Strażnicy Galaktyki vol. 2: Byłem w siódmym niebie. Znaczy się, w galaktyce!

Kinowe uniwersum Marvela przeżywa swoją złotą erę. Wskazują na to zapowiadane plany producentów wysokobudżetowych produkcji, którzy obiecują nam aż po trzy filmy superbohaterskie rocznie. Taki scenariusz ma odbywać się co najmniej przez najbliższych parę lat, co jednak nie powinno dziwić – adaptacje komiksowe cieszą się obecnie ogromną popularnością nie tylko wśród wieloletnich miłośników pierwowzorów, ale także fanów kina wszelkiego rodzaju. Tegoroczny maraton Marvela rozpoczął się wczoraj, 5 maja, kiedy do kin w większości krajów świata trafiła kontynuacja kasowego hitu sprzed trzech lat. Przez najbliższych kilka miesięcy otrzymamy też dwa kolejne filmy – zupełnie nowego Spider-Mana w lipcu oraz trzecią już przygodę Thora w listopadzie. Studia Disneya i Marvela zalewają nas coraz nowszymi propozycjami, ale czy te wysyp przekłada się na jakość? Jeśli tak, to tylko pozytywnie!

Strażnicy Galaktyki vol. 2 - Plakat
Źródło: filmweb.pl

Pierwsi „Strażnicy Galaktyki” zaprezentowani w 2014 roku byli pewną niewiadomą. Poprzedzający ich herosi pokroju Irona Mana, Kapitana Ameryki lub Thora byli już od lat obecni w powszechnej popkulturze i filmy o nich nie musiały zbytnio zawalczyć o uwagę widzów. Byli świetnie znani z łam komiksów, dlatego ich wielbiciele (i nie tylko) chętnie oglądali ekranowe przygody. Za to kosmiczna ekipa z Star-Lordem na czele nie była aż tak znana szerszemu gronu. Historyjki rysunkowe nie cieszyły się globalnym zainteresowaniem, dlatego te dziwne postacie o często kłopotliwych imionach mogły być trudnym orzechem do zgryzienia dla producentów i twórców filmu. Na szczęście nie wystraszyli się potencjalnych przeszkód, co finalnie zaowocowało tytułem prawdopodobnie najlepszej ówcześnie produkcji osadzonej w świecie Marvela. Tak, często uważanej za lepszą nawet od „The Avengers” skupiającego kultowych superbohaterów na jednym ekranie.

Ogromny sukces „jedynki” przełożył się na naprawdę wygórowane i potencjalnie trudne do spełnienia oczekiwania, które obrali zarówno wierni fani MCU (Marvel Cinematic Universe), jak i zwykli widzowie oraz krytycy filmowi. Niebanalny humor, wartka akcja i ciekawi bohaterowie – to i wiele więcej sprawiło, że pierwsza przygoda galaktycznego zespołu zawiesiła poprzeczkę niewyobrażalnie wysoko. Przyniosło to ze sobą także spore zainteresowanie i niecierpliwość związaną z premierą „Strażników Galaktyki vol. 2„. Za sterami produkcji ponownie stanął zasłużony reżyser James Gunn, a obsada pozostała niezmieniona ani w jednym przypadku, a nawet poszerzona o kolejne duże nazwiska w branży filmowej. Skoro znaleźli się tu nawet Kurt Russell i Sylvester Stallone, to musi to o czymś świadczyć! Jeśli konwencja, aktorzy i osoby odpowiedzialne nie zmieniły się, to co mogłoby pójść nie tak? Powtórka z dobrej rozrywki była niemal pewna.

