„Hotel Transylwania 3” – O dziwo, wciąż trzyma równy poziom

„Film przedstawiający losy rodziny wampirów, mumii, wilkołaków i Bóg wie, kogo tam jeszcze, z premierą w czerwcu? Ale jak to tak?!”. W ten lub bardzo zbliżony sposób pomyśleli najpewniej polscy dystrybutorzy trzeciej części popularnej animacji „Hotel Transylwania”, gdy ta otrzymała swoją światową datę wejścia do kin. Z jednej strony to nic dziwnego. W końcu poprzednie odsłony trylogii ukazywały się na jesień, gdy powoli nadciągało lubiane w Stanach i nie tylko święto Halloween. Produkcja studia Sony Pictures Animation idealnie wpasowuje się w nastrój tego dnia. Dopiero przy zwieńczeniu trylogii zadziało się coś, co najwyraźniej na naszym rynku filmowym miejsca mieć nie może.

Hotel Transylwania - 1
Nasze potwory powróciły!
Źródło: filmweb.pl

„Hotel Transylvania 3: Summer Vacation”, jak sama oryginalna nazwa wskazuje, swoją tematyką i miejscem osadzenia akcji bardziej współgra z klimatem wakacyjnym aniżeli święta duchów. Pomimo tego, że głównymi bohaterami niezmiennie są znane „gatunki” potworów, to tym razem animacja nie skupia się na ostatnim dniu października, lecz letnim urlopie, który (jak się okazuje), był monstrom niezwykle potrzebny.

Stąd też na rynku amerykańskim, ale i nie tylko, „Hotel Transylwania 3” trafił do kin już na przełomie czerwca i lipca, aby zabrać rodziców i ich pociechy na relaksującą wycieczkę z Drakiem, Johnnym, Mavis i resztą postaci. My, biednie Polacy, w wyniku szaleńczej decyzji lokalnych dystrybutorów, musieliśmy poczekać aż do początku października. Byliśmy przedostatnim narodem, który w końcu doczekał się trzeciej części „Hotelu”. Gorzej było jedynie z Japonią, która dopiero tydzień po nas mogła wybrać się do kin. Nawet Korea Południowa, Filipiny, czy też Wietnam wyświetlały animację sporo wcześniej.

Hotel Transylwania - 2
Bohaterów czeka bardzo interesujący rejs statkiem.
Źródło: filmweb.pl

Ale może nie będę narzekał na błahe sprawy. W końcu październik był, jest i zawsze będzie sezonem na potwory, strachy i horrory. Nawet w naszym kraju, gdzie przecież Halloween nie święci takich tryumfów, jak na zachodzie. Najważniejsze, że w końcu doczekaliśmy się premiery „Hotelu Transylwania 3”, a jak po seansie mogę ocenić, nawet warto było czekać.

Pod warunkiem, że od animacji znamienitego Tartakovsky’ego oczekiwaliśmy tego samego, co zaprezentowały nam poprzednie części. Jest to jeden z chyba niewielu przypadków nie tylko w tym gatunku, ale i w kinie ogólnie, gdy cała trylogia serii trzyma naprawdę równy poziom. Gdy w 2012 roku ukazała się pierwsza odsłona, dzieci pokochały ją za zebranie razem wszystkich najpopularniejszych potworów zakorzenionych w kulturze popularnej na przestrzeni lat, a rodzicom spodobała się lekkość i przystępność filmu połączona z nie najgorszym poczuciem humoru objawiającym się na przykład w żartach sytuacyjnych.

Hotel Transylwania - 3
Ile stworów i upiorów znajduje się na obrazku?
Źródło: filmweb.pl

Sequel z premierą po trzech latach oczekiwania zaprezentował nam ciekawe, aczkolwiek dość przewidywalne rozszerzenie przygód bohaterów. Nie stracił jednak niczego, co w „jedynce” tak bardzo przypadło do gustu widzów. Pojawiły się nowe postacie dość logicznie wplecione w przedstawiony świat i jeszcze więcej dobrego komizmu. Ba, nawet patrząc stricte na finansowe wyniki, „Hotel Transylwania 2” poradził sobie jeszcze lepiej od poprzednika zgarniając ponad sto milionów dolarów więcej w ogólnoświatowym Box Office’ie.

Popularyzowanie i staranne budowanie marki najwidoczniej popłaca, bo teraz, gdy najnowsza część animacji jest już dobre cztery miesiące po globalnej premierze, ma ona na swoim koncie ponad pół miliarda w amerykańskiej walucie, co jest zdecydowanie największym dorobkiem z całej serii. Oznacza to, że na przestrzeni lat coraz więcej widzów zaznajamiało się z familijną serią, co zwiększyło grono odbiorców „trójki”.

Hotel Transylwania - 4
Rodzina i przyjaciele korzystają z czasu na relaks, póki jeszcze mogą…
Źródło: filmweb.pl

Czy nowi widzowie, którzy zdecydowali się odwiedzić kino dla ostatniej odsłony tej trylogii, mogli poczuć się zawiedzeni? I tak, i nie. Tak, jeśli liczyli na coś więcej niż w poprzednich dwóch filmach. Jednak wybierając się na animację dla dzieci, czym „Hotel Transylwania” jest, nie ma co liczyć na rewolucje i odejście od sprawdzonych wcześniej schematów. Jedne, co wówczas jest rozsądne do zrobienia przez twórców, to kontynuowanie specyfiki produkcji i rozszerzenie jej o nowe wątki, postacie i tym podobne. Gdy dochodzi się do trzeciej części serii, konieczne jest, aby nie odchodzić od tego, co zdążyło się już zrobić dotychczas, a dodatkowo należy dołożyć domknięcia lub odpowiednie rozwinięcia wątków, które albo zostały już poruszone wcześniej, albo wręcz wymagają poruszenia.

Tym tropem poszli reżyser i scenarzyści filmu. „Hotel Transylwania 3” zaczyna się od dwóch dających się we znaki problemów głowy rodziny – Drakuli. Wampir, po pierwsze, jest coraz bardziej zmęczony prowadzeniem zajazdu dla monstrów, jako że od lat nie miał choćby dnia wolnego od obowiązków związanych z pracą, a po drugie – doskwiera mu specyficzna samotność. Owszem, wciąż otoczony jest mnóstwem osób, w tym najważniejszej dla niego córki Mavis, jej męża Johnny’ego oraz wnuka Dennisa. Brakuje tu jednak życiowej partnerki, którą przed wieloma laty stracił. Po jej śmierci wampir nie wyobrażał sobie ułożenia życia z inną kobietą, przez co na długi czas wypierał się miłości. Aż do czasu.

Hotel Transylwania - 5
„Aż do czasu.”
Źródło: filmweb.pl

Trzecia część „Hotelu” zabiera nas daleko od tytułowego budynku, w którym to dotychczas rozgrywała się akcja. Mavis, dostrzegając problem przepracowania ojca, wpada na pomysł, aby urządzić mu zasłużony urlop. Bez jego wiedzy, namawia do tego również całą zgraję potworów przedstawionych nam na przestrzeni serii i wspólnie udają się na… rejs statkiem wycieczkowym. Ogromnym statkiem, który, jak słusznie zauważa Drakula, jest hotelem, tyle że na wodzie.

Choć wiele rzeczy może wydawać się głównemu bohaterowi znajomych, to najważniejszy jest fakt, że tym razem nie jest on właścicielem, lecz gościem. Po pokręceniu nieco nosem, dostrzega tę subtelną różnicę i nawet daje się ponieść magii wypoczynku.

Hotel Transylwania - 6
Kto powiedział, że wampiry nie lubią nurkować?
Źródło: filmweb.pl

Czy to oznacza, że następnie przez pozostałą godzinę będziemy przyglądać się potworom beztrosko bawiącym się i odpoczywającym na pokładzie ekskluzywnego wycieczkowca? Oczywiście, że nie. Nie na tym polegają filmy! Nawet te kierowane do najmłodszych. W animacji od samego początku przewija się wątek wieloletniego przeciwnika Drakuli, którego cel jest niezmiernie prosty – chce zgładzić upiory. Płytko i bez polotu, ale nie oczekujmy za wiele.

O całym pochodzeniu, rozwoju i znaczeniu postaci ów Van Helsinga nie chcę tutaj za dużo pisać, aby przypadkiem nie zdradzić zbyt wiele. W kontekście tego wątku łatwo o spoilery, a psuć zabawy nie warto. W każdym razie wróg wampira raczej nie zapisze się na kartach kinematografii, jako jeden z najlepszych czarnych charakterów, ale myślę, że w pełni wystarczy, jak na niewymagającą, rodzinną produkcję. Tym bardziej, że w to wszystko wplątany jest pewien zwrot akcji. Niestety, szybko zostaje nam zdradzony, co psuje nieco efekt zaskoczenia, ale twórcy pewnie wyszli z założenia, że starsi widzowie na pewno w mgnieniu oka rozszyfrowaliby zagadkę na własną rękę, więc po co udawać?

