„Jak wytresować smoka 3” – Dość przewidywalne, ale ściskające za serce zakończenie historii

Szybką opinię na Filmwebie tuż po seansie ostatniej części smoczej trylogii ubrałem następujące słowa: „Top 3 pełnometrażowych animacji: Cała trylogia ‚Jak wytresować smoka’.”. Dla wielu może być to kontrowersyjne stwierdzenie, jako że przez dziesiątki lat powstało mnóstwo filmów animowanych, które do dzisiaj brylują w ścisłej czołówce kinowych pozycji. Szczególnie mam tutaj na myśli disneyowskie perełki pokroju „Króla Lwa”, jak i współczesne fenomeny typu „Kraina lodu” lub „Zwierzogród”. Jednak moje zafascynowanie produkcją DreamWorks nie wzięło się znikąd.

Czytaj dalej „Jak wytresować smoka 3” – Dość przewidywalne, ale ściskające za serce zakończenie historii

„Mirai” – Ludzka opowieść w przyjemnym, japońskim stylu

Jak to dobrze, że istnieją kina studyjne i ich niszowy repertuar! Jako przeciętny zjadacz blockbusterów, na lwią część filmów wybieram się do multipleksów. Po prostu te wszystkie wysokobudżetowe produkcje trafiają w moje gusta. Jednak z drugiej strony jestem zdania, że nie powinno się ograniczać tylko do nich. Choć z pewnością dostarczą niezapomnianych wrażeń i rozrywki idealnej do zajadania popcornu, to jednak warto od czasu do czasu wybrać się na coś ambitnego. A takiego typu kina w multipleksach jest niestety coraz mniej. Dlatego jeśli tylko jest okazja, opłaca się przejść się do mniejszej instytucji, która oferuje bardziej niszowe tytuły.

Mirai (1)
Najlepsze rodzeństwo według Kuna? Psiak Yukko.
Źródło: filmweb.pl

Japońskim „Mirai” zainteresowałem się jeszcze przed nominacją do Oscarów w kategorii długometrażowych animacji. Zwiastun zachęcał do seansu, sama produkcja zbierała bardzo pozytywne oceny płynące z krajów, gdzie premiera miała miejsce szybciej niż u nas, a poza tym nie często w Polsce ma się możliwość obejrzenia anime na wielkim ekranie.

Zasmucił mnie jednak fakt, że gdy do pierwszych seansów zostało zaledwie parę dni, nowego filmu Mamoru Hosoda nie dało się odnaleźć w repertuarze Cinema-City. Pomyślałem, że to duża strata, ale jakoś będę musiał to przegryźć. Z pomocą przyszedł jednak Filmweb, w którym da się sprawdzić aktualne programy kin i to nie tylko tych komercyjnych. Uradowałem się, gdy w sekcji „Gdzie obejrzeć film?” wyświetliło mi się niewielkie Kino Centrum położone tuż przy toruńskiej starówce.

Bez namysłu udałem się na najbliższy pokaz z napisami. Tuż przed rozpoczęciem mojego seansu, z sali wyszło sporo dzieciaków z ich rodzicami, którzy wybrali wersję z polskim dubbingiem. Fajnie, że pojawiła się i taka możliwość. Zdecydowanie bardziej zachęciła ona do obejrzenia japońskiej produkcji kilkuosobowe rodziny niż oryginalna ścieżka dźwiękowa z tłumaczeniem u dołu ekranu. Na moim pokazie faktycznie młodych zabrakło, ale nie będę ukrywać, że mi to akurat pasowało.

Mirai (2)
A mówią, że z każdym kolejnym dzieckiem jest łatwiej…
Źródło: filmweb.pl

Patrząc całościowo na to, jakim filmem jest „Mirai”, uświadomiłem sobie, że młodsze grono odbiorców koniecznie powinno go zobaczyć. Niezwykle przyziemna tematyka sprowadzona do relacji rodzinnych w okresie powiększania się familii o nowego potomka w przystępny i ciekawy sposób pokazuje, jak rzeczywiście trudny jest to czas. Zarazem produkcja ta naucza swoją puentą, że niewiele potrzeba, aby z tymi wyzwaniami się zmierzyć.

Reżyser Hosoda, który na swoim koncie ma już parę długometrażowych i uznanych anime („Wilcze dzieci” lub „O dziewczynie skaczącej przez czas”), zapoznaje nas z kilkuletnim Kunem – jak dotąd jedynym dzieckiem młodego małżeństwa. Jednak szybko się to zmienia, gdy Mama i Tata wracają do swojego wymyślnego domu na peryferiach japońskiej metropolii. Stęskniony główny bohater poznaje wówczas nowo narodzoną siostrzyczkę, która otrzymuje tytułowe imię Mirai.

Mirai (3)
Nie łatwo będzie przywyknąć do młodszej siostry.
Źródło: filmweb.pl

Dalsze przygody czteroosobowej rodzinki to nic innego, jak z życia wyjęte perypetie, z którymi muszą się mierzyć. Ojciec stresuje się powrotem małżonki do pracy, przez co będzie musiał sam zająć się dwoma potomkami. Co najbardziej komiczne w tej sytuacji, więcej problemów sprawia młody Kun niż niemowlę. Ugodowemu tacie i zdecydowanej mamie przyjdzie nie raz zmierzyć się z objawami zazdrości chłopca względem siostrzyczki, przez co wielokrotnie będziemy nasłuchiwać ryku i płaczu. Przy tym wszystkim mała Mirai pozostaje spokojnym i względnie nieprzysparzającym kłopotów dzieckiem.

Film w głównej mierze pokazuje, jak trudne dla dotychczasowych jedynaków jest pogodzenie się z myślą, że od teraz uwaga rodziców nie jest skierowana wyłącznie na nich. Z tego też względu uważam, że animację koniecznie powinny obejrzeć rodziny z co najmniej dwójką dzieci lub tuż przed narodzinami nowego członka familii. Rodzice pośmieją się z komicznych, ale bardzo autentycznych sytuacji, do których zaraz będą musieli sami się dostosować, zaś młodociani mogą z seansu wynieść całkiem cenną lekcję wychowania.

Mirai (4)
W przerwie od zajmowania się niemowlakiem, wypadałoby też nauczyć synka jeździć na rowerze.
Źródło: filmweb.pl

Jak przystało na większość japońskich animacji, „Mirai” ma w sobie sporo fantazji i przenośni. Choć wątki fabularne obracają się wokół przyziemnych i ludzkich spraw, to momentami są przedstawiane w sposób symboliczny lub z niemałą dozą wyobraźnią. Szczególnie objawia się to w motywie drzewa rosnącego po środku domu, które jest pomostem między codziennymi problemami Kuna a nierzeczywistymi lekcjami pokory, dzięki którym nabiera nowych perspektyw w kwestii radzenia sobie z zazdrością i odpowiedzialnością.

