Ja w 2016: Oglądałem, słuchałem i grałem

W pewien sposób działa to automatycznie. Kiedy przychodzą ostatnie dni grudnia, lada moment będziemy świętować Sylwestra, a następnie rozpoczęcie Nowego Roku, nie tak łatwo jest uniknąć małego podsumowania ostatnich dwunastu miesięcy. Nawet przed samym sobą, choćby w myślach! Właśnie tuż po Gwiazdce przychodzi czas, w którym to jako tako zajmujemy się drobnym ocenieniem naszego życia od stycznia do grudnia. Niektórzy spisują plusy i minusy na kartkach, inni robią to podczas pogawędek z przyjaciółmi, a pozostali wolą ograniczyć się do stwierdzenia „Było w porządku” lub „Oby następny był lepszy”, bo nie chcą zawracać sobie głowy.

Ja w 2016 - Sylwester

Postanowiłem zrobić coś podobnego, ale wyłącznie pod kątem tematyki mojego bloga. To, co szerzej dotyczy mojej osoby, zostawię dla siebie, a z Wami chcę podzielić się moimi przemyśleniami o tym, co oglądałem, czego słuchałem i w co grałem przez miniony, 2016 rok. Wybrałem kilka najważniejszych dla mnie tytułów lub nazw, które towarzyszyły mi przez większość ostatnich miesięcy lub po prostu z jakiegoś powodu są dla mnie ważne, jeśli chodzi o współczesną rozrywkę i kulturę. Już dawno temu narodził się pomysł, aby napisać tego typu post i ostatecznie zrobić to muszę. Choćby dla siebie, nie dla statystyk. Bo kto chciałby czytać subiektywne opinie przeciętnego studenta ;)

Film(y)
Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów + Doktor Strange

Każdy rok rozpatruję między innymi pod względem kinowego uniwersum Marvela. Dlaczego? Jeśli jeszcze ktoś tego nie wie (a jeśli czytacie tego bloga regularnie, to na pewno macie już o tym dosadne pojęcie), to uświadamiam, że ogromnie podobają mi się tego typu filmy. O superbohaterach właśnie z tej stajni. Widziałem do tej pory wszystkie, które wchodzą w skład całej serii kinematograficznej i za każdym razem, z coraz większą niecierpliwością, czekam na kontynuacje historii bohaterów tego świata. Nieważne, czy mają to być kolejni, wysokobudżetowi „Avangers”, czy przedstawienie zupełnie nowej postaci, która różni się od tych miłowanych przez miliony fanów, ale wciąż zasługuje na swoje 5 minut, jako że jest kreacją ciekawą. Rok 2016 świetnie to oddaje. Z jednej strony, w maju, na ekranach kin pojawiła się produkcja, która miała zarobić krocie. Nie wiem, czy czasem nie najwięcej spośród wszystkich dotychczasowych filmów Marvela. Trzecia odsłona przygód Kapitana Ameryki była o tyle wyjątkowa, że skupiała w sobie większość superbohaterów, których dotychczas poznaliśmy. Do tego doszły nowe postacie i tak oto powstała kasowa produkcja, która miała na celu zrobić ogromne widowisko dla miłośników akcji. Ostatecznie osiągnięto to, co chciano, i tym samym „Wojna bohaterów” znalazła specjalne miejsce w sercach wiernych widzów MCU. Działo się więcej i lepiej niż w obu częściach „Avengers”, dlatego wychodząc z seansu zostawiono nas z myślą „Co to dopiero będzie później!”.