Hotel Transylwania - 7
Typowy złoczyńca z animacji. Dziwna fryzura, duży brzuch, prosty cel.
Źródło: filmweb.pl

Dlatego zaznaczę po raz kolejny – swoje oczekiwania najlepiej zaniżyć, jak tylko się da. To wciąż animacja dla młodocianych!

Pozostaje jeszcze kwestia humoru. Przyznam się, że w całym półtoragodzinnym filmie było kilka momentów, gdzie szczerze się uśmiechnąłem lub w duchu zaśmiałem. W duchu, bo dwudziestotrzyletniej osobie raczej nie wypada śmiać się na całą salę kinową podczas emisji filmu animowanego. Faktycznie znaleźć można parę żartów słownych lub sytuacyjnych, które mogą rozbawić. Dzieci pewnie swojego śmiechu wstydzić się nie będą. I prawdopodobnie zaśmieją się przy zupełnie innych scenach niż starsze osoby, ale tak już z tym gatunkiem bywa. Szczególnie upodobałem sobie gag z finałowej potyczki, w którym usłyszeć mamy największy (i zarazem najbardziej żenujący) taneczny hit wszech czasów.

Hotel Transylwania - 8
Po co komu dobre nagłośnienie, gdy ma się ogromne monstrum potrafiące śpiewać?
Źródło: filmweb.pl

A skoro o tym mowa, „Hotel Transylwania” na przestrzeni trzech odsłon przyzwyczaił nas do sięgania po popularne kawałki, które są lubiane obecnie lub uznaje się je za kultowe. Stąd też nie dziwi obecność takich hitów, jak „Sexy and I Know It” od LMFAO, „Gangnam Style” od PSY lub „24K Magic” w wykonaniu Bruna Marsa.

Każda nowa część potwornej serii od Sony Pictures Animation ukazywała się w kinach systematycznie co trzy lata. Wszystko zaczęło się w 2012 roku. Sequel pojawił się w 2015, a teraz otrzymaliśmy pełną trylogię. Zastanawia mnie jednak, czy Tartakovsky i oddział Sony zajmujący się filmami animowanymi poprzestaną na tym. Niby co tu więcej należy dopowiadać? Było o miłości potwora ze zwykłym człowiekiem, o trudnym procesie wdrażania się w rolę ojca, a teraz o tym, czy odnalezienie swojej drugiej połówki to gwarancja szczęścia do końca życia.

Hotel Transylwania - 9
Nie mogłem się oprzeć wstawieniu tutaj tego kadru!
Źródło: filmweb.pl

Pewnie wielbiciele franczyzy chętnie jeszcze raz powróciliby do Transylwanii, aby ponownie udać się na przygodę z wampirzą rodzinką i popkulturowym przekrojem innych upiorów. „Trójka” finansowo też nie zawiodła, więc pytanie „co dalej?” chyba wciąż nie ma jasnej odpowiedzi, a jedyne, co pozostaje nam zrobić, to czekać na informacje od twórców.

Ode mnie „Hotel Transylwania 3” dostaje solidne siedem na dziesięć, tak jak każda poprzednia część serii. W moich oczach to wciąż równy poziom, który można by wykorzystać na kolejne kontynuacje, ale z drugiej strony – może lepiej tego nie zaprzepaścić?

Moja ocena: 7/10

„Final Space” – Niepozorna animacja zbierająca tłumy fanów

O nowej animacji okraszonej mianem „Netflix Originals” dowiedziałem się dopiero po jej premierze. Mimo regularnych maili z ofertą serwisu, polubionego fanpage’a na Facebooku i zasubskrybowanego kanału na YouTube, nie natrafiłem na żadne wzmianki o „Final Space” do czasu, gdy od paru dni był już dostępny do obejrzenia. Szybkie ogarnięcie najważniejszych informacji o serialu, a więc liczby odcinków, długości ich trwania oraz (przede wszystkim) opisu fabuły, po czym byłem gotów odpalić pierwszy epizod.

Final Space (1)
Źródło: facebook.com/FinalSpaceTBSnetwork

Skończyło się na tym, że całość łyknąłem dosłownie w jeden wieczór. Dla największych koneserów nie jest to pewnie nic szczególnego, ale ja z reguły nie potrafię siedzieć kilka godzin i oglądać odcinek za odcinkiem. Nawet jeśli jakiś tytuł z miejsca mnie oczarował. W tym przypadku było inaczej, bo każde 20 minut mijało błyskawicznie i nim się obejrzałem byłem już w połowie sezonu. Na zegarze wciąż widniała w miarę młoda godzina, więc nie pozostało nic innego, jak dokończyć resztę.

Ani trochę nie żałuję, bo animacja stworzona przez Olana Rogersa i Davida Sacksa miała w sobie coś, co nie pozwalało wyłączyć Netfliksa przed poznaniem zakończenia kosmicznej historii. Dla tego pierwszego pana „Final Space” jest debiutem pod każdą postacią. Nigdy wcześniej nie pracował nad żadnym serialem lub filmem, ani telewizyjnymi, ani kinowymi. Za to Sacks od lat związany jest z kultowymi „Simpsonami”, więc mógł wnieść do projektu nieco swojego doświadczenia.

Final Space (2)
Poznajcie Gary’ego – samotnego więźnia kosmicznego statku.
Źródło: imdb.com

W ten sposób powstała opowieść o blondynie imieniem Gary, który na lata został zamknięty na statku kosmicznym będącym pewną formą więzienia. Astronautę poznajemy tuż pod koniec jego wyroku, gdy psychika bohatera drastycznie odbiega od normy. Przykładem tego może być upersonifikowanie przez niego różnych mebli bądź przedmiotów znajdujących się na pokładzie, którym nadał również imiona.

Doskwierająca Gary’emu samotność mimo wszystko nie przekładała się na najgorsze z możliwych uszczerbków na umyśle, bowiem towarzystwa dotrzymują mu HUE – sztuczna inteligencja odpowiedzialna za działanie statku i kontrolowanie wyroku głównego bohatera, która swoją obecność podkreśla wyłącznie głosem (jako, że ciała nie posiada), KVN – znienawidzony przez Gary’ego robot o bardzo nieprzyjemnych i natrętnych cechach charakteru, a także androidy, które wykonują polecenia HUE.

Final Space (3)
Jeśli polubicie tego żółtego, lewitującego natręta, to macie nierówno pod sufitem.
Źródło: imdb.com

Los jednak chce, aby końcówka wyroku astronauty nie przebiegła tak, jak poprzednie lata. W pewnych okolicznościach poznajemy przesłodkiego, zielonego i okrągłego kosmitę, który szybko skrada serce Gary’ego, a zarazem nasze – widzów. Niepotrafiąca mówić forma życia zostaje przez niego nazwana Ciastusiem, co jeszcze bardziej ma podkreślić jej niewinność i urok.

Wydawałoby się, że wszystko brzmi świetnie. Gary po kilkudziesięciu miesiącach samotności nareszcie poznaje prawdziwego przyjaciela, z którym do razu łapie wspólną więź, a jego wyrok ma zakończyć się lada moment. Haczyk w tym, że niewiele później po pojawieniu się zielonego kosmity, na statek więźnia przybywa także Avocato – uzdolniony w posługiwaniu się bronią palną kot-najemnik. Jak można łatwo się domyślić, jego głównym celem jest schwytanie Ciastusia i sprowadzenie go do zleceniodawcy.

Final Space (4)
Rozbraja od pierwszej sceny, w której występuje – kosmita Ciastuś!
Źródło: imdb.com

Tak, jak chyba w każdej historii być musi, w „Final Space” znajdziemy czarny charakter z krwi i kości. Lorda Przywódcę poznajemy jeszcze w pierwszym odcinku i szybko okazuje się, że jego niski wzrost i raczej nieprzerażający wygląd są tylko pozorami. Władający potężną armią oraz posiadający nadprzyrodzone moce Lord jest w stanie zabijać za nieposłuszeństwo, kompletnie pustoszyć planety we wszech świecie i co najistotniejsze – za wszelką cenę osiągnąć swoje zamierzone cele. A z pewnych powodów najważniejszym z nich jest Ciastuś znajdujący się w rękach Gary’ego.

Skrót fabuły może brzmieć dość mało oryginalnie, jako że często byliśmy świadkami produkcji przedstawiających dobrą i złą stronę, które pojedynkują się w jednej intencji choć o różnych zamiarach. Daję Wam jednak słowo, że nie jest to nudna i przewidywalna historia, w której Gary, HUE i KVN za wszelką cenę jako jedna drużyna będą bronić nowo poznanego przyjaciela, a Avocato wraz z Lordem Przywódcą będą chcieli go odbić na wszelkie możliwe sposoby. „Final Space” jest wypchane ciekawymi rozwiązaniami fabularnymi, zwrotami akcji i sytuacjami wywołującymi w widzach skrajne emocje.