O pięknym aspekcie wizualnym nie ma co za dużo mówić. Chyba można już przywyknąć do tego, że projekty dużych rozmiarów powstające w japońskim stylu nie przestają zadziwiać swoją estetyką. Choć na pozór kreska wydaje się być banalna, to w połączeniu z przemyślanymi kadrami o tłach lokacji powstałych z rozmachem, całość potrafi zrobić na widzu niemałe wrażenie.

Mirai (5)
W filmie nieraz ujrzymy ładne kadry.
Źródło: filmweb.pl

Do tej pory w pamięci utkwiły mi widoki ogromnego japońskiego miasta pojawiające się przede wszystkim na początku i końcu filmu, spokojnie falujące na wietrze drzewa i trawa w scenach zabierających nas poza miejską aglomerację oraz sekwencja w tokijskim metrze. Gdy sami ujrzycie to na ekranie, to na pewno zrozumiecie, co mam na myśli.

Z biegiem wydarzeń poznajemy coraz więcej nowych bohaterów składających się na różne pokolenia japońskiej rodzinki. Dzięki bliskiemu ukazaniu dzieci, zapracowanych rodziców oraz troskliwych dziadków i pradziadków, jesteśmy w stanie zżyć się z przedstawianymi problemami, a nawet w prosty sposób przełożyć je później na własne rodzinne doświadczenia. Okazuje się, że choć film przedstawia japońskie realia, to jednak są one na tyle uniwersalne, że świetnie bronią się również w naszej rzeczywistości.

Mirai (6)
W japońskiej rodzinie też nie zawsze jest kolorowo.
Źródło: filmweb.pl

Przy tak licznych postaciach, które przewijają się w anime, wciąż udało się zachować logiczną ciągłość wydarzeń i ich wzajemnych powiązań. Jest to o tyle ważne, że w pewnym momencie takie zazębianie się wątków lub nawet niewielkich szczegółów odgrywa w całości znaczącą rolę. Jest to jeden z elementów produkcji, który wywarł na mnie największe wrażenie. Choć próżno szukać tu niespodziewanych plot twistów, to jednak ten prosty i sensowny przekaz idealnie wpasowuje się w całościowy wydźwięk „Mirai”.

Na domiar wszystkiego muszę jeszcze wspomnieć o muzyce przygrywającej w filmie. Oprócz uroczych dźwięków, do których przywykliśmy w obyczajowych anime, znajdziemy tutaj także piosenkę, w której dosłownie się zakochałem. Usłyszeć ją możemy przede wszystkim podczas końcowych napisów, kiedy to jako widz nie skończymy jeszcze przyswajać rychłego zakończenia filmu. „Mirai no Theme” od uznanego w Japonii muzyka Tatsuro Yamashita wprowadza niesamowicie nostalgiczny klimat w połączeniu z pozytywnym i chwytliwym tekstem. Tak, słowa piosenki w większej części są po japońsku, jednak ich melodyjność potrafi na jeszcze długi czas wbić się do głowy.

Doszukując się minusów w nowym tytule Hosody można mieć pewne wątpliwości co do głównego bohatera. Jego zachowanie w niektórych momentach potrafi być naprawdę irytujące. Szczególnie, gdy łącznie przez dobrych kilka minut nasłuchujemy jego głośnego płaczu. Z drugiej strony należy mieć na uwadze, że w roli wiodącej postawiono kilkuletniego chłopca. Czego więc innego należy od niego oczekiwać? Tym bardziej, że fabuła filmu opowiada o problemach byłego jedynaka związanych z młodszym rodzeństwem. Oczywiste są tutaj niekiedy błahe problemy, które dla młodocianych są jednak istotne. Szczególnie, gdy jest się dzieckiem domagającym atencji rodzica.

Mirai (7)
Przez nowo narodzoną siostrzyczkę, Kun będzie musiał szybko dorosnąć do roli starszego brata.
Źródło: filmweb.pl

Jeśli macie ochotę na dość niecodzienne kino (jakim z pewnością można nazwać wszelkie anime na polskim rynku kinowym), to gorąco zachęcam Was do przejrzenia repertuarów lokalnych instytucji studyjnych. W multipleksach „Mirai” niestety nie znalazłem. Ani w Cinema-City, ani w Multikinie, ani też w Heliosie. Pozostaje więc jedynie nadzieja, że parę seansów odbywa się w ramach niekomercyjnych pokazów. A naprawdę warto się wybrać, bo trwający nieco ponad półtorej godziny film to przyjemność dla oczu oraz ważny morał dla osób w każdym wieku. Czy to najmłodszych, świeżo upieczonych rodziców, czy też tych starszych, którzy chętnie zobaczą sceny wyjęte z życie.

Chyba, że tak samo jak Kun, jesteście miłośnikami shinkansenów. Superszybka japońska kolej niejednokrotnie przewija się w wypowiedziach chłopca.

Moja ocena: 7,5/10

„Hotel Transylwania 3” – O dziwo, wciąż trzyma równy poziom

„Film przedstawiający losy rodziny wampirów, mumii, wilkołaków i Bóg wie, kogo tam jeszcze, z premierą w czerwcu? Ale jak to tak?!”. W ten lub bardzo zbliżony sposób pomyśleli najpewniej polscy dystrybutorzy trzeciej części popularnej animacji „Hotel Transylwania”, gdy ta otrzymała swoją światową datę wejścia do kin. Z jednej strony to nic dziwnego. W końcu poprzednie odsłony trylogii ukazywały się na jesień, gdy powoli nadciągało lubiane w Stanach i nie tylko święto Halloween. Produkcja studia Sony Pictures Animation idealnie wpasowuje się w nastrój tego dnia. Dopiero przy zwieńczeniu trylogii zadziało się coś, co najwyraźniej na naszym rynku filmowym miejsca mieć nie może.

Hotel Transylwania - 1
Nasze potwory powróciły!
Źródło: filmweb.pl

„Hotel Transylvania 3: Summer Vacation”, jak sama oryginalna nazwa wskazuje, swoją tematyką i miejscem osadzenia akcji bardziej współgra z klimatem wakacyjnym aniżeli święta duchów. Pomimo tego, że głównymi bohaterami niezmiennie są znane „gatunki” potworów, to tym razem animacja nie skupia się na ostatnim dniu października, lecz letnim urlopie, który (jak się okazuje), był monstrom niezwykle potrzebny.

Stąd też na rynku amerykańskim, ale i nie tylko, „Hotel Transylwania 3” trafił do kin już na przełomie czerwca i lipca, aby zabrać rodziców i ich pociechy na relaksującą wycieczkę z Drakiem, Johnnym, Mavis i resztą postaci. My, biednie Polacy, w wyniku szaleńczej decyzji lokalnych dystrybutorów, musieliśmy poczekać aż do początku października. Byliśmy przedostatnim narodem, który w końcu doczekał się trzeciej części „Hotelu”. Gorzej było jedynie z Japonią, która dopiero tydzień po nas mogła wybrać się do kin. Nawet Korea Południowa, Filipiny, czy też Wietnam wyświetlały animację sporo wcześniej.

