem, który tworzy tutaj tak wspaniałą i niepowtarzalną atmosferę, o którą naprawdę trudno w innych grach.

Bohaterowie opowieści i cały otaczający ich świat to nic innego, jak środowisko współczesnych nastolatków. Ludzi w wieku, w którym czują się po części zagubieni, ale także zmotywowani do działania. To wszystko wprowadza w głowie pewien niepokój przyćmiewany raz na jakiś czas błogą nostalgią i chęcią zatrzymania siebie oraz swojego upływającego coraz szybciej dojrzewania. Bardzo możliwe, że tak brzmi jedno z prawdopodobnie wielu wytłumaczeń, dlaczego twórcy Life is Strange sięgnęli przede wszystkim po muzykę niezależną i folkową z elementami współczesnymi. Oryginalnie, w języku angielskim, nazywa się ją „modern indie folk”. Jakkolwiek dziwnie i nieznajomo może to brzmieć, po wysłuchaniu utworów, które przygrywają w czasie rozgrywki, możecie szybko przekonać się do tego gatunku muzyki.

Cała ścieżka dźwiękowa składa się z 14 licencjonowanych kawałków, które usłyszeć możemy przez krótszy lub dłuższy czas w grze. Prym wśród nich wszystkich wiedzie francuski artysta Syd Matters, którego aż dwa utwory znalazły się na oficjalnym soundtracku. To właśnie jego „Obstacles” jest uznawane za główny motyw muzyczny Life is Strange, ponieważ usłyszeć je możemy zdecydowanie najczęściej ze wszystkich licencjonowanych kawałków. Nie tylko w samej rozgrywce, gdzie towarzyszy nam przy dwóch ważnych wydarzeniach, ale także na zwiastunach lub różnego rodzaju fanowskich filmikach publikowanych na YouTube. Piosenka ta stała się po prostu hitem i każdy gracz, który może pochwalić się ukończeniem swojej przygody z Life is Strange, na pewno zapamięta jej dźwięki i refren na długie, długie lata. Mi do tej pory, gdy włączam sobie ten utwór, pojawiają się przed oczami urywki z gry, przy których po raz pierwszy i ostatni miałem okazję usłyszeć „Obstacles”.

Oprócz niej, w grze znajduje się także masa innych charakterystycznych i wpadających w ucho piosenek, które odegrały w całości bardzo istotną rolę, a sami gracze pokochali je bezgranicznie. Jeśli chodzi o mnie, na długo nie zapomnę, jak w słuchawkach cicho przygrywał zespół Foals wraz ze swoim kawałkiem „Spanish Sahara” lub amarykańska kapela tworząca muzykę indie o nazwie Local Natives z utworem „Mt. Washington”. To tylko trzy perełki, o których wspominam Wam w tym momencie, ale musicie być świadomi, że na świetne uznanie soundtracku Life is Strange naprawdę zapracowały sobie wszystkie piosenki, które się w nim znajdują. I jestem pewien, że bardzo trudno byłoby Wam znaleźć profesjonalną recenzję gry, w której nie wspomniano by o tej niepowtarzalnej ścieżce dźwiękowej, która na serio robi robotę.

Jeśli jesteście ciekawi całości, koniecznie odpalcie sobie oficjalną playlistę od twórców gry na Spotify, gdzie za darmo możecie odsłuchać wszystkie utwory jeden po drugim. Jednak miejcie na uwadze fakt, że magię w najczystszej postaci otrzymacie dopiero wtedy, kiedy zagracie w Life is Strange i sami wczujecie się w tamtejszą historię oraz jej klimat. Gwarantuję Wam, że nie ma dla prawdziwego gracza lepszych doznań niż emocje i uczucie płynące zarówno z wizualnej, jak i dźwiękowej strony produkcji. A w tym przypadku można mówić o czymś wybitnym!

Przydatne linki:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close