Final Space (5)
Wrogiem numer jeden naszych bohaterów jest zabójczy Lord Przywódca.
Źródło: imdb.com

Nie mam zamiaru zdradzać wiele więcej, bo jednak dziesięć odcinków po dwadzieścia minut to niewiele czasu na spokojne przedstawianie i rozwijanie historii, która wręcz pędzi od pierwszych minut, dlatego wychodzenie opisem poza choćby pierwszy epizod na pewno zakończyłoby się poważnymi spoilerami. Jednak jeśli zdecydujecie się poświęcić swoje 3-4 godziny na cały sezon netfliksowej animacji, to przygotujcie się na to, że nie wszystko jest białe i czarne. Nieraz zostaniecie zaskoczeni przez bohaterów lub bieg wydarzeń, co tak naprawdę wznosi serial na wyższy, nieprzeciętny poziom.

Mnóstwo tutaj akcji tak dopieszczonych wizualnie, że aż pierwsze wrażenie o prostocie tej animacji może kompletnie na to nie wskazywać. Jednak twórcy położyli spory nacisk na to, aby wykreować piękny dla oczu świat (a raczej wszech świat), na który bardzo miło się patrzy. Rozległe kadry na kosmiczną nicość to coś, czego nie spodziewalibyście się po dość cicho reklamowanym serialu, który ot tak trafił na Netfliksa i bez zainteresowania się nim, można by go łatwo pominąć.

Final Space (6)
Oto Gary i Avocato. Nic więcej nie napiszę.
Źródło: imdb.com

„Final Space” nie stoi wyłącznie przyjemną i ładną oprawą graficzną, ale przede wszystkim świetnie rozpisanymi i charakterystycznymi postaciami oraz wyjątkowym poczuciem humoru. Jeśli chodzi o bohaterów, to szybko załapiecie względem nich pewien stosunek. Gary ma być dzielnym, ale dość fajtłapowatym poszukiwaczem przygód, którego naiwność i dobre serce odnajdą w widzach zrozumienie, Ciastuś po prostu kradnie nasze serca swoich wyglądem, Avocato wywołuje podziw dzięki nabytym umiejętnościom, a Lord Przywódca to czarny charakter wykreowany niemal idealnie. Niejednokrotnie pokazuje, jak silny i bezlitosny potrafi być, przez co każde jego pojawianie się na ekranie sprawia, że jesteśmy pewni kłopotów, z którymi za chwilę spotkają się główni bohaterowie.

Koniecznie muszę zaznaczyć, że „Final Space”, pomimo bycia animacją, nie jest przeznaczona dla najmłodszych. Na Netfliksie otrzymała ograniczenie od 13 lat, co jest w pełni zrozumiałe ze względu na niektóre dialogi, żarty, czy też sceny. Wszystko to wykreowano tak, aby najlepiej trafiało do młodzieży lub dorosłych widzów. Ostatnimi czasy da się zauważyć narastający trend na animacje dla starszego odbiory. Niegdyś tak naprawdę istniało tylko „Miasteczko South Park” i „Simpsonowie”, a teraz wybór mamy prawie nieograniczony. I choć „Final Space” daleko do wręcz kuriozalnego stylu i humoru znanego z przywołanych tytułów, to wciąż świetnie sprawdzi się jako zabawna i angażująca rozrywka dla każdego starszego widza.

Final Space (7)
Ach tak, w „Final Space” mamy też ważny wątek miłosny z Gary’m i Quinn w głównych rolach.
Źródło: imdb.com

Animacja, która jest angażująca? Ależ oczywiście! Takie sformułowanie nie powinno nikogo dziwić po chociażby takim przykładzie, jak rewelacyjny „BoJack Horseman”, który również jest kreskówką, a gra na emocjach lepiej niż niejeden współczesny serial dramatyczny z górnej półki. Po części potrafi to także „Final Space”, które w całym pierwszym sezonie ma w sobie parę momentów ściskających za serce, poruszających łzy w oczach lub w zupełnie inną stronę – wywołujących zachwyt i trzymanie kciuków za bohaterów. Na myśli mam szczególnie jeden konkretny odcinek z około połowy sezonu, ale to musicie sprawdzić na własne oczy…

Final Space (8)
Serial niejednokrotnie raczy nas takimi widokami. A najlepiej prezentują się w scenach bitewnych lub ucieczek.
Źródło: imdb.com

W „Final Space” można spojrzeć także głębiej, jako że wydaje się być niepozorną odpowiedzią na wiele współczesnych filmów science-fiction. Znajdziemy tutaj mniej lub bardziej oczywiste odniesienia do takich tytułów, jak przede wszystkim „Gwiezdne Wojny” lub „Strażnicy Galaktyki”. Co do tego drugiego to już wyłącznie moje, pewnie zbyt wybujałe skojarzenia, jednak fani „Star Wars” na pewno odnajdą co najmniej parę nawiązań do kultowego uniwersum. W postaci Lorda Przywódcy można doszukiwać się odniesień do Snoke’a, zaś jego liczna armia to wręcz jeden do jednego szturmowcy (nie tylko pod względem uzbrojenia, ale i umiejętności – trafiają wszędzie, tylko nie w swój cel). Od siebie dodam, że postać okrągłego robota KVN-a wygląda mi na mieszankę dwóch świetnie znanych bohaterów gier – Wheatley’a z „Portalu” (głównie za sprawą kulistej, lewitującej formy) oraz Claptrapa z „Borderlands” (równie wygadanego, przygłupiego i niczego nieświadomego).

Final Space (10)
To spojrzenie zadziała na Quinn – miłość głównego bohatera?
Źródło; imdb.com

Teraz, gdy cały sezon animacji pochłonąłem wręcz w jeden wieczór, z ogromną niecierpliwością czekam na kontynuację, która przez twórców została już dawno zapowiedziana. Dawno, bowiem sam serial liczy sobie już parę miesięcy. Oryginalnie powstawał dla amerykańskiej stacji TBS i zadebiutował 26 lutego bieżącego roku. Dopiero po wyemitowaniu wszystkich epizodów i odczekaniu pewnego czasu, pojawił się na łamach Netfliksa i teraz możliwość obejrzenia go mają abonenci na całym świecie. Dzięki temu „Final Space” ma szansę, o ile już tego nie zrobił, zyskać potężniejsze grono wielbicieli, co z kolei przełoży się na jeszcze lepsza oglądalność drugiej serii. Tę zapowiedziano 10 maja, jednak trzeba liczyć się z tym, że nowe przygody Gary’ego ujrzą światło dziennie najwcześniej w pierwszej połowie 2019 roku.

Final Space (9)
Gotowi na przygodę z Gary’m?
Źródło: imdb.com

Cóż… Jeśli coś jest dobre, to warto na to czekać. A jeśli Wy nie mieliście jeszcze okazji obejrzeć „Final Space”, bo nie byliście pewni, czy warto, lub po prostu nie słyszeliście wcześniej o tym serialu, to teraz jest na to idealny moment. Nie stracicie nic poza zaledwie 3-4 godzinami seansu, a zyskać możecie naprawdę fajną, galaktyczną rozrywkę z świetnymi postaciami, które być może pokochacie. Dotychczasowi widzowie właśnie to zrobili i dzięki temu animacja zbiera co najmniej bardzo dobre oceny i plasuje się wysoko w rankingach netfliksowych nowości.

To co? Dziś wieczorem?

Moja ocena: 8/10

Najciekawsze filmowe zapowiedzi z tegorocznego San Diego Comic-Con – część 2

Już niemal tydzień minął do zakończenia kolejnej edycji największego konwentu komiksowego na świecie. Jak zawsze, San Diego w Stanach Zjednoczonych zostało odwiedzone przez miłośników kultury popularnej z najróżniejszych krajów oraz, co chyba najważniejsze, naprawdę duże i liczące się firmy, marki oraz wytwórnie. Wszystko po to, aby skupić uwagę fanów, widzów i krytyków na ich nadchodzących produkcjach. To właśnie coroczny Comic-Con w San Diego jest najlepszą okazją dla wystawców na zaprezentowanie swoich filmów, seriali, gier, czy innych dzieł mniej lub bardziej dotyczących komiksów.