Po swoich przeżyciach związanych z premierą drugiego wydania „Guardians of the Galaxy” mogę stwierdzić bezapelacyjnie, że nie zawiodłem się chyba w żadnych calu. Wszystko ze sobą gra i śpiewa, a moje zmysły otrzymały to, czego oczekiwałem na miesiące przed premierą, ale i w momencie wchodzenia na salę kinową. Jeśli macie obawę, że Star-Lord ze swoją specyficzną ekipą nie dadzą rady utrzymać presji spoczywającej na ich barkach, to uświadamiam, że są zupełnie niepotrzebne. Jeszcze przed obejrzeniem filmu zatknąłem się na bezspoilerowe, ogólne stwierdzenia mówiące o nieco gorszym poziomie „dwójki” od „jedynki”. Powoływano się przede wszystkim na mniej ciekawą, biedniejszą fabułą, która nie dorównuje poprzedniej. I choć poniekąd mogą być to opinie rozsądne, o czym więcej za chwilę, to w ogólnym kontekście jestem w stanie stwierdzić, że tegoroczni „Strażnicy” są jeszcze lepszą rozrywką niż ci sprzed trzech lat. Bawiłem się nieziemsko. A nie sądziłem, że będzie to możliwe aż do takiego stopnia!

Strażnicy Galaktyki vol. 2 - Star-Lord
Peter Quill, aka Star-Lord, powraca wraz ze swoją dzielną ekipą!
Źródło: filmweb.pl

Twórcy filmu postanowili nie spoczywać na laurach i zarysowali nam głównych bohaterów jeszcze lepiej niż ostatnio. Choć już wtedy było wyjątkowo dobrze. Teraz na szczęście otrzymaliśmy możliwość bliższego, dogłębniejszego ich poznania. Godny zauważenia jest fakt, że każda postać otrzymuje odpowiednią ilość czasu ekranowego, przez co nikt nie jest pokrzywdzony. Częste śledzenie poczynań Petera Quilla lub Gamory to rzecz oczywista, jako że ta dwójka znaczy tutaj najwięcej. Teoretycznie, bo praktycznie bez całej załogi wiele by nie zdziałali. Spory swój udział w budowaniu historii, zakręconych i zawiłych wydarzeniach oraz ostatecznych ich rozwiązaniach mają wszyscy pozostali. Film nie mógłby istnieć bez lubiącego detonować wszystko i wszystkich szopa Rocketa (chociaż lepiej nie nazywać go tak przy nim), wyjątkowo dzielnego, ale i bezpośredniego w rozmowach Draxa, pragnącej zemsty na siostrze Nebuli, zamkniętej w sobie, jednak pomocnej Mantis, a nawet Małego Groota, który pomimo swojej dziecięcej naiwności i bezradności, nieraz wykaże się w najbardziej dramatycznych momentach. Wśród nich wszystkich jest także sam Yondu, którego potencjał mógł nie do końca być wykorzystany w pierwszych „Strażnikach Galaktyki”, ale teraz gra pierwsze skrzypce w całej historii. Niebiesko-skóry bandzior odpowiedzialny jest za niejednej nowy problem na głowach pozostałych bohaterów, ale przyczynia się także do robiących ogromne wrażenie działań im sprzyjających. Kurczę, trudno jest lepiej to wytłumaczyć, kiedy chce się omijać zdradzanie istotnych wątków, ale sami zobaczycie, że Yondu w „dwójce” to zupełnie inny gość.

Strażnicy Galaktyki vol. 2 - Skład
„A-Holes” wracają, by po raz drugi uratować galaktykę.
Źródło: filmweb.pl

Są dwie postacie, które moim zdaniem robią największe pozytywne wrażenie w całej produkcji. Można nawet powiedzieć, że kradną całe show. Jedną z nich jest słodki, nieporadny Baby Groot, który po dość niekorzystnych dla niego wydarzeniach z końca pierwszej części, teraz musi przechodzić okres wyrastania na nowo. I jak najbardziej działa to na korzyść obrazu, gdyż sceny z pniakiem, jak często się go określa, budzą same pozytywne emocje z śmiechem i zauroczeniem na czele. Jego fenomenalną rolę mogliśmy przewidywać już z pierwszego zwiastuna filmu, w którym skradł serca oczekujących na premierę. Postać ta nie zawodzi i przyjemnie ogląda się nowe wcielenie niegdyś potężnego drzewa. Jednak moim zdaniem ani Groot, ani ktokolwiek inny nie umywa się do samego Draxa, który za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie, jest wręcz niesamowity. Jeszcze bardziej bezpośredni w swoich wypowiedziach, zabawniejszy w zaistniałych sytuacjach, a pod względem całościowym – daje się lubić jak mało kto. Choć podobne zachowanie i teksty przyprawiające o salwę śmiechu miał już w poprzedniej części filmu, to tutaj postanowiono iść za ciosem i dać mu jeszcze więcej momentów, w których mógł się wykazać. Gdy wybucha jego donośny rechot, aż nie sposób jest powstrzymać się od uśmiechu na twarzy podczas podziwiania zakłopotanych min innych bohaterów. W skrócie mówiąc, choć wszystkich występujących w filmie można podpiąć pod miano śmieszków, to Drax zdecydowanie pełni rolę króla dowcipu.

