„Coco” – O rodzinie, muzyce i przemijaniu grając na emocjach

Znowu to zrobili. Nie jest niczym zaskakującym, że każda kolejna pozycja wywodząca się spod skrzydeł amerykańskiego studia Pixar jest niecierpliwie wyczekiwana przez fanów form animowanych oraz znawców bądź miłośników kina wszelako rozumianego. Zadziałała na to wieloletnia reputacja wytwórni, która słynie ze staranności i dopieszczania każdego ze swoich dzieł. I choć sceptycy mogli przypuszczać, że fenomenalne początki z „Toy Story”, „Dawno temu w trawie” lub „Potworami i spółką” były tylko debiutancką skrupulatnością nowicjuszy wśród światowych wytwórni, to teraz po latach chyba nikt nie ma wątpliwości, że na Pixara zawsze można liczyć, bo jeśli nawet poprzeczki nie podniesie, to z pewnością ją wyrówna.

Coco - Recenzja

Nie da się również pominąć faktu, że Pixar od lat wchodzi w skład giganta, jakim jest Disney. Oczywiste jest więc, że nie są już na tyle niezależni, co wcześniej. Mimo to wciąż czuć w ich projektach tego wyjątkowego ducha, który obecny był nawet kilkanaście lat temu, gdy studio nabierało tempa. Ostatnio zauważalne są powroty do stałych tytułów w postaci kontynuacji. Rok temu dostaliśmy „Gdzie jest Dory?”, w czerwcu „Auta 3”, a na horyzoncie jest nawet druga część „Iniemamocnych”. Jednak całe szczęście, że Pixar wciąż próbuje czegoś nowego, aby nie przyszyć sobie nowej łatki tak zwanych odgrzewaczy kotletów. Ich „W głowie się nie mieści” było przyjęte co najmniej świetnie, a teraz przyszła kolej na kolejny powiew świeżości, czyli bardzo długo wyczekiwane i bogato promowane „Coco„.

Ale czy na pewno tyle w tym nowości? Od czasu zapowiedzenia projektu, a już na pewno od momentu określenia głównej fabuły filmu, pojawiają się kinomani podchodzący do niego ze sporym dystansem. Sugerowali, jak i sugerują nadal, że „Coco” jest inspirowane powstałą trzy lata temu „Księgą życia” – animacją osadzoną w dosłownie tych samych realiach czasu i miejsca. Takie zarzuty (czasem jedynie lekkie, a niekiedy naprawdę poważne) są o tyle nieprzychylne dla Pixara, że ów „Book of Life” cieszyło się wielkim uznaniem widzów. Jednak jej problem tkwił w tym, że nie został nakręcony przez Disneya. A co za tym idzie – nie był na tyle popularny, aby trafić do dużo szerszego grona odbiorców.

Inaczej jest z „Coco”, które nagłaśniane jest od dobrych kilkunastu miesięcy i jestem pewien, że szturmem będzie podbijać najróżniejsze rankingi popularności. Ustosunkowując się jeszcze do wspomnianego podobieństwa do „Księgi życia” muszę zaznaczyć, że oba filmy różnią się diametralnie. Łączy je ze sobą to, że oba mają miejsce podczas meksykańskiego święta zmarłych, a główny bohater jest zafascynowany muzyką. Poza tym fabuły obu produkcji odbiegają od siebie na wiele sposobów co pokazuje, że nie powinno się bazować swojej opinii wyłącznie na pierwszym wrażeniu wywołanym przez zwiastuny. Szkoda tylko, że do niektórych ten morał nie dotrze, bo naprawdę nie warto stawiać jeden obraz obok drugiego i na podstawie ich różnic oraz podobieństw kreować swoje zdanie.

Coco - Dzień zmarłych
Akcja filmu odbywa się podczas meksykańskiego dnia zmarłych.
Źródło: filmweb.pl

Podoba mi się praktyka Disneya, która od kilku lat jest zauważalna coraz bardziej. Korporacja nie boi się podejmowania najróżniejszej tematyki. Jej pozycja jest już na tyle utarta i stabilna, a sympatię widzów zdobyli już tak dawno temu, że nie mają chyba czego się obawiać. Co najwyżej wyników finansowych słabszych niż zakładano, ale i to nie jest dla nich strzałem w kolano. Dążę do tego, że w „Coco” sięgnięto po typowo meksykański obyczaj, który raczej nie jest praktykowany u innych narodowości. Owszem, samo święto zmarłych (lub wszystkich świętych, co jednak jest tym samym) obchodzi się w wielu krajach na całym świecie, jednak chyba nigdzie choć w połowie nie przypomina wyjątkowości tradycji z Ameryki Środkowej.