SDCC 2018 (2)
Źródło: collider.com

O tych dwóch ostatnich napisałem już parę dni temu w pierwszej części tekstu podsumowującego tegoroczny konwent. Jednak liczba wszystkich zaprezentowanych produkcji, nawet wyłuskując z nich zaledwie te najciekawsze, pozostała na tyle spora, że nie było szans na zmieszczenie wszystkich w jednym poście. Dlatego teraz zapraszam Was do przeczytania paru słów o zapowiedzianych filmach pełnometrażowych, które w najbliższych miesiącach trafią do kin na całym świecie. Pierwsze skrzypce gra tutaj DC Comics we współpracy z wytwórnią Warner Bros., ale nie brakuje także mniej superbohaterskich tytułów.


Filmy

„Aquaman”

Zacznijmy więc od herosów ze stajni DC. Tę niezwykle oryginalną i nietuzinkową postać mogliśmy już zobaczyć na wielkich ekranach jesienią zeszłego roku, gdy wraz z Batmanem, Wonder Woman, Flashem i Cyborgiem tworzyli drużynę mającą stawić czoła potężnemu złoczyńcy. Choć „Justice League” cieszyło się raczej średnią opinią, są zapaleńcy i zwykli miłośnicy kina fantastycznego, którzy z wypiekami na twarzy obserwują postępy przy kolejnych produkcjach DC.

Członek Ligi Sprawiedliwości – Aquaman, powróci w swoim solowym filmie jeszcze w tym roku. Premiera zaplanowana jest w sam raz na bożonarodzeniowe seanse, bo już 21 grudnia. Od tego filmu zależy wiele, bowiem studio Warner Bros. i jego ekranizacje komiksów dość blado wypadają na tle giganta Marvela prowadzonego przez Disneya. Oczywiście, w planach jest już co najmniej kilka obrazów, które zostaną wypuszczone po „Aquamanie”, jednak nie da się zaprzeczyć temu, iż twórcom filmowego uniwersum DC przydałby się porządny sukces, aby odpowiednio rozbujać machinę. Do tej pory jedynie „Wonder Woman” cieszyła się świetną opinią, co jednak przy sporym dorobku franczyzy nie jest wystarczające.

Nie da się odebrać aktorowi Jasonowi Mamoa świetnego dopasowania do roli władcy mórz, jednak nie jest w stanie samemu udźwignąć oczekiwań. Moim zdaniem, w „Justice League” zrobił dobrze to, co zrobić mógł, ale scenariusz po prostu nie dał mu wielu możliwości i tym samym Aquaman wydawał mi się tam wręcz uciśniony. Może jego solowa produkcja pokaże, kim naprawdę jest?

„Shazam!”

Panie i panowie, przed państwem Kapitan Marvel! Wróć, tak było wiele lat temu. Teraz jest to Shazam!

Zrządzenie losu chciało, aby w pierwszych miesiącach przyszłego roku swoje adaptacje filmowe otrzymali bohaterowie, którzy niegdyś nosili jedną ksywkę. Teraz jednak nie powinno być problemu z ich odróżnieniem, bowiem mająca potężne moce blond włosa Kapitan Marvel pełnoprawnie należy do wydawnictwa Marvel, rzecz jasna, a charakterystyczna, momentami wręcz komiczna postać Shazama to heros spod szyldu DC. I to on na wielkie ekrany trafi już 3 kwietnia, aby zedrzeć nieco ze swojego uniwersum łatkę powagi i mroku.

Film będzie opowiadał historię młodego chłopca, który w wyniku pewnych niecodziennych okoliczności zyskuje pełną gammę różnorakich umiejętności. Wystarczy, aby wykrzyczał zwrot „Shazam!”, by przemienić się w dorosłego, umięśnionego mężczyznę w czerwonym trykocie z piorunem na piersi. W takiej postaci może walczyć ze złem lub po prostu dobrze się bawić wykorzystując swoje moce w mniej lub bardziej błahych sytuacjach.

Pierwszy zwiastun zaprezentowany podczas Comic-Conu daje jasno do zrozumienia, że tytuł ten będzie komedią pełną gębą. Nowina ta jak najbardziej mnie cieszy, ponieważ dotychczasowe produkcje DC utrzymywały raczej poważny ton. Nie zawsze wychodziło to na dobre, dlatego teraz twórcy będą mogli sprawdzić, jak w ich uniwersum wypada humorystyczna forma.

„Godzilla: King of the Monsters”

To tyle, jeśli chodzi o superprodukcje Warner Bros. i DC Comics. Na nasze szczęście, nie zabrakło także informacji i trailerów filmów innych gatunkowo, wśród których znaleźć możemy między innymi kolejny obraz z najsłynniejszym potworem w tytule.

Monstrualny jaszczuro-dinozaur (jeśli tak można go określić) pojawił się już w niezliczonej liczbie produkcji na przestrzeni wielu lat. Początki Godzilli sięgają aż 1954 roku, kiedy to za jego kreację odpowiedzialne było japońskie studio Toho Film. Siejący postrach stwór szybko zyskiwał na popularności i nic dziwnego, że po pewnym czasie zainteresowało się nim również kino amerykańskie. Hollywood niejednokrotnie wypuściło film z jego udziałem, z czego ostatnim była „Godzilla” z 2014 roku. Teraz, po pięciu latach (bowiem premiera „King of the Monsters” zaplanowana jest na przyszły rok), ponownie będziemy mogli zobaczyć w kinach potężne monstrum wywołujące chaos i panikę wśród tysięcy mieszkańców metropolii.

Film ma być kontynuacją ostatniego obrazu wyreżyserowanego przez Garetha Edwardsa. Na ile postacie i fabuła będą z nim wspólne, okaże się dopiero w kinach, bowiem poza scenarzystą Maxem Borenstainem nie widać tutaj za wielu wspólnych czynników. Nawet obsada uległa dużym zmianom. W maju przyszłego roku na ekranach zobaczymy między innymi Kyle’a Chandlera („Wilk z Wall Street”), Verę Farmingę („Obecność”), Sally Hawkins („Kształt wody”) oraz gwiazdę serialu „Stranger Things” Millie Bobby Brown. Jakby nie patrzeć, aktorzy to dobry powód, aby filmem się zainteresować.

„Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda”

Na tę zapowiedź z pewnością najbardziej niecierpliwie czekali członkowie pokaźnego fandomu Harry’ego Pottera. Choć przygody uzdolnionego czarodzieja zakończyły się już wiele lat temu, magiczne uniwersum nie straciło na popularności, co próbuje wykorzystać studio Warner Bros. We współpracy z autorką powieści J.K. Rowling powstają obecnie przygody Newta Scamandera – twórcy wielu podręczników wokoło magicznych w świecie Pottera.

„Fantastyczne zwierzęta” przedstawiają losy wspomnianego bohatera z względnej młodości, gdy od akcji z głównej serii franczyzy dzieli nas kilkadziesiąt lat. Pierwsza część nowego cyklu ze świata magii ukazała się w kinach w listopadzie 2016 roku. Przyjęta została co najmniej dobrze, a to nie pozwoliło twórcom na porzucenie swoich planów i od razu zaczęto realizować kontynuację. Tę zobaczymy już za cztery miesiące pod tytułem „Zbrodnie Grindelwalda”.

Produkcja z premierą zaplanowaną na 16 listopada cieszy się również bardzo pokaźną i interesującą obsadą, która jest chyba głównym atutem dla sceptyków przemawiającym za tym, aby do kina jednak się udać. Oprócz twarzy znanych nam z pierwszej części „Fantastycznych zwierząt”, pojawią się także Jude Law w roli młodego Albusa Dumbledore’a oraz Johnny Depp wcielający się w tytułowego Gellerta Grindelwalda.

„Glass”

Szczerze przyznam, że o tym filmie nie słyszałem nic aż do momentu, gdy jego zwiastun został przedstawiony na Comic-Conie w San Diego. Jednak po zapowiedziach jestem nadzwyczaj nim zainteresowany i ze sporą niecierpliwością czekam na premierę. Ta zaś nastąpi już 18 stycznia przyszłego roku, więc na szczęście nie będzie trzeba długo czekać.

„Glass” będzie historią strażnika Davida Dunna, który zmierzy się z poważnie trudnym zadaniem. Jego celem będzie bowiem wytropienie groźnego człowieka posiadającego wiele osobowości. Wykorzystać będzie mógł do tego swoje własne nadprzyrodzone umiejętności. Ten krótki i dość ogólny opis daje nam jednak do zrozumienia, że temu thrillerowi nie zabraknie akcentów sci-fi i fantastyki. Reżyserem obrazu jest M. Night Shyamalan, który swój kunszt pokazał między innymi w postaci „Szóstego zmysłu”, „Niezniszczalnego” i „Split”.

Te dwa ostatnie z przytoczonych tytułów są tutaj wyjątkowo ważne, jako że „Glass” ma posiadać do nich bezpośrednie odniesienia. Warto przywołać również kilku aktorów z obsady filmu. Znajdą się w niej na przykład James McAvoy (Profesor Xavier z serii „X-Men”), Bruce Willis („Piąty element”, „Szklana pułapka” i wiele, wiele więcej) oraz Samuel L. Jackson („Nienawistna ósemka”, Nick Fury z filmów Marvela i jeszcze wiele, wiele więcej).

