„Czarna Pantera” – Walka o tron afrykańskiej utopii

Ten film to zupełny powiew świeżości dla kina superbohaterskiego ostatnich lat. Tak, wiem. Podobnym stwierdzeniem rzuciłem, o ile dobrze pamiętam, w przypadku „Thora: Ragnarok” w październiku zeszłego roku. Jednak tym razem seans jest zupełnie inny. W przywołanej trzeciej odsłonie solowych przygód boga piorunów swojego rodzaju wyjątkowością było ukierunkowanie się przede wszystkim w stronę humoru i nieco mniej poważne podejście do poważnego motywu, jakim był tytułowy zmierzch bogów. Było to oryginalne i z pewnością wykraczające poza to, czego pierwotnie można było oczekiwać.

Czarna Pantera - Recenzja

Po paru miesiącach przyszła pora na premierę kolejnego odcinka marvelowskiej serii wysokobudżetowych ekranizacji komiksów. Na tę zaś czekano z jeszcze większym zainteresowaniem niż na trzeciego „Thora” lub nawet „Spider-Mana: Homecoming”, który był swoistym powrotem człowieka-pająka do swojego prawowitego miejsca. Świadczą o tym choćby bilety wyprzedające się jak szalone na co najmniej kilka tygodni przed światową premierą widowiska. Na rezerwacje rzucili się dosłownie wszyscy. Przede wszystkim zamiłowani wielbiciele Marvela, ale także potężna reprezentacja Afroamerykanów.

Nie, nie jest to żadne rasistowskie stwierdzenie. Ogromną uwagę ze strony czarnoskórych osób zauważyć można było bez większego wysiłku. Szturmowali strony z biletami w przedsprzedaży i nakręcali niemały hype na całe widowisko. Ale nie ma co się dziwić. W końcu mowa tutaj o „Czarnej Panterze„!

Czarna Pantera - Pantera
T’Challa wyróżniał się już w „Wojnie bohaterów”. Czas na jego własny film!
Źródło: filmweb.pl

Tytułowy superbohater był pierwszym pełnoprawnym czarnoskórym herosem, który pojawił się na łamach komiksów Marvela. Zadebiutował w 1966 roku w jednym z zeszytów z serii „Fantastic Four” i już od tamtej pory przykuwał uwagę afroamerykańskiego odsetka czytelników. Teraz, gdy Marvel przeżywa złotą erę ekranizacji swoich papierowych dzieł, również może uchodzić za pioniera. Bowiem film „Czarna Pantera” jest pierwszą produkcją z gatunku superbohaterskiego na tak ogromną skalę, w której tytułową, główną rolę odgrywa czarnoskóry aktor. A co więcej – niemal cała obsada, z racji wątków fabularnych, jest mu podobna i dzięki temu zwraca na siebie jeszcze większą uwagę popkulturowego światka.

Wielki sukces i zainteresowanie „Czarną Panterą” można w pewien sposób porównać do niebagatelnego osiągnięcia, którym niecały rok temu cieszyła się ekranizacja „Wonder Woman” ze stajni DC Comics. Postać zagrana przez Gal Gadot była pionierką wśród żeńskich superbohaterek na wielkim ekranie, które otrzymały własny, solowy tytuł. W tej kwestii Marvel został wyprzedzony, bo choć pochwalić się może takimi paniami, jak Black Widow lub Scarlet Witch, to wciąż nigdy nie odegrały one roli wiodącej.

Czarna Pantera - T'Challa i Okoye
T’Challa ma za co walczyć. Honor, ojczyzna i miłość.
Źródło: filmweb.pl

DC we współpracy z Warner Bros. trafiło w niszę, jaką była damska reprezentacja miłośników komiksów i filmów, zaś Marvel i Disney nie pozostali dłużni ujawniając swoją tajną broń w postaci „Black Panther”, o którym tutaj mowa. Jednak jeden z najnowszych herosów w uniwersum cieszy się uznaniem nie tylko wśród osób podzielających jego kolor skóry, ale także i całej reszty miłośników blockbusterów czy też komiksów. Wynika to z tego, że nowa produkcja MCU jest po prostu wyśmienita pod wieloma względami.