Ja w 2016 - Kapitan Ameryka + Doktor Strange

A później przyszła kolej na „Doktora Strange’a”. Była to o tyle ciekawa pozycja (poza tym, że należała do Marvela), że wprowadziła do świata zupełnie nową postać, która nie jest byle jaka. Wiadomo było jeszcze przed premierą, że czarodziej stanie się liczącym i ważnym elementem uniwersum, które budowane jest już od dobrych kilku lat. Film jak najbardziej w tym utwierdza. Nie dość, że dostaliśmy widowisko, z którego nie można było wyjść obojętnym lub choćby bez lekkiego zachwytu, to w dodatku wyróżniało się na tle wszystkich poprzednich. Tutaj nie rządziła siła fizyczna i materialna, lecz duchowa i mentalna. To na tej płaszczyźnie obracał się cały początek, rozwój i finalny wizerunek Stephena Strange’a. Sukces, jaki odniósł ten tytuł, jest także idealnym dowodem na to, że świetnie sprzedają się nie tylko napompowane hollywoodzkimi gwiazdami i marketingiem produkcje. Renoma Marvela jest już na tak wysokim i pewnym poziomie, że trudno byłoby to teraz zepsuć. A co lepsze – reżyserzy, producenci, scenarzyści, aktorzy i cała reszta sztabu tworzącego pragnie więcej i idzie po więcej. Poprzeczka jest stale podwyższana nie tylko filmami skupiającymi w sobie Iron Mana, Kapitana Amerykę, Hulka i resztę palety superherosów, ale również tymi, które dopiero wprowadzają nas w historię jakiejś komiksowej postaci, którą kojarzą czytelnicy XX-wiecznych serii rysunkowych, ale nie większość przeciętnego społeczeństwa. Mimo tego, tabuny ludzi szturmują kina po więcej bohaterskich przygód. Przed nimi świetlana przyszłość. I to bliższa niż się wydaje!

Serial
Stranger Things

Temu fenomenowi spod szyldu Netflixa poświęciłem już cały długi artykuł we wrześniu, ale chyba niemożliwe byłoby, abym zapomniał o tym tytule w zestawieniu zamykającym rok. To była największa niespodzianka ostatnich dwunastu miesięcy, jeśli chodzi nie tylko o seriale, ale ogólnie produkcje filmowe. Jeszcze do premiery „Stranger Things”, która miała miejsce w połowie lipca, prawie nikt nie wiedział, czego się spodziewać. Prawda jest taka, że obecnie Netflix jest tak ogromną marką i nowymi produkcjami sypie niemal jak z rękawa. Co prawda wiadomo, że większość z nich jest przygotowana bardzo szczegółowo i na najwyższym poziomie, więc rzadko kiedy zawiedziemy się oglądaniem jakiegoś serialu, ale mimo wszystko trudno spodziewać się potężnego sukcesu na skalę światową, kiedy o produkcji jakiegoś tytułu wcale się nie słyszy, a reklamy po prostu brakuje. Tymczasem przychodzi 15 lipca, wszystkie odcinki przygód dzieciaków wyruszających na pomoc swojemu przyjacielowi zostają opublikowane, a po paru godzinach oceny, jakie uzyskiwało „Stranger Things”, były zdumiewające. Być może nawet dla samych twórców!

Ja w 2016 - Stranger Things

Często i gęsto w recenzjach oraz komentarzach podkreśla się, że serial ten nie posiada jakiejś wielce oryginalnej i świeżej fabuły. To prawda, o czym doskonale wiedzą ci, co seans mają już za sobą, a także w łatwy sposób przekonają się pozostali, którzy mają na celowniku obejrzenie serii składającej się z zaledwie ośmiu odcinków. Mimo tego, wszystkie inne aspekty sprawiają, że śledzimy wydarzenia z zapartych tchem i wielkimi oczami za każdym razem, gdy zdarza się coś nieprawdopodobnego. Świetną robotę wykonują tutaj ścieżki i efekty dźwiękowe oraz wizualne. Światło i scenografia niekiedy wywołują w nas większe emocje niż fabularne zwroty akcji lub działania i dialogi bohaterów. Chociaż trzeba przyznać, że i oni spisują się niesamowicie. Aż trudno uwierzyć, że to w większości dopiero początkujące dzieciaki. Tymczasem ich gra aktorska jest wyjątkowo wiarygodna, a my łykamy wszystko to, co dzieje się na ekranie. Pod każdym względem! Cały sezon obejrzałem w niecałe dwa dni. Dałoby się szybciej, ale nie jestem z tego typu ludzi, którzy potrafią przesiadywać godzinami przy filmach lub serialach. Jednak w tym przypadku – było blisko!

