„Wyspa psów” – Naturalistyczny obraz więzi człowieka z psem

Amerykański reżyser Wes Anderson postanowił nie walczyć z czasem i poświęcił go na zrealizowanie kolejnego filmu tyle, ile tylko było potrzebne. Ostatnia jego produkcja sprzed czterech lat – „Grand Budapest Hotel”, została ozłocona licznymi cennymi nagrodami branży filmowej, jak przede wszystkim czterema Oscarami, w tym za najlepszą muzykę oryginalną oraz kostiumy. Nie dziwi więc fakt, że o Andersonie zrobiło się głośno mimo jego dość kontrastowej działalności.

Wyspa psów (1)
Źródło: filmweb.pl

Skąd takie określenie? Z jednej strony w reżyserii siedzi już względnie długo, bo od 1994 roku, kiedy to zadebiutował z krótkometrażówką „Bottle Rocket”, a po niej przyszła pora na półtoragodzinny obraz obarczony tym samym tytułem. Wynika z tego, że filmami zajmuje się już od dobrych 24 lat, jednak jego dorobek liczy sobie „zaledwie” dwanaście pozycji.

Jasne, można stwierdzić, że to przecież nie jest tak mała liczba, jednak trzeba mieć na uwadze fakt, że trzy z nich to kilkunastominutowe produkcje, a w przeciwieństwie do wielu innych współczesnych cenionych reżyserów, Amerykanin nie działa hurtowo. I chwała mu za to, bo dzięki temu zdołał wyrobić swoją indywidualną i charakterystyczną pozycję, a coraz to nowsze tytuły okazują się być co najmniej naprawdę dobre.

Wyspa psów (2)
Źródło: qz.com

Najnowsza „Wyspa psów” nie jest pierwszym zetknięciem się reżysera z animacją. Najpierw swoich sił spróbował dziewięć lat temu, gdy premierę miał „Fantastyczny Pan Lis”, który po dziś dzień uchodzi za jedną z najlepszych familijnych propozycji nowego stulecia. Widać jednak wyraźnie, że miniony czas wiele wniósł do świata filmów animowanych oraz samego doświadczenia nabranego przez Andersona, bo jego świeży projekt idzie co najmniej o kilka kroków dalej na różnych możliwych płaszczyznach.

Każdy, kto przepada za twórczością Amerykanina, na pewno przez co najmniej ostatnich kilka miesięcy z zapartym tchem śledził poczynania względem „Wyspy psów”, a co za tym idzie – wszelkie zapowiedzi premiery. Pierwszy oficjalny zwiastun pojawił się jeszcze we wrześniu zeszłego roku i na dobrą sprawę był pierwszym porządnym przybliżeniem tego, czym właściwie będzie film, który obecnie wyświetlany jest już w polskich kinach.

Nie było żadnej wątpliwości, że twórcy zdecydowali się położyć spory nacisk na specyficzny i wyróżniający się styl animacji. Nie jest to nic, co znamy z Disneya czy DreamWorksa, jako że nasze oczy zostają uraczone techniką poklatkową. I choć metoda ta jest obecna w kinematografii od dziesiątek lat, to mimo to wciąż za każdym razem docenia się jej porządne i skrupulatne wykonanie. A tego ująć „Wyspie psów” nie można, bo naprawdę została zrealizowana z najdrobniejszą szczegółowością i jak najbardziej możliwą ambicją. Przez cały półtoragodzinny seans widać, że ludzie odpowiedzialni za wizualną stronę przedsięwzięcia nie szli ani razu po najniższej linii oporu dostarczając nam poklatkową animację najwyższych lotów.

Dostrzec to można przede wszystkim na przykładach głównych bohaterów, a więc zarówno ludzi, jak i przede wszystkim psów, których wygląd został pieczołowicie zaprojektowany z dbałością o najmniejsze detale. Czym byłby psiaki bez powiewającego na wietrze futra lub najdrobniejszych ran odniesionych na swoich ciałach musząc dzień w dzień stawiać czoła dzikiemu życiu na wygnaniu?