O wyjątkowości filmu świadczyć może między innymi fakt, że spora części akcji osadzona zostaje w  Afryce, która dotąd pozostawała nam nieznana w realiach tego uniwersum. Przygody superbohaterów nieraz wykraczały poza terytoria Stanów Zjednoczonych, jednak nigdy na zbyt długo. Prędzej czy później chodziło o ratunek ludzkości w… Nowym Jorku. Teraz jednak przeniesiono nas do Wakandy – fikcyjnego państewka w ubogich terenach Czarnego Kontynentu. I właśnie za takie uchodzi ów kraj w pozostałej części świata. Nikt nie jest świadomy tego, że tak naprawdę nie kończy się ono na mało żyznych ziemiach i zacofanych metodach życia. W głębi afrykańskich lasów skryta jest prawdziwa Wakanda – wysokorozwinięta cywilizacja, która swój dobrobyt zawdzięcza vibranium. Ten kosmiczny materiał przewijający się już przez wiele filmów Marvela ma w końcu swoje największe zastosowanie właśnie w „Czarnej Panterze” i nareszcie możemy dowiedzieć się o nim dużo więcej. Nie zaledwie tyle, że to z niego powstała słynna tarcza Kapitana Ameryki.

Czarna Pantera - Wakanda
W Wakandzie niemal wszystko powstało z vibranium. Ten latający statek najpewniej również.
Źródło: filmweb.pl

Wakanda, choć bogata i rozwinięta, jak żadne inne miejsce na Ziemi, wciąż jednak pozostaje ściśle zakorzeniona z tradycjami i kulturą afrykańską, co w filmie jest aż nadto widoczne. Przygotujcie się na liczne sceny, które dla nas wyglądać mogą nietypowo, jednak dla tamtejszej ludności są codziennością. I działa to jak najbardziej na plus, bo nie dość, że buduje porządny klimat, to całość zyskuje wspomnianą przeze mnie świeżość i oryginalność dla tego gatunku kina.

Tradycyjne obrzędy, kolorowe stroje i tron, na którym zasiada król Wakandy i posiadacz mocy Czarnej Pantery w jednej osobie. To właśnie ten ostatni będzie niezwykle istotny dla wydarzeń ukazanych w „Black Panther”, jako że (co nie jest spoilerem) miejsce po swoim zmarłym ojcu objąć ma główny bohater T’Challa. Jednak, jak można się domyślać, władza nigdy nie przychodzi bezproblemowo, a to wiąże się z wieloma interesującymi dla widza następstwami w fabule.

Czarna Pantera - Kultura
Tronu nie da się tak łatwo objąć. Trzeba o niego zawalczyć.
Źródło: filmweb.pl

Chadwick Boseman w roli T’Challi – tytułowego bohatera, zadebiutował już nieco wcześniej podczas trzeciej części przygód Kapitana Ameryki, w której doszło do starcia między podzielonymi członkami ugrupowania Avengers. Pojawił się tam niespodziewanie i, jak często podkreślano, sam skradł całe show. Doceniano jego dopracowany wygląd, niemal kocie ruchy podczas scen pojedynków, a także samego aktora, który na medal spisał się pod względem wykreowania charakteru i stylu bycia swojej postaci.

Nic dziwnego, że na wielki powrót T-Challi czekano z wypiekami na twarzy. Okazuje się, że było warto. Potwierdzają się wcześniejsze opinie widzów – Boseman jest urodzonym odtwórcą tej roli. Urzeka swoim sposobem wypowiadania się (język angielski z afrykańskim akcentem) oraz manierą, która nie pozwala nie polubić jego postaci i związać się z nią bliżej. Myślę, że równie kluczowy był tu jego pierwszy występ w „Wojnie bohaterów”, gdzie poprzeczkę zawiesił wysoko i na szczęście w swoim solowym filmie dał radę jej dorównać.