Muzyka
Taco Hemingway

Idę pieszo na wydział na kilka najbliższych godzin. Zakładam słuchawki i w drodze na zajęcia słucham rapowania Taco Hemingwaya. Jest lato, a ja korzystam z pięknej pogody i kolejny dzień z rzędu wybieram się na przejażdżkę rowerem. Idealny moment, aby założyć słuchawki i posłuchać Taco Hemingwaya. W końcu przychodzi listopad i widzę na Facebooku, że opublikowana została całkowicie za darmo nowa rap-płyta. Nie podłączam słuchawek, bo wolę podkręcić głośniki i posłuchać Taco Hemingwaya najgłośniej jak się da. W grudniu za to nie potrzebuję żadnego sprzętu do słuchania muzyki, bowiem staję w licznym tłumie fanów w zatłoczonym klubie i wyczekuję niecierpliwie koncertu. Po godzinie oczekiwania wskakuje na scenę Taco Hemingway i zaczyna porywać zgromadzonych swoimi zwrotkami.

Ja w 2016 - Taco Hemingway

Coś sporo tutaj o tym Taco, prawda? Dokładnie tak samo, jak było go pełno podczas mojego 2016 roku. Wszystko zaczęło się od tego, że wybrałem się na majówkę do Wrocławia, gdzie co roku, przez trzy pierwsze dni miesiąca, występuje tam masa znanych wykonawców i zespołów. Ogrom! Wśród nich był Filip Szcześniak i jego producent Rumak, którzy otrzymali nieco ponad godzinę na zajęcie setek, jak nie tysięcy zgromadzonych w Hali Stulecia. To był ten przełomowy moment, kiedy wiedziałem, że muszę dokładnie przyjrzeć się jego twórczości. A raczej posłuchać. Zgrałem wszystkie dostępne „epki” na telefon, a potem gwałciłem przycisk „Replay” gdy tylko mogłem. Samotne spacery, wolna chwila między zajęciami, jazda na rowerze. Nie było opcji, aby jakiegoś dnia nie przesłuchać choćby raz „Następnej stacji” lub „Szlugi i kalafiory”. W lato przyszedł kolejny mini-album i wraz z nim, automatycznie, ponowne wsłuchiwanie się bez umiaru w setki nowych wersów. Nie było odwrotu od tego, aby już na początku sierpnia zarezerwować bilety na grudniowy koncert w Toruniu, w którym studiuję. Bez wahania zrobiłem przelew, zupełnie jak w listopadzie, gdy pojawił się pierwszy album długogrający „Marmur”. W pełni darmowy do odsłuchu i pobrania, ale nie przeszkadzało to, abym wydał kilka dych na przedsprzedaż materialnej wersji płyty. Teraz stoi dumnie wraz z czterema wcześniejszymi „epkami” na półce. Nie mógłbym jeszcze zapomnieć o wspomnianym koncercie, od którego minęły nieco ponad trzy tygodnie. Ze wspomnień nikt i nic go nie wyrwie, bo nie dość, że byłem zdecydowanie bliżej sceny niż na wrocławskiej majówce, to jeszcze na godzinę po koncercie udało się złapać Filipa i zrobić z nim zdjęcie. Skleiliśmy pionę!