Strażnicy Galaktyki vol. 2 - Rocket
Rocket i Groot, podobnie jak w pierwszym filmie, tworzą świetny duet.
Źródło: filmweb.pl

Zostając jeszcze przy kreacjach postaci nie można zapomnieć o nowych twarzach. Przede wszystkim o Ego w wykonaniu Kurta Russella, na którego wizerunek czekano z zapartym tchem. Zastanawiano się bowiem, jak twórcy przedstawią jego prawdziwą naturę – bycie planetą. W komiksach częściej występuje pod postacią globu niż człowieka. Ostateczny jego wygląd w „Strażnikach Galaktyki vol. 2”, choć nie do końca pokrywa się z oryginałem, zdecydowanie spełnia oczekiwania. Mimo że głównie ukazany jest w ludzkiej sylwetce, nie zapomniano o jego rdzennym pochodzeniu, co dokładnie zostało wspomniane, a nawet wytłumaczone i zobrazowane (moment, gdy twarz Ego znajduje się bezpośrednio na jego planecie). Świat, a raczej wszechświat prezentowany w „Strażnikach” jest na tyle absurdalny i fantastyczny, że nikogo nie powinno zdziwić ciało niebieskie o ludzkich rysach. Zaś sama postać Ego została poprowadzona w wyjątkowo interesujący sposób, który może nie do końca zazębia się z komiksowym pierwowzorem, ale w filmowej konwencji świetnie się spisuje. Szczególnie, gdy produkcja zmierza ku punktowi kulminacyjnemu.

Strażnicy Galaktyki vol. 2 - Ego
Pojawienie się Ego, ojca Star-Lorda, nie jest dziełem przypadkiem.
Źródło: filmweb.pl

Niewinna i zagubiona Mantis, jedyna towarzyszka Ego, pełni w całości znaczącą rolę, a co najważniejsze – nie odstrasza widza swoim specyficznym stylem bycia. Wyróżnia się znacząco od dość śmiałych pozostałych postaci, ale przez to dodaje pewnego powiewu świeżości. Jest jeszcze Ayesha, złotą od stóp do głów przywódczyni Suwerennych, która zbyt dużo czasu na ekranie nie otrzymuje, ale jej poczynania nadają historii sporej dozy dramaturgii i tempa, co przelewa się na atrakcyjność widowiska. Dysponuje pokaźną liczebnie armią, a ta przysparza więcej kłopotów ekipie ratującej galaktykę. Zaś dla nas oznacza jeszcze więcej pościgów, wybuchów i wrażeń.

A skoro o nich mowa – ten film to niemal w stu procentach dzieło komputerów. Wiem, że jest wielu przeciwników technologii CGI, która podobno zabija doznania płynące z podziwiania realnego aktorstwa i sztuki filmowej. Poniekąd trudno jest nie zgodzić się z tym, że produkcje niemal niekorzystające z możliwości komputerów mają w sobie to coś, jednak obecna technika, którą dysponuje kinematografia, daje o wiele szersze możliwości, o których jeszcze kilkanaście lat temu można było pomarzyć. I są filmy, w których CGI świetnie spełnia swoją rolę, a nawet jest konieczne. „Strażnicy Galaktyki” to tytuł zdecydowanie należący do tego grona, który w inni sposób nie mógłby zaistnieć. Technologia wykorzystana w nim jest jedną z najlepszych, jakie widziałem we współczesnych produkcjach i robi piorunujące wrażenie. Oglądając wszystkie komputerowo wygenerowane potwory, eksplozje, statki kosmiczne, krajobrazy planet i inne wnętrza scenerii zabrakło mi słów na opisanie rozmachu i dokładności przedsięwzięcia. To, co teraz jest da się wykonać w filmach, to najczystsza abstrakcja. Po seansie nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak będą wyglądały podobne dzieła choćby już za jedyne kilkanaście lat.