Czarna Pantera - T'Challa
Chadwick Boseman świetnie odnajduje się w roli afrykańskiego króla T’Challi.
Źródło: filmweb.pl

Jednak „Black Panther” to nie show jednego aktora. Ogromne uznanie należy się też stojącemu po przeciwnej stronie barykady złoczyńcy Killmongerowi, w którego wciela się niesamowity Michael B. Jordan. Tak jak Boseman był objawieniem w „Wojnie bohaterów”, tak ten aktor niewątpliwie jest najjaśniejszą perłą w najnowszej produkcji. Aktor ma już za sobą pokaźną liczbę ról, jednak głośniej zrobiło się o nim dopiero w przypadku dramatu sportowego „Creed: Narodziny legendy”. Mimo to nie można odjąć mu umiejętności, które widoczne są w każdej scenie z jego udziałem. Dzięki Jordanowi, Killmonger nie jest kolejnym miałkim łotrem, na co do pewnego czasu cierpiały niemal wszystkie filmy Marvela. Jest wyrazisty, czuć w nim siłę i pewność siebie.

Zaś po stronie samego scenariusza warto wypunktować jasne i zrozumiałe dla widza motywacje, które kierują wrogiem Czarnej Pantery, oraz wszystkie późniejsze poczynania Killmongera niebędące jedynie głupimi działaniami mającymi na celu pozbycie się T’Challi i zawładnięcie światem. Nie, tutaj chodzi o coś więcej. Ukryte są w tym idee, które po pewnej analizie wydają się niezwykle sensowne. Był moment, że nawet ja sam uznałem poglądy tej postaci za całkiem słuszne. Trzeba przyznać, że Erik Killmonger jest naprawdę świetnie rozpisaną i solidną kreacją.

Czarna Pantera - Killmonger
Gość nie tylko przeraża z wyglądu, ale naprawdę wie do czego dąży.
Źródło: filmweb.pl

I choć może trudno w to uwierzyć, takie wrażenie odnoszę również wobec wielu pozostałych postaci pierwszo- i drugoplanowych. Choć wiadomo, że dla części z nich nie znalazło się zbyt dużo czasu ekranowego, aby bardziej je przedstawić, to wciąż można docenić kilku naprawdę dobrze przemyślanych i odegranych bohaterów. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym wśród nich nie wymienił jeszcze Shuri, czyli młodszej siostry króla T’Challi, która odpowiedzialna jest za vibranium i co za tym idzie – cały technologiczny postęp Wakandy. Wcieliła się w nią młoda aktora Letitia Wright, która skradła mi serce (i jak później się dowiedziałem – nie tylko mi) dosłownie z miejsca w pierwszej scenie ze swoim udziałem.

Czarna Pantera - Shuri
Zabawna i inteligentna. Serduszko dla Shuri!
Źródło: filmweb.pl

Wśród długiej listy obsady nie doliczymy się zbyt wielu białoskórych aktorów. Jednak w fabule znalazło się miejsce przede wszystkim dla jednego z nich – Martina Freemana. Brytyjczyk świetnie znany z „Hobbita” oraz „Sherlocka” dostał w „Czarnej Panterze” niemałą rolę do odegrania, która w pewnych momentach jest naprawdę znacząca dla losów wydarzeń. Aktor kreuje tutaj postać Everetta Rossa będącego jednym z pracowników amerykańskiego rządu. W wyniku pewnych okoliczności, trafia do afrykańskiej Wakandy, która potrzebować będzie jego pomocy w nadchodzącym pojedynku. Osobiście niezmiernie cieszę się z jego sporego udziału w historii, jako że aktor w pełni na to zasługiwał. Wiedziałem, że może sporo wnieść do kinowego uniwersum Marvela i tak właśnie się stało. Pojawił się już wcześniej w „Wojnie bohaterów”, jednak tam jego rola została zepchnięta na drugi, a nawet trzeci plan. Teraz zaś zyskał dużo więcej niż własnych pięć minut.

