Pograj i posłuchaj #3: To the Moon

Trzecia część serii i po raz kolejny miałem trudny orzech do zgryzienia. Poprzednim razem zmagałem się z uczuciem bezsensowności cyklu „Pograj i posłuchaj”, ale na całe szczęście zostało ono rozwiane, głównie z tego względu, że naprawdę przyjemnie jest mi dzielić się swoimi propozycjami gier, z których czerpać można przyjemność zarówno dla oczu, jak i uszu. Jednak tym razem chodziło bardziej o ambitniejsze podejście do wybrania następnego tytułu gry komputerowej. Chciałem polecić coś innego niż ostatnio. Zarówno Life is Strange, jak i Tales from the Borderlands to produkcje dość dobrze znane osobom interesującym się branżą. A ich porządna promocja i znani producenci tym bardziej świadczą o popularność. Ja jednak chciałem w kolejnym poście przedstawić coś zgoła innego. Niezbyt docenianego przez masę, niezareklamowanego, prostego, ale wybitnego.

To the Moon - PlakatTak oto po przejrzeniu niejednej listy najlepiej ocenianych gier (zarówno przez ekspertów, jak i zwykłych graczy) przypomniałem sobie o małej perełce wśród niezwykle popularnego gatunku gier indie. Skromne To the Moon, o którego istnieniu mogło nie słyszeć nawet wielu oddanych graczy, którzy obserwują premiery na przestrzeni ostatnich lat, jest tak naprawdę przygodą, do której warto zasiąść niezależnie od tego, jaki typ gier jest naszym ulubionym. A wszystko dlatego, że tytuł ten oferuje bogactwo niemal każdego aspektu niezbędnego do odniesienia sukcesu. Jednak tymczasem To the Moon pozostaje swojego rodzaju outsiderem. Niezasłużenie!

Podstawowe informacje

Przenieśmy się w czasie nawet do ostatniego dziesięciolecia poprzedniego wieku. To wtedy królowały gry dwuwymiarowe o tematyce przygodowej, które swoim wdziękiem nie powalały nas na kolana, ale mimo wszystko były cenione pod każdym innym względem. Trudno byłoby oczekiwać wówczas graficznych ustawień w jakości Full HD z najlepiej podkręconymi ustawieniami, jakimi oferuje współczesny rynek. Być może przywołuję teraz czasy oddalone na pozór o jedyne 20 lat, ale dla postępu technicznego jest to niewyobrażalny kawał czasu. To the Moon to produkcja z 2011 roku, która swoją stylizacją niezwykle przypomina stare, dobre tytuły na wczesne komputery lub nawet 8-bitowe konsole pokroju słynnego Pegasusa. Bardzo prosta grafika, której możliwości są niemal na siłę zrównane do minimum, to bardzo świadomy zabieg jej twórców, którzy wyraźnie pomimo obecnych możliwości w branży gier wideo postanowili nie przykuwać uwagi do wizualnej części produkcji, ale skupić się na jej właściwej treści. Jak przeczytacie w dalszej części – był to strzał w dziesiątkę.

To the Moon - Okno startowe
W oknie startowym mamy tylko trzy opcje.
Zaczynamy od początku, wczytujemy ostatni postęp lub wychodzimy. Nic więcej.
Źrodło: Steam

To the Moon to przede wszystkim niezbyt skomplikowana artystyczna przygodówka o tematyce science-fiction z elementami RPG. Mimo wszystko, nieszczególnie zostajemy przytłoczeni tymi gatunkami. A już na pewno nie, jeśli chodzi o sci-fi, którego cech charakterystycznych nie mamy zbyt wielu. Wszystkie dałoby się wymienić na palcach obu rąk, ale pod żadnym względem nie ujmuje to historii, w którą zostajemy wplątani. Wręcz przeciwnie, bo dzięki temu jest ona nam o wiele bliższa niż gdybyśmy zostali przeniesieni dziesiątki lat naprzód, a tamtejszy świat bardzo odbiegałby od tego, który aktualnie nas otacza. Nie, w To the Moon mamy do czynienia z science-fiction w najmniejszym stopniu, który prawdopodobnie w ogóle by nie istniał, gdyby tylko byłby inny sposób na zrealizowanie świetnie obmyślanej fabuły.

Gra ta jest o tyle wyjątkowa, że nie powstała dzięki wielkiemu, bogatemu studiu, które nowe produkcje wypuszcza jak z automatu, a każda z nich odnosi sukces na rynku. W tym przypadku za wszystko odpowiedzialne jest kilkunastoosobowe Freebird Games, które nie ma pokaźnego dorobku wykonanych przez siebie tytułów, ale efekty każdego z nich są niesamowite. Szczególnie, jeśli chodzi o tak zwany storytelling, który jest największym pozytywnym aspektem gry. Niezależne studio zostało założone przez Kana „Reivesa” Gao, któremu przede wszystkim przyświecał jeden cel – opowiadanie historii w formie interaktywnych narracji i muzyki.

