„Bohemian Rhapsody” – Filmowy pomnik dla muzycznej legendy

Muszę rozczarować wszystkich tych, którzy tak zaparcie byli przekonani o nietrafionym angażu Ramiego Maleka w roli wokalisty zespołu Queen. Gwiazda serialu „Mr. Robot” okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Jasne, można spekulować o tym, czy inny aktorzy lepiej odnaleźliby się jako Freddie Mercury, jednak spójrzmy trzeźwym okiem na to, co mamy.

Przeciwnicy podawali przeróżne argumenty. Prym wśród nich wiódł zgryz Maleka, który przez wielu określany był jako zbyt uwydatnionym. Jak poradzono sobie z tym filmie? Najlepiej, jak można było, bowiem wcale tego nie ukrywano. Ba, nawet kilka razy główny bohater zmuszony jest wysłuchiwać od innych postaci nieprzyjemnych uwag na ten temat. Jednak za każdym razem wspaniałomyślnie odwracano ów charakterystyczną żuchwę w atut.

Bohemian Rhapsody - 1
Wysuwająca się górna warga i niemal zawsze widoczne przednie zęby. Tutaj Malek z kadru z „Mr. Robot”.
Źródło: filmweb.pl

W momencie, gdy filmowy Mercury decyduje się na nową fryzurę i żegna się z długą, falowaną grzywą, Remi Malek wygląda niemal kropla w kroplę jak wokalista Queenu. Charakterystyczny bujny wąs? Jest. Ostro zarysowana szczęka? Jak najbardziej. Bardziej kobiece niż męskie ruchy ciała? Również. Jeśli chodzi o ogólną aparycję i wcielenie się w rolę legendarnego muzyka, nie można niczego się przyczepić. Naprawdę.

Rozumiem, jeśli ktoś jest zwolennikiem innego aktora, którego widziałby w tej roli. Sztukę, a co za tym idzie i filmy, można przedstawiać na miliony sposobów. Dlatego jestem pewien, że sugerowany przez wielu Sacha Baron Cohen, czy też inni zawodowi odtwórcy ról, mogliby spisać się równie nienagannie na swój własny sposób. Tymczasem ogromny zaszczyt, ale i zarazem wyzwanie, stanęło przed Malekiem, który dotąd poza wspomnianym „Mr. Robot” nie brylował jakoś specjalnie. Może pochwalić się co najmniej kilkoma ciekawymi rolami, ale nie były one ani dużego formatu, ani zapadające w pamięć widzów.

Bohemian Rhapsody - 2
Musicie przyznać, czysty Mercury.
Źródło: filmweb.pl

W przypadku „Bohemian Rhapsody” będzie inaczej. Jestem o tym przekonany. Pozwolono mu stawić czoła odtworzenia prawdopodobnie jednego z zaledwie kilku największych „nazwisk” w historii muzyki. Słowo to użyłem w cudzysłowie, bo jak wiadomo, Freddie Mercury tak naprawdę Freddiem Mercurym nie był. A przynajmniej nie od urodzenia.

Na aktorze spoczywała nie lada presja. Główna rola w głośno zapowiadanym filmie, gdzie miał przedstawić kreację legendy nie tylko zeszłego stulecia, ale i obecnie. W efekcie wychodzi jednak na to, że Malek pod ciśnieniem radzi sobie rewelacyjnie. Podczas seansu uwiódł swoją mimiką, posturą i słowami nie tylko mnie, ale chyba wszystkich na sali. Nie są to czcze domysły, bo dało się to wyczytać z reakcji oglądających na przeróżne sceny w filmie. Śmiech, gdy Mercury rzucał ciętą ripostą w stronę tych, którzy nie wierzyli w jego szaleństwo. Cicha aprobata wyrażana pod nosem, gdy ostatecznie główny bohater stawiał na swoim i okazywało się, że było warto. Ciarki na całym ciele podczas procesów powstawania największych przebojów Queenu oraz samych koncertów. Tego wszystkiego na pewno nie doświadczyłem tylko ja.