Hotel Transylwania - 2
Bohaterów czeka bardzo interesujący rejs statkiem.
Źródło: filmweb.pl

Ale może nie będę narzekał na błahe sprawy. W końcu październik był, jest i zawsze będzie sezonem na potwory, strachy i horrory. Nawet w naszym kraju, gdzie przecież Halloween nie święci takich tryumfów, jak na zachodzie. Najważniejsze, że w końcu doczekaliśmy się premiery „Hotelu Transylwania 3”, a jak po seansie mogę ocenić, nawet warto było czekać.

Pod warunkiem, że od animacji znamienitego Tartakovsky’ego oczekiwaliśmy tego samego, co zaprezentowały nam poprzednie części. Jest to jeden z chyba niewielu przypadków nie tylko w tym gatunku, ale i w kinie ogólnie, gdy cała trylogia serii trzyma naprawdę równy poziom. Gdy w 2012 roku ukazała się pierwsza odsłona, dzieci pokochały ją za zebranie razem wszystkich najpopularniejszych potworów zakorzenionych w kulturze popularnej na przestrzeni lat, a rodzicom spodobała się lekkość i przystępność filmu połączona z nie najgorszym poczuciem humoru objawiającym się na przykład w żartach sytuacyjnych.

Hotel Transylwania - 3
Ile stworów i upiorów znajduje się na obrazku?
Źródło: filmweb.pl

Sequel z premierą po trzech latach oczekiwania zaprezentował nam ciekawe, aczkolwiek dość przewidywalne rozszerzenie przygód bohaterów. Nie stracił jednak niczego, co w „jedynce” tak bardzo przypadło do gustu widzów. Pojawiły się nowe postacie dość logicznie wplecione w przedstawiony świat i jeszcze więcej dobrego komizmu. Ba, nawet patrząc stricte na finansowe wyniki, „Hotel Transylwania 2” poradził sobie jeszcze lepiej od poprzednika zgarniając ponad sto milionów dolarów więcej w ogólnoświatowym Box Office’ie.

Popularyzowanie i staranne budowanie marki najwidoczniej popłaca, bo teraz, gdy najnowsza część animacji jest już dobre cztery miesiące po globalnej premierze, ma ona na swoim koncie ponad pół miliarda w amerykańskiej walucie, co jest zdecydowanie największym dorobkiem z całej serii. Oznacza to, że na przestrzeni lat coraz więcej widzów zaznajamiało się z familijną serią, co zwiększyło grono odbiorców „trójki”.

Hotel Transylwania - 4
Rodzina i przyjaciele korzystają z czasu na relaks, póki jeszcze mogą…
Źródło: filmweb.pl

Czy nowi widzowie, którzy zdecydowali się odwiedzić kino dla ostatniej odsłony tej trylogii, mogli poczuć się zawiedzeni? I tak, i nie. Tak, jeśli liczyli na coś więcej niż w poprzednich dwóch filmach. Jednak wybierając się na animację dla dzieci, czym „Hotel Transylwania” jest, nie ma co liczyć na rewolucje i odejście od sprawdzonych wcześniej schematów. Jedne, co wówczas jest rozsądne do zrobienia przez twórców, to kontynuowanie specyfiki produkcji i rozszerzenie jej o nowe wątki, postacie i tym podobne. Gdy dochodzi się do trzeciej części serii, konieczne jest, aby nie odchodzić od tego, co zdążyło się już zrobić dotychczas, a dodatkowo należy dołożyć domknięcia lub odpowiednie rozwinięcia wątków, które albo zostały już poruszone wcześniej, albo wręcz wymagają poruszenia.

Tym tropem poszli reżyser i scenarzyści filmu. „Hotel Transylwania 3” zaczyna się od dwóch dających się we znaki problemów głowy rodziny – Drakuli. Wampir, po pierwsze, jest coraz bardziej zmęczony prowadzeniem zajazdu dla monstrów, jako że od lat nie miał choćby dnia wolnego od obowiązków związanych z pracą, a po drugie – doskwiera mu specyficzna samotność. Owszem, wciąż otoczony jest mnóstwem osób, w tym najważniejszej dla niego córki Mavis, jej męża Johnny’ego oraz wnuka Dennisa. Brakuje tu jednak życiowej partnerki, którą przed wieloma laty stracił. Po jej śmierci wampir nie wyobrażał sobie ułożenia życia z inną kobietą, przez co na długi czas wypierał się miłości. Aż do czasu.

Hotel Transylwania - 5
„Aż do czasu.”
Źródło: filmweb.pl

Trzecia część „Hotelu” zabiera nas daleko od tytułowego budynku, w którym to dotychczas rozgrywała się akcja. Mavis, dostrzegając problem przepracowania ojca, wpada na pomysł, aby urządzić mu zasłużony urlop. Bez jego wiedzy, namawia do tego również całą zgraję potworów przedstawionych nam na przestrzeni serii i wspólnie udają się na… rejs statkiem wycieczkowym. Ogromnym statkiem, który, jak słusznie zauważa Drakula, jest hotelem, tyle że na wodzie.

Choć wiele rzeczy może wydawać się głównemu bohaterowi znajomych, to najważniejszy jest fakt, że tym razem nie jest on właścicielem, lecz gościem. Po pokręceniu nieco nosem, dostrzega tę subtelną różnicę i nawet daje się ponieść magii wypoczynku.

Hotel Transylwania - 6
Kto powiedział, że wampiry nie lubią nurkować?
Źródło: filmweb.pl

Czy to oznacza, że następnie przez pozostałą godzinę będziemy przyglądać się potworom beztrosko bawiącym się i odpoczywającym na pokładzie ekskluzywnego wycieczkowca? Oczywiście, że nie. Nie na tym polegają filmy! Nawet te kierowane do najmłodszych. W animacji od samego początku przewija się wątek wieloletniego przeciwnika Drakuli, którego cel jest niezmiernie prosty – chce zgładzić upiory. Płytko i bez polotu, ale nie oczekujmy za wiele.

O całym pochodzeniu, rozwoju i znaczeniu postaci ów Van Helsinga nie chcę tutaj za dużo pisać, aby przypadkiem nie zdradzić zbyt wiele. W kontekście tego wątku łatwo o spoilery, a psuć zabawy nie warto. W każdym razie wróg wampira raczej nie zapisze się na kartach kinematografii, jako jeden z najlepszych czarnych charakterów, ale myślę, że w pełni wystarczy, jak na niewymagającą, rodzinną produkcję. Tym bardziej, że w to wszystko wplątany jest pewien zwrot akcji. Niestety, szybko zostaje nam zdradzony, co psuje nieco efekt zaskoczenia, ale twórcy pewnie wyszli z założenia, że starsi widzowie na pewno w mgnieniu oka rozszyfrowaliby zagadkę na własną rękę, więc po co udawać?

