„Titans” – Nie oceniaj superbohaterów po okładce

O odcinkowej produkcji z grupą superbohaterów od DC Comics pisałem już parę miesięcy temu, gdy w Stanach Zjednoczonych odbywał się coroczny Comic-Con. Zaprezentowano wówczas nowy zwiastun serialu, który swoją premierę miał mieć za parę tygodni od tamtego momentu. Doszło do niej 12 października ubiegłego roku, jednak jeszcze długo przed tą datą odczucia fanów na postawie zapowiedzi były dość… mieszane.

Trudno to przyznać, ale głównie rozchodziło się o angaż aktorów do poniektórych ról. Tak jak nikt nie narzekał na doświadczonego Brentona Thwaitesa wcielającego się w Robina lub debiutującą przed kamerami Teagan Croft (Raven), to dość głośne zgrzyty zaistniały przy postaci Starfire. Pochodząca z Senegalu Anna Diop otrzymała rolę pozaziemskiej księżniczki o charakterystycznym żółtym kolorze skóry, który przez twórców nowego serialu DC Entertainment i Warner Bros. Television został zignorowany. Postanowili bowiem zaangażować czarnoskórą aktorkę, co wśród zagorzałych wielbicieli komiksowego kanonu było niedopuszczalne. Doszło nawet do tego, że postanowili w ogóle nie dawać szans „Tytanom” i w ten sposób bojkotować produkcję. Słusznie?

Czytaj dalej „Titans” – Nie oceniaj superbohaterów po okładce

Na tę animację czekaliśmy 14 lat, czyli „Iniemamocni 2”

Doskonale pamiętam moje pierwsze zetknięcie z superbohaterską rodzinką w czerwonych trykotach. Był grudzień 2006 roku, choć sam film miał swoją premierę dwa lata wcześniej. To właśnie wtedy, po raz pierwszy w naszym kraju, zaczęto nadawać Disney Channel – kanał bezpośrednio skierowany do dzieci i młodzieży. Ramówkę wypchaną kreskówkami i serialami aktorskimi zainaugurowała emisja „Iniemamocnych” zaplanowana na godzinę 17 tego dnia.

Tak, wciąż piszę to z pamięci, bo dobrze utkwiło mi to w głowie. Wraz z rodzeństwem pełni ekscytacji siedzieliśmy na podłodze z dwa metry od telewizora, a animacja pochłonęła nas całkowicie. W przyszłości kultowe dzieło Pixara we współpracy ze wspomnianym Disneyem widziałem jeszcze co najmniej kilka razy, ale kto byłby w stanie to dokładnie zliczyć. Ważny jest fakt, że „Iniemamocnych” można już bez skrupułów uznać za wiekowy tytuł. W końcu 14 lat to nie byle liczba w okresie, gdy animacje tworzy się niemal hurtowo.

Iniemamocni (1)
Tak rodzina herosów prezentowała się aż 14 lat temu!
Źródło: filmweb.pl

Czytaj dalej Na tę animację czekaliśmy 14 lat, czyli „Iniemamocni 2”

„Player One” – recenzja: Wirtualny skok w popkulturę

Wszystkim tym, którzy zastanawiają się nad odwiedzeniem kina ze względu na nowy film Stevena Spielberga, mówię od razu – idźcie. Naprawdę warto! Nie myślcie o tym więcej i najlepiej już teraz rezerwujcie bilety. Nawet jeśli „Player One” nie zachwyci Was tak samo, jak mnie, to na pewno będzie to doświadczenie warte wydania swoich pieniędzy i zobaczenia go na wielkim ekranie. Tak bardzo widowiskowe produkcje nie są wyświetlane zbyt często.

Player One - 1
Źródło: thepopbreak.com

Wiem, można odnieść inne wrażenie, gdy żyje się w czasach popularności komiksowych ekranizacji, fascynacji science-fiction i motywami futurystycznymi, ale jednak nie każdy film tego typu prezentuje aż tak wysoki poziom. A „Player One” jest ewenementem co najmniej ze względu na oprawę wizualną i dźwiękową. Strona techniczna wiesza poprzeczkę niezwykle wysoko, o czym warto przekonać się na własnej skórze.

Zacznijmy od postaw, czyli tego, skąd narodził się pomysł na obraz pochłaniający przy realizacji tak ogromne pieniądze. Ogromne, bo kosztował twórców aż 175 milionów dolarów. Jak okazuje się podczas seansu – fundusz ten nie poszedł na marne, bo od razu widać, dlaczego projekt wymagał aż tak zawrotnej sumy.

Player One - 2
Tak będzie wyglądał nasz świat, gdy my uciekać będziemy do wirtualnej rzeczywistości?
Źródło: filmweb.pl

Wszystko zaczęło się od bestsellerowej powieści autorstwa Ernesta Cline’a z 2011 roku. Ten literacki debiut amerykańskiego pisarza w mgnieniu oka stał się jedną z najlepiej sprzedających się książek o tematyce science-fiction i chyba tylko kwestią czasu było wykupienie praw do ekranizacji przez jakiegoś kinematograficznego molocha. Okazało się nim Warner Bros. Entertainment, które we współpracy z znakomitymi osobowościami świata filmowego, stworzyło naprawdę solidną i widowiskową produkcję.

Pieczę nad projektem objął wspomniany już Steven Spielberg, którego filmy znane są chyba wszystkim. Kultowy dorobek w postaci między innymi „Szeregowca Ryana”, „Listy Schindlera” i „Jurassic Park” musiał zaowocować wielkimi nadziejami wśród kinomanów. Opracowaniem scenariusza zajął się sam autor powieści, którego dzielnie wspierał Zak Penn – scenarzysta głównie komiksowych produkcji, jak „X-Men: Ostatni bastion” lub „The Incredible Hulk”. Także skoro wśród twórców znaleźli się wybitny reżyser i pisarz odpowiedzialny za bestseller sprzed kilku lat, to jak mogło pójść coś nie tak?

