Co urzekło mnie w pierwszym sezonie „Serii niefortunnych zdarzeń”?

Dzisiejszego poranka platforma streamingowa Netflix uraczyła nas nowym, drugim sezonem jednego ze swoich najpopularniejszych seriali. „Seria niefortunnych zdarzeń”, czyli opowieść garściami czerpiąca z literackiego pierwowzoru spod pióra Daniela Handlera (podpisującego się jako Lemony Snicket) zadebiutowała nieco ponad rok temu. Zainteresowali się nią nie tylko wielbiciele powieści liczącej trzynaście tomów, czy też ci, którzy powoli zapominali już o ekranizacji z 2004 roku, w której wystąpili tacy aktorzy, jak Jim Carrey i Meryl Streep.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 1
Źródło: netflix.com

„A Series of Unfortunate Events” trafiło także do osób, które wcześniej nie były jakkolwiek zaznajomione z historią, w tym do mnie. Za dzieciaka książki Handlera nie trafiły do moich rąk, a wcześniej wspomniany film jakoś umknął mojej uwadze. Ba, nawet sam netfliksowy serial obejrzałem bardzo późno, bo dopiero po kilkunastu miesiącach – zaledwie parę tygodni temu. Wstyd i hańba, a teraz wiem o tym i ja, bo ostatecznie zachwyciłem się losami sierot Baudelaire.

Dzisiaj, w oczekiwaniu na drugi sezon, chciałbym w pewien sposób podsumować moje odczucia względem pierwszych ośmiu odcinków „Serii niefortunnych zdarzeń”. Robię to na ostatnią chwilę, bo znając życie, gdy ten tekst ujrzy światło dzienne, nowe epizody będą już dostępne do obejrzenia.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 2
Tak wyglądali główni bohaterowie w ekranizacji z 2004 roku.
Źródło: whats-on-netflix.com

Chcę jednak naprawić błąd, którym było niewspomnienie o serialu rok temu, gdy ten debiutował na Netfliksie. A jest o czym pisać, bo kilkudniowy seans po dwa lub trzy odcinki dziennie był przyjemnym oderwaniem się od rzeczywistości i wspaniałą rozrywką dla oczu oraz duszy.

Rozpływam się być może nieco za bardzo, ale już spieszę wymienić kilka elementów, które najbardziej wpłynęły na to, że „Seria niefortunnych zdarzeń” stała się jedną z moich ulubionych odcinkowych produkcji. Jeszcze raz biję się w pierś, że dopiero teraz!


Cudna, klimatyczna scenografia

Pierwszą ogromną zaletę serialu da się zauważyć już w pierwszych minutach, gdy tylko skupimy swoje oczy na wizualnym aspekcie przedstawionego świata. Nie wiem jak Wy, ale ja szybko odczułem wrażenie, jakbym oglądał coś na wzór spektaklu teatralnego. Z pewnym przymrużeniem oka, oczywiście.

Otoczenie wokół bohaterów historii jest z jednej strony skromne i dość odrealnione od znanego nam na co dzień, ale z drugiej wygląda niezwykle przekonująco i drobiazgowo. Ruchy kamery oraz dokładne i precyzyjne rozmieszczenie scenografii sprawiają, że całość zyskuje swój własny, specyficzny charakter, który udało mi się porównać jedynie do teatru.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 3
Czasem skromnie i malowniczo, innym razem drobiazgowo i ponuro. Scenografia robi robotę.
Źródło: filmweb.pl

Choć w „Serii niefortunnych zdarzeń” otoczenie jest o wiele bogatsze od tego, jakie zazwyczaj widuje się na teatralnych deskach, to ma się poczucie obecności w ściśle zamkniętej lokacji, na której mamy się skupić. To w niej dzieją się najważniejsze rzeczy, a dalszy plan tylko by nas rozpraszał. Tak więc kadry skupiają się na pobliskim obszarze (i postaciach, rzecz jasna), a reszta ma nas nie obchodzić.