Wyspa psów (3)
Źródło: filmweb.pl

To postacie wyraźnie grają tu pierwsze skrzypce, stąd też tło zostało zepchnięte do roli… tła. I choć brzmi to kuriozalnie, to faktycznie najlepiej opisuje to, co przedstawia film. Plener większości scen nie jest wielce rozbudowany i zarazem przytłaczający, jednak nadaje to całości odpowiedniego klimatu i przede wszystkim nie odwraca naszego wzroku od rzeczy najważniejszych. Wciąż nie ma jednak problemu z rozpoznawaniem lokalizacji (nawet na tytułowej wyspie, której to otoczenie stanowią rozległe pustkowia), a niekiedy ich ubogość daje nam sporo informacji co do tego, w jakiej sytuacji znajdują się aktualnie bohaterowie i jaka atmosfera wśród nich panuje.

Aspekt wizualny „Wyspy psów” automatycznie wysuwa się przed szereg pozostałych kwestii wartych kilku słów. Wiedząc już, w jakim stylu zrealizowano opowieść, warto wyjaśnić nieco, o co w niej tak właściwie chodzi. Wiemy tyle, że przede wszystkim śledzimy poczynania ludzkich mieszkańców kraju azjatyckiego (a dokładniej Japonii) oraz miejscowych psów. Mowa jest też nieraz o drugich z dwóch najpopularniejszych zwierzaków domowych – kotach, choć te odgrywają tutaj drugoplanową rolę.

Wyspa psów (4)
Źródło: filmweb.pl

Mógłby nie zgodzić się z tym główny antagonista filmu – Burmistrz Kobayashi, który, jak każde pokolenie jego rodu, wprost wielbi kociaki i tym samym jest wrogo nastawiony wobec psów. Jednak nie jest to niechęć typu „nigdy nie pogłaskam żadnego z tych pchlarzy, a tym bardziej ich łapa nigdy nie postanie w progach mojej rezydencji”. Facet uważa psy za problem najcięższej wagi, argumentując go między innymi wymykającą się spod kontroli stale rosnącą populacją. Twierdzi, że należy pozbyć się każdego z tych zwierzaków zamieszkujących fikcyjną prefekturę Megasaki, w której Burmistrz dzierży władzę, a jedynym sposobem na to jest wygnanie ich na opustoszałą wyspę znajdującą się kilka kilometrów w głąb oceanu. Żeby było jeszcze zabawniej – ów teren to wypełnione po brzegi wysypisko śmieci, a pomysł Kobayashiego popiera zdecydowana większość mieszkańców okręgu miasta.

Wyspa psów (5)
Źródło: filmweb.pl

Już w samym prologu filmu (który został podzielony na kilka części, ale nie będę nawet zdradzał ile konkretnie – przekonajcie się sami) widzimy, jak plan Burmistrza natychmiastowo wchodzi w życie, a psy raz po raz transportowane są na pustkowia sąsiedniej wysepki. Tam muszą porzucić swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i stać się dzikie. Łączyć w watahy, walczyć o każdy, nawet najbardziej obrzydliwy pokarm i nie dać się zagryźć przez wrogie ugrupowania.

W dodatku wśród mieszkańców japońskiej prefektury rozniosła się informacja o rozprzestrzeniającej się psiej grypie, która na chwilę obecną dotyka jedynie zwierzaki, ale ma również prawdopodobieństwo zaatakowania ludzi. To najpewniej stąd tak ochoczo Japończycy zdecydowali się porzucić swoich pupili bez większych protestów.

Wyspa psów (6)
Źródło: filmweb.pl

Choć, skoro o przeciwdziałaniu mowa, wciąż znalazły się niewielkie grupy chcące na różne sposoby zatrzymać radykalne działania Kobayashiego. Naukowcy usilnie zaczęli szukać skutecznego leku na psią grypę, młodzież doszukiwać się spiskowych teorii (wśród nich jest Tracy Walker – Amerykanka z wymiany studenckiej, która w całości odgrywa bardzo ważną rolę), a przede wszystkim dwunastoletni Atari. Tak, mi również jego imię od razu skojarzyło się z popularnymi w latach osiemdziesiątych konsolami.