Player One - 3
Wirtualny świat OASIS to miejsce ucieczki od szarej codzienności.
Źródło: filmweb.pl

Ostatecznie okazuje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pod warunkiem, że na „Player One” udajemy się z odpowiednim nastawieniem. Chcąc rozerwać się przy efektownym filmie na wielkim ekranie, który będzie jak miód na nasze oczy i uszy. Spielberg tym filmem pokazuje, że nie zamyka się w sztywnych ramach i gotowy jest podjąć się różnej tematyki oraz tonu w swoich produkcjach. Jego obrazy stają się kultowe, niekiedy wyznaczają nowe ścieżki kultury popularnej, a jeszcze kiedy indziej korzystają z największych dogodności współczesnej technologii i robią wrażenie „wow”. Jego najnowszy film z pewnością idealnie wpasowuje się do trzeciej kategorii, a co do dwóch pierwszych – dopiero czas pokaże.

Zaczynam od audiowizualnych aspektów, bo te z pewnością najbardziej przebijają się przez wszystkie inne składowe filmu. CGI wykorzystane w „Player One” jest prawdopodobnie tym, na co obecnie maksymalnie stać twórców filmowych. Wyciśnięto z niego wszystkie możliwe soki, dzięki czemu ekran ocieka wygenerowanymi komputerowo elementami, które, jakby nie patrzeć, niemal w całości tworzą świat przedstawiony. Są tak skrupulatnie dopieszczone i jest ich tak dużo, że nic dziwnego, że produkcji pochłonęła aż taki budżet.

Player One - 4
Już pierwsze sceny „Player One” pokazują, na co poszła lwia część funduszu.
Źródło: filmweb.pl

Jednym może się to nie spodobać, a drugich zachwycać. Ja jestem wśród tych oczarowanych widzów, którzy większość seansu spędzili wbici w fotel ze szczęką na podłodze. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zaawansowanego i wyśmienicie wykorzystującego swoje możliwości CGI. A trzeba zaznaczyć, że takie jego użycie było koniecznie. Bez niego ten film po prostu nie mógłby istnieć.

Fabularnie „Player One” znacząco się nie wyróżnia. Co prawda przedstawia nam przyszłościowy świat, który wygląda zupełnie inaczej niż nasz obecny, ale wyłuskując z tego wszystkiego główne wątki, łatwo spostrzec, że to dość prosta i oklepana historia. Dostajemy zwykłego, przeciętnego i mało znaczącego w całym społeczeństwie protagonistę, który wraz z wąską grupą znajomych (poznanych wirtualnie) chce, jak wszyscy, wciąż udział w wielkim konkursie zapewniającym zwycięzcy dozgonną sławę i fortunę. Zaczyna jako zwykły szarak, jednak wraz z każdym kolejnym powodzeniem staje się coraz bardziej rozpoznawalny nie tylko przez współgraczy nierzeczywistego świata gier, ale i liczące się osobowości oraz korporacje chcące zagarnięcia jak największych wpływów na rynku technologicznym. A najwięcej pozostawia ich po sobie zmarły twórca OASIS – rewolucyjnego oprogramowania, które pozwala na wsiąknięcie do wirtualnej rzeczywistości, gdzie żaden człowiek nie ma limitów. I tak się składa, że to właśnie on jest organizatorem owego konkursu, a główną nagrodą jest przejęcie jego dorobku.

Player One - 5
Zakładasz gogle i już stajesz się swoim „lepszym” alter ego.
Źródło: filmweb.pl

Tak więc fabuła opiera się na klarownym wyselekcjonowaniu tych dobrych i tych złych, którzy chcą nawzajem powstrzymać się przed zagarnięciem wartościowego celu. Jedni najpierw dla dobra własnego (głównie finansowego) a później ogółu społeczeństwa, a drudzy wyłącznie dla czystych zysków i zdobycia monopolu na rynku.

Ten prosty motyw fabularny jest jednak wzbogacony o ogromnych rozmiarów wydmuszkę w postaci komputerowo wygenerowanego świata wirtualnego (choć temu realnemu z lat 40. obecnego wieku też nie brakuje CGI) oraz fantastycznych efektów specjalnych, które go dopełniają. W tym wypadku zanika gdzieś mieszane odczucie co do mało pomysłowej historii i po prostu zostajemy wciągnięciu do wytworzonego uniwersum niczym jego bohaterowie, gdy zakładają gogle OASIS. Film, krótko mówiąc, porywa, ciekawi i intryguje przede wszystkim tym, że nie wiadomo co za moment zobaczymy na ekranie, a spodziewać można się wszystkiego.

Player One - 6
Mająca potężne pieniądze korporacja IOI chce za wszelką cenę zwyciężyć.
Źródło: filmweb.pl

Łączny czas trwania „Player One” zdecydowanie przekracza dwie godziny emocjonującego i widowiskowego seansu, jednak nie będzie to żadną przeszkodą do wysiedzenia do samego końca, z czym można mieć w niektórych przypadkach problemy. Tutaj wsiąkamy do świata bohaterów z taką łatwością, że nim się obejrzymy, nadejdzie już kulminacyjna akcja, a zaraz po niej napisy końcowe. Gwarantuję, że wyjdziecie wówczas z kina z niedosytem, ale i spełnieniem jednocześnie.

Właśnie, jak mają się sprawy z postaciami? Jest to o tyle ciekawa kwestia, że każdego bardziej liczącego się bohatera możemy wyodrębnić na dwa sposoby – jako rzeczywistego oraz jego wykreowany awatar w wirtualnym świecie OASIS. Większości akcji filmu odbywa się właśnie w tej drugiej rzeczywistości, co świadczy o silnym nacisku kładzionym w tym uniwersum na wygenerowaną fikcję. Większość społeczeństwa posiada swoje drugie, „lepsze” ja w wirtualu, niedostrzegającym tym samym problemów, z którymi boryka się prawdziwy świat.