Gdzie tu zaleta? Zostajemy wrzuceni do zamkniętego, ale zarazem dbale przygotowanego świata, który sercem wydarzeń. Dzięki temu czujemy też komfort swojskości, przyjemności dla oczu i braku przytłoczenia. Faktycznie to, w jaki sposób ukazane są miejsca dzięki pracy kamery i kadrom nadaje specyficznego klimatu oraz estetyki.


Kontrolowana schematyczność

Jak już wspomniałem na początku, serial od Netfliksa inspirowany jest serią powieści Daniela Handlera publikowaną od 1999 do 2006 roku. Tych trzynaście tomów jest głównym źródłem scenariusza dla produkcji, co widać gołym okiem. I nikt nie ma temu za złe, jako że właśnie na tego typu ekranizację liczono.

Już przy pracach nad pierwszym sezonem założono, że serial składać się będzie z trzech sezonów, a w każdym z nich po dwa odcinki przeznaczone będą na każdy jeden tom powieści. Jak się okazuje już w pierwszych ośmiu odcinkach z zeszłego roku – twórcy faktycznie trzymają się tego postanowienia i będą to robić dalej.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 4
Narratorem całej opowieści jest Lemony Snicket. Gra go aktor Patrick Warburton.
Źródło: filmweb.pl

Dla mnie jest to decyzja wręcz świetna, jako że każda część literackiej „Serii niefortunnych zdarzeń” otrzyma swoje należyte „pięć minut”. Dla porównania, ekranizacja z 2004 roku ograniczyła się zaledwie do trzech pierwszych tomów, które zamknięte zostały w jednej godzinie i czterdziestu minutach seansu. Serial zaś poświęca po dwa czterdziestopięciominutowe epizody na każdy rozdział serii, dzięki czemu czytelnicy powieści otrzymują godną adaptację całego literackiego dzieła, a nowi fani w łatwy i przystępny sposób zostaną zaznajomieni ze słownym pierwowzorem i, co za tym idzie, całym fikcyjnym światem.

Schematyczność serialu objawia się również w biegu wydarzeń każdego z rozdziałów (uznajmy, że rozdział to dwa odcinki zainspirowane jednym tomem powieści). Choć okoliczności, szczegóły i niektóre inne elementy różnią się w każdym z nich, to zazwyczaj wygląda to podobnie. Sieroty Baudelaire trafiają do swojego nowego opiekuna, który okazuje się być nie do końca normalny, próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a gdy w końcu nabierają optymizmu, to w końcu zjawia się Hrabia Olaf chcący położyć łapy na fortunie dzieciaków odziedziczonej po zmarłych rodzicach. Następują wówczas różnego rodzaju perypetie, w których zaczyna górować Hrabia, lecz pod koniec rozdziału, w mniej lub bardziej nieprzyjemnych okolicznościach, udaje się dzieciom zdemaskować szalonego krewnego lub chociaż tymczasowo od niego uciec.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 5
Jedną z osób, które mają największy wpływ na losy sierot, jest Pan Poe z Mecenatu Mnożenia Mamony.
Źródło: filmweb.pl

Można by pomyśleć, że taki schemat każdego z rozdziałów może zniechęcić i szybko znudzić. Być może, jako że wiele jest typów widzów i wszyscy cechujemy się różnym stopniem cierpliwości i zrozumienia. Jednak gwarantuję Wam, że warto prześledzić całość, bo mimo wszystko trudno o monotonnie, gdy za każdym razem zmienia się otoczenie historii, bieg wydarzeń, a przede wszystkim – na jaw wychodzą nowe fakty i tajemnice, których jest więcej niż można by się spodziewać.


Niby schematy, a jednak zwroty akcji

O tak, kto nie lubi porządnych i tak nieoczywistych plot twistów zarówno w filmach, jak i serialach? Czasem łatwo ich się domyślić, co jest jedynie winą nie do końca trafnie sformułowanego scenariusza, jednak okazuje się, że równie często udaje się twórcom zaskoczyć widzów.