Strażnicy Galaktyki vol. 2 - Drax
„Pokonam go od środka” – pomyślał Drax.
Źródło: filmweb.pl

Co do fabuły, faktycznie można mieć pewne zarzuty. Jeśli miałbym wytypować się jeden słabszy punkt „Guardians of the Galaxy Vol. 2”, to prawdopodobnie z braku innych możliwości wybrałbym opowiadaną tu historię. I wcale nie ze względu na nudę i miałkość lub (tym bardziej) jej braki, co dość często zdarza się w filmach skupionych na akcji. Fabuła występuje i ma prawo w pełni zainteresować. Problem w tym, że nie jest zbytnio oryginalna i podobny jej zarys był prezentowany w kinie niejednokrotnie. Główne skrzypce grają tu relacje rodzinne, które oczywiście przeradzają się w moralny wybór pomiędzy więzami biologicznymi ojca i syna a związkiem z najbliższymi przyjaciółmi. I choć na początku tych drugich relacji bohaterowie nie doceniają, to później w obliczu zagrożenia stają się czymś ogromnie ważnym. Taki opis oczywiście mógłby nieco odrzucać, ale trzeba mieć na uwadze, że „Strażnicy” robią wszystko na swój własny, unikalny sposób, przez co nawet oklepany motyw może zaskoczyć. Pierwsza połowa filmu rozkręca się dość powoli, co jednak dobrze oddaje dramaturgię, która narasta wraz z nadejściem drugiej godziny seansu. Tam pełno jest nieoczekiwanych zwrotów akcji, napięcia związanego z dialogami bohaterów lub samymi wciągającymi wydarzeniami. Głównie wybuchami, strzelaninami i jeszcze raz wybuchami, rzecz jasna. Bardziej wybredne osoby mogą stwierdzić, że fabuła jest nieco przewidywalna, jednak należy pamiętać, że to wciąż rozrywkowy blockbuster, którego głównym zadaniem jest stworzenie wielkiego widowiska z przyjemną historią do śledzenia. Pod takim kątem, „Strażnicy” nie zawodzą.

Strażnicy Galaktyki vol. 2 - Yondu
Zabójczy Yondu zyskuje dużo więcej czasu ekranowego niż w „jedynce”.
Źródło: filmweb.pl

Choć wszystkie produkcje Marvela znane są z zamieszczanych w większej lub mniejszej ilości aspektów humorystycznych, to wśród nich zdecydowanie prym wiodą obie części kosmicznych przygód. W podobnej konwencji stworzono „Ant-Mana”, jednak i on nie dorównuje sarkastycznym docinkom, zabawnym wymianom zdań lub wręcz kuriozalnym sytuacjom mającym miejsce w „Strażnikach”. Pod tymi względami, pierwsza część przeszła do historii gatunku komediowego, a kontynuacja zdecydowanie nie ma zamiaru pozostać w tyle. Trudno o scenę, w której zabrakłoby choćby najmniejszej dawki komizmu, a w niektórych jest go aż tyle, że trzeba powstrzymywać się od wybuchów śmiechów niczym u Draxa. Z „jedynki” zaczerpnięto także bardzo skrupulatne podejście do ścieżki dźwiękowej, która tym razem sięga po odrobinę mniej znane kawałki z lat osiemdziesiątych. Najistotniejsze zaś jest ich powiązanie z wydarzeniami śledzonymi na ekranie. W pełni oddają nastrój towarzyszący bohaterom w różnych sytuacjach, a fakt, że zdecydowano się na utwory liczące ponad trzydzieści lat sprawia, że cała produkcja zyskuje własny, unikalny klimat. Gdy po seansie wróciłem do własnych czterech kątów, od razu wyszukałem playlistę ze wszystkimi piosenkami z filmu, aby jeszcze na chwilę powrócić do filmowej galaktyki.