Player One - 7
W OASIS możesz być kim tylko chcesz!
Źródło: filmweb.pl

Często jednak przeskakujemy między jedną rzeczywistością a drugą, dzięki czemu odpowiednio poznajemy oba wcielenia każdego z bohaterów. Protagonistą historii jest Wade Watts, który godzinami przesiaduje w OASIS uciekając do codziennych trudów. W wirtualnym świecie cechuje się zawziętością i pewnością siebie, co sprawia, że faktycznie wierzy w zwycięstwo w konkursie zmarłego założyciela aplikacji. Z czasem poznajemy i innych graczy, którzy towarzyszą awatorowi Wade’a – Perzivalowi, w dążeniu do celu. Wśród nich wyróżniają się przede wszystkim do pewnego czasu tajemnicza Art3mis oraz najlepszy wirtualny przyjaciel protagonisty ukrywający się pod nickiem Aech. Po drugiej stronie barykady stoi zaś właściciel drugiej, zaraz po OASIS, największej firmy na rynku technologicznym – Nolan Sorrento. Zwycięstwo w konkursie jest dla niego niebagatelną okazją na zagarniecie cennych wpływów dla własnej korporacji.

Player One - 8
Wirtualna randka? Czemu nie. Na taką udają się Perzival i Art3mis – awatary głównych bohaterów filmu.
Źródło: filmweb.pl

Co do tych, jak i pozostałych kreacji, trzeba przyznać, że rozpisane są dość pobieżnie i powierzchownie. Niektóre cechy postaci są zbyt szablonowe lub nierealnie uwydatniane bądź idealizowane. To samo dotyczy ich wyglądów, pochodzenia lub codziennych kwestii, które w rzeczywistości nie mogłoby być tak proste i czarno-białe, jak przedstawia to film. Szukając dogłębnie rozpisanych profili bohaterów „Player One”, należałoby przede wszystkim sięgnąć po książkowy pierwowzór, bo najwidoczniej nie starczyło na to czasu w ekranizacji, a zarazem prawdopodobnie miałoby to zbyt małe znaczenie dla całego obrazu i odbioru przez widzów. Czasem należy z czegoś zrezygnować, aby zapewnić odpowiednią ilość miejsca dla priorytetów.

Nie ma jednak najmniejszych problemów z zaakceptowaniem postaci takimi, jakie są. Tych, których mamy polubić, szybko polubimy, a tym drugim jeszcze prędzej zaczniemy źle wróżyć. Również może to świadczyć o spłyceniu psychologicznej i ludzkiej strony filmu, jednak w produkcji, gdzie najważniejsza jest rozrywka i doznania płynące z ekranu, nie warto doszukiwać się głębi rodem z takich kultowych obrazów, jak „Milczenie” lub „Czarny łabędź”, które stoją mentalnością i charakterami bohaterów.

Player One - 9
Wade, na swoje szczęście, nie będzie musiał działać w pojedynkę.
Źródło: filmweb.pl

Na koniec to, o czym w przypadku „Player One” mówiło się, mówi i jeszcze długo będzie mówić, a więc bogactwo nawiązań do mniej lub bardziej współczesnej kultury popularnej. Już w samej fabule filmu ogromne znacznie ma termin „easter egg” oznaczający ukryte lub jawne odwołanie do konkretnych tworów masowych. A tego typu mrugnięć okiem do widza jest w filmie na pęczki. Niektóre wyeksponowane są aż nadto, jak na przykład ukazujące się na ekranie znane postacie z kreskówek lub gier komputerowych, albo gdy zostajemy wrzuceni do scenografii niemal żywcem wyjętej z kultowego „Lśnienia” z 1980 roku. Za to jeszcze więcej smaczków pozostaje na drugim a nawet trzecim planie, przez co często niemożliwe jest, aby wychwycić je wszystkie. „Player One” to skarbiec nawiązań do kultury, w której obecnie żyjemy, na tak ogromną skalę, jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyliście.

Player One - 10
Już w tym jednym ujęciu znajdzie się niezliczone nawiązania do popkultury.
Źródło: filmweb.pl

Oprócz wizualnych hołdów dla popularnych elementów współczesnej rozrywki, zapewniono nam także świetną oprawę muzyczną. Oczywiście usłyszymy dźwięki specjalnie skomponowane lub przerobione na rzecz filmu, jednak nieraz do naszych uszu dotrą kultowe utwory sprzed lat. I choć „Player One” osadzony jest w 2045 roku, to jak słychać – dobra muzyka nigdy się nie starzeje i obroni się w każdych realiach. Nawet w takich, gdzie prym wiedzie nowoczesna technologia i postępowość. Przykładami mogą być „Beds Are Burning” od Midnight Oil lub „Wake Me Up Before You Go-Go” zespołu Wham!.

Cały ten popkulturalny ukłon jest tym, czego naprawdę było potrzeba wszystkim miłośnikom rozrywki. Kinomanom, fanom muzyki, graczom, czy też molom książkowym. „Player One” oferuje nam dużo dobroci, które uszczęśliwią nasze oczy, uszy i duszę. A całą tę geekowską oprawę łączy z najbardziej zaawansowanymi możliwościami realizacyjnymi we współczesnej kinematografii oraz fabułą, o której zdania można mieć różne, ale na pewno trzeba przyznać, że wciąga i angażuje emocjonalnie.

Player One - 11
Kto stanie się spadkobiercą OASIS?
Źródło: filmweb.pl

Najnowszy projekt Stevena Spielberga po prostu mnie urzekł. Ze względu na postacie lub historię raczej nie zostanie okrzyknięty kultowym, ale zdecydowanie zapisze się jako rewolucyjny film w kategoriach wizualnych i dźwiękowych. To właśnie przepych bijący z ekranu i głośników jest tym, co definiuje „Player One”.