Chłopiec, wbrew wszelkim zakazom i wrogim nastawieniom wobec czworonogów odizolowanych na wyspie, udaje się na nią, aby odnaleźć swojego ukochanego psa-ochroniarza. Ten, o imieniu Spots, został wysłany na byłe śmietnisko jako pierwszy ze wszystkich zwierzaków. Spowodowane było to tym, że przed przypieczętowaniem ustawy był pupilem samego Burmistrza, a zarazem (i przede wszystkim) małego Atariego, który jest z politykiem spokrewniony. Jak dobrze wiemy, więź dzieci z czworonogami jest niebywale silna, co w tym przypadku doskonale obrazuje desperacki ruch młodzieńca.

Wyspa psów (7)
Źródło: filmweb.pl

Nieletni krewny Kobayashiego pomimo małego incydentu trafia na psią wyspę, gdzie natrafia na piątkę psików, które w filmie odgrywają wiodące role. Chief, Rex, King, Boss i Duke (w polskiej wersji z przetłumaczonymi imionami, choć nie jestem w stanie dokładnie ich przytoczyć, a nie chcę ryzykować drobnymi pomyłkami) są watahą z pewnymi nieporozumieniami w szeregach. Pomimo braku możliwości porozumiewania się z Atarim, szybko załapują w jakim celu chłopiec do nich trafił i ruszają na pomoc w odnalezieniu zagubionego psa.

Tak praktycznie w dużym skrócie przedstawia się pierwszych 15-20 minut seansu, jednak reszty nie będę przytaczać, abyście nie stracili przyjemności z obejrzenia „Wyspy psów” na własne oczy. Niemniej jednak gwarantuję, że warto wybrać się do kina i zobaczyć, jak dalej potoczą się losy głównych postaci oraz jak rozwiąże się cała napięta i dość kontrowersyjna postawa ludzi wobec psów.

Wyspa psów (8)
Źródło: filmweb.pl

Napisać mogę ogólnikowo, że fabularnie nie zobaczymy tutaj żadnych rewolucji i nowości. Jak w zdecydowanej większości filmów, w „Wyspie psów” śledzimy potyczkę między tymi nielicznymi reprezentującymi dobre i słuszne wartości a tymi, którzy prawnie dzierżą władzę i chcą wykorzystać ją do swoich indywidualnych celów. Jest to dobrze znana nam od lat koncepcja walki Dawida z Goliatem, jednak przyznać trzeba, że od równie długiego czasu świetnie sprawdza się na kinowych ekranach i lubimy oglądać, jak potencjalnie słabsi i bezbronni (będący nam bliżsi) postanawiają zawalczyć w imię dobra.

„Wyspa psów”, choć jest w stu procentach produkcją animowaną, nie zawodzi również na linii obsadowej. Swoich głosów postaciom użyczają liczni świetnie nam znani aktorzy prosto z Hollywood. Usłyszeć jest nam dane między innymi Edwarda Nortona („Podziemny krąg”, „The Incredible Hulk”), Billa Murraya („Dzień świstaka”, „Pogromcy duchów”), Jeffa Goldbluma („Jurassic Park”, „Thor: Ragnarok”), Frances McDormand (tegoroczną zdobywczynię Oscara za rolę pierwszoplanową w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri”), czy też Scarlett Johansson („Lucy”, „Avengers”). Ba, nieco linijek wypowie również Yoko Ono – żona samego Johna Lennona, która w filmie dubbinguje postać nazwaną jej imieniem. Cóż, wymieniać można by jeszcze dłużej, bo to chyba zaledwie połowa nazwisk, które najbardziej rzuciły mi się w oczy, a gdzie tu dopiero przytaczać pełną obsadę głosów.