Dia de Muertos, jak to w ich kulturze nazywane jest owe święto wypadające na przełom pierwszego i drugiego dnia listopada, charakteryzuje się biesiadnym, pozytywnym i radosnym podejściem do zagadnień życia pośmiertnego bliskich. Tak jak między innymi w Polsce opłakuje się tych, którzy odeszli z naszego świata, tak w Meksyku uważa się, że zyskali oni drugie, lepsze wcielenia w świecie niewidocznym dla wciąż żyjących osób. Tymczasem sądzi się, że zmarli zawsze są obecni pośród nich, a już w szczególności tego wyjątkowego dnia, gdy podczas wizyt na cmentarzach i organizowanych fiest wspomina się nieobecnych już członków rodzin.

Coco - Zmarli
Według wierzeń, po śmierci nasi bliscy otrzymują drugie życie w zaświatach.
Źródło: filmweb.pl

Więcej o samym wyglądzie Dia de Muertos dowiecie się podczas seansu, jako że Pixar postanowił położyć spory nacisk na autentyczności wykreowanego świata. Nie ma wątpliwości, że zostajemy wrzuceni do Meksyku z początku listopada. Wszyscy przygotowują się do wielkiego świętowania, a wokół czuć wyjątkowy klimat, który nam samym (widzom) jest bardzo obcy. Nie znamy takiego podejścia do dnia wszystkich świętych, co tym bardziej zwiększa ciekawość wobec tego, co zobaczymy na ekranie. Z tego co udało mi się wyczytać w internecie jakiś czas temu – Meksykanie chwalą sobie „Coco” za autentyczny stosunek do święta. Choć w filmie nie brakuje magii, czy też lekkich wyolbrzymień lub przerysowań, to postarano się o zachowanie głównych aspektów meksykańskich tradycji, które i my mamy okazję poznać zupełnie od zera, przy czym nie towarzyszy uczucie odmienność tamtych realiów. Wręcz szybko zaaklimatyzujemy się z tym sposobem świętowania, który między innymi na mnie robi potężnie pozytywne wrażenie.

Mając za fundament tak wyjątkowe święto, jakim jest Dia de Muertos, studio mogło popisać się kreatywną i niebanalną historią w sam raz do opowiedzenia na wielkim ekranie przy wykorzystaniu techniki animacji. I tak też uczyniono, a że za sam projekt zabrał się niezastąpiony Pixar, można było spać spokojnie na długo przed premiera. Teraz, gdy obraz jest już wyświetlany w kinach, wszyscy pozostali sceptycy mogą odetchnąć z ulgą. Fabuła jest tak świetnie zarysowana, wciągająca i niegłupia, że pod tym względem spełniony powinien być każdy widz. Nawet, jeśli nie jesteście wielbicielami animacji, to i tak z pewnością docenicie pomysłowość i kontrolowaną fantazję scenarzystów.

Coco - Świat zmarłych
Tak wygląda świat po drugiej stronie.
Źródło: filmweb.pl

Zdecydowanym głównym motywem fabularnym jest rodzina. To ta grupa społeczna tworzy tutaj najbardziej uwydatniony aspekt filmu, do którego odnosi się niemal wszystko to, co śledzimy w trakcie seansu. Więzi między członkami familii są skrupulatnie i nienagannie zarysowywane, a samych postaci jest na tyle dużo, że nie mamy wątpliwości co do istotności każdej formy pokrewieństwa. Rodzeństwo, rodzice, ciotki, wujkowie, babcie, dziadkowie i pradziadkowie. Przedstawione zostaje nam bogate drzewo genealogiczne pewnej meksykańskiej rodzinki, które będzie miało potężne znaczenie dla całości fabuły. Jednak nie bójcie się, że trudno będzie Wam nadążyć za rozpoznawaniem pokrewieństw animowanych bohaterów. Twórcy rozsądnie rozłożyli wszystko w czasie na tyle, abyśmy stopniowo zaznajamiali się z każdą postacią, by później mieć co najmniej wystarczające rozeznanie w rodzinnym aspekcie filmu.