Rozgrywka

Stało się. Zdecydowałem się na zastąpienie słowa „grywalność” tym, które widzicie powyżej. Tak, jak w poprzednim poście tej serii obiecałem sobie osobistą dywagację w tej kwestii, tak słowa dotrzymałem i jest jej rezultat. Ale w porządku, to niezbyt istotne. Zacznijmy od tego, w jaki sposób możemy nabyć To the Moon i osobiście sprawdzić, czy naprawdę gra ta jest tak wybitna, jak opisuję ją ja, ale też wielu krytyków lub znawców tematu. Na początku dostępna była wyłącznie na oficjalnej stronie twórców, jednak od 2012 roku możemy nabyć ją na popularnej platformie gamingowej Steam. Jej koszt to 8 dolarów bez centa, ale jeśli taka cena wydaje się niektórym zbyt duża, to na pewno po poświęceniu odrobiny czasu uda się odnaleźć tańsze alternatywy u wujka Google. Niemniej jednak uważam, że nie będą to pieniądze wyrzucone w błoto.

To the Moon - Interfejs
Grafika i interfejs są piękne w swojej prostocie. Nie potrzeba cudu wizualnego, aby otrzymać cudną grę.
Źródło: Steam

Aby móc w pełni cieszyć się rozgrywką, wymagana jest jedynie myszka komputerowa. Niezbędna jest tylko ona, a świadczy to o tym, że cała mechanika gry nie należy do tych skomplikowanych. Jeśli jeszcze ktoś nie zauważył, to zdecydowanie należę do osób, które preferują proste sterowanie w grach wideo. Poprzednie dwa posty z „Pograj i posłuchaj” świetnie to udowadniają. W To the Moon myszka pomoże nam w poruszaniu się postaciami, wybieraniu dialogów lub przewijaniu wypowiedzi postronnych bohaterów, a także podczas rozwiązywania łamigłówek, których występuje parę, ale nie są na tyle rozbudowane, aby potrzebne było korzystanie z innych przycisków na naszej klawiaturze. No chyba, że klawisz minimalizowania okna w przypadku, kiedy zagadka okaże się za trudna i będziemy chcieli szybko znaleźć jej solucję w internecie ;)

Prostota sterowania i samego interfejsu również nie są przypadkowe. Wiele znaków na niebie i ziemi mówi nam o tym, że sięgając po tę produkcję nie możemy oczekiwać typowych doznań znanych nam z komercyjnych i wysokobudżetowych gier komputerowych. Tutaj grafika jest prosta, sterowanie minimalne, jedyne co ma mniejszy lub większy wpływ na rozgrywkę to wybory naszych wypowiedzi podczas dialogów, ale tak naprawdę zmuszeni jesteśmy do tego, aby siedzieć, przyglądać się postępowi zdarzeń i przede wszystkim chłonąć to, co oferuje nam fabuła. Dla kilkunastu twórców To the Moon jesteśmy emocjonalnymi gąbkami. Oni kierują w naszą stronę najrozmaitsze uczucia, które wywoływane są naszym zainteresowaniem względem wydarzeń, a my wchłaniamy to wszystko i po prostu czujemy. Radość, potem zażenowanie, współczucie, smutek, euforię i ponownie rozczarowanie. Na rynku dostępnych jest wiele gier, które bawią się naszymi stanami emocjonalnymi. Jednak tutaj nie jest to zwykła karuzela uczuć. To rollercoaster, który z każdą minutą nabiera tempa.

To the Moon - Latarnia
Ta latarnia odgrywa w całej historii ważną rolę.
Źródło: Steam

Jeśli chodzi o fabułę to nie chcę pisać zbyt wiele. Wiem, zazwyczaj tak się stwierdza, kiedy to przychodzi moment, aby w jakiś sposób zarysować czytelnikom lub słuchaczom opowieść, która ukazana jest w jakimś dziele (nieważne, czy to w książce, filmie, czy właśnie grze). Jednak w tym przypadku naprawdę nie mam żadnego interesu w tym, aby naskrobać zbyt wiele i tym samym zepsuć zabawę wszystkim osobom, które jednak poczują jakiś impuls po przeczytaniu posta i zechcą osobiście przetestować opisywaną produkcję. Jejku, jak fajnie byłoby, gdyby chociaż jedna osoba rozważyła nabycie To the Moon właśnie dzięki moim słowom! W każdym razie – fabuła.