Wyspa psów (9)
Źródło: abcnews.go.com

W każdym razie, jak da się wyczytać, w projekt Wesa Andersona zaangażowało się wielu znakomitych współczesnych aktorów, którzy na stałe zapisali się na kartach historii kina, a teraz do swoich dokonań dołożyli jeszcze cegiełkę z tak wyjątkowej i niezwykłej animacji.

Oprócz wspomnianej charakterystycznej stylistyce, interesującej fabule osadzonej w Japonii z niedalekiej przyszłości oraz gwiazdorskiej obsadzie użyczającej swoich głosów, „Wyspa psów” wybija się wysoko również dzięki świetnemu klimatowi, który panuje od początku aż do końca obrazu. A przez koniec rozumiem ostatnie sekundy napisów, bo również i podczas nich usłyszeć możemy znamienną dla japońskiej kultury muzykę, która na różne sposoby przewija się przez rozmaite sekwencje filmu. Ścieżka dźwiękowa wprowadza nas natychmiastowo do azjatyckiego świata, który pozostaje dla nas dość egzotyczny, ale zarazem interesujący i zachęcający do odkrycia.

Najnowszy projekt Wesa Andersona, na który przyszło czekać nam cztery lata, kompletnie nie zawodzi. Wypowiadają się o nim pozytywnie krytycy i recenzenci na całym świecie, a sami widzowie odwiedzający kina nie skąpią słów uznania. Nie wiem, jak długo „Wyspa psów” będzie wyświetlana w naszym kraju (w końcu nie jest to przynoszący zniewalające dochody blockbuster), ale jestem przekonany co do jednego. Wykorzystajcie fakt, że film miał swoją premierę zaledwie parę dni temu i zobaczcie go jak najszybciej, póki jest okazja. Żałować na pewno nie będzie, bo „Isle of Dogs” jest animowanym doznaniem, który nie często pojawia się w repertuarach powszechnie dostępnych multipleksów.

Moja ocena: 9/10

Reklamy

„Coco” – O rodzinie, muzyce i przemijaniu grając na emocjach

Znowu to zrobili. Nie jest niczym zaskakującym, że każda kolejna pozycja wywodząca się spod skrzydeł amerykańskiego studia Pixar jest niecierpliwie wyczekiwana przez fanów form animowanych oraz znawców bądź miłośników kina wszelako rozumianego. Zadziałała na to wieloletnia reputacja wytwórni, która słynie ze staranności i dopieszczania każdego ze swoich dzieł. I choć sceptycy mogli przypuszczać, że fenomenalne początki z „Toy Story”, „Dawno temu w trawie” lub „Potworami i spółką” były tylko debiutancką skrupulatnością nowicjuszy wśród światowych wytwórni, to teraz po latach chyba nikt nie ma wątpliwości, że na Pixara zawsze można liczyć, bo jeśli nawet poprzeczki nie podniesie, to z pewnością ją wyrówna.

Coco - Recenzja

Nie da się również pominąć faktu, że Pixar od lat wchodzi w skład giganta, jakim jest Disney. Oczywiste jest więc, że nie są już na tyle niezależni, co wcześniej. Mimo to wciąż czuć w ich projektach tego wyjątkowego ducha, który obecny był nawet kilkanaście lat temu, gdy studio nabierało tempa. Ostatnio zauważalne są powroty do stałych tytułów w postaci kontynuacji. Rok temu dostaliśmy „Gdzie jest Dory?”, w czerwcu „Auta 3”, a na horyzoncie jest nawet druga część „Iniemamocnych”. Jednak całe szczęście, że Pixar wciąż próbuje czegoś nowego, aby nie przyszyć sobie nowej łatki tak zwanych odgrzewaczy kotletów. Ich „W głowie się nie mieści” było przyjęte co najmniej świetnie, a teraz przyszła kolej na kolejny powiew świeżości, czyli bardzo długo wyczekiwane i bogato promowane „Coco„.