„The Lego Movie 2”

Na koniec, w formie rozluźnienia, coś dla wielbicieli animacji wszelkich, a szczególnie tych z najpopularniejszymi na świecie klockami. Niegdyś za dzieciaka bawiliśmy się nimi wszyscy. Tworzyliśmy z nich fantazyjne budowle, a w nieco mniej przyjemnych momentach stawaliśmy na nich naszymi stopami. Teraz, gdy czasy nieco się zmieniają, firma Lego już nie skupia się wyłącznie na produkcji i wydawnictwie swoich zabawkowych klocków dla młodszych (i starszych) konstruktorów, ale poważnie zainwestowała również w gry komputerowe i filmy kinowe. A co najważniejsze – z wielkim sukcesem!

W gry zagrywają się osoby w każdym wieku, bo po prostu są zrobione profesjonalnie, zajmują długie godziny i dostarczają wiele rozrywki, między innymi dzięki oferowanej opcji gry w dwie osoby na jednym urządzeniu. Z filmami jest wręcz identycznie. Każda kolejna produkcja Warner Animation Group jest tworzona z jeszcze większym rozmachem, humorem i świetną dla oczu formą wizualną. Wszystko zaczęło się od „The Lego Movie” w 2014 roku, a później przyszła pora na klockowego Batmana i Ninjago. Teraz należy przygotować się na kontynuację debiutanckiego obrazu, która ukaże się już 7 lutego w przyszłym roku.

Póki co, za wiele o animacji nie wiadomo, jednak ukazany podczas Comic-Conu zwiastun na pewno zaspokoi ciekawość niejednego wielbiciela tej formy rozrywki. Sam oglądałem pierwszą część „Lego Przygody” (tak nazwano u nas „The Lego Movie”) i byłem oczarowany. Była to prosta rozrywka skierowana raczej do najmłodszych, ale wiele uśmiechu na twarzy i dobrej zabawy zapewniła również mi. A sądząc po ocenach w internecie – do gustu przypadła zdecydowanej większości widzów.


Szybkie informacje

  • Zapowiedziano jedenasty sezon wieloletniego serialu „Doctor Who”. Tytułową Doktor zostanie tym razem Jodie Whittaker, a nowe odcinki mają zadebiutować jeszcze w tym roku.
  • W przyszłym roku ukaże się serial braci Russo odpowiedzialnych między innymi za ostatnich „Avengers: Wojnę bez granic”. „Deadly Class” będzie opowiadać historię nastolatka, który trafia do szkoły dla dzieci z kryminalnych rodzin, gdzie naucza się rodzinnych biznesów.
  • Znacie cykl „Noc oczyszczenia”? W kinach pojawił się niedawno jej prequel, a teraz zapowiedziano serial pod tym samym tytułem. 10-odcinkowy sezon ukaże się już 4 września.
  • Zaprezentowano zwiastun drugiej połowy czwartego sezonu „Fear The Walking Dead”. Serial powróci już 12 sierpnia.
  • Ogłoszono, że w czwartym sezonie „Better Call Soul” pojawi się jeszcze więcej bohaterów znanych nam z „Breaking Bad”.
SDCC 2018 - Better Call Saul
Źródło: electronicbeats.pl
  • Podczas panelu serialu „The Flash” poinformowano, że piąty sezon ukaże się w październiku, a nowych wrogiem tytułowego herosa będzie Cicada.
  • Czwarty sezon serialu „Supergirl” ukaże się już 14 października, a ku umileniu oczekiwania zaprezentowano jego zwiastun z nowym kostiumem superbohaterki.
  • Nie zabrakło też wzmianki o kontynuacji przygód „Wonder Woman”. Film znajduje się w fazie produkcji, jednak pokazano nam niewielki materiał filmowy. Data premiery wciąż jest nieznana.
  • Gracze, czekacie na „Call of Duty: Black-Ops 4”? Być może uraduje Was zwiastun trybu z zombi, który pojawi się wraz z premierą tytułu 12 października.

Zakończył się Comic-Con w San Diego, a ja zebrałem najciekawsze zapowiedzi – część 1

Minionej nocy zakończył się największy i najpopularniejszy konwent komiksowy na świecie. Po raz kolejny na Comic-Con w San Diego w Stanach Zjednoczonych zjechali się miłośnicy popkultury, wystawcy, a także, co w tej chwili najbardziej nas interesuje, twórcy i aktorzy filmów, seriali oraz gier komputerowych wpasowujących się w tematykę wydarzenia. Uczestnicy imprezy, a co za tym idzie – wszyscy śledzący w internecie, zasypywani byli informacjami oraz zapowiedziami zbliżających się produkcji. Wśród nich największą rolę odgrywały motywy superbohaterskie, ale nie tylko, o czym za chwilę będziecie mogli się przekonać.

San Diego Comic-Con (1)
Źródło: space.com

Rozmaite panele Comic-Conu od lat są idealnym miejscem dla twórców kultury popularnej do przedstawiania swoich aktualnych planów. Dostajemy wszystko od niewielkich wzmianek po zdjęcia z planów aż do pełnych zwiastunów wcześniej wspomnianych filmów, seriali, czy gier. W tym roku, czego nie da się ukryć, najwięcej do powiedzenia miała stajnia DC Comics. Nie zabrakło także czegoś od Marvela, ale i innych wydawnictw lub studiów, które nie poświęcają się wyłącznie herosom.

Można być pewnym, że z tegorocznego Comic-Conu każdy znajdzie dla siebie coś interesującego. Informacji i nowości było tak wiele, że trudno byłoby zawrzeć tu wszystko, dlatego postarałem się wybrać najciekawsze z nich. Jak się potem okazało – wciąż jest ich mnóstwo. To jednak nie jest powód do narzekania, bo dzięki temu jest na co czekać!


Seriale

„Gwiezdne Wojny: Wojny Klonów” – sezon 7

Animowany serial osadzony w chyba najpopularniejszym uniwersum wszech czasów otrzyma nowy, ostatni już sezon, który przez fanów był wyczekiwany od dawna. Wszystko skończyło się w 2014 roku, gdy zadebiutowała szósta seria kilkunastu odcinków o przygodach Anakina, Yody i Obi-Wana, które nie zostały zawarte w aktorskiej sadze. Wielbiciele oryginalnych historii „Gwiezdnych Wojen” szybko polubili animację, co doprowadziło również do dużego niezadowolenia, gdy ogłoszono zakończenie prac na serią. Bolało to tym bardziej, że tytułowe „Wojny Klonów” nie doczekały się finału zamykającego wszelkie poruszone wątki.

Teraz, po czterech latach, ku uciesze fanów uniwersum, ogłoszono premierę finałowego sezonu zaplanowaną na 2019 rok. Wraz z tą informacją zostawiono nas z emocjonującym i widowiskowym zwiastunem, który oglądającym animowany serial na pewno zagwarantował ciarki na rękach. Obejrzycie?

„The Walking Dead” – sezon 9

„Jak długo można to przeciągać?”, słychać już nawet z ust niegdyś zatwardziałych widzów serialu o apokalipsie zombi. Do tego grona zaczynam wpasowywać się i ja, jako że nadal nie skończyłem oglądać wszystkich odcinków minionego, ósmego sezonu. A ten zakończył się już parę miesięcy temu! Kiedyś każdy epizod śledziłem premierowo w dzień publikacji, a teraz nie potrafię ponownie się zebrać. Wszystko dlatego, że serial o Ricku Grimesie i jego ekipie ocalałych stał się dość nudny, przewidywalny i brak w nim rewolucji dla tego typu gatunku, co w pierwszych sezonach definiowało to, czym było „The Walking Dead”.

Teraz, tradycyjnie na Comic-Conie, zaprezentowano 5-minutowy zwiastun dziewiątej serii, która w końcu może być przełomowa. Niestety nie ze względu na fabułę (choć oryginalne komiksy dostarczają świetne wątki!), lecz dzięki dwójce wiodących aktorów, którzy ogłosili swoje odejście z obsady. Informacja jest już stara, więc chyba mogę zaznaczyć, że chodzi o odtwórców postaci Ricka i Maggie (tak, ten pierwszy to główny bohater serialu!). Nie wiem, jak Was, ale mnie nieco zastanawia, jak zostanie to rozegrane w nowym sezonie, a co za tym idzie – chyba najwyższa pora nadrobić ostatnie odcinki. Premiera kolejnych już 7 października.