Bohemian Rhapsody - 3
Tutaj z kolegą z zespołu – Brianem Mayem. W niego wcielił się Gwilym Lee.
Źródło: filmweb.pl

W dzisiejszym kinie nietrudno o to, by główna postać filmu zbierała sobie przychylność widzów i była co najmniej lubiana. Prawdziwą sztuką jest sprawić, że przekonuje się do siebie od pierwszych scen aż do samego końca, niezależnie od poczynanych w trakcie kroków. Tego, że Freddie Mercury jest wciąż uwielbiany przez miliony, nie trzeba udowadniać. Dla Maleka działało to z kolei pozytywnie, jaki i negatywnie. Było to o tyle trudne zadanie, że gdyby nie spełnił oczekiwań widzów, wytykano by mu to przez bardzo, bardzo długi czas. Na jego i nasze szczęście, udało mu się stworzyć kreację godną podziwu, przez co sympatia do byłego wokalisty brytyjskiego zespołu przelała się również na sympatię wobec odgrywanej przez aktora postaci.

Kiedy lubisz osobę i twórczość Mercury’ego, i spodoba Ci się ukazanie go w biograficznym filmie, kupisz go aż do ostatnich napisów końcowych, a nawet na dużo dłużej. Praca, poświęcenie i pot, które Remi Malek włożył w tej film, są widoczne gołym okiem i naprawdę nie jestem w stanie wyobrazić sobie, żeby ostatecznie komuś jego kreacja mogła nie przypaść do gustu. Choć mówi się, że gusta są różne i o nich się nie dyskutuje…

Bohemian Rhapsody - 4
A tu już w mniej scenicznym wydaniu.
Źródło: filmweb.pl

To jedna z dwóch najjaśniej świecących gwiazd w „Bohemian Rhapsody”. Druga? Oczywiście muzyka. Aspekt ten chyba od samej pierwszej zapowiedzi filmu był najpewniejszym gwarantem jakości tej produkcji. Byłeś przeciwnikiem przenoszenia historii życia Mercury’ego i działalności Queenu na wielki ekran? A może należałeś do dość sporej bazy niezadowolonych z obsadzenia głównej roli? Nieważne. Wówczas można było być pewnym chociaż tego, że usłyszenie z kinowych głośników hitów brytyjskiego zespołu będzie jednym z największych dotychczasowych przeżyć związanych z kinem.

W tym roku było już co najmniej kilka okazji na usłyszenie kultowej muzyki w kasowych produkcjach. Parę miesięcy temu powstał dokument „Whitney” (o kim opowiadał chyba nie trzeba tłumaczyć), a latem wielkie ekrany zostały podbite przez kontynuację „Mamma Mia!” przedstawiającą przeboje Abby. W każdym z tych przypadków, łącznie z „Bohemian Rhapsody”, mamy niebywałą okazję usłyszeć w niesamowitej jakości (i głośności) największe utwory konkretnych artystów, które już na stałe zapisały się na łamach historii muzyki światowej.

Bohemian Rhapsody - 5
Zgadniecie, jaki utwór powstawał w takich okolicznościach?
Źródło: filmweb.pl

Oj, czego w tym filmie nie ma? Przede wszystkim najwięcej czasu poświęcono na ukazanie prac nad piosenką, której tytuł zawarty jest w… tytule produkcji. Nic dziwnego, bowiem nie jest tajemnicą, że nagrywanie trwającego około sześć minut utworu z czwartego albumu studyjnego zespołu był piekielnym procesem. Przez bity tydzień wszyscy członkowie zespołu oraz pomagające im osoby dwoili się i troili, aby w końcu spełnić wyśrubowane oczekiwania Mercury’ego. Gdy w końcu całość brzmiała tak, jak ułożył sobie to w głowie, artyści byli gotowi na rewolucję światowej sceny muzycznej.

Z niejednym problemem po drodze. I właśnie całą tę podróż ukazuje film Bryana Singera. Choć często będziemy świadkami wzlotów kapeli, to równie często będziemy musieli wraz z nimi przechodzić przez cięższe okresy w karierze. Jak to zwykle w zespołach bywa, nie obeszło się bez kłótni, skandali i rozbieżnych wizji dalszego kierunku rozwoju Queenu. Nieraz trzeba było zaniedbać prywatne, rodzinne życie, aby osiągnąć jeszcze więcej na szczeblach kariery. Czy jednak film w dostateczny sposób pokazuje to, jak naprawdę wyglądały losy muzyków?