Ale czy na pewno tyle w tym nowości? Od czasu zapowiedzenia projektu, a już na pewno od momentu określenia głównej fabuły filmu, pojawiają się kinomani podchodzący do niego ze sporym dystansem. Sugerowali, jak i sugerują nadal, że „Coco” jest inspirowane powstałą trzy lata temu „Księgą życia” – animacją osadzoną w dosłownie tych samych realiach czasu i miejsca. Takie zarzuty (czasem jedynie lekkie, a niekiedy naprawdę poważne) są o tyle nieprzychylne dla Pixara, że ów „Book of Life” cieszyło się wielkim uznaniem widzów. Jednak jej problem tkwił w tym, że nie został nakręcony przez Disneya. A co za tym idzie – nie był na tyle popularny, aby trafić do dużo szerszego grona odbiorców.

Inaczej jest z „Coco”, które nagłaśniane jest od dobrych kilkunastu miesięcy i jestem pewien, że szturmem będzie podbijać najróżniejsze rankingi popularności. Ustosunkowując się jeszcze do wspomnianego podobieństwa do „Księgi życia” muszę zaznaczyć, że oba filmy różnią się diametralnie. Łączy je ze sobą to, że oba mają miejsce podczas meksykańskiego święta zmarłych, a główny bohater jest zafascynowany muzyką. Poza tym fabuły obu produkcji odbiegają od siebie na wiele sposobów co pokazuje, że nie powinno się bazować swojej opinii wyłącznie na pierwszym wrażeniu wywołanym przez zwiastuny. Szkoda tylko, że do niektórych ten morał nie dotrze, bo naprawdę nie warto stawiać jeden obraz obok drugiego i na podstawie ich różnic oraz podobieństw kreować swoje zdanie.

Coco - Dzień zmarłych
Akcja filmu odbywa się podczas meksykańskiego dnia zmarłych.
Źródło: filmweb.pl

Podoba mi się praktyka Disneya, która od kilku lat jest zauważalna coraz bardziej. Korporacja nie boi się podejmowania najróżniejszej tematyki. Jej pozycja jest już na tyle utarta i stabilna, a sympatię widzów zdobyli już tak dawno temu, że nie mają chyba czego się obawiać. Co najwyżej wyników finansowych słabszych niż zakładano, ale i to nie jest dla nich strzałem w kolano. Dążę do tego, że w „Coco” sięgnięto po typowo meksykański obyczaj, który raczej nie jest praktykowany u innych narodowości. Owszem, samo święto zmarłych (lub wszystkich świętych, co jednak jest tym samym) obchodzi się w wielu krajach na całym świecie, jednak chyba nigdzie choć w połowie nie przypomina wyjątkowości tradycji z Ameryki Środkowej.

Dia de Muertos, jak to w ich kulturze nazywane jest owe święto wypadające na przełom pierwszego i drugiego dnia listopada, charakteryzuje się biesiadnym, pozytywnym i radosnym podejściem do zagadnień życia pośmiertnego bliskich. Tak jak między innymi w Polsce opłakuje się tych, którzy odeszli z naszego świata, tak w Meksyku uważa się, że zyskali oni drugie, lepsze wcielenia w świecie niewidocznym dla wciąż żyjących osób. Tymczasem sądzi się, że zmarli zawsze są obecni pośród nich, a już w szczególności tego wyjątkowego dnia, gdy podczas wizyt na cmentarzach i organizowanych fiest wspomina się nieobecnych już członków rodzin.

Coco - Zmarli
Według wierzeń, po śmierci nasi bliscy otrzymują drugie życie w zaświatach.
Źródło: filmweb.pl

Więcej o samym wyglądzie Dia de Muertos dowiecie się podczas seansu, jako że Pixar postanowił położyć spory nacisk na autentyczności wykreowanego świata. Nie ma wątpliwości, że zostajemy wrzuceni do Meksyku z początku listopada. Wszyscy przygotowują się do wielkiego świętowania, a wokół czuć wyjątkowy klimat, który nam samym (widzom) jest bardzo obcy. Nie znamy takiego podejścia do dnia wszystkich świętych, co tym bardziej zwiększa ciekawość wobec tego, co zobaczymy na ekranie. Z tego co udało mi się wyczytać w internecie jakiś czas temu – Meksykanie chwalą sobie „Coco” za autentyczny stosunek do święta. Choć w filmie nie brakuje magii, czy też lekkich wyolbrzymień lub przerysowań, to postarano się o zachowanie głównych aspektów meksykańskich tradycji, które i my mamy okazję poznać zupełnie od zera, przy czym nie towarzyszy uczucie odmienność tamtych realiów. Wręcz szybko zaaklimatyzujemy się z tym sposobem świętowania, który między innymi na mnie robi potężnie pozytywne wrażenie.