Czarna Pantera - Ross
Everett Ross ma przyjemność na własnej skórze doświadczyć tego, czym naprawdę jest Wakanda.
Źródło: filmweb.pl

W fotel wgniata to, jak ten film wygląda, choć do tej kwestii chyba wszyscy powinniśmy być już przyzwyczajeni. Każda kolejna produkcja kooperacji Marvel-Disney to obraz wygenerowany komputerowo na najwyższym możliwym poziomie. Nie zmienia się to od lat, a jeśli już – to tylko na lepsze i lepsze. Afrykańskie krajobrazy wokół i w samej Wakandzie chwytają za serce. Oczy cieszą się, gdy na ekranie widać wielokilometrową sawannę, czy też ogromne wodospady lub bujną roślinność między szczytami. Zaś z drugiej strony szczęka potrafi opaść, gdy znajdziemy się w tej technologicznej części skrytego kraju, która wyprzedza realia reszty świata o dziesiątki, jak nie setki lat.

Podczas omawiania „Czarnej Pantery” grzechem byłoby nie wspomnieć o muzyce, która w przypadku tego filmu została przygotowana pieczołowicie. Choć nie od dziś wiadomo, że dźwięki w filmach są jednym z najważniejszych wyznaczników odbioru przekazu, a sam Marvel stara się za każdym razem jak najlepiej podejść do tematu soundtracku, to tym razem twórcy postanowili przejść samych siebie. Pieczę nad muzycznym projektem pełnił popularny amerykański raper Kendrick Lamar, który z pomocą wielu innych uzdolnionych artystów skompletował czternaście utworów będących stworzonymi specjalnie na potrzeby superbohaterskiego filmu. „Black Panther: The Album” miał swoją światową premierę 9 lutego, a więc na parę dni przed wejściem ekranizacji do kin. Dzięki temu można było już wcześniej wsiąknąć w klimat produkcji i z większą niecierpliwością wyczekiwać seansu.

Soundtrack, liczący sobie niemal 50 minut utworów, skomponowany został tak, aby idealnie wpasować się do konkretnych wydarzeń i scen w filmie, ale i być w pełni nadającymi się do odsłuchu bez obrazu. Single „All the Stars”, „King’s Dead” oraz „Pray for Me” szybko zdobyły serca fanów na długo przed premierą ekranizacji, a gdy krążek ostatecznie ukazał się na rynku – również krytycy byli wobec niego przychylni. Po cztery gwiazdki na pięć możliwych wystawiły takie profesjonalne media, jak „The Guardian” czy „Rolling Stone”. Zaś listy przebojów w USA, Norwegii, Danii i Kanadzie były jednogłośne – pierwsza lokata w ciągu kilku dni po ukazaniu się albumu.

Czarna Pantera - T'Challa i Killmonger
A tron tylko jeden…
Źródło: filmweb.pl

Mocny akcent położony na muzykę czuć za każdym razem, gdy jakiś motyw dźwiękowy rozbrzmiewa podczas seansu. Chciałoby się, aby wszyscy twórcy filmowi byli aż tak świadomi mocy, jaką niesie ze sobą odpowiednia ścieżka dźwiękowa. Ta, w „Czarnej Panterze”, w połączeniu ze świetnymi efektami specjalnymi godnymi kinowego blockbustera oraz bohaterami, których kreacje przekroczyły nawet moje najbardziej optymistyczne oczekiwania, tworzą naprawdę świeżą i solidną całość, w której próżno doszukiwać się jakichś bardziej znaczących minusów.

Okazuje się, że po dziesięciu latach od pierwszego „Iron Mana”, kinowe uniwersum Marvela wciąż ma się bardzo dobrze i nic nie zwiastuje pogorszenia się tego stanu. Można spać spokojnie, bo jeśli ma czekać nas jakiekolwiek zaskoczenie, to tylko w pełni pozytywne. A to bardzo dobrze nastraja przed „Avengers: Infinity War”, które jest już tuż za rogiem!

Moja ocena: 9/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close