W przypadku „Serii niefortunnych zdarzeń” może być o to nieco trudno, jeśli weźmie się pod uwagę, że część widzów świetnie zna powieści Handlera. Serial jest naprawdę staranną ekranizacją książek, co wiernych fanów literatury powinno teoretycznie cieszyć. Jednak jeśli za dzieciaka (a może nawet i będąc starszymi) zaczytywaliście się w dzieła Lemony’ego Snicketa, to o zaskakujące zwroty akcji może być trudno. Chociaż jestem święcie przekonany, że i dla takich osób znajdą się fabularne niespodzianki.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 6
Serial jest pełen fabularnych twistów. I to już od pierwszego odcinka.
Źródło: filmweb.pl

Wspominałem, że w rozdziałach serialu łatwo jest wyodrębnić następujące po sobie etapy fabuły. Na szczęście wplątano w to wszystko tak liczne i ciekawe wątki, że za każdym razem oglądamy zupełnie inne wydarzenia. Twórcy, posiłkując się książkami, zaskakują nas niektórymi rozwiązaniami kiepskich sytuacji Baudelierów, czy też decyzjami i działaniami pozostałych bohaterów produkcji. Na pewno to zauważycie, gdy tylko sami będziecie pochłaniać odcinki „Serii niefortunnych zdarzeń”.

Już dwa ostatnie epizody są pewnym odejściem od sztywnych schematów. Zwiastuje to brak sensu trwania w przekonaniu, że co odcinek będziemy oglądać to samo. Sieroty czeka wiele mniej lub bardziej przygnębiających sytuacji, którym trzeba stawić czoło, a te potrafią widzów zainteresować, rozemocjonować, czy nawet zirytować.

Ale jak co rusz powtarza narrator całej opowieści – serial oglądacie na własną odpowiedzialność.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 7
Ta scena rozbroiła mnie emocjonalnie. Każdy, kto oglądał, na pewno wie dlaczego.
Źródło: filmweb.pl

Rodzeństwo Baudelaire (Słoneczko!)

Serial bez lubianych i charyzmatycznych głównych bohaterów nie może okazać się sukcesem. Na szczęście w przypadku „Serii niefortunnych zdarzeń” udało się twórcom obsadzić i rozpisać role tak, że trójka dzieciaków z łatwością zdobywa sympatię widzów i szybko zaczyna nam zależeć na ich losach. A te, jak sam tytuł mówi, nigdy nie polepszają się na dłużej niż krótką chwilę.

Najstarsza Wioletka i średni wiekowo Klaus (odgrywani kolejno przez Malinę Weissman oraz Louisa Hynesa) są już całkiem zaradnymi i na pewno niegłupimi nastolatkami, którym kibicować będziemy przy każdej napotkanej przeszkodzie w ich niefortunnym życiu. Okazuje się jednak, że nie ma dla nich sytuacji bez wyjścia. Jasne, są takie, co przyprawiają o niepokój i stres, ale wynalazczy zapęd Wioletki i oczytanie u Klausa są mieszanką wręcz idealną w każdym niebezpieczeństwie.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 8
Wszystko zaczyna się od śmierci rodziców. Sytuacja rodzeństwa Baudelaire pogarsza się z odcinka na odcinek.
Źródło: filmweb.pl

Za to chyba najwięcej uroku oraz sympatii u widzów zgarnia najmłodsza reprezentantka rodziny Baudelaire – Słoneczko. Niepotrafiąca jeszcze chodzić ani wypowiadać jakichkolwiek, nawet najprostszych słów dziewczynka nie tylko rozbraja swoim słodkim wyglądem i ruchową bezradnością, ale także zyskuje dużo uznania dzięki swojej „super-mocy”. Nie pozostaje w tyle za starszym rodzeństwem i sama niejednokrotnie pomaga w wyjściu z opresji dzięki ostrym zębom wprost nie do złamania. Pogryzie wszystko i ze wszystkiego zrobi… wszystko. A przy tym powydaje z siebie odgłosy, które, jak się okazuje dzięki dołączonej transkrypcji, nie są nic nieznaczącymi mruknięciami, a faktycznymi zdaniami. Choć potrafi zrozumieć ją jedynie rodzeństwo.