Moja ocena: 9/10

„Czarna Pantera” – Walka o tron afrykańskiej utopii

Ten film to zupełny powiew świeżości dla kina superbohaterskiego ostatnich lat. Tak, wiem. Podobnym stwierdzeniem rzuciłem, o ile dobrze pamiętam, w przypadku „Thora: Ragnarok” w październiku zeszłego roku. Jednak tym razem seans jest zupełnie inny. W przywołanej trzeciej odsłonie solowych przygód boga piorunów swojego rodzaju wyjątkowością było ukierunkowanie się przede wszystkim w stronę humoru i nieco mniej poważne podejście do poważnego motywu, jakim był tytułowy zmierzch bogów. Było to oryginalne i z pewnością wykraczające poza to, czego pierwotnie można było oczekiwać.

Czarna Pantera - Recenzja

Po paru miesiącach przyszła pora na premierę kolejnego odcinka marvelowskiej serii wysokobudżetowych ekranizacji komiksów. Na tę zaś czekano z jeszcze większym zainteresowaniem niż na trzeciego „Thora” lub nawet „Spider-Mana: Homecoming”, który był swoistym powrotem człowieka-pająka do swojego prawowitego miejsca. Świadczą o tym choćby bilety wyprzedające się jak szalone na co najmniej kilka tygodni przed światową premierą widowiska. Na rezerwacje rzucili się dosłownie wszyscy. Przede wszystkim zamiłowani wielbiciele Marvela, ale także potężna reprezentacja Afroamerykanów.

Nie, nie jest to żadne rasistowskie stwierdzenie. Ogromną uwagę ze strony czarnoskórych osób zauważyć można było bez większego wysiłku. Szturmowali strony z biletami w przedsprzedaży i nakręcali niemały hype na całe widowisko. Ale nie ma co się dziwić. W końcu mowa tutaj o „Czarnej Panterze„!

Czarna Pantera - Pantera
T’Challa wyróżniał się już w „Wojnie bohaterów”. Czas na jego własny film!
Źródło: filmweb.pl

Tytułowy superbohater był pierwszym pełnoprawnym czarnoskórym herosem, który pojawił się na łamach komiksów Marvela. Zadebiutował w 1966 roku w jednym z zeszytów z serii „Fantastic Four” i już od tamtej pory przykuwał uwagę afroamerykańskiego odsetka czytelników. Teraz, gdy Marvel przeżywa złotą erę ekranizacji swoich papierowych dzieł, również może uchodzić za pioniera. Bowiem film „Czarna Pantera” jest pierwszą produkcją z gatunku superbohaterskiego na tak ogromną skalę, w której tytułową, główną rolę odgrywa czarnoskóry aktor. A co więcej – niemal cała obsada, z racji wątków fabularnych, jest mu podobna i dzięki temu zwraca na siebie jeszcze większą uwagę popkulturowego światka.

Wielki sukces i zainteresowanie „Czarną Panterą” można w pewien sposób porównać do niebagatelnego osiągnięcia, którym niecały rok temu cieszyła się ekranizacja „Wonder Woman” ze stajni DC Comics. Postać zagrana przez Gal Gadot była pionierką wśród żeńskich superbohaterek na wielkim ekranie, które otrzymały własny, solowy tytuł. W tej kwestii Marvel został wyprzedzony, bo choć pochwalić się może takimi paniami, jak Black Widow lub Scarlet Witch, to wciąż nigdy nie odegrały one roli wiodącej.

Czarna Pantera - T'Challa i Okoye
T’Challa ma za co walczyć. Honor, ojczyzna i miłość.
Źródło: filmweb.pl

DC we współpracy z Warner Bros. trafiło w niszę, jaką była damska reprezentacja miłośników komiksów i filmów, zaś Marvel i Disney nie pozostali dłużni ujawniając swoją tajną broń w postaci „Black Panther”, o którym tutaj mowa. Jednak jeden z najnowszych herosów w uniwersum cieszy się uznaniem nie tylko wśród osób podzielających jego kolor skóry, ale także i całej reszty miłośników blockbusterów czy też komiksów. Wynika to z tego, że nowa produkcja MCU jest po prostu wyśmienita pod wieloma względami.

O wyjątkowości filmu świadczyć może między innymi fakt, że spora części akcji osadzona zostaje w  Afryce, która dotąd pozostawała nam nieznana w realiach tego uniwersum. Przygody superbohaterów nieraz wykraczały poza terytoria Stanów Zjednoczonych, jednak nigdy na zbyt długo. Prędzej czy później chodziło o ratunek ludzkości w… Nowym Jorku. Teraz jednak przeniesiono nas do Wakandy – fikcyjnego państewka w ubogich terenach Czarnego Kontynentu. I właśnie za takie uchodzi ów kraj w pozostałej części świata. Nikt nie jest świadomy tego, że tak naprawdę nie kończy się ono na mało żyznych ziemiach i zacofanych metodach życia. W głębi afrykańskich lasów skryta jest prawdziwa Wakanda – wysokorozwinięta cywilizacja, która swój dobrobyt zawdzięcza vibranium. Ten kosmiczny materiał przewijający się już przez wiele filmów Marvela ma w końcu swoje największe zastosowanie właśnie w „Czarnej Panterze” i nareszcie możemy dowiedzieć się o nim dużo więcej. Nie zaledwie tyle, że to z niego powstała słynna tarcza Kapitana Ameryki.

Czarna Pantera - Wakanda
W Wakandzie niemal wszystko powstało z vibranium. Ten latający statek najpewniej również.
Źródło: filmweb.pl

Wakanda, choć bogata i rozwinięta, jak żadne inne miejsce na Ziemi, wciąż jednak pozostaje ściśle zakorzeniona z tradycjami i kulturą afrykańską, co w filmie jest aż nadto widoczne. Przygotujcie się na liczne sceny, które dla nas wyglądać mogą nietypowo, jednak dla tamtejszej ludności są codziennością. I działa to jak najbardziej na plus, bo nie dość, że buduje porządny klimat, to całość zyskuje wspomnianą przeze mnie świeżość i oryginalność dla tego gatunku kina.