Aplikacja
Spotify

Można tutaj mówić o aplikacji, prawda? Rzeczywistość wygląda tak, że o wiele częściej używam programu, który ściągnąłem na mojego laptopa, niż „apki” na telefonie, ale od dobrych kilku lat system Windows posługuje się określeniem „aplikacja” nawet na programy komputerowe, więc… Zostańmy przy tym, że Spotify jak najbardziej tutaj pasuje! Serwis umożliwiający przesłuchiwanie setek tysięcy kawałków istnieje już od 2008 roku, a więc nowy i świeży to on w zupełności nie jest. Jednak postanowiłem go uwzględnić z dwóch powodów. Po pierwsze, nie miałem pomysłu na inną aplikację, która towarzyszyła mi przez sporą część ostatnich dwunastu miesięcy. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to gra „Subway Surfers”, ale bez przesady, nie będę tutaj wspominał o mobilnej gierce, w której zbiera się monety, skacze i unika pociągów. Chociaż wciąż uważam, że jest najlepsza na telefony i tablety. W każdym razie, pod drugie (i zdecydowanie ważniejsze), Spotify tak naprawdę dopiero od tego roku jest przeze mnie używane częściej niż raz lub dwa na kwartał. Tak to wyglądało do tej pory, a obecnie serwis oznakowany zieloną ikonką odwiedzam prawie codziennie.

Ja w 2016 - Spotify

Jednak głównie na laptopie. Spróbowałem kiedyś aplikacji mobilnej i stwierdziłem, że jest wyjątkowo nieprzyjemna i kłopotliwa. Wówczas nie było możliwości, aby przewijać piosenki, wybierać konkretnych utworów, a interfejs był dość ubogi i w dodatku nieprzejrzysty. Nie mam pojęcia, jak to wygląda obecnie. Nie sprawdzałem i jakoś nie mam zamiaru, bo nie potrzebuję tego. Wszystkie piosenki, które chcę słuchać podczas spacerów, mam zgrane na własną kartę pamięci. A kiedy jestem w swoim pokoju i mam dostęp do laptopa, to korzystam z wersji właśnie na niego. Ma mnóstwo funkcji, a brak konta premium nie odstrasza aż tak bardzo (co kilka piosenek poleci półminutowa reklama, która i tak nie jest wyjątkowo drażliwa). To głównie przemawia za tym, że darmowe korzystanie z komputerowego Spotify jest o wiele przyjemniejsze i praktyczniejsze niż mobilna wersja. Tam bez premium nie można prawie nic. Tyle, że playlistę wybierzesz. Dlatego polecam szczególnie pobranie muzycznego serwisu na swoje laptopy lub komputery stacjonarne. Nie będziecie wtedy musieli przejmować się wybieraniem następnych piosenek co cztery minuty!

Aplikacja + Gra
Pokemon GO

Możecie twierdzić co tylko chcecie. Jestem świadom tego, że wakacyjna rewolucja mobilna ma swoich zagorzałych wrogów, ale równie spore jest grono sprzymierzeńców a nawet wielbicieli. Łapanie popularnych stworków było fenomenem na skalę światową i zabawie oddawały się miliony osób na każdym kontynencie. Nawet w mojej małej, rodzinnej miejscowości znalazła się pokaźna liczba osób, która zagrywała się w „Pokemon GO” jeszcze przed oficjalną premierą aplikacji w Polsce. Tak, dało się to zrobić, sposób nie był trudny, a poradników w internecie było mnóstwo. To sprawiło, że dzieciaki i nastolatki zaczęły chodzić po ulicach ze smartfonami w rękach jeszcze na tydzień lub dwa przed ukazaniem się symulacji łapania Pokemonów w naszym kraju. A zjawisko było tak ogromne, że znalazło swoje miejsce nawet w telewizji i radiu, gdzie przedstawiano je w głównych wydaniach wiadomości. Z reguły nie były to obiektywne i przychylne przekazy, ale mimo wszystko stanowi to niezbity dowód na to, jak wielki szał zrobiła aplikacja od amerykańskiego dewelopera. Szkoda (lub nie) tego, że nie trwało to długo.