Mając za fundament tak wyjątkowe święto, jakim jest Dia de Muertos, studio mogło popisać się kreatywną i niebanalną historią w sam raz do opowiedzenia na wielkim ekranie przy wykorzystaniu techniki animacji. I tak też uczyniono, a że za sam projekt zabrał się niezastąpiony Pixar, można było spać spokojnie na długo przed premiera. Teraz, gdy obraz jest już wyświetlany w kinach, wszyscy pozostali sceptycy mogą odetchnąć z ulgą. Fabuła jest tak świetnie zarysowana, wciągająca i niegłupia, że pod tym względem spełniony powinien być każdy widz. Nawet, jeśli nie jesteście wielbicielami animacji, to i tak z pewnością docenicie pomysłowość i kontrolowaną fantazję scenarzystów.

Coco - Świat zmarłych
Tak wygląda świat po drugiej stronie.
Źródło: filmweb.pl

Zdecydowanym głównym motywem fabularnym jest rodzina. To ta grupa społeczna tworzy tutaj najbardziej uwydatniony aspekt filmu, do którego odnosi się niemal wszystko to, co śledzimy w trakcie seansu. Więzi między członkami familii są skrupulatnie i nienagannie zarysowywane, a samych postaci jest na tyle dużo, że nie mamy wątpliwości co do istotności każdej formy pokrewieństwa. Rodzeństwo, rodzice, ciotki, wujkowie, babcie, dziadkowie i pradziadkowie. Przedstawione zostaje nam bogate drzewo genealogiczne pewnej meksykańskiej rodzinki, które będzie miało potężne znaczenie dla całości fabuły. Jednak nie bójcie się, że trudno będzie Wam nadążyć za rozpoznawaniem pokrewieństw animowanych bohaterów. Twórcy rozsądnie rozłożyli wszystko w czasie na tyle, abyśmy stopniowo zaznajamiali się z każdą postacią, by później mieć co najmniej wystarczające rozeznanie w rodzinnym aspekcie filmu.

Na ekranie pojawiają się obecni członkowie rody Riverów, jak i ci, którzy odeszli już z ludzkiego światka. Każdy z nich zachowuje jednak bardzo autentyczne i przyjazne dla widza walory, które sprawiają, że darzymy sympatią prawdopodobnie wszystkich. Wiadomo, niektórzy muszą stawać na drodze głównemu bohaterowi, jakim jest młody chłopiec Miguel, aby jakoś nakręcać całą fabułę, ale wciąż w myślach ma się to, że wszyscy postępują zgodnie z własnym sumieniem, poglądami i podejściami do danych spraw. Niektórzy sensownie, inni wcale, ale przynajmniej jeszcze lepiej świadczy to o ludzkich cechach filmowych postaci.

Coco - Bohaterowie
Film jest pełen barwnych bohaterów. Każdy ma w sobie coś indywidualnego.
Źródło: filmweb.pl

Co pewien czas zaznaczam, że odpowiedzialna za film jest wytwórnia Pixar i nie robię tego bez żadnego powodu. W „Coco” czuć ducha tego studia, co przejawia się na wiele sposobów. Jednym z nich, który wyraźnie odczułem podczas seansu, jest wyjątkowe i cenione dojrzałe podejście wobec animacji. Cechę tę można odnaleźć w każdym tytule wyprodukowanym przez Amerykanów. W tym przypadku jest niezmiennie, a być może nawet jeszcze bardziej uwydatniono ten wyróżnik. Niestety, ale w dzisiejszych czasach nadal panuje pewne przekonanie, że jeśli mowa jest o filmie animowanym, to z pewnością został skierowany do najmłodszych. Tymczasem kino od lat pokazuje, że jest to kompletna nieprawda i skrupulatnie otwiera się na dorosłych widzów łącząc kwestie typowo ukierunkowane na dzieci i młodzież z takimi, z którymi utożsamiać się będą osoby bardziej dojrzałe.