Cała opowieść zaczyna się od wizyty dwójki naukowców w domu usytuowanym niemal na odludziu. To w nim mieszka starzec, który właśnie powoli żegna się z życiem. Umierający mężczyzna przeżył naprawdę wiele, o czym doskonale przekonujemy się przez cały czas trwania gry. Jednak jak się okazuje, nigdy nie udało mu się spełnić największego marzenia, którego pragnął już od młodzieńczych lat. Chciał dostać się na Księżyc. Nam przychodzi zaszczyt kierowania działaniami wspomnianych właśnie naukowców, których fachem jest odwiedzanie umierających osób i oferowanie możliwości spełnienia najskrytszego marzenia tuż przed odejściem z tego świata. Jednak nie robią tego w normalny sposób. Tutaj do gry wchodzi chyba jedyny poważny element science-fiction. Wszystko dzieje się za pomocą specjalnej maszyny, dzięki której bohaterowie mogą przenieść się do wspomnień pacjentów i tam kierują ich myślami w taki sposób, aby ostatecznie umierająca osoba poczuła się, jakby naprawdę spełniła swoją życiową zachciankę. Sprawa jest więc prosta – naukowcy chcą, aby każdy mógł pożegnać się z życiem z uśmiechem na twarzy.

To the Moon - RPG
Jest i element RPG! Ale nie przyzwyczajajcie się – interfejs nie często jest aż tak bogaty.
Źródło: Steam

Szczegółów jednak nie będę przedstawiać. Historia jest na tyle bogata w wciągające dialogi, ciekawe zwroty akcji i nieprzeciętne poczucie humoru, że żadnymi słowami nie byłbym w stanie przedstawić Wam całej gammy emocji, które towarzyszą podczas rozgrywki. Kiedy wymieniałem uczucia, jakie produkcja może w nas wywołać, wcale nie robiłem tego w zupełnie przypadkowy sposób. Naprzemiennie wypisane pozytywne i negatywne emocje oddają to, co naprawdę tkwi w naszych głowach podczas śledzenia wydarzeń, bo te zmieniają się diametralnie, a tym bardziej nie raz zaskakują. Takiego scenariusza nie powinien wstydzić się żaden profesjonalny scenarzysta.

Jeśli szukacie zajęcia na kilka godzin, które zapewni Wam świetnie przedstawioną opowieść wywołującą łzy nie tylko smutku, ale również szczęścia, a do tego nie lubicie zbyt często martwić się sterowaniem i osobistą zręcznością – To the Moon to gra, której szukacie na dzisiejszy wieczór.

To the Moon - Na księżyc!
No to na księżyc!
Źródło: Steam

Ścieżka dźwiękowa

Trudno w tej grze szukać piosenek znanych wykonawców, które czasem dodają produkcjom smaczku. Kiedy podczas seansu filmowego usłyszymy kultowy hit wywołujący dreszcze na skórze to od razu nasze odczucia co do tytułu polepszają się kilkukrotnie. Wie o tym wielu reżyserów, jak i twórców gier, dlatego nie raz spotykamy się z kawałkami wkomponowanymi w historię tak, żeby gracze czym prędzej próbowali wyszukać w internecie zapadający w ucho utwór. Świetnie działa to na naszą pamięć i jeśli za kilka miesięcy lub nawet lat ponownie, zupełnie przypadkowo, usłyszymy daną piosenkę, to od razu przypomnimy sobie o grze, w której niegdyś została zasłyszana.

Dosyć bzdet, bo w końcu mówimy o soundtracku To the Moon, a ten niemal w całości został stworzony przez samego założyciela studia Freebird Games. Tak, wspomniany wcześniej pan Kan Gao jest również kompozytorem, więc nikogo nie powinien dziwić fakt, że pokusił się o stworzenie muzyki dla swojego własnego „dziecka”. A ta liczy sobie około 53 minuty, na które składa się aż 31 różnych ścieżek. Wszystkie z nich możemy oczywiście usłyszeć podczas rozgrywki, dla której znaczą niewyobrażalnie dużo. Potrafią zmienić panujący nastrój niemal w jednej chwili. W pewnym momencie możemy czuć, że nasze serce raduje się ze szczęścia, a pobrzmiewająca muzyczka jeszcze bardziej piętnuje to uczucie. Jednak po paru sekundach możemy być zdołowani nieprzewidzianym zwrotem akcji, któremu towarzyszyła dramaturgiczna melodia. Kanie Gao – zrobiłeś to dobrze!

Chyba najbardziej w pamięci zapaść może utwór „Everything’s Alright”, który również został napisany i skomponowany przez wspomnianego kompozytora, a wykonała go Laura Shigihara, która również wchodzi w skład studia Freebird Games. Efekt jest piorunujący, szczególnie jeśli mieliśmy przyjemność zagrać w To the Moon i usłyszeć piosenkę w odpowiednim momencie.

Warto w tym miejscu dodać, że cała skomponowana ścieżka dźwiękowa jest dostępna na serwisie Bandcamp, gdzie można ją zakupić i tym samym przyczynić się do wsparcia organizacji charytatywnych współpracujących z twórcami gry. Jeśli jednak nie planujecie zakupu wszystkich utworów, zawsze możecie przesłuchać je na YouTube, gdzie dostępne jest nagranie ze wszystkimi utworami w jednym filmie. Magia!

Przydatne linki:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s