Na ekranie pojawiają się obecni członkowie rody Riverów, jak i ci, którzy odeszli już z ludzkiego światka. Każdy z nich zachowuje jednak bardzo autentyczne i przyjazne dla widza walory, które sprawiają, że darzymy sympatią prawdopodobnie wszystkich. Wiadomo, niektórzy muszą stawać na drodze głównemu bohaterowi, jakim jest młody chłopiec Miguel, aby jakoś nakręcać całą fabułę, ale wciąż w myślach ma się to, że wszyscy postępują zgodnie z własnym sumieniem, poglądami i podejściami do danych spraw. Niektórzy sensownie, inni wcale, ale przynajmniej jeszcze lepiej świadczy to o ludzkich cechach filmowych postaci.

Coco - Bohaterowie
Film jest pełen barwnych bohaterów. Każdy ma w sobie coś indywidualnego.
Źródło: filmweb.pl

Co pewien czas zaznaczam, że odpowiedzialna za film jest wytwórnia Pixar i nie robię tego bez żadnego powodu. W „Coco” czuć ducha tego studia, co przejawia się na wiele sposobów. Jednym z nich, który wyraźnie odczułem podczas seansu, jest wyjątkowe i cenione dojrzałe podejście wobec animacji. Cechę tę można odnaleźć w każdym tytule wyprodukowanym przez Amerykanów. W tym przypadku jest niezmiennie, a być może nawet jeszcze bardziej uwydatniono ten wyróżnik. Niestety, ale w dzisiejszych czasach nadal panuje pewne przekonanie, że jeśli mowa jest o filmie animowanym, to z pewnością został skierowany do najmłodszych. Tymczasem kino od lat pokazuje, że jest to kompletna nieprawda i skrupulatnie otwiera się na dorosłych widzów łącząc kwestie typowo ukierunkowane na dzieci i młodzież z takimi, z którymi utożsamiać się będą osoby bardziej dojrzałe.

Stąd też próżno szukać w „Coco” dziecinnej naiwności oraz słodkiego lukrowania w scenariuszu w taki sposób, aby wszystko było dobre, radosne i kolorowe. Może bije się to z wizualną stroną filmu, jako że on sam w sobie jest pełen barw, ale dokładniej rozchodzi mi się o same wydarzenia i relacje międzyludzkie. Produkcja nie szczędzi sobie w pewnych momentach na brutalności (szczególnie w związku z pewnym zwrotem akcji w późniejszej fazie filmu) oraz odnoszeniu się do nie lada niekomfortowego zjawiska śmierci i zapomnienia. Takie podejście po części wymusza sama tematyka przewodnia filmu, a więc meksykańska forma dnia zmarłych, ale twórcy postanowili do cna wykorzystać nadarzająca się okazję do rozprawienia się z motywem umierania. I jak tu nadal sądzić, że współczesne wysokobudżetowe animacje są wyłącznie dla dzieci?

Coco - Rodzina
Najważniejszą wartością filmu jest rodzina. Nawet ta, której już z nami nie ma.
Źródło: filmweb.pl

Jeśli potrzeba jakichś dowodów, to o otwieraniu się na dorosłego widza świadczyć mogą między innymi osoby pełnoletnie coraz liczniej przybywające do kin. Będąc na sobotnim seansie „Coco” zauważyłem, że większą część sali zapełnili nie najmłodsi, lecz co najmniej dwudziestolatkowie i starsi. Nie wiem, co Wy o tym sądzicie, ale mnie zaistniałe zjawisko jak najbardziej cieszy, bo sam nieprędko zamierzam zrezygnować z czynnego oglądania animacji.

Zaznaczając raz jeszcze, Pixar robi w „Coco” to, z czego najbardziej jest znany. Skupia się na emocjonalnej płaszczyźnie filmu w taki sposób, aby wywołać w widzach konkretne emocje w konkretnych chwilach. I robi to perfekcyjnie, bo podczas seansu nieraz da się odczuć płynnie zmieniające się nastroje. Od szczęścia spowodowanego uśmiechem na twarzy głównego bohatera poprzez uronienie łez, gdy uwydatniany zostaje motyw życia i śmierci bliskich osób. Później zaś przychodzi moment na wybuchnięcie śmiechem, gdy kilka sekund kradnie Bogu ducha winny psiak Dante, aby później móc ponownie wprowadzić ogólnie panujący smutny nastrój. Dlatego pamiętajcie, że wybierając się do kina na jakikolwiek film Pixara, nie można liczyć na odprężający relaks w wygodnych fotelach przy wygaszonym świetle. Zostaniecie wyciśnięciu do cna z drzemiących w Was uczuciach, chyba że postanowicie nie zainteresować się wydarzeniami na ekranie.