„Nightflayers”

Jesteście wielbicielami prozy George’a R. R. Martina i zastanawiacie się, co będziecie oglądać po zbliżającym się ostatnim sezonie „Gry o tron”? Dorobek pisarza nie kończy się na „Pieśni lodu i ognia”, a dowodem na to może być zapowiedziany nowy serial, który opierać się będzie na dużo starszej powieści Martina – „Nightflayers” z 1980 roku.

Jednak tym razem za produkcję nie będzie odpowiadać HBO, które jest obecnie w pełni skupione na finale „Games of Thrones” oraz przyszłych spin-offach serii. Serial powstanie dzięki amerykańskiemu kanałowi telewizyjnemu SyFy, które w swoim dorobku ma między innymi głośny ostatnio „The Expanse”. Ów cieszącą się sporym uznaniem serię anulowano, a niezadowoleni widzowie dzięki swojemu zaangażowaniu w ratowanie tytułu, wywalczyli wykupienie praw do kontynuacji przez Amazon Studios.

Wracając do „Nightflayers”, będzie to opowieść o grupie naukowców udających się w kosmos w poszukiwaniu nowej rasy kosmitów. W nich pokłada się nadzieja ludzkości na ratunek od nadchodzącej zagłady. Jak można spodziewać się po autorze oryginału – nie będzie to bajecznie prosta i wolna od ofiar wyprawa. Sama powieść zdążyła w swoim czasie zgarnąć sporo pozytywnych recenzji i nagród. Teraz wszystko zależy od tego, jak uda się przenieść ją na ekrany. W Polsce serial obejrzymy na Netfliksie!

„Iron Fist” – sezon 2

Choć punkt kulminacyjny superbohaterskich seriali Netfliksa już dawno został osiągnięty dzięki mini-serii „The Defenders”, twórcy na tym nie poprzestają i zarzucają nas kolejnymi sezonami swoich tytułów. Jesienią ubiegłego roku był „The Punisher”, na Dzień Kobiet przygotowano drugą serię „Jessiki Jones”, a zaledwie kilka tygodni temu udostępniono nowe odcinki „Luke’a Cage’a”. Netflix nie zwalnia i podczas Comic-Conu obdarował nas pierwszym pełnym zwiastunem kontynuacji „Iron Fista” – serialu, który przez wielu uznawany jest za najsłabszy i najnudniejszy z dotychczasowych.

Nie zmienia to jednak faktu, że twórcy chcą zaprezentować nam jeszcze więcej przygód znającego wschodnie sztuki walki Danny’ego Randa. Kto wie, może po krytyce względem pierwszego sezonu postarano się o to, aby nowe odcinki nie zawiodły i zapewniły tytułowi odpowiednią renomę w panteonie bohaterów Marvela? O tym przekonamy się najwcześniej 7 września, kiedy to „Iron Fist 2” zadebiutuje w całości na Netfliksie.

„Titans”

Teraz coś dla osób z drugiego obozu, jakim jest DC Comics. Jeśli brakuje Wam serialowych nowości, gdy „The Flash” oraz „Arrow” dostają swoje n-te sezony, przyszła pora na pewien powiew świeżości. A przynajmniej jeśli chodzi o dobór głównych bohaterów, których w ekranizacji aktorskiej jeszcze nie widzieliśmy. Młodzi Tytani wystąpili już w niejednej animacji telewizyjnej, które możecie kojarzyć między innymi z kanału Cartoon Network. Teraz otrzymali również własny film kinowy, który swoją premierę będzie miał za kilkanaście dni. Wciąż jednak Robin, Cyborg, Bestia, Raven i Gwiazdka widziani byli wyłącznie w wersji animowanej.

Zmienią to „Titans”, których niespodziewany trailer pojawił się jeszcze w początkowych etapach Comic-Conu. Dzięki temu możemy zobaczyć, jak piątka Młodych Tytanów wygląd w świecie ludzkim. Trzeba jednak zaznaczyć, że aktorski serial nie będzie tak kolorowy i zabawny, jak to bywało do tej pory w kreskówkach. Już sam zwiastun wprowadza bardzo ciemny i mroczny klimat, a jak podkreślają twórcy – herosi nie będą również stronić od wulgaryzmów i zabijania.

Kiedy? Wtedy, gdy wystartuje nowa platforma streamingowa samego DC Comics. Dokładna data póki co jest nieznana, ale włodarze pokładają w „Titans” ogromne nadzieje i liczą na to, że serial przyciągnie tłumy abonentów. Ciekawe, czy ostatecznie produkcja osiągnie taki sam sukces, co tekst „Fuck Batman” z ust Robina w zwiastunie.

„Disenchantment”

Co powiecie na to, aby na moment porzucić otaczający nas współczesny świat i wybrać się do średniowiecznych realiów wraz z twórcom kultowych „Simpsonów”? Jeśli czujecie się zainteresowani, to lada moment będzie to możliwe! Matt Groening, człowiek, który odpowiedzialny jest za najpopularniejszą od lat kreskówkę dla dorosłych z żółtą rodzinką, spróbuje teraz swoich sił w nowym projekcie wyłącznie dla Netfliksa.

„Rozczarowani”, jak przetłumaczono tytuł serialu na nasz język, opowiadać będą o nietuzinkowej księżniczce krainy Dreamland o imieniu Bean. Podczas swoich zaślubin niemal morduje swojego głupkowatego pana młodego i ucieka z królestwa, aby zaznać prawdziwego szczęścia. W przygodach towarzyszyć będą jej Elfo i Luci – niewielkie istotki odzwierciedlające dobre i złe cechy bohaterki. Seria liczyć będzie dziesięć odcinków wypełnionych dorosłym humorem, ogrami, duchami i fantastyką. A to wszystko już 17 sierpnia, również w polskiej wersji platformy.


Gry

„Spider-Man”

Coraz bliżej swojej premiery jest długo wyczekiwana przez fanów superbohaterów gra wideo na konsole PlayStation 4. Po raz kolejny będziemy mieli okazję wejść w skórę Petera Parkera, a.k.a. Spider-Mana, i pobujać się na pajęczych sieciach po ulicach Nowego Jorku.

Ta cecha „Spider-Mana” na PS4 jest jednym z najciekawszych walorów gry, na który z pewnością w pierwszej kolejności rzucą oczami nie tylko gracze, ale i krytycy. Studio Insomniac Games, które, rzecz jasna, jest odpowiedzialne za powstający tytuł, od bardzo dawna szczyci się otwartością dostępnego dla gracza świata. Będziemy mogli bez przeszkód i większych limitów poruszać się do Nowym Jorku w celu wyszukiwania występków lub po prostu dobrej zabawy.

Na przestrzeni ostatnich miesięcy widzieliśmy już zwiastuny produkcji, jednak teraz dopełniono zapowiedzi o fabularny trailer, z którego w końcu można lepiej poznać nie wygląd i mechanikę gry, a jej warstwę storytellingową. Oprócz tego, podzielono się kilkoma pomniejszymi informacjami na temat zawartości pre-orderów, edycji kolekcjonerskich oraz innych opcji zakupowych, które uzbrajają nabywcę między innymi w dodatkowe stroje dla Człowieka-Pająka lub specjalną, czerwoną wersję konsoli PS4 z logo herosa. Sama gra ukaże się oficjalnie już 7 września!

„The Walking Dead – The Final Season”

Tak, tutaj raz jeszcze o uniwersum zawładniętym przez zombi, jednak teraz w formie gry komputerowej, a nie serialu. Ta swoje początki miała aż sześć lat temu, kiedy to małe i niepozorne studio Telltale Games udostępniło graczom swój projekt powstały w wyniku kooperacji z serią „The Walking Dead”. Fabularna gra point-and-click podzielona na pięć epizodów i skupiająca się przede wszystkim na emocjach, przywiązaniach do postaci i świetnie rozpisanej fabule, podbiła serca nie tylko miłośników zombi, ale i pozostałych graczy szukających czegoś zupełnie nowego wśród zalewu tytułów AAA.

Formalnością były kolejne części growego „The Walking Dead”, które zaliczały swoje wzloty i upadki, ale nadal cała seria jest odbierana bardzo pozytywnie. Nic dziwnego, że serca wielbicieli na chwilę zamarły, gdy jakiś czas temu studio Telltale ogłosiło zbliżającą się premierę ostatniego sezonu gry.

Dla tych, którzy z komputerową wersją uniwersum są od jej początków, oznacza to ostateczne pożegnanie się z główną bohaterką – kilkunastoletnią Clementine. „The Final Season” będzie już czwartą odsłoną gry (nie licząc mini-serii z Michonne) i jej pierwszy epizod ukaże się 14 sierpnia. Jako, że to już niedługo, na Comic-Conie w San Diego zaprezentowano pierwsze 15 minut rozgrywki oraz nowy, drugi zwiastun.