Stąd też próżno szukać w „Coco” dziecinnej naiwności oraz słodkiego lukrowania w scenariuszu w taki sposób, aby wszystko było dobre, radosne i kolorowe. Może bije się to z wizualną stroną filmu, jako że on sam w sobie jest pełen barw, ale dokładniej rozchodzi mi się o same wydarzenia i relacje międzyludzkie. Produkcja nie szczędzi sobie w pewnych momentach na brutalności (szczególnie w związku z pewnym zwrotem akcji w późniejszej fazie filmu) oraz odnoszeniu się do nie lada niekomfortowego zjawiska śmierci i zapomnienia. Takie podejście po części wymusza sama tematyka przewodnia filmu, a więc meksykańska forma dnia zmarłych, ale twórcy postanowili do cna wykorzystać nadarzająca się okazję do rozprawienia się z motywem umierania. I jak tu nadal sądzić, że współczesne wysokobudżetowe animacje są wyłącznie dla dzieci?

Coco - Rodzina
Najważniejszą wartością filmu jest rodzina. Nawet ta, której już z nami nie ma.
Źródło: filmweb.pl

Jeśli potrzeba jakichś dowodów, to o otwieraniu się na dorosłego widza świadczyć mogą między innymi osoby pełnoletnie coraz liczniej przybywające do kin. Będąc na sobotnim seansie „Coco” zauważyłem, że większą część sali zapełnili nie najmłodsi, lecz co najmniej dwudziestolatkowie i starsi. Nie wiem, co Wy o tym sądzicie, ale mnie zaistniałe zjawisko jak najbardziej cieszy, bo sam nieprędko zamierzam zrezygnować z czynnego oglądania animacji.

Zaznaczając raz jeszcze, Pixar robi w „Coco” to, z czego najbardziej jest znany. Skupia się na emocjonalnej płaszczyźnie filmu w taki sposób, aby wywołać w widzach konkretne emocje w konkretnych chwilach. I robi to perfekcyjnie, bo podczas seansu nieraz da się odczuć płynnie zmieniające się nastroje. Od szczęścia spowodowanego uśmiechem na twarzy głównego bohatera poprzez uronienie łez, gdy uwydatniany zostaje motyw życia i śmierci bliskich osób. Później zaś przychodzi moment na wybuchnięcie śmiechem, gdy kilka sekund kradnie Bogu ducha winny psiak Dante, aby później móc ponownie wprowadzić ogólnie panujący smutny nastrój. Dlatego pamiętajcie, że wybierając się do kina na jakikolwiek film Pixara, nie można liczyć na odprężający relaks w wygodnych fotelach przy wygaszonym świetle. Zostaniecie wyciśnięciu do cna z drzemiących w Was uczuciach, chyba że postanowicie nie zainteresować się wydarzeniami na ekranie.

Podobno i takie osoby przychodzą do kina…

Coco - Kolory
Produkcję zrealizowano z największą dokładnością i starannością. Robi wrażenie!
Źródło: filmweb.pl

Osobiście nie mogę wyjść z podziwu, jak piękną animacją jest „Coco”. I nie piszę już teraz o wzruszającej fabule ani naturalnie wykreowanych bohaterach, lecz samej technice i jakości wykonania. Wizualnie film jest dopieszczony do granic możliwości. Oczy zachwycają się każdym kadrem, a już w szczególności tymi w równoległym świecie zmarłych. Cudowna kolorystyka, dbałość o najmniejsze detale i rozmach, z jakim postanowiono zrealizować prawie dwugodzinny obraz, stoją na najwyższym możliwym poziomie, a ja nie przypominam sobie, aby któraś z animacji ostatnich lat mogła konkurować w tej kategorii.