Hotel Transylwania - 7
Typowy złoczyńca z animacji. Dziwna fryzura, duży brzuch, prosty cel.
Źródło: filmweb.pl

Dlatego zaznaczę po raz kolejny – swoje oczekiwania najlepiej zaniżyć, jak tylko się da. To wciąż animacja dla młodocianych!

Pozostaje jeszcze kwestia humoru. Przyznam się, że w całym półtoragodzinnym filmie było kilka momentów, gdzie szczerze się uśmiechnąłem lub w duchu zaśmiałem. W duchu, bo dwudziestotrzyletniej osobie raczej nie wypada śmiać się na całą salę kinową podczas emisji filmu animowanego. Faktycznie znaleźć można parę żartów słownych lub sytuacyjnych, które mogą rozbawić. Dzieci pewnie swojego śmiechu wstydzić się nie będą. I prawdopodobnie zaśmieją się przy zupełnie innych scenach niż starsze osoby, ale tak już z tym gatunkiem bywa. Szczególnie upodobałem sobie gag z finałowej potyczki, w którym usłyszeć mamy największy (i zarazem najbardziej żenujący) taneczny hit wszech czasów.

Hotel Transylwania - 8
Po co komu dobre nagłośnienie, gdy ma się ogromne monstrum potrafiące śpiewać?
Źródło: filmweb.pl

A skoro o tym mowa, „Hotel Transylwania” na przestrzeni trzech odsłon przyzwyczaił nas do sięgania po popularne kawałki, które są lubiane obecnie lub uznaje się je za kultowe. Stąd też nie dziwi obecność takich hitów, jak „Sexy and I Know It” od LMFAO, „Gangnam Style” od PSY lub „24K Magic” w wykonaniu Bruna Marsa.

Każda nowa część potwornej serii od Sony Pictures Animation ukazywała się w kinach systematycznie co trzy lata. Wszystko zaczęło się w 2012 roku. Sequel pojawił się w 2015, a teraz otrzymaliśmy pełną trylogię. Zastanawia mnie jednak, czy Tartakovsky i oddział Sony zajmujący się filmami animowanymi poprzestaną na tym. Niby co tu więcej należy dopowiadać? Było o miłości potwora ze zwykłym człowiekiem, o trudnym procesie wdrażania się w rolę ojca, a teraz o tym, czy odnalezienie swojej drugiej połówki to gwarancja szczęścia do końca życia.

Hotel Transylwania - 9
Nie mogłem się oprzeć wstawieniu tutaj tego kadru!
Źródło: filmweb.pl

Pewnie wielbiciele franczyzy chętnie jeszcze raz powróciliby do Transylwanii, aby ponownie udać się na przygodę z wampirzą rodzinką i popkulturowym przekrojem innych upiorów. „Trójka” finansowo też nie zawiodła, więc pytanie „co dalej?” chyba wciąż nie ma jasnej odpowiedzi, a jedyne, co pozostaje nam zrobić, to czekać na informacje od twórców.

Ode mnie „Hotel Transylwania 3” dostaje solidne siedem na dziesięć, tak jak każda poprzednia część serii. W moich oczach to wciąż równy poziom, który można by wykorzystać na kolejne kontynuacje, ale z drugiej strony – może lepiej tego nie zaprzepaścić?

Moja ocena: 7/10

„Final Space” – Niepozorna animacja zbierająca tłumy fanów

O nowej animacji okraszonej mianem „Netflix Originals” dowiedziałem się dopiero po jej premierze. Mimo regularnych maili z ofertą serwisu, polubionego fanpage’a na Facebooku i zasubskrybowanego kanału na YouTube, nie natrafiłem na żadne wzmianki o „Final Space” do czasu, gdy od paru dni był już dostępny do obejrzenia. Szybkie ogarnięcie najważniejszych informacji o serialu, a więc liczby odcinków, długości ich trwania oraz (przede wszystkim) opisu fabuły, po czym byłem gotów odpalić pierwszy epizod.

Final Space (1)
Źródło: facebook.com/FinalSpaceTBSnetwork

Skończyło się na tym, że całość łyknąłem dosłownie w jeden wieczór. Dla największych koneserów nie jest to pewnie nic szczególnego, ale ja z reguły nie potrafię siedzieć kilka godzin i oglądać odcinek za odcinkiem. Nawet jeśli jakiś tytuł z miejsca mnie oczarował. W tym przypadku było inaczej, bo każde 20 minut mijało błyskawicznie i nim się obejrzałem byłem już w połowie sezonu. Na zegarze wciąż widniała w miarę młoda godzina, więc nie pozostało nic innego, jak dokończyć resztę.

Ani trochę nie żałuję, bo animacja stworzona przez Olana Rogersa i Davida Sacksa miała w sobie coś, co nie pozwalało wyłączyć Netfliksa przed poznaniem zakończenia kosmicznej historii. Dla tego pierwszego pana „Final Space” jest debiutem pod każdą postacią. Nigdy wcześniej nie pracował nad żadnym serialem lub filmem, ani telewizyjnymi, ani kinowymi. Za to Sacks od lat związany jest z kultowymi „Simpsonami”, więc mógł wnieść do projektu nieco swojego doświadczenia.

Final Space (2)
Poznajcie Gary’ego – samotnego więźnia kosmicznego statku.
Źródło: imdb.com

W ten sposób powstała opowieść o blondynie imieniem Gary, który na lata został zamknięty na statku kosmicznym będącym pewną formą więzienia. Astronautę poznajemy tuż pod koniec jego wyroku, gdy psychika bohatera drastycznie odbiega od normy. Przykładem tego może być upersonifikowanie przez niego różnych mebli bądź przedmiotów znajdujących się na pokładzie, którym nadał również imiona.

Doskwierająca Gary’emu samotność mimo wszystko nie przekładała się na najgorsze z możliwych uszczerbków na umyśle, bowiem towarzystwa dotrzymują mu HUE – sztuczna inteligencja odpowiedzialna za działanie statku i kontrolowanie wyroku głównego bohatera, która swoją obecność podkreśla wyłącznie głosem (jako, że ciała nie posiada), KVN – znienawidzony przez Gary’ego robot o bardzo nieprzyjemnych i natrętnych cechach charakteru, a także androidy, które wykonują polecenia HUE.