To było omówienie zapowiedzi seriali oraz gier. Nie można jednak zapomnieć o lawinie trailerów i wzmianek na temat pełnometrażowych filmów! Ale żeby nie rozciągać tego tekstu na tysiące słów, wspomnę o nich w następnym poście. Już na dniach 😉

Na tę animację czekaliśmy 14 lat, czyli „Iniemamocni 2”

Doskonale pamiętam moje pierwsze zetknięcie z superbohaterską rodzinką w czerwonych trykotach. Był grudzień 2006 roku, choć sam film miał swoją premierę dwa lata wcześniej. To właśnie wtedy, po raz pierwszy w naszym kraju, zaczęto nadawać Disney Channel – kanał bezpośrednio skierowany do dzieci i młodzieży. Ramówkę wypchaną kreskówkami i serialami aktorskimi zainaugurowała emisja „Iniemamocnych” zaplanowana na godzinę 17 tego dnia.

Tak, wciąż piszę to z pamięci, bo dobrze utkwiło mi to w głowie. Wraz z rodzeństwem pełni ekscytacji siedzieliśmy na podłodze z dwa metry od telewizora, a animacja pochłonęła nas całkowicie. W przyszłości kultowe dzieło Pixara we współpracy ze wspomnianym Disneyem widziałem jeszcze co najmniej kilka razy, ale kto byłby w stanie to dokładnie zliczyć. Ważny jest fakt, że „Iniemamocnych” można już bez skrupułów uznać za wiekowy tytuł. W końcu 14 lat to nie byle liczba w okresie, gdy animacje tworzy się niemal hurtowo.

Iniemamocni (1)
Tak rodzina herosów prezentowała się aż 14 lat temu!
Źródło: filmweb.pl

W międzyczasie dzieciaki, takie jak wówczas ja, zdążyły stać się w pełni dorosłe, a sama wytwórnia Pixar nakręciła trzynaście kolejnych filmów. Nie przeszkadzało to jednak w tym, aby do tematyki powrócić, a ten kuriozalny odstęp między pierwszą a drugą częścią stał się jeszcze lepszym gwarantem zyskania uwagi publiczności na premierze sequela. W końcu co oddziałuje na nas lepiej niż sama nostalgia? A każdy, kto „Iniemamocnych” obejrzał choć raz lub dwa, na pewno przyzna, że główni bohaterowie zadomowili się gdzieś tam w pamięci.

Po kilkuletniej posusze informacyjnej, a następnie pierwszym wzmiankom i zapowiedziom, w końcu nadeszli! Obdarzona nadzwyczajnymi mocami rodzinka wróciła na wielkie ekrany, aby nie tylko dostarczyć nam świetną, animowaną rozrywkę, ale i uderzyć prosto w uczucia, których wywołanie przez tak wyczekiwany powrót było tylko formalnością. „Iniemamocni 2” to jubileuszowa, dwudziesta produkcja Pixara, do amerykańskich kin trafiła w połowie czerwca i z miejsca stała się hitem lata. W miniony piątek doczekaliśmy się jej również w naszych lokalnych multipleksach. Tak więc najwyższa pora przekonać się, co u Pana Iniemamocnego, Elastyny i ich podopiecznych słychać.

Iniemamocni (2)
A tak wyglądają teraz. Trochę… wyładnieli 😉
Źródło: filmweb.pl

Warto mieć w pamięci, jaką sceną zakończyła się pierwsza część przygód animowanych superbohaterów. Zostaliśmy zarzuceni cliffhangerem w postaci nowego zagrożenia dla metropolii, któremu czoła miała stawić tytułowi Iniemamocni. Po wzlotach i upadkach w potyczce z głównym czarnym charakterem filmu – Syndromem, zgrana familia ruszyła na Człowieka Szpadla. Jakkolwiek fantazyjny nie byłby to przeciwnik, pamiętajcie o nim zasiadając w kinowej sali na kontynuacji, bo właśnie w tym miejscu rozpoczyna się akcja filmu!

Już w pierwszej minucie uciszeni zostają ci, którzy mniej lub bardziej ironicznie krytykowali drugą część „Iniemamocnych”. Pytania typu „Minęło 14 lat, a dzieciaki nic nie urosły?” znaleźć można było nie tylko na polskich, ale i zagranicznych (nawet oficjalnych!) stronach i forach poruszających tematykę nowej animacji Pixara. Rozsądniejsze osoby pozostawały spokojne, gdyż nie trudno było domyślić się, że bohaterowie nie zmienili ze względu na osadzenie fabuły sequela zaraz po wydarzeniach z „jedynki”. Początek seansu tylko to potwierdza – na dobry start możemy ujrzeć uzdolnionych krewnych walczących w centrum miasta z villainem zaprezentowanym nam jeszcze 14 lat temu.

Iniemamocni (3)
Co oni zrobiliby bez siebie nawzajem?
Źródło: filmweb.pl

Mimo wszystko heroiczna batalia jest tylko kilkuminutowym wprowadzeniem do głównej osi fabularnej „Iniemamocnych 2”, bowiem w wyniku potyczek z Człowiekiem Szpadlem w metropolii doszło do poważnych strat. Zburzone budynki, wyniszczona infrastruktura miejska i poważne zagrożenie dla mieszkańców sprawiły, że władze szybko obarczyły winą tytułowych herosów. Jest to problem dość znany z wielu dzieł poruszających tematykę superbohaterską. Pierwszy lepszy przykład to „Civil War” od Marvela. Nie zmienia to faktu, że tym samym jest to problem bardzo życiowym i rozsądnym, co tylko podbudowuje realizm wykreowanego świata. Co tyczy się nawet filmu animowanego!

Pięcioosobowa rodzina i ich bliski przyjaciel Mrożon muszą odsunąć się w cień i kompletnie porzucić bohaterski tryb życia. Nie jest to łatwe, gdy nagle trzeba zderzyć się z codziennymi, szarymi trudnościami, które nie były odczuwalne podczas ratowania świata zapewniającego chwałę i godną przyszłość. Nic dziwnego, że Bob i Helen, w trosce o dobro swoich wciąż młodych dzieci, próbują znaleźć najlepsze wyjście ze swojej kiepskiej sytuacji. A dzięki zupełnie nowym postaciom zaprezentowanym w filmie, pojawia się dla nich iskierka nadziei.

Iniemamocni (4)
Bez obaw fani Mrożona! Zobaczycie go tutaj nieraz!
Źródło: filmweb.pl

Z fabuły nie chcę zdradzać wiele więcej, ale możecie być pewni, że zachowuje ona pewien stopień oryginalności pomimo tego, że zarys głównego wątku może wydawać się już niejednokrotnie przerabiany. Wszystko jednak jest uszyte nićmi świetnie znanymi nam sprzed 14 lat, gdy poznawaliśmy naszych superbohaterów.

Miło jest wrócić do tych wręcz karykaturalnych postaci, które tak bardzo polubiliśmy. Olbrzymi i supersilny Pan Iniemamocny nadal jest zmęczonym życiem, ale i chcącym wykazać się ojcem, rozciągliwa Elastyna nadopiekuńczą i twardo stąpającą po ziemi matką, a dzieciaki wciąż potrafią dokopać swoimi zwykłymi, codziennymi utrapieniami. Sęk w tym, że wzbogacają je o swoje nadnaturalne zdolności. Potrafiąca znikać Wiola przeżywa pierwsze załamanie miłosne względem swojego kolegi ze szkoły Tony’ego, superszybki Maks nadal ma problemy z matematyką, a niemowlak Jack-Jack… jest po prostu niemowlakiem, co już doprowadza do obłędu.

Iniemamocni (5)
Chyba prościej byłoby pobić kilkunastu bandytów niż uśpić jedno super-dziecko.
Źródło: filmweb.pl

Żadna z głównych postaci nie straciła swojego charakteru, do czego prawdopodobnie twórcy bardzo usilnie dążyli. A nie mogło być to proste po tak wielu latach zajmowania się licznymi innymi animacjami spod szyldu Pixara i Disneya. Niemniej jednak stanięto na wysokości zadania i podczas „Iniemamocnych 2” czujemy do postaci te same wartości, jak przy pierwszym ich poznawaniu. Tyle, że protagonistów znamy już bardzo dobrze i tylko czekamy, co jeszcze może się im przytrafić. A szczególnie najmłodszemu członkowi rodziny, którego rozwoju postaci chyba wszyscy byli najbardziej ciekawi.

Nie brakuje także powracających bohaterów drugoplanowych. Potrafiącego władać lodem Mrożona jest chyba jeszcze więcej niż w poprzedniej odsłonie. Za to specyficzna i szykowana Edna Mode, odpowiedzialna za trykoty uzdolnionej familii, pomimo dwóch niedługich scen ze swoim udziałem, otrzymuje niezwykle ważne zadanie. Trudno byłoby jednak znaleźć jej więcej czasu ekranowego, gdy potrzebuje go też garstka nowych kreacji napędzających fabułę.