Strażnicy Galaktyki vol. 2 - Suwerenni
Ayesha przewodzi Suwerennym, którzy zlecają Strażnikom zadanie.
Źródło: filmweb.pl

Nie od dziś wiadomo, że każda z marvelowskich ekranizacji jest tworzona z myślą o wielbicielach komiksów. Jasne, bez problemu odnajdą się tutaj także ci, którzy nie mają o nich zielonego pojęcia, ale największą satysfakcję i radość z oglądanych wydarzeń będą miały osoby, którym kultowe historie rysunkowe nie są obce. Twórcy „Strażników Galaktyki vol. 2” nawet się z tym nie kryją, jako że film posiada pełno nawiązań do swoich korzeni. Przeciętny widz, który ogląda każdy kolejny obraz Marvela, ale nie zgłębia swojej wiedzy o tamtejszym świecie, może nie do końca połapać się w tych wszystkich Kree, Thanosach i tym podobnych, o których często i gęsto mówi się w dialogach. Podobna kwestia dotyczy wizualnych nawiązań, których również przez ponad dwie godziny seansu nie brakuje. Są to tak zwane „smaczki” dające wyłapać się przez czytelników komiksów lub zainteresowanych MCU, ale co najważniejsze – zwykły widz nie potrzebuje ich zrozumieć, aby w wystarczający sposób cieszyć się widowiskiem. Poza tym, twórcy nie szczędzą sobie także odwołań do szeroko rozumianej popkultury, z którą zaznajomionych jest więcej osób. Często padają kultowe cytaty dialogowe, nazwy innych produkcji lub nawet nazwiska. Nie da się nie unieść kącika ust, gdy co pewien czas przywołuje się popularnego amerykańskiego aktora i piosenkarza Davida Hasselhoffa.

Strażnicy Galaktyki vol. 2 - Baby Groot
Ooo, tylko spójrzcie na niego!
Źródło: filmweb.pl

Jak duży wpływ na moją finalną ocenę może mieć wielkie upodobanie, którym darzę całe kinowe uniwersum Marvela? Pewnie spore, ale nie da się ukryć, że każdy kolejny film spod tego szyldu jest na co najmniej dobrym poziomie z wieloma odchyleniami ku jeszcze lepszym ocenom. Idąc do kina na jakąkolwiek z tych produkcji, należy być przygotowanym na solidną dawkę akcyjnej rozrywki, w którą włożono gigantyczne pieniądze. Dzięki temu mamy pewność, że za każdym razem otrzymamy widowisko, na jakie liczyliśmy. Głębokich przesłań należy szukać w innych gatunkach filmowych, jako że tutaj najważniejsza jest dobra zabawa oraz szczęka opadająca na podłogę widząc efekty specjalne i wartką akcję. „Strażnicy Galaktyki vol. 2” są świetną kontynuacją pierwszej części, która pod pewnymi względami jest zrealizowana jeszcze lepiej, choć mogłoby to wydawać się nie do pomyślenia. Patrząc pod kątem całego filmowego świata Marvela, jest to produkcja udowadniająca wysoki i stabilny poziom serii. Moje oczekiwania zostały spełnione pod każdym możliwym względem, co napawa mnie jeszcze większymi nadziejami pokładanymi w przyszłych projektach.

Nie będzie spoilerem wspomnienie o tym, że na samym końcu filmu widoczny jest napis informujący nas o powrocie Strażników w kolejnym filmie. I w żadnym wypadku nie chodzi tylko ich udział w przyszłorocznym „Avengers: Infinity War”, gdzie pojawią się wszyscy dotychczas zaprezentowani superbohaterowie, począwszy od „Irona Mana” z 2008 roku. Oczywiście, tam też odegrają sporą rolę, jednak potwierdzono już oficjalnie prace nad trzecią częścią galaktycznych przygód. Ba, reżyser i scenarzysta James Gunn już zaczął pracę nad skryptami. Nie wiem jak Wam, ale mnie bardzo odpowiada wizja takiej trylogii. Po fenomenalnych dwóch częściach jestem przekonany, że następna wespnie się na wyżyny możliwości. Choć w tym przypadku mówić już można o wielotysięcznych szczytach górskich.

I pamiętajcie – We are Groot!

Moja ocena – 9/10

 

Reklamy

1 myśl w temacie “Strażnicy Galaktyki vol. 2: Byłem w siódmym niebie. Znaczy się, w galaktyce!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close