Final Space (3)
Jeśli polubicie tego żółtego, lewitującego natręta, to macie nierówno pod sufitem.
Źródło: imdb.com

Los jednak chce, aby końcówka wyroku astronauty nie przebiegła tak, jak poprzednie lata. W pewnych okolicznościach poznajemy przesłodkiego, zielonego i okrągłego kosmitę, który szybko skrada serce Gary’ego, a zarazem nasze – widzów. Niepotrafiąca mówić forma życia zostaje przez niego nazwana Ciastusiem, co jeszcze bardziej ma podkreślić jej niewinność i urok.

Wydawałoby się, że wszystko brzmi świetnie. Gary po kilkudziesięciu miesiącach samotności nareszcie poznaje prawdziwego przyjaciela, z którym do razu łapie wspólną więź, a jego wyrok ma zakończyć się lada moment. Haczyk w tym, że niewiele później po pojawieniu się zielonego kosmity, na statek więźnia przybywa także Avocato – uzdolniony w posługiwaniu się bronią palną kot-najemnik. Jak można łatwo się domyślić, jego głównym celem jest schwytanie Ciastusia i sprowadzenie go do zleceniodawcy.

Final Space (4)
Rozbraja od pierwszej sceny, w której występuje – kosmita Ciastuś!
Źródło: imdb.com

Tak, jak chyba w każdej historii być musi, w „Final Space” znajdziemy czarny charakter z krwi i kości. Lorda Przywódcę poznajemy jeszcze w pierwszym odcinku i szybko okazuje się, że jego niski wzrost i raczej nieprzerażający wygląd są tylko pozorami. Władający potężną armią oraz posiadający nadprzyrodzone moce Lord jest w stanie zabijać za nieposłuszeństwo, kompletnie pustoszyć planety we wszech świecie i co najistotniejsze – za wszelką cenę osiągnąć swoje zamierzone cele. A z pewnych powodów najważniejszym z nich jest Ciastuś znajdujący się w rękach Gary’ego.

Skrót fabuły może brzmieć dość mało oryginalnie, jako że często byliśmy świadkami produkcji przedstawiających dobrą i złą stronę, które pojedynkują się w jednej intencji choć o różnych zamiarach. Daję Wam jednak słowo, że nie jest to nudna i przewidywalna historia, w której Gary, HUE i KVN za wszelką cenę jako jedna drużyna będą bronić nowo poznanego przyjaciela, a Avocato wraz z Lordem Przywódcą będą chcieli go odbić na wszelkie możliwe sposoby. „Final Space” jest wypchane ciekawymi rozwiązaniami fabularnymi, zwrotami akcji i sytuacjami wywołującymi w widzach skrajne emocje.

Final Space (5)
Wrogiem numer jeden naszych bohaterów jest zabójczy Lord Przywódca.
Źródło: imdb.com

Nie mam zamiaru zdradzać wiele więcej, bo jednak dziesięć odcinków po dwadzieścia minut to niewiele czasu na spokojne przedstawianie i rozwijanie historii, która wręcz pędzi od pierwszych minut, dlatego wychodzenie opisem poza choćby pierwszy epizod na pewno zakończyłoby się poważnymi spoilerami. Jednak jeśli zdecydujecie się poświęcić swoje 3-4 godziny na cały sezon netfliksowej animacji, to przygotujcie się na to, że nie wszystko jest białe i czarne. Nieraz zostaniecie zaskoczeni przez bohaterów lub bieg wydarzeń, co tak naprawdę wznosi serial na wyższy, nieprzeciętny poziom.

Mnóstwo tutaj akcji tak dopieszczonych wizualnie, że aż pierwsze wrażenie o prostocie tej animacji może kompletnie na to nie wskazywać. Jednak twórcy położyli spory nacisk na to, aby wykreować piękny dla oczu świat (a raczej wszech świat), na który bardzo miło się patrzy. Rozległe kadry na kosmiczną nicość to coś, czego nie spodziewalibyście się po dość cicho reklamowanym serialu, który ot tak trafił na Netfliksa i bez zainteresowania się nim, można by go łatwo pominąć.

Final Space (6)
Oto Gary i Avocato. Nic więcej nie napiszę.
Źródło: imdb.com

„Final Space” nie stoi wyłącznie przyjemną i ładną oprawą graficzną, ale przede wszystkim świetnie rozpisanymi i charakterystycznymi postaciami oraz wyjątkowym poczuciem humoru. Jeśli chodzi o bohaterów, to szybko załapiecie względem nich pewien stosunek. Gary ma być dzielnym, ale dość fajtłapowatym poszukiwaczem przygód, którego naiwność i dobre serce odnajdą w widzach zrozumienie, Ciastuś po prostu kradnie nasze serca swoich wyglądem, Avocato wywołuje podziw dzięki nabytym umiejętnościom, a Lord Przywódca to czarny charakter wykreowany niemal idealnie. Niejednokrotnie pokazuje, jak silny i bezlitosny potrafi być, przez co każde jego pojawianie się na ekranie sprawia, że jesteśmy pewni kłopotów, z którymi za chwilę spotkają się główni bohaterowie.

Koniecznie muszę zaznaczyć, że „Final Space”, pomimo bycia animacją, nie jest przeznaczona dla najmłodszych. Na Netfliksie otrzymała ograniczenie od 13 lat, co jest w pełni zrozumiałe ze względu na niektóre dialogi, żarty, czy też sceny. Wszystko to wykreowano tak, aby najlepiej trafiało do młodzieży lub dorosłych widzów. Ostatnimi czasy da się zauważyć narastający trend na animacje dla starszego odbiory. Niegdyś tak naprawdę istniało tylko „Miasteczko South Park” i „Simpsonowie”, a teraz wybór mamy prawie nieograniczony. I choć „Final Space” daleko do wręcz kuriozalnego stylu i humoru znanego z przywołanych tytułów, to wciąż świetnie sprawdzi się jako zabawna i angażująca rozrywka dla każdego starszego widza.

Final Space (7)
Ach tak, w „Final Space” mamy też ważny wątek miłosny z Gary’m i Quinn w głównych rolach.
Źródło: imdb.com

Animacja, która jest angażująca? Ależ oczywiście! Takie sformułowanie nie powinno nikogo dziwić po chociażby takim przykładzie, jak rewelacyjny „BoJack Horseman”, który również jest kreskówką, a gra na emocjach lepiej niż niejeden współczesny serial dramatyczny z górnej półki. Po części potrafi to także „Final Space”, które w całym pierwszym sezonie ma w sobie parę momentów ściskających za serce, poruszających łzy w oczach lub w zupełnie inną stronę – wywołujących zachwyt i trzymanie kciuków za bohaterów. Na myśli mam szczególnie jeden konkretny odcinek z około połowy sezonu, ale to musicie sprawdzić na własne oczy…

Final Space (8)
Serial niejednokrotnie raczy nas takimi widokami. A najlepiej prezentują się w scenach bitewnych lub ucieczek.
Źródło: imdb.com