Iniemamocni (6)
Ciocia Edna zawsze pomoże.
Źródło: filmweb.pl

Tak oto do kanonu głównych postaci dołącza rodzeństwo Deavorów – super zamożny Winston oraz informatycznie uzdolniona Evelyn. Ten pierwszy jest właścicielem jednej z najlepiej prosperujących firm w świecie „Iniemamocnych” i oferuje wiodącym bohaterom szanse na powrót do ratowania świata. Z tym, że teraz będą robić to lepiej, sprawniej i w pełni zgodnie z panującym prawem. Siostra miliardera jest za to jego prawą ręką, bez której byłby nikim. To ona odpowiada za technologiczne funkcjonowanie firmy, a znajdującej się w kłopotach rodzinie Parr proponuje pełne wsparcie techniczne i gadżetowe. Nic tylko korzystać, prawda?

W ten sposób los uśmiecha się w stronę Boba i Helen. Rodzeństwo Deavorów chce ponownie wspiąć herosów na wyżyny chwały i poszanowania, a pierwszym krokiem mają być śmiałe wyczyny Elastyny. Jak się okazuje, to ona działa najsprawniej ze wszystkich znanych nam uzdolnionych postaci, a więc jest furtką do ponownego zyskania uznania wśród społeczeństwa, władz i mediów. Tymczasem na Pana Iniemamocnego czekać będzie inne, wielkie wyzwanie – opieka nad dziećmi i domem. W tym przypadku trudno stwierdzić, co może być trudniejsze…

Iniemamocni (7)
Evelyn i Winston Deavor wyciągają herosom pomocną dłoń.
Źródło: filmweb.pl

Szybko okazuje się, że drobne uliczne występki kieszonkowców to nie to, z czym przyjdzie zmierzyć się Elastynie. W metropolii zaczyna grasować nowy arcywróg podający się jako Ekrantyran. Jego motywacje i zdolności potrafią zjeżyć włosy na głowie, bowiem bez większych problemów potrafi włamać się do systemów elektronicznych i dowolnie nimi sterować. Najczęściej jego celem padają monitory, przez które nadaje hipnotyzujące sygnały omamiające umysły tych, którzy akurat na nie spoglądali.

Jak bohaterowie poradzą sobie z nowym zagrożeniem koniecznie musicie zobaczyć sami w kinie, bo na pewno warto to zrobić. Dwugodzinny seans kompletnie nie nuży, co jest zasługą świetnie dobranych proporcji scen akcji z tymi bardziej przegadanymi, które mają znaczącą wagę dla formowania fabuły lub po prostu dostarczenia humoru. Te pierwsze to szczególnie dialogi uzdolnionej rodziny z Deavorami, podczas których poznajemy nowych bohaterów i realia, w których wszyscy będą się znajdować. To już nie jest działanie na własną rękę, jak w przypadku „jedynki”. Teraz ekipa się rozszerza, a uwagę należy zwracać na wiele więcej czynników.

Iniemamocni (8)
Chcąc wrócić na panteon bohaterów, trzeba rozważyć wiele kwestii.
Źródło: filmweb.pl

Zaś tempo filmu zwalnia równie często podczas sekwencji w rodzinnym domu Iniemamocnych. Podczas gdy Elastyna ratuje świat, Bob musi naprawiać kiepską sytuację sercową Wioli (albo przynajmniej sam uważa, że należy to zrobić), a z Maksem spędza godziny przy rozwiązywaniu matematycznych równań. To jednak nic w porównaniu do niemowlaka Jack-Jacka. Każdy rodzic jest w stanie potwierdzić, że zwykłe brzdące są już nad wyraz kłopotliwe. Co innego, jeśli jest to dziecko superbohaterów i również ma w sobie ukryte moce. W tym przypadku nie są to jedna lub dwie konkretne umiejętności, jak to miejsce ma u pozostałych członków rodziny. Jack-Jack potrafi… dużo więcej. Przekonaliśmy się o tym po części w zwiastunie, jednak bądźcie gotowi na to, że film przyniesie Wam wiele więcej komicznych i szalonych sytuacji z niemowlakiem niepotrafiącym kontrolować swoich zdolności.

Jakbym miał ocenić na oko, sama postać Jack-Jacka wywoływała u widzów więcej śmiechu niż wszystkie pozostałe kreacje razem wzięte. Ale nie ma się czemu dziwić – młodociany był pełną gammą możliwości humorystycznych dla twórców „Iniemamocnych 2”.

Iniemamocni (9)
Pierwsza do akcji rusza ulubienica mieszkańców – Elastyna!
Źródło: filmweb.pl

Fantastyczne jest również to, że choć pierwsza odsłona zadebiutowała już kilkanaście lat temu, to stylistyka tej animacji przełożona jeden do jednego na drugą część zupełnie nie budzi niesmaku. Jasne, widać, że „dwójka” jest dużo bardziej dopieszczona i szczegółowa, w końcu należało wykorzystać współczesne możliwości, jednak w zestawieniu z animacją z 2004 roku wciąż wygląda do niej podobnie. Wychowani na oryginalnych „Iniemamocnych” dostaną to, co widzieli za dzieciaka, a nowi widzowie bez problemów polubią formę stylistyczną cyklu.

Nie potrafię opisać uczucia, które towarzyszyło mi w każdym momencie wykorzystującym motyw muzyczny filmu. Na pewno świetnie go znacie, a nostalgia, którą sobą przywoływał, jeszcze bardziej formowała moją pozytywną ocenę dla tej animacji. Sceny akcji dopełnione są porywającymi utworami, które dodają wszystkiemu doniosłości. Melodie niczym wyjęte z kultowych filmów szpiegowskich to coś, co doskonale budowało klimat „jedynki”, ale robi to również teraz. Nie wyobrażam sobie motocyklowego pościgu Elastyny lub bijatyki Pana Iniemamocnego bez dynamicznej i podkreślającej dramaturgię muzyki. Aż nie chciało się mrugać, aby nie przegapić żadnego ruchu uwydatnionego nagłymi skokami dźwiękowymi.

Iniemamocni (10)
Dodajcie do tego ujęcia brawurową muzykę rodem z filmów szpiegowskich i macie klimat „Iniemamocnych”.
Źródło: filmweb.pl

Czy „Iniemamocni 2” to animacja-kontynuacja wręcz idealna? Niekoniecznie. Jest świetna, a nawet rewelacyjna. Tego na pewno nie można jej odebrać. Jednak nawet ja odczułem pewne bolączki podczas jej oglądania. Nie są one jakieś wielkie, bowiem dzieciaki nawet nie zwrócą na nie uwagi, a dorośli fani bez problemów przełkną ślinę i je przeboleją, ale zrealizowanie filmu perfekcyjnego to w większości przypadków marzenie nie do spełnienia. Choć niewiele brakowało!

Jak każda produkcja akcji, tutaj również doświadczymy co najmniej kilku większych lub mniejszych plot twistów. O ile te drobne nie były zbyt przewidywalne, o tyle jeden kluczowy zwrot pozostawił u mnie pewien niesmak. Przywoływać go oczywiście nie będę, bo z pewnością zrujnowałby Wam zabawę podczas seansu, ale myślę, że po obejrzeniu filmu będziecie wiedzieć, o co chodzi.

Iniemamocni (11)
Ach tak, zapomniałbym. Pojawia się też paru nowych, drugoplanowych superbohaterów!
Źródło: filmweb.pl

Niemniej jednak współczesne kino przyzwyczaiło nas już do nieco obniżonego poziomu oryginalności scenariuszowych. Nie zawsze chodzenie utartymi ścieżkami jest złe, szczególnie gdy ubiera się je w nowe, własne szaty, jednak premiera wyczekiwana przez tyle lat mogłaby pokusić się o coś więcej niż taki lekko rozczarowujący zwrot akcji.

W każdym razie nie niszczy on seansu na tyle, aby nie dostrzec wspaniałości pozostałych elementów składowych „Iniemamocnych 2”. Animacja jest wręcz bardzo dobra i takie kontynuacje chciałbym oglądać częściej. Potwierdza się opinia, że Pixar to jednak wie, co robi. Każdy następny film tego studia utrzymuje wysoki poziom i zabawia miliony dzieci oraz dorosłych. Myślę, że w tym przypadku szczególnie tych drugich, którzy wraz z pierwowzorem z 2004 roku dorastali.

Iniemamocni (12)
Źródło: giphy.com

Teraz mam tylko cichą nadzieję, że kiedyś historia ta stanie się trylogią. Może za kolejne 14 lat, może szybciej, ale byłoby miło i na pewno bym obejrzał!

Moja ocena: 8/10