Hrabia Olaf

Przy tym wszystkim nie sposób zapomnieć o głównym czarnym charakterze całej serii. Zarówno w książkach, jaki i w filmie lub omawianym tutaj serialu, Hrabia Olaf pozostaje wyjątkowo charakterystycznym bohaterem, który chyba bez problemu zdążył zapisać się już na łamach historii fikcyjnych postaci, tuż obok takich sław, jak Joker lub Darth Vader.

Ma niezwykle oryginalny i specyficzny wygląd, dzięki któremu da się go rozpoznać zawsze i wszędzie. O ile nie postanowi akurat zmienić tożsamości wykorzystując przebrania i umiejętności aktorskie. A robi to często po to, aby pozostać anonimowym i zbliżyć się do sierot Baudeliare. Tak naprawdę, to w każdym rozdziale zobaczymy choć jedno jego nowe wcielenie.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 9
Hrabia Olaf to fikcyjna postać kultowa. A Neil Patrick Harris świetnie się w nią wciela.
Źródło: filmweb.pl

W tym właśnie tkwi piękno tej postaci. Jest szalony, zdeterminowany i posunie się do wszystkiego, aby tylko zdobyć majątek osieroconego rodzeństwa. Lecz pozostaje przy tym niezwykle cwany i pomysłowy, co ostatecznie obrazuje się w jego przebraniach i ogrywanych rolach.

Stąd też jestem przekonany, że w obsadzie znalazł się aktor wręcz idealny do kreacji Hrabiego Olafa. Neil Patrick Harris, znany przede wszystkim z przebojowej roli w serialu „Jak poznałem waszą matkę”, potrafi wcielić się w dosłownie każdą postać i daje ku temu dowody w „Serii niefortunnych zdarzeń”. Tu sytuacja jest o tyle złożona, że wpierw musiał odnaleźć się jako kultowy czarny charakter, a następnie, będąc nim, wchodzić w coraz to różniejsze role na potrzeby danego odcinka.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 10
Hrabia co rusz zmienia swój wizerunek. Co najmniej raz na rozdział.
Źródło: filmweb.pl

W pierwszym sezonie pokazał się jako specjalista od gadów Stefano, odważny kapitan Szlam oraz… recepcjonistka Shirley w dwóch ostatnich epizodach. To właśnie tą ostatnią kreacją najbardziej dowodzi, że jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Nie straszna mu żadna rola, a co najważniejsze – w każdej doskonale się odnajduje i nadaje swojego charakteru.

Neil Patrick Harris przebierający się za kolejne postacie w drugim sezonie „Serii niefortunnych zdarzeń” jest jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie zalet serialu. I choć kreacja Jima Carrey’ego w ekranizacji z 2004 roku owiała się już tytułem kultowej, to mimo wszystko sądzę, że Harris robi w serialu doskonałą robotę.


Drugi sezon „A Series of Unfortunate Events” jest już dostępny na Netfliksie, a u mnie na dniach pojawi się jego recenzja. Jak tylko uda mi się obejrzeć wszystkie dziesięć odcinków ;)

Reklamy

2 myśli w temacie “Co urzekło mnie w pierwszym sezonie „Serii niefortunnych zdarzeń”?

  1. Nie wciągnął mnie serial. Zbyt ubogi wizualnie, niestety aktorzy z niższych półek – i denerwująca dysproporcja zabawne dialogi wypowiedziane przez drewniane usta. Z nudów trafiłem na pierwsze książki serii – chciałem przeczytać coś innego. Książeki mnie wciągnęły – przyznam, że mnie zdziwił film, który powstał zanim zakończono całą serię. Btw. oficjalnie jest 13 książek, i mniej oficjalnie 14 (nieautoryzowana biografia Lemonego Snicketa – netflix też z tego korzystał).
    Ale spoko – przynajmniej wiem co się podoba fanom serialu :D

    Polubienie

    1. To jeden z wielu dowodów na odwieczną prawdę mówiącą, że książkowe pierwowzory zawsze będą lepsze niż ich ekranizacje :D
      I bardzo celna uwaga z biografią Snicketa :)

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close