W „Final Space” można spojrzeć także głębiej, jako że wydaje się być niepozorną odpowiedzią na wiele współczesnych filmów science-fiction. Znajdziemy tutaj mniej lub bardziej oczywiste odniesienia do takich tytułów, jak przede wszystkim „Gwiezdne Wojny” lub „Strażnicy Galaktyki”. Co do tego drugiego to już wyłącznie moje, pewnie zbyt wybujałe skojarzenia, jednak fani „Star Wars” na pewno odnajdą co najmniej parę nawiązań do kultowego uniwersum. W postaci Lorda Przywódcy można doszukiwać się odniesień do Snoke’a, zaś jego liczna armia to wręcz jeden do jednego szturmowcy (nie tylko pod względem uzbrojenia, ale i umiejętności – trafiają wszędzie, tylko nie w swój cel). Od siebie dodam, że postać okrągłego robota KVN-a wygląda mi na mieszankę dwóch świetnie znanych bohaterów gier – Wheatley’a z „Portalu” (głównie za sprawą kulistej, lewitującej formy) oraz Claptrapa z „Borderlands” (równie wygadanego, przygłupiego i niczego nieświadomego).

Final Space (10)
To spojrzenie zadziała na Quinn – miłość głównego bohatera?
Źródło; imdb.com

Teraz, gdy cały sezon animacji pochłonąłem wręcz w jeden wieczór, z ogromną niecierpliwością czekam na kontynuację, która przez twórców została już dawno zapowiedziana. Dawno, bowiem sam serial liczy sobie już parę miesięcy. Oryginalnie powstawał dla amerykańskiej stacji TBS i zadebiutował 26 lutego bieżącego roku. Dopiero po wyemitowaniu wszystkich epizodów i odczekaniu pewnego czasu, pojawił się na łamach Netfliksa i teraz możliwość obejrzenia go mają abonenci na całym świecie. Dzięki temu „Final Space” ma szansę, o ile już tego nie zrobił, zyskać potężniejsze grono wielbicieli, co z kolei przełoży się na jeszcze lepsza oglądalność drugiej serii. Tę zapowiedziano 10 maja, jednak trzeba liczyć się z tym, że nowe przygody Gary’ego ujrzą światło dziennie najwcześniej w pierwszej połowie 2019 roku.

Final Space (9)
Gotowi na przygodę z Gary’m?
Źródło: imdb.com

Cóż… Jeśli coś jest dobre, to warto na to czekać. A jeśli Wy nie mieliście jeszcze okazji obejrzeć „Final Space”, bo nie byliście pewni, czy warto, lub po prostu nie słyszeliście wcześniej o tym serialu, to teraz jest na to idealny moment. Nie stracicie nic poza zaledwie 3-4 godzinami seansu, a zyskać możecie naprawdę fajną, galaktyczną rozrywkę z świetnymi postaciami, które być może pokochacie. Dotychczasowi widzowie właśnie to zrobili i dzięki temu animacja zbiera co najmniej bardzo dobre oceny i plasuje się wysoko w rankingach netfliksowych nowości.

To co? Dziś wieczorem?

Moja ocena: 8/10

Na tę animację czekaliśmy 14 lat, czyli „Iniemamocni 2”

Doskonale pamiętam moje pierwsze zetknięcie z superbohaterską rodzinką w czerwonych trykotach. Był grudzień 2006 roku, choć sam film miał swoją premierę dwa lata wcześniej. To właśnie wtedy, po raz pierwszy w naszym kraju, zaczęto nadawać Disney Channel – kanał bezpośrednio skierowany do dzieci i młodzieży. Ramówkę wypchaną kreskówkami i serialami aktorskimi zainaugurowała emisja „Iniemamocnych” zaplanowana na godzinę 17 tego dnia.

Tak, wciąż piszę to z pamięci, bo dobrze utkwiło mi to w głowie. Wraz z rodzeństwem pełni ekscytacji siedzieliśmy na podłodze z dwa metry od telewizora, a animacja pochłonęła nas całkowicie. W przyszłości kultowe dzieło Pixara we współpracy ze wspomnianym Disneyem widziałem jeszcze co najmniej kilka razy, ale kto byłby w stanie to dokładnie zliczyć. Ważny jest fakt, że „Iniemamocnych” można już bez skrupułów uznać za wiekowy tytuł. W końcu 14 lat to nie byle liczba w okresie, gdy animacje tworzy się niemal hurtowo.

Iniemamocni (1)
Tak rodzina herosów prezentowała się aż 14 lat temu!
Źródło: filmweb.pl

W międzyczasie dzieciaki, takie jak wówczas ja, zdążyły stać się w pełni dorosłe, a sama wytwórnia Pixar nakręciła trzynaście kolejnych filmów. Nie przeszkadzało to jednak w tym, aby do tematyki powrócić, a ten kuriozalny odstęp między pierwszą a drugą częścią stał się jeszcze lepszym gwarantem zyskania uwagi publiczności na premierze sequela. W końcu co oddziałuje na nas lepiej niż sama nostalgia? A każdy, kto „Iniemamocnych” obejrzał choć raz lub dwa, na pewno przyzna, że główni bohaterowie zadomowili się gdzieś tam w pamięci.

Po kilkuletniej posusze informacyjnej, a następnie pierwszym wzmiankom i zapowiedziom, w końcu nadeszli! Obdarzona nadzwyczajnymi mocami rodzinka wróciła na wielkie ekrany, aby nie tylko dostarczyć nam świetną, animowaną rozrywkę, ale i uderzyć prosto w uczucia, których wywołanie przez tak wyczekiwany powrót było tylko formalnością. „Iniemamocni 2” to jubileuszowa, dwudziesta produkcja Pixara, do amerykańskich kin trafiła w połowie czerwca i z miejsca stała się hitem lata. W miniony piątek doczekaliśmy się jej również w naszych lokalnych multipleksach. Tak więc najwyższa pora przekonać się, co u Pana Iniemamocnego, Elastyny i ich podopiecznych słychać.

Iniemamocni (2)
A tak wyglądają teraz. Trochę… wyładnieli 😉
Źródło: filmweb.pl

Warto mieć w pamięci, jaką sceną zakończyła się pierwsza część przygód animowanych superbohaterów. Zostaliśmy zarzuceni cliffhangerem w postaci nowego zagrożenia dla metropolii, któremu czoła miała stawić tytułowi Iniemamocni. Po wzlotach i upadkach w potyczce z głównym czarnym charakterem filmu – Syndromem, zgrana familia ruszyła na Człowieka Szpadla. Jakkolwiek fantazyjny nie byłby to przeciwnik, pamiętajcie o nim zasiadając w kinowej sali na kontynuacji, bo właśnie w tym miejscu rozpoczyna się akcja filmu!