Kawał porządnej roboty leży także po stronie ścieżki dźwiękowej, która (co oczywiste) garściami czerpie z kultury meksykańskiej. Pełno tutaj charakterystycznego brzdękania na gitarach lub skrzypcach, czy też dmuchania w trąbki, które są typowe dla słynnych na cały świat mariachi. Dźwięki te wzbogacane są oczywiście o adekwatne do wydarzeń, ale i sprawdzające się również indywidualnie, wokale wykonywane przez kilku głównych bohaterów. Nierzadko można docenić ich niebanalność i głębokość, które być może sprawią, że niektóre utwory zapiszą się w historii muzyki filmowej na dużo dłużej niż kilka tygodni bądź miesięcy, podczas których emitowany będzie film.

Coco - Muzyka
Zamiłowanie młodego Miguela do muzyki jest niezmierzone.
Źródło: filmweb.pl

Na koniec chciałbym jeszcze postawić ogromnego plusa przy polskiej wersji językowej. Nie od dziś wiadomo, że nasz krajowy dubbing stoi na naprawdę wysokim poziomie z pewnym zastrzeżeniem – wyłącznie w animacjach. „Coco” świetnie pokazuje, że aktorzy głosowi odgrywają świetną robotę, gdy rozchodzi się o użyczenie swojego brzmienia komputerowo wygenerowanym postaciom. Jednak oprócz dobrze poprowadzonych dialogów, fenomenalnie poradzono sobie z tłumaczeniami i polskimi wykonaniami licznych piosenek wchodzących w skład filmu. Brzmią przyjemnie dla uszu i z łatwością rozumie się wyśpiewane teksty. Co nie zawsze jest sprawą oczywistą, bo spokojnie można by znaleźć kilka przykładów na nieprofesjonalne podejście do sprawy.

Jednak na mnie ogromne wrażenie zrobiły polskie tłumaczenia napisów w samej warstwie wizualnej produkcji. Niesamowite jest to, że jeszcze jakiś czas temu teksty wygenerowane w animowanym świecie były nie do ruszenia i musieliśmy się zadowalać biało-czarną transkrypcją u dołu ekranu. Teraz aspekt ten (dla wielu pewnie niezbyt istotny, w przeciwieństwie do mnie) poszedł daleko do przodu i nawet wmieszane w otoczenie napisy mogą być przemienione z oryginalnego angielskiego na nasz polski. Byłem pod wrażeniem! Podobno trzeba cieszyć się z drobnych rzeczy 😉

Coco - Miguel
Miguel dostanie cenną lekcję życiowych wartości.
Źródło: filmweb.pl

Jako wielbiciel animacji jestem zobligowany stwierdzić, że „Coco” to obraz tak dobry, jak mało który dotąd powstały. Nie potrafię spojrzeć na niego obiektywnym okiem widza przeciętnie podchodzącego do tego gatunku. Jestem jednak pewien, że jeśli zastanawiacie się, czy warto poświęcić dwie godziny swojego wolnego czasu akurat na ten tytuł, to zdecydowanie powinniście już teraz zakupić bilety i ruszać. Bowiem jeśli „Coco” nie przypadnie komuś do gustu, to jeszcze długo przyjdzie poczekać na produkcję na wyższym poziomie.

Moja ocena: 9/10

„Twój Vincent” – Namaluj mi prawdę

O wyjątkowym projekcie polsko-brytyjskiego duetu dowiedziałem się stosunkowo niedawno. Niesie to ze sobą pewien plus, jak i minus. Tym drugim jest fakt, że umknęła mi cała droga, jaką przebył „Twój Vincent” od niewinnego pomysłu w głowach miłośników XIX-wiecznego artysty aż do finalnego etapu, jakim jest premiera i pierwsze projekcje gotowego produktu. Mógłbym wówczas nie tylko niecierpliwie czekać przez długie lata (tak, lata, a nie zaledwie miesiące!), ale również aktywnie wspierać całe przedsięwzięcie, co można było robić na naprawdę wiele sposobów (