Bohemian Rhapsody - 6
Przemierzanie drogi ku sławie to godzenie się na trudne życiowe rozterki.
Źródło: filmweb.pl

Niekoniecznie. Jak można się domyślać, droga artystów będących na ścisłym topie nie jest usłana różami. Owszem, film pokazuje to najbardziej, jak tylko potrafi, ale nie zapominajmy, że to nadal jest jedynie dwugodzinny film. Przesyt wątków wprowadziłby tu bałagan nie do ogarnięcia, przez co tu i ówdzie scenarzyści musieli obrać drogę na skróty. Nie dlatego, że nie chcieli pokazywać stuprocentowej prawdy. Byli do tego zmuszeni, aby utrzymać koncepcję filmu fabularnego i dać widzom rozrywkę, za jaką zapłacili. Chcąc, nie chcąc, kino rządzi się swoimi prawami. Do tej pory chyba nie powstała biografia idealna, która z jednej strony obnażyłaby całą rzeczywistość jednostki, wokół której się skupia, a z drugiej nie znużyła widza i sprawiła, że na długo zapamięta ów film jako widowisko dla oczu i uszu.

W tej dziedzinie, jak w wielu innych, trzeba iść na kompromisy. A te w „Bohemian Rhapsody” zostały moim zdaniem dobrane idealnie. Najważniejsze losy członków zespołu, a przede wszystkim Mercury’ego, zostały zawarte i odpowiednio poprowadzone. Czasem może wydawać się, że można by niektóre wątki zgłębić nieco bardziej, ale twórców obowiązywały również ramy czasowe, w których musiał zmieścić się cały obraz. Nie zapomniano o istotnych kwestiach, opowiedziano o nich, a ostatecznie zakończono w wielkim finale.

Bohemian Rhapsody - 7
Ten tłum zrobił wrażenie nie tylko na filmowym zespole, ale i na widzach w kinie.
Źródło: filmweb.pl

O matko, wielki finał. Jeśli ta sekwencja poruszających, emocjonalnych i widowiskowych scen nie stanie się jedną z najbardziej kultowych w historii współczesnego kina, to tym bardziej umocnię się w przekonaniu, że o filmach niewiele wiem. Albo, że jestem zbyt łatwym widzem i w prosty sposób można mnie kupić.

W każdym razie na koniec dostajemy to, czego tak naprawdę oczekujemy. Spektakularny koncert dla setek tysięcy widzów zebranych w jednym miejscu, aby zobaczyć jedno z największych wydarzeń muzycznych w historii. Na takie kreuje się tutaj Live Aid, czyli dwa równoległe koncerty charytatywne zorganizowane w 1985 roku, podczas których wystąpiły największe gwiazdy ówczesnego rocka. W Stanach Zjednoczonych byli to między innymi Led Zeppelin, Bryan Adams i Black Sabbath. Zaś w Anglii, na stadionie Wembley, gdzie zabiera nas akcja filmu, zaprezentowali się na przykład David Bowie, Sting, Paul McCartney i oni… zespół Queen.

Bohemian Rhapsody - 8
Występ na Wembley był największym koncertowym osiągnięciem Queenu.
Źródło: filmweb.pl

W dialogach powiedziane jest jasno. Każdy wykonawca festiwalu otrzymuje do dyspozycji dwadzieścia minut na scenie. Co to znaczy dla nas? Film faktycznie poświęca tyle czasu na finałowy występ kapeli z Mercury’m na czele, podczas którego prezentują kilka swoich największych przebojów. I to nie w byle jakim stylu. Jest głośno, widowiskowo i, jak to określiła jedna osoba wychodząc przede mną z sali kinowej, „z jajem”.

Na moich rękach dosłownie pojawiły się ciarki, gdy Remi Malek, Ben Hardy, Joseph Mazzello i Gwilym Lee (wcielający się w czterech członków zespołu) zaprezentowali na wielkim ekranie tytułowe „Bohemian Rhapsody”, „We Are The Champions” i inne. Świetne zwieńczenie fabularnej biografii i filmu samego w sobie.

Bohemian Rhapsody - 9
Czterech szalonych zapaleńców, o których świat nigdy nie zapomni.
Źródło: filmweb.pl

Wręcz pedantycznie dokładne zdjęcia, oszałamiająca charakteryzacja, aktorstwo najwyższej klasy i muzyka, która przed laty zawiesiła poprzeczkę na niewyobrażalnym poziomie. Tutaj znajdziemy to wszystko. Wszelkie obawy przed premierą filmu były po prostu niepotrzebne. Stanięto na wysokości zadania, prawdopodobnie mając na uwadze, jak ważny był to projekt. Dlatego, jeśli interesuje Was postać charyzmatycznego Freddie’go Mercury’ego albo w jakich okolicznościach powstawały takie hity, jak „We Will Rock You”, „Don’t Stop Me Now”, czy „Another One Bites the Dust” – ten film Wam to przedstawi.

Moja ocena: 9/10 ❤️

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close