Podobno i takie osoby przychodzą do kina…

Coco - Kolory
Produkcję zrealizowano z największą dokładnością i starannością. Robi wrażenie!
Źródło: filmweb.pl

Osobiście nie mogę wyjść z podziwu, jak piękną animacją jest „Coco”. I nie piszę już teraz o wzruszającej fabule ani naturalnie wykreowanych bohaterach, lecz samej technice i jakości wykonania. Wizualnie film jest dopieszczony do granic możliwości. Oczy zachwycają się każdym kadrem, a już w szczególności tymi w równoległym świecie zmarłych. Cudowna kolorystyka, dbałość o najmniejsze detale i rozmach, z jakim postanowiono zrealizować prawie dwugodzinny obraz, stoją na najwyższym możliwym poziomie, a ja nie przypominam sobie, aby któraś z animacji ostatnich lat mogła konkurować w tej kategorii.

Kawał porządnej roboty leży także po stronie ścieżki dźwiękowej, która (co oczywiste) garściami czerpie z kultury meksykańskiej. Pełno tutaj charakterystycznego brzdękania na gitarach lub skrzypcach, czy też dmuchania w trąbki, które są typowe dla słynnych na cały świat mariachi. Dźwięki te wzbogacane są oczywiście o adekwatne do wydarzeń, ale i sprawdzające się również indywidualnie, wokale wykonywane przez kilku głównych bohaterów. Nierzadko można docenić ich niebanalność i głębokość, które być może sprawią, że niektóre utwory zapiszą się w historii muzyki filmowej na dużo dłużej niż kilka tygodni bądź miesięcy, podczas których emitowany będzie film.

Coco - Muzyka
Zamiłowanie młodego Miguela do muzyki jest niezmierzone.
Źródło: filmweb.pl

Na koniec chciałbym jeszcze postawić ogromnego plusa przy polskiej wersji językowej. Nie od dziś wiadomo, że nasz krajowy dubbing stoi na naprawdę wysokim poziomie z pewnym zastrzeżeniem – wyłącznie w animacjach. „Coco” świetnie pokazuje, że aktorzy głosowi odgrywają świetną robotę, gdy rozchodzi się o użyczenie swojego brzmienia komputerowo wygenerowanym postaciom. Jednak oprócz dobrze poprowadzonych dialogów, fenomenalnie poradzono sobie z tłumaczeniami i polskimi wykonaniami licznych piosenek wchodzących w skład filmu. Brzmią przyjemnie dla uszu i z łatwością rozumie się wyśpiewane teksty. Co nie zawsze jest sprawą oczywistą, bo spokojnie można by znaleźć kilka przykładów na nieprofesjonalne podejście do sprawy.

Jednak na mnie ogromne wrażenie zrobiły polskie tłumaczenia napisów w samej warstwie wizualnej produkcji. Niesamowite jest to, że jeszcze jakiś czas temu teksty wygenerowane w animowanym świecie były nie do ruszenia i musieliśmy się zadowalać biało-czarną transkrypcją u dołu ekranu. Teraz aspekt ten (dla wielu pewnie niezbyt istotny, w przeciwieństwie do mnie) poszedł daleko do przodu i nawet wmieszane w otoczenie napisy mogą być przemienione z oryginalnego angielskiego na nasz polski. Byłem pod wrażeniem! Podobno trzeba cieszyć się z drobnych rzeczy 😉

Coco - Miguel
Miguel dostanie cenną lekcję życiowych wartości.
Źródło: filmweb.pl

Jako wielbiciel animacji jestem zobligowany stwierdzić, że „Coco” to obraz tak dobry, jak mało który dotąd powstały. Nie potrafię spojrzeć na niego obiektywnym okiem widza przeciętnie podchodzącego do tego gatunku. Jestem jednak pewien, że jeśli zastanawiacie się, czy warto poświęcić dwie godziny swojego wolnego czasu akurat na ten tytuł, to zdecydowanie powinniście już teraz zakupić bilety i ruszać. Bowiem jeśli „Coco” nie przypadnie komuś do gustu, to jeszcze długo przyjdzie poczekać na produkcję na wyższym poziomie.

Moja ocena: 9/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s