Już w pierwszej minucie uciszeni zostają ci, którzy mniej lub bardziej ironicznie krytykowali drugą część „Iniemamocnych”. Pytania typu „Minęło 14 lat, a dzieciaki nic nie urosły?” znaleźć można było nie tylko na polskich, ale i zagranicznych (nawet oficjalnych!) stronach i forach poruszających tematykę nowej animacji Pixara. Rozsądniejsze osoby pozostawały spokojne, gdyż nie trudno było domyślić się, że bohaterowie nie zmienili ze względu na osadzenie fabuły sequela zaraz po wydarzeniach z „jedynki”. Początek seansu tylko to potwierdza – na dobry start możemy ujrzeć uzdolnionych krewnych walczących w centrum miasta z villainem zaprezentowanym nam jeszcze 14 lat temu.

Iniemamocni (3)
Co oni zrobiliby bez siebie nawzajem?
Źródło: filmweb.pl

Mimo wszystko heroiczna batalia jest tylko kilkuminutowym wprowadzeniem do głównej osi fabularnej „Iniemamocnych 2”, bowiem w wyniku potyczek z Człowiekiem Szpadlem w metropolii doszło do poważnych strat. Zburzone budynki, wyniszczona infrastruktura miejska i poważne zagrożenie dla mieszkańców sprawiły, że władze szybko obarczyły winą tytułowych herosów. Jest to problem dość znany z wielu dzieł poruszających tematykę superbohaterską. Pierwszy lepszy przykład to „Civil War” od Marvela. Nie zmienia to faktu, że tym samym jest to problem bardzo życiowym i rozsądnym, co tylko podbudowuje realizm wykreowanego świata. Co tyczy się nawet filmu animowanego!

Pięcioosobowa rodzina i ich bliski przyjaciel Mrożon muszą odsunąć się w cień i kompletnie porzucić bohaterski tryb życia. Nie jest to łatwe, gdy nagle trzeba zderzyć się z codziennymi, szarymi trudnościami, które nie były odczuwalne podczas ratowania świata zapewniającego chwałę i godną przyszłość. Nic dziwnego, że Bob i Helen, w trosce o dobro swoich wciąż młodych dzieci, próbują znaleźć najlepsze wyjście ze swojej kiepskiej sytuacji. A dzięki zupełnie nowym postaciom zaprezentowanym w filmie, pojawia się dla nich iskierka nadziei.

Iniemamocni (4)
Bez obaw fani Mrożona! Zobaczycie go tutaj nieraz!
Źródło: filmweb.pl

Z fabuły nie chcę zdradzać wiele więcej, ale możecie być pewni, że zachowuje ona pewien stopień oryginalności pomimo tego, że zarys głównego wątku może wydawać się już niejednokrotnie przerabiany. Wszystko jednak jest uszyte nićmi świetnie znanymi nam sprzed 14 lat, gdy poznawaliśmy naszych superbohaterów.

Miło jest wrócić do tych wręcz karykaturalnych postaci, które tak bardzo polubiliśmy. Olbrzymi i supersilny Pan Iniemamocny nadal jest zmęczonym życiem, ale i chcącym wykazać się ojcem, rozciągliwa Elastyna nadopiekuńczą i twardo stąpającą po ziemi matką, a dzieciaki wciąż potrafią dokopać swoimi zwykłymi, codziennymi utrapieniami. Sęk w tym, że wzbogacają je o swoje nadnaturalne zdolności. Potrafiąca znikać Wiola przeżywa pierwsze załamanie miłosne względem swojego kolegi ze szkoły Tony’ego, superszybki Maks nadal ma problemy z matematyką, a niemowlak Jack-Jack… jest po prostu niemowlakiem, co już doprowadza do obłędu.

Iniemamocni (5)
Chyba prościej byłoby pobić kilkunastu bandytów niż uśpić jedno super-dziecko.
Źródło: filmweb.pl

Żadna z głównych postaci nie straciła swojego charakteru, do czego prawdopodobnie twórcy bardzo usilnie dążyli. A nie mogło być to proste po tak wielu latach zajmowania się licznymi innymi animacjami spod szyldu Pixara i Disneya. Niemniej jednak stanięto na wysokości zadania i podczas „Iniemamocnych 2” czujemy do postaci te same wartości, jak przy pierwszym ich poznawaniu. Tyle, że protagonistów znamy już bardzo dobrze i tylko czekamy, co jeszcze może się im przytrafić. A szczególnie najmłodszemu członkowi rodziny, którego rozwoju postaci chyba wszyscy byli najbardziej ciekawi.

Nie brakuje także powracających bohaterów drugoplanowych. Potrafiącego władać lodem Mrożona jest chyba jeszcze więcej niż w poprzedniej odsłonie. Za to specyficzna i szykowana Edna Mode, odpowiedzialna za trykoty uzdolnionej familii, pomimo dwóch niedługich scen ze swoim udziałem, otrzymuje niezwykle ważne zadanie. Trudno byłoby jednak znaleźć jej więcej czasu ekranowego, gdy potrzebuje go też garstka nowych kreacji napędzających fabułę.

Iniemamocni (6)
Ciocia Edna zawsze pomoże.
Źródło: filmweb.pl

Tak oto do kanonu głównych postaci dołącza rodzeństwo Deavorów – super zamożny Winston oraz informatycznie uzdolniona Evelyn. Ten pierwszy jest właścicielem jednej z najlepiej prosperujących firm w świecie „Iniemamocnych” i oferuje wiodącym bohaterom szanse na powrót do ratowania świata. Z tym, że teraz będą robić to lepiej, sprawniej i w pełni zgodnie z panującym prawem. Siostra miliardera jest za to jego prawą ręką, bez której byłby nikim. To ona odpowiada za technologiczne funkcjonowanie firmy, a znajdującej się w kłopotach rodzinie Parr proponuje pełne wsparcie techniczne i gadżetowe. Nic tylko korzystać, prawda?

W ten sposób los uśmiecha się w stronę Boba i Helen. Rodzeństwo Deavorów chce ponownie wspiąć herosów na wyżyny chwały i poszanowania, a pierwszym krokiem mają być śmiałe wyczyny Elastyny. Jak się okazuje, to ona działa najsprawniej ze wszystkich znanych nam uzdolnionych postaci, a więc jest furtką do ponownego zyskania uznania wśród społeczeństwa, władz i mediów. Tymczasem na Pana Iniemamocnego czekać będzie inne, wielkie wyzwanie – opieka nad dziećmi i domem. W tym przypadku trudno stwierdzić, co może być trudniejsze…

Iniemamocni (7)
Evelyn i Winston Deavor wyciągają herosom pomocną dłoń.
Źródło: filmweb.pl

Szybko okazuje się, że drobne uliczne występki kieszonkowców to nie to, z czym przyjdzie zmierzyć się Elastynie. W metropolii zaczyna grasować nowy arcywróg podający się jako Ekrantyran. Jego motywacje i zdolności potrafią zjeżyć włosy na głowie, bowiem bez większych problemów potrafi włamać się do systemów elektronicznych i dowolnie nimi sterować. Najczęściej jego celem padają monitory, przez które nadaje hipnotyzujące sygnały omamiające umysły tych, którzy akurat na nie spoglądali.