Ja w 2016 - Pokemon GO

Można powiedzieć, że „Pokemon GO” było modą typowo letnią. Tak, jak wakacyjne miesiące dobiegły końca, tak łapanie stworków dzięki telefonom powoli usuwało się w cień i traciło coraz więcej graczy. Mogę to potwierdzić na własnym przykładzie. W lipcu, kiedy wybuchł ten cały szał, sam znalazłem się wśród osób, które pobrały aplikację szybciej niż jej twórcy planowali ją udostępnić. Jeszcze tego samego dnia ruszyłem na polowania, które potrwały z dobre dwie godziny. Nazajutrz spacerowałem ze smartfonem w ręce po raz kolejny. Podobnie każdego następnego dnia przez… dwa tygodnie? Maksymalnie tyle czasu poświęciłem na łapanie Pokemonów. Potem aplikację po prostu odinstalowałem. Jakie mogły być tego powody? Albo najzwyczajniej się znudziłem, albo niewielka ilość stworków w moim mieście wprawiła mnie w złość. Może nawet jedno i drugie. Później, kiedy przyjechałem do większego Torunia, nawet nie pomyślałem o powrocie do „Pokemon GO”. Nie zmienia to jednak faktu, że trudno byłoby nie wspomnieć o grze, która w 2016 roku zrobiła wokół siebie światowy szał. Grali Polacy, Amerykanie, Japończycy i prawdopodobnie poniektórzy w Afryce. To był fenomen!

Gra
Rocket League

Wiem doskonale, że ta gra sportowa nie została wydana w tym roku. Zrobiono to wcześniej, bo w lipcu 2015. I już wtedy ją nabyłem i ogrywałem. Podbiła moje serce z miejsca. Sterowanie małym, kolorowym resorakiem, który jest częścią zaledwie dwu-, trzy- lub czteroosobowej drużyny piłkarskiej to coś, czego jeszcze nie było! A przynajmniej nie tak świetnie wykonanego i dopracowanego, bowiem „Rocket League” jest nowocześniejszą, odświeżoną wersją gry na PlayStation 3, której nazwa jest zbyt długa, aby ją przytaczać, ale w skrócie dumnie brzmi SARPBC. Po więcej możecie wygooglować. Produkcja studia Psyonix z miejsca odniosła sukces. I to dosłownie. Powodem jest nie tylko fakt, że gra została dopracowana pod każdym względem i jest najzwyczajniej bardzo grywalna, ale także zastosowano świetny ruch marketingowy. W lipcu 2015 roku, kiedy tytuł wchodził na rynek, postanowiono udostępnić go całkowicie za darmo graczom PlayStation, którzy co miesiąc opłacają konto premium. Ot, taka dodatkowa, nieprzewidziana nagroda. A skoro otrzymali „Rocket League” za darmo, to oczywiści go wypróbowywali. Okazało się, że tytuł zapewnia ogromną dawkę zabawy i wciąga jak mało która gra wysokobudżetowa. Pozytywne opinie podchwycili darmowi użytkownicy PS, Xboxa oraz komputerów osobistych, którzy jednak musieli wydać pieniądze, aby nabyć produkcję. Ale jak potem większość z takich osób (w tym ja) stwierdziła – opłacał się każdy grosz!

Ja w 2016 - Rocket League

Grę odpalam bez większej przerwy niemal od jej premiery. Zdarzają się oczywiście kilkudniowe zastoje, gdy nie mam warunków do podłączenia myszki, ale poza tym z chęcią do niej wracam choćby na kilkanaście minut, bo jest świetnym rozwiązaniem na nieco wolnego czasu. Główna tego zasługa leży po stronie krótkich, bo zaledwie pięciominutowych meczów, w których możemy brać udział naszymi samochodzikami. Do wyboru mamy lżejsze rozgrywki towarzyskie lub poważne pojedynki rankingowe, które plasują nas wyżej lub niżej w globalnej tabeli graczy. A wszystkich użytkowników „Rocket League” są setki tysięcy. Zagrać można z nieznaną osobą z drugiego końca świata (ale wtedy komunikacja i samo zwycięstwo w meczu nie należy do łatwych zadań) lub wraz ze znajomymi poprzez opcję wspólnej poczekalni. Nic tylko grać jeszcze przez cały 2017 rok!

Reklamy

2 myśli na temat “Ja w 2016: Oglądałem, słuchałem i grałem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s