Tradycyjne obrzędy, kolorowe stroje i tron, na którym zasiada król Wakandy i posiadacz mocy Czarnej Pantery w jednej osobie. To właśnie ten ostatni będzie niezwykle istotny dla wydarzeń ukazanych w „Black Panther”, jako że (co nie jest spoilerem) miejsce po swoim zmarłym ojcu objąć ma główny bohater T’Challa. Jednak, jak można się domyślać, władza nigdy nie przychodzi bezproblemowo, a to wiąże się z wieloma interesującymi dla widza następstwami w fabule.

Czarna Pantera - Kultura
Tronu nie da się tak łatwo objąć. Trzeba o niego zawalczyć.
Źródło: filmweb.pl

Chadwick Boseman w roli T’Challi – tytułowego bohatera, zadebiutował już nieco wcześniej podczas trzeciej części przygód Kapitana Ameryki, w której doszło do starcia między podzielonymi członkami ugrupowania Avengers. Pojawił się tam niespodziewanie i, jak często podkreślano, sam skradł całe show. Doceniano jego dopracowany wygląd, niemal kocie ruchy podczas scen pojedynków, a także samego aktora, który na medal spisał się pod względem wykreowania charakteru i stylu bycia swojej postaci.

Nic dziwnego, że na wielki powrót T-Challi czekano z wypiekami na twarzy. Okazuje się, że było warto. Potwierdzają się wcześniejsze opinie widzów – Boseman jest urodzonym odtwórcą tej roli. Urzeka swoim sposobem wypowiadania się (język angielski z afrykańskim akcentem) oraz manierą, która nie pozwala nie polubić jego postaci i związać się z nią bliżej. Myślę, że równie kluczowy był tu jego pierwszy występ w „Wojnie bohaterów”, gdzie poprzeczkę zawiesił wysoko i na szczęście w swoim solowym filmie dał radę jej dorównać.

Czarna Pantera - T'Challa
Chadwick Boseman świetnie odnajduje się w roli afrykańskiego króla T’Challi.
Źródło: filmweb.pl

Jednak „Black Panther” to nie show jednego aktora. Ogromne uznanie należy się też stojącemu po przeciwnej stronie barykady złoczyńcy Killmongerowi, w którego wciela się niesamowity Michael B. Jordan. Tak jak Boseman był objawieniem w „Wojnie bohaterów”, tak ten aktor niewątpliwie jest najjaśniejszą perłą w najnowszej produkcji. Aktor ma już za sobą pokaźną liczbę ról, jednak głośniej zrobiło się o nim dopiero w przypadku dramatu sportowego „Creed: Narodziny legendy”. Mimo to nie można odjąć mu umiejętności, które widoczne są w każdej scenie z jego udziałem. Dzięki Jordanowi, Killmonger nie jest kolejnym miałkim łotrem, na co do pewnego czasu cierpiały niemal wszystkie filmy Marvela. Jest wyrazisty, czuć w nim siłę i pewność siebie.

Zaś po stronie samego scenariusza warto wypunktować jasne i zrozumiałe dla widza motywacje, które kierują wrogiem Czarnej Pantery, oraz wszystkie późniejsze poczynania Killmongera niebędące jedynie głupimi działaniami mającymi na celu pozbycie się T’Challi i zawładnięcie światem. Nie, tutaj chodzi o coś więcej. Ukryte są w tym idee, które po pewnej analizie wydają się niezwykle sensowne. Był moment, że nawet ja sam uznałem poglądy tej postaci za całkiem słuszne. Trzeba przyznać, że Erik Killmonger jest naprawdę świetnie rozpisaną i solidną kreacją.

Czarna Pantera - Killmonger
Gość nie tylko przeraża z wyglądu, ale naprawdę wie do czego dąży.
Źródło: filmweb.pl

I choć może trudno w to uwierzyć, takie wrażenie odnoszę również wobec wielu pozostałych postaci pierwszo- i drugoplanowych. Choć wiadomo, że dla części z nich nie znalazło się zbyt dużo czasu ekranowego, aby bardziej je przedstawić, to wciąż można docenić kilku naprawdę dobrze przemyślanych i odegranych bohaterów. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym wśród nich nie wymienił jeszcze Shuri, czyli młodszej siostry króla T’Challi, która odpowiedzialna jest za vibranium i co za tym idzie – cały technologiczny postęp Wakandy. Wcieliła się w nią młoda aktora Letitia Wright, która skradła mi serce (i jak później się dowiedziałem – nie tylko mi) dosłownie z miejsca w pierwszej scenie ze swoim udziałem.

Czarna Pantera - Shuri
Zabawna i inteligentna. Serduszko dla Shuri!
Źródło: filmweb.pl

Wśród długiej listy obsady nie doliczymy się zbyt wielu białoskórych aktorów. Jednak w fabule znalazło się miejsce przede wszystkim dla jednego z nich – Martina Freemana. Brytyjczyk świetnie znany z „Hobbita” oraz „Sherlocka” dostał w „Czarnej Panterze” niemałą rolę do odegrania, która w pewnych momentach jest naprawdę znacząca dla losów wydarzeń. Aktor kreuje tutaj postać Everetta Rossa będącego jednym z pracowników amerykańskiego rządu. W wyniku pewnych okoliczności, trafia do afrykańskiej Wakandy, która potrzebować będzie jego pomocy w nadchodzącym pojedynku. Osobiście niezmiernie cieszę się z jego sporego udziału w historii, jako że aktor w pełni na to zasługiwał. Wiedziałem, że może sporo wnieść do kinowego uniwersum Marvela i tak właśnie się stało. Pojawił się już wcześniej w „Wojnie bohaterów”, jednak tam jego rola została zepchnięta na drugi, a nawet trzeci plan. Teraz zaś zyskał dużo więcej niż własnych pięć minut.