Jak bohaterowie poradzą sobie z nowym zagrożeniem koniecznie musicie zobaczyć sami w kinie, bo na pewno warto to zrobić. Dwugodzinny seans kompletnie nie nuży, co jest zasługą świetnie dobranych proporcji scen akcji z tymi bardziej przegadanymi, które mają znaczącą wagę dla formowania fabuły lub po prostu dostarczenia humoru. Te pierwsze to szczególnie dialogi uzdolnionej rodziny z Deavorami, podczas których poznajemy nowych bohaterów i realia, w których wszyscy będą się znajdować. To już nie jest działanie na własną rękę, jak w przypadku „jedynki”. Teraz ekipa się rozszerza, a uwagę należy zwracać na wiele więcej czynników.

Iniemamocni (8)
Chcąc wrócić na panteon bohaterów, trzeba rozważyć wiele kwestii.
Źródło: filmweb.pl

Zaś tempo filmu zwalnia równie często podczas sekwencji w rodzinnym domu Iniemamocnych. Podczas gdy Elastyna ratuje świat, Bob musi naprawiać kiepską sytuację sercową Wioli (albo przynajmniej sam uważa, że należy to zrobić), a z Maksem spędza godziny przy rozwiązywaniu matematycznych równań. To jednak nic w porównaniu do niemowlaka Jack-Jacka. Każdy rodzic jest w stanie potwierdzić, że zwykłe brzdące są już nad wyraz kłopotliwe. Co innego, jeśli jest to dziecko superbohaterów i również ma w sobie ukryte moce. W tym przypadku nie są to jedna lub dwie konkretne umiejętności, jak to miejsce ma u pozostałych członków rodziny. Jack-Jack potrafi… dużo więcej. Przekonaliśmy się o tym po części w zwiastunie, jednak bądźcie gotowi na to, że film przyniesie Wam wiele więcej komicznych i szalonych sytuacji z niemowlakiem niepotrafiącym kontrolować swoich zdolności.

Jakbym miał ocenić na oko, sama postać Jack-Jacka wywoływała u widzów więcej śmiechu niż wszystkie pozostałe kreacje razem wzięte. Ale nie ma się czemu dziwić – młodociany był pełną gammą możliwości humorystycznych dla twórców „Iniemamocnych 2”.

Iniemamocni (9)
Pierwsza do akcji rusza ulubienica mieszkańców – Elastyna!
Źródło: filmweb.pl

Fantastyczne jest również to, że choć pierwsza odsłona zadebiutowała już kilkanaście lat temu, to stylistyka tej animacji przełożona jeden do jednego na drugą część zupełnie nie budzi niesmaku. Jasne, widać, że „dwójka” jest dużo bardziej dopieszczona i szczegółowa, w końcu należało wykorzystać współczesne możliwości, jednak w zestawieniu z animacją z 2004 roku wciąż wygląda do niej podobnie. Wychowani na oryginalnych „Iniemamocnych” dostaną to, co widzieli za dzieciaka, a nowi widzowie bez problemów polubią formę stylistyczną cyklu.

Nie potrafię opisać uczucia, które towarzyszyło mi w każdym momencie wykorzystującym motyw muzyczny filmu. Na pewno świetnie go znacie, a nostalgia, którą sobą przywoływał, jeszcze bardziej formowała moją pozytywną ocenę dla tej animacji. Sceny akcji dopełnione są porywającymi utworami, które dodają wszystkiemu doniosłości. Melodie niczym wyjęte z kultowych filmów szpiegowskich to coś, co doskonale budowało klimat „jedynki”, ale robi to również teraz. Nie wyobrażam sobie motocyklowego pościgu Elastyny lub bijatyki Pana Iniemamocnego bez dynamicznej i podkreślającej dramaturgię muzyki. Aż nie chciało się mrugać, aby nie przegapić żadnego ruchu uwydatnionego nagłymi skokami dźwiękowymi.

Iniemamocni (10)
Dodajcie do tego ujęcia brawurową muzykę rodem z filmów szpiegowskich i macie klimat „Iniemamocnych”.
Źródło: filmweb.pl

Czy „Iniemamocni 2” to animacja-kontynuacja wręcz idealna? Niekoniecznie. Jest świetna, a nawet rewelacyjna. Tego na pewno nie można jej odebrać. Jednak nawet ja odczułem pewne bolączki podczas jej oglądania. Nie są one jakieś wielkie, bowiem dzieciaki nawet nie zwrócą na nie uwagi, a dorośli fani bez problemów przełkną ślinę i je przeboleją, ale zrealizowanie filmu perfekcyjnego to w większości przypadków marzenie nie do spełnienia. Choć niewiele brakowało!

Jak każda produkcja akcji, tutaj również doświadczymy co najmniej kilku większych lub mniejszych plot twistów. O ile te drobne nie były zbyt przewidywalne, o tyle jeden kluczowy zwrot pozostawił u mnie pewien niesmak. Przywoływać go oczywiście nie będę, bo z pewnością zrujnowałby Wam zabawę podczas seansu, ale myślę, że po obejrzeniu filmu będziecie wiedzieć, o co chodzi.

Iniemamocni (11)
Ach tak, zapomniałbym. Pojawia się też paru nowych, drugoplanowych superbohaterów!
Źródło: filmweb.pl

Niemniej jednak współczesne kino przyzwyczaiło nas już do nieco obniżonego poziomu oryginalności scenariuszowych. Nie zawsze chodzenie utartymi ścieżkami jest złe, szczególnie gdy ubiera się je w nowe, własne szaty, jednak premiera wyczekiwana przez tyle lat mogłaby pokusić się o coś więcej niż taki lekko rozczarowujący zwrot akcji.

W każdym razie nie niszczy on seansu na tyle, aby nie dostrzec wspaniałości pozostałych elementów składowych „Iniemamocnych 2”. Animacja jest wręcz bardzo dobra i takie kontynuacje chciałbym oglądać częściej. Potwierdza się opinia, że Pixar to jednak wie, co robi. Każdy następny film tego studia utrzymuje wysoki poziom i zabawia miliony dzieci oraz dorosłych. Myślę, że w tym przypadku szczególnie tych drugich, którzy wraz z pierwowzorem z 2004 roku dorastali.

Iniemamocni (12)
Źródło: giphy.com

Teraz mam tylko cichą nadzieję, że kiedyś historia ta stanie się trylogią. Może za kolejne 14 lat, może szybciej, ale byłoby miło i na pewno bym obejrzał!

Moja ocena: 8/10