Czarna Pantera - Ross
Everett Ross ma przyjemność na własnej skórze doświadczyć tego, czym naprawdę jest Wakanda.
Źródło: filmweb.pl

W fotel wgniata to, jak ten film wygląda, choć do tej kwestii chyba wszyscy powinniśmy być już przyzwyczajeni. Każda kolejna produkcja kooperacji Marvel-Disney to obraz wygenerowany komputerowo na najwyższym możliwym poziomie. Nie zmienia się to od lat, a jeśli już – to tylko na lepsze i lepsze. Afrykańskie krajobrazy wokół i w samej Wakandzie chwytają za serce. Oczy cieszą się, gdy na ekranie widać wielokilometrową sawannę, czy też ogromne wodospady lub bujną roślinność między szczytami. Zaś z drugiej strony szczęka potrafi opaść, gdy znajdziemy się w tej technologicznej części skrytego kraju, która wyprzedza realia reszty świata o dziesiątki, jak nie setki lat.

Podczas omawiania „Czarnej Pantery” grzechem byłoby nie wspomnieć o muzyce, która w przypadku tego filmu została przygotowana pieczołowicie. Choć nie od dziś wiadomo, że dźwięki w filmach są jednym z najważniejszych wyznaczników odbioru przekazu, a sam Marvel stara się za każdym razem jak najlepiej podejść do tematu soundtracku, to tym razem twórcy postanowili przejść samych siebie. Pieczę nad muzycznym projektem pełnił popularny amerykański raper Kendrick Lamar, który z pomocą wielu innych uzdolnionych artystów skompletował czternaście utworów będących stworzonymi specjalnie na potrzeby superbohaterskiego filmu. „Black Panther: The Album” miał swoją światową premierę 9 lutego, a więc na parę dni przed wejściem ekranizacji do kin. Dzięki temu można było już wcześniej wsiąknąć w klimat produkcji i z większą niecierpliwością wyczekiwać seansu.

Soundtrack, liczący sobie niemal 50 minut utworów, skomponowany został tak, aby idealnie wpasować się do konkretnych wydarzeń i scen w filmie, ale i być w pełni nadającymi się do odsłuchu bez obrazu. Single „All the Stars”, „King’s Dead” oraz „Pray for Me” szybko zdobyły serca fanów na długo przed premierą ekranizacji, a gdy krążek ostatecznie ukazał się na rynku – również krytycy byli wobec niego przychylni. Po cztery gwiazdki na pięć możliwych wystawiły takie profesjonalne media, jak „The Guardian” czy „Rolling Stone”. Zaś listy przebojów w USA, Norwegii, Danii i Kanadzie były jednogłośne – pierwsza lokata w ciągu kilku dni po ukazaniu się albumu.

Czarna Pantera - T'Challa i Killmonger
A tron tylko jeden…
Źródło: filmweb.pl

Mocny akcent położony na muzykę czuć za każdym razem, gdy jakiś motyw dźwiękowy rozbrzmiewa podczas seansu. Chciałoby się, aby wszyscy twórcy filmowi byli aż tak świadomi mocy, jaką niesie ze sobą odpowiednia ścieżka dźwiękowa. Ta, w „Czarnej Panterze”, w połączeniu ze świetnymi efektami specjalnymi godnymi kinowego blockbustera oraz bohaterami, których kreacje przekroczyły nawet moje najbardziej optymistyczne oczekiwania, tworzą naprawdę świeżą i solidną całość, w której próżno doszukiwać się jakichś bardziej znaczących minusów.

Okazuje się, że po dziesięciu latach od pierwszego „Iron Mana”, kinowe uniwersum Marvela wciąż ma się bardzo dobrze i nic nie zwiastuje pogorszenia się tego stanu. Można spać spokojnie, bo jeśli ma czekać nas jakiekolwiek zaskoczenie, to tylko w pełni pozytywne. A to bardzo dobrze nastraja przed „Avengers: Infinity War”, które jest już tuż za rogiem!

Moja ocena: 9/10

„Kingsman: Złoty krąg” – Świat znów potrzebuje dżentelmena

Szpiegowska seria „Kingsman” obecna jest na rynku już od kilku dobrych lat. I wcale nie została zapoczątkowana w 2014 roku, gdy do kin weszła pierwsza część komedii szpiegowskiej o podtytule „Tajne służby”. Choć produkcja z między innymi Colinem Firthem i Samuelem L. Jacksonem rozsławiła franczyzę na cały świat, to początków tajnej agencji skrywającej się pod szyldem salonu krawieckiego należy doszukiwać się dwa lata wcześniej – w 2012. To wówczas wydany został pierwszy tom komiksu, który powstał dzięki Markowi Millerowi, Dave’owi Gibbonsowi oraz Angusowi McKie’owi. Opublikowaniem zajęło się samo Marvel Comics, a uznanie oraz sukces, jakimi cieszyła się historia obrazkowa, szybko natchnęły branżę filmową do zrealizowania kinowej adaptacji.

"Kingsman: Złoty krąg" - Recenzja

„Kingsman: Tajne służby” sprzed trzech lat okazał się nieprzeciętną dawką akcji, absurdalnego humoru i szpiegowskiej esencji zawartych w dwóch godzinach emocjonującego seansu. Twórcy postanowili zrobić coś, co wyróżniać się będzie na tle innych popularnych filmów o agentach pokroju Jamesa Bonda. Udało się, a ów powiew świeżości (momentami niezbyt realistyczny, ale za to dający sporo frajdy) został doceniony przez większą część widzów. Losy ekranowych bohaterów w szytych na miarę garniturach okrzyknięto porządną rozrywką pełną akcji.

Zaledwie kilkanaście dni temu do kin trafiła kontynuacja, która wisiała w powietrzu od premiery pierwszej części. Tym razem podtytuł „Tajne służby” zastąpił „Złoty krąg” i jeszcze bardziej wydłużono łączny czas trwania produkcji. Wybierając się do kina należy zarezerwować dobre dwie godziny i dwadzieścia minut na samą projekcję „Kingsmana” (nie zapomnijcie doliczyć reklam!).

"Kingsman: Złoty krąg" - Eggsy
Agent Eggsy powraca.
Źródło: filmweb.pl

Czy jednak sam film sporo różni się od wersji sprzed trzech lat? Skądże, pod wieloma względami dostajemy tę samą dawkę dżentelmeńskich potyczek, co wówczas. Zaznaczyć trzeba koniecznie jedno – jest na pewno więcej, mocniej i bardziej. Twórcy „Tajnych służb” świetnie zanalizowali to, co widzom podobało się w jedynce i postanowili przenieść niektóre pomysły, wątki lub sytuacje do najnowszej części franczyzy. Tak oto słynne sceny walki, podczas których praca kamery zdumiewała każdego widza w kinie, teraz również jest obecna i podczas niektórych sekwencji wymiany ciosów zaskakuje jeszcze bardziej. Nie da się ukryć, że szybkie, żywe i płynne pojedynki bohaterów filmu są jedną z najbardziej rozpoznawalnych cech produkcji.

Nie pominięto również kwestii widowiskowości. Współczesna technologia daje tak ogromny wachlarz możliwości, że coraz więcej produkcji śmiało korzysta z dogodności komputerów. Jedną z przyczyn jest zatrważająco szybki rozwój techniki, który otwiera coraz to nowsze alternatywy dla efektów specjalnych. I tak oto „Złoty krąg” nie kryje się z tym, że z ów wariantów korzysta. Na ekranie dzieje się dużo, jest spektakularnie i głośno. Jestem przekonany, że niejeden spec od CGI zarwał noce, aby dopieścić najdrobniejsze szczegóły scen walki lub efektownych ucieczek. Wybuchy, inteligentne roboty, wysokiej technologii narzędzia szpiegowskie i tym podobne to codzienność w świecie „Kingsmana”, więc nie można się dziwić temu, jak wiele ich ujrzymy.

"Kingsman: Złoty krąg" - Robot
Ludzie to przeżytek, pora na technologię!
Źródło: filmweb.pl

A skoro o agenturalnych urządzeniach mowa – nie oczekujcie, że organizacja, której członkiem jest dobrze znany nam Eggsy, nadal będzie tą samą, w pewnym stopniu skromną agencją. W pierwszej części serii poznaliśmy kilka ciekawych, futurystycznych zabawek, które nie raz uratowały głównego bohatera z opresji, ale widać, że czas, który minął od tamtego ratowania świata do tego w „Złotym kręgu”, był łaskawy dla rozwoju technologicznego szpiegowskiej organizacji. I tak oto już w pierwszej scenie widowiskowego pościgu możemy ujrzeć gamę możliwości na pozór zwykłego samochodu, który na ulicy raczej nie przykułby naszej uwagi.

Wybierając się na kontynuację „Kingsmana” warto mieć świadomość, że nie będzie to kino realistyczne i logiczne. W żadnym wypadku! Koniecznie należy uzbroić się w luźne i zdystansowane podejście, bo jeśli liczycie na moralne zagwozdki oraz w pełni przemyślane i mądre działania, to rozczarujecie się bardzo mocno. Film ten to przede wszystkim komedia, wręcz absurdalna. Chciano tutaj dostarczyć nam rozrywki w przystępny, efektowany sposób. W żadnym wypadku twórcy nie bawią się w dramat, a nawet próżno szukać powagi i doniosłości wydarzeń. Od takich rzeczy jest wspomniany Bond lub wiele innych szpiegowskich produkcji. „Kingsman” te ramy łamie i to dosadnie.

"Kingsman: Złoty krąg" - Harry
Dwóch agentów Galahad w szeregach Kingsmana?
Źródło: filmweb.pl

Szczególnym tego przykładem jest powrót Colina Firtha w roli Harry’ego Harta. Każdy, kto widział pierwszą odsłonę (a mam nadzieję, że czytając ten tekst jesteście z nią zaznajomieni, bo jeśli nie, to czytacie właśnie dość istotny spoiler), zdaje sobie sprawę, jak kończy się jedna z misji agenta Galahada. Jednak w ramach promocji „Złotego kręgu” nie ukrywano, że postać ta ponownie pojawi się na ekranie i to nie tylko w sekwencjach retrospekcyjnych, lecz jako pełnoprawny główny bohater.

Czy to złe? Nie, bo taki właśnie jest ten film! Tutaj technologia najnowszej generacji gra bardzo ważną rolę, co nierzadko widać w konkretnych scenach. Bez niej scenarzyści byliby bardzo ograniczeni, a tymczasem mogą pozwolić sobie na wiele. Nawet dosłownie na wszystko, bo jak inaczej określić można wskrzeszanie postrzelonych, laserowe lassa, nurkujące samochody i wiele jeszcze bardziej absurdalnych patentów? Logiki nie szukajmy, bo to nie miejsce dla niej.

"Kingsman: Złoty krąg" - Lasso
Niby zwykłe lasso, a bardziej śmiercionośne niż niejedna broń palna.
Źródło: filmweb.pl

A skoro wspomniałem już o jednym z aktorów produkcji, to warto napisać trochę więcej o całej obsadzie. Ta składa się z dwóch grup – osób powracających z pierwszej części sprzed trzech lat oraz kilku nowych aktorów, którzy rozszerzą nam szpiegowski półświatek i nakręcają wątki fabularne.

Powrócił Colin Firth, o którym już wspomniałem, co działa bardzo na plus. Jest to aktor lubiany i szanowany, a niemal każdy jego występ w filmach to gwarancja jakości dla widzów oraz dobrych zysków dla twórców. Klasa sama w sobie. Na równie wysokim poziomie prezentuje się Taron Egerton wcielający się w postać wiodącą całej serii – młodego Eggsy’ego (świeży nabytek agencji „Kingsman”), a także Mark Strong, którego bohater o imieniu Merlin otrzymuje w „Złotym kręgu” jeszcze istotniejszą rolę niż w jedynce. W szczególności ta dwójka gra pierwsze skrzypce w tej historii, co wynika z pewnych szokujących zdarzeń jeszcze z początków filmu.

"Kingsman: Złoty krąg" - Eggsy i Merlin
Tych dwóch panów musi szukać wsparcia za oceanem.
Źródło: filmweb.pl

Eggsy i Merlin zmuszeni są szukać pomocy, na którą natrafiają zupełnym przypadkiem. Okazuje się bowiem, że w Stanach Zjednoczonych istnieje bliźniacza organizacja szpiegowska o równie chwytliwej nazwie – Statesman. To w jej szeregach znajdują się nowi bohaterowie serii. Ci zaś nie odznaczają się idealnie skrojonymi marynarkami lecz skórzanymi kurtkami i kowbojskimi kapeluszami. W końcu mowa o Ameryce!

Tak oto chilijski aktor Pedro Pascal wciela się w wąsatego agenta Whiskey, niejednakowo oceniany Channing Tatum dostaje rolę Tequili, zawodowy wyjadacz Jeff Bridges otrzymuje pseudonim Champ i stoi na czele amerykańskiego Statesmana skrywającego się pod przykrywką fabryki alkoholowej, a wisienką na torcie jest sama Halle Berry odgrywająca postać Ginger. Hierarchia agencji ze Stanów jest wyjątkowo podobna do brytyjskiego Kingsmana, co zapewnia nam lustrzane odbicie obu anglojęzycznych kultur. Moim zdaniem wyszło to świetnie, bo jedni i drudzy prezentują sobą odmienność swoich krajów, momentami nawet trochę stereotypowo (a więc bardzo w stylu serii).

"Kingsman: Złoty krąg" - Whiskey i Ginger
Agent Whiskey i agentka Ginger, czyli reprezentacja amerykańskiego Statesman.
Źródło: filmweb.pl

Zamykając temat obsady trzeba zwrócić uwagę na główną antagonistkę „Złotego kręgu”. Sam podtytuł filmu odnosi się do pewnej nielegalnej grupy specjalizującej się w handlu narkotykami na całym świecie (niczym kartel z Cali obecnych czasów). Ta zarządzana jest przez rudowłosą Poppy (Julianne Moore), której sposób bycia, mowa i gesty są grzeczne i ułożone, ale gdy przechodzi do planowania i działania, staje się naprawdę niebezpieczną i nieprzewidywalną personą. Stąd też wziął się jej sukces odzwierciedlony w miliardach dolarów na koncie i tajnej kryjówki niemożliwej do zlokalizowania przez światowe siły porządkowe.

Choć motyw narkotyków może wydawać się nudny ze względu na częste powielanie go w produkcjach różnego rodzaju, to muszę przyznać, że przypadek przedstawiony w „Złotym kręgu” zaciekawił mnie wyjątkowo. Głównie dlatego, że przedstawiono tu bardzo interesujący problem moralny, do którego różni bohaterowie podchodzą w inny sposób. Otóż okazuje się, że nielegalne substancje od Poppy (dostępne niemal na całym świecie) zawierają w sobie dodatkowy śmiercionośny substrat, który powoli, ale skutecznie doprowadza do śmierci każdego, kto go zażył. Okazuje się, że z usług jej kartelu korzysta zatrważająca większość społeczeństwa, co szybko objawia się zmianami w wyglądzie, a następnie w zachowaniu.

"Kingsman: Złoty krąg" - Poppy
Uwięziona w tajnej kryjówce Poppy i tak jest groźna dla setek milionów ludzi na całym świecie.
Źródło: filmweb.pl

Powstała panika i bunty wprowadzają społeczny chaos, któremu jednak da się zaniechać. Poppy jest posiadaniu lekarstwa natychmiastowo leczącego każdego zarażonego. Obiecuje, że trafi ono do każdego mieszkańca Ziemi, o ile sam prezydent Stanów Zjednoczonych przystanie na jej „drobne” warunki. I właśnie w tym miejscu stało się coś, co moje zmieszanie oraz niepewność względem narkotykowej fabuły szybko przeistoczyło się w pełne zainteresowanie. Pojawia się poważna, moralna rozterka. Pozwolić, aby zażywający narkotyki (co jest oczywiście nielegalne) dostali srogą nauczkę w postaci śmierci, czy może jednak uratować ich z opresji?

Jak się okazuje, przed tym dylematem stanąć musiała nie tylko głowa amerykańskiego państwa, ale także nasi bohaterowie z Kingsmana i Statesmana, którzy na swoje barki wzięli misję rychłego odnalezienia lekarstwa na zatrucie narkotykowe. Ode mnie pełne uznanie dla pomysłodawców fabuły (jeśli ta pojawiła się już wcześniej w komiksie, to gratulacje również dla jego scenarzystów). W ten oto sposób pokazano, że na pozór oklepane i przewidywalne motywy da się jeszcze przedstawić w inny, świeższy sposób.

"Kingsman: Złoty krąg" - Akcja
Dwie agencje muszą połączyć siły, aby uratować… narkomanów.
Źródło: filmweb.pl

Do widowiskowych scen walki, ciekawego dylematu moralnego podjętego w głównym wątku fabularnym oraz świetnych aktorów w obsadzie należałoby dołożyć także rytmiczną i szaloną ścieżkę dźwiękową, która podczas wymian ognia lub ciosów nadaje tempa. W trakcie seansu usłyszeć można nieco znanych i lubianych piosenek, które na trwałe zapisały się w popkulturze, a także nieco mniej rozpoznawalnych dźwięków spełniających rolę integratora z tym, co dzieje się na ekranie.

Po obejrzeniu „Tajnych służb” stałem się fanem serii. Po „Złotym kręgu” jestem pewien, że nadal nim będę. Efektowne strzelaniny w stylu dżentelmenów, od których zależą losy świata to to, co kompletnie do mnie przemawia. Już nie wspominając o świetnym, nonsensownym humorze, który najzwyczajniej odpręża.

"Kingsman: Złoty krąg" - Ameryka
Ameryka w pełni.
Źródło: filmweb.pl

Liczę na to, że reżyser Matthew Vaughn ma już pomysł na trzecią odsłonę serii, a dla studia Twentieth Century Fox to tylko kwestia czasu nim przyznają mu prawa do zrealizowania pełnej trylogii. Wciąż jest tyle rzeczy, które chciałbym zobaczyć w wykonaniu agencji Kingsman!

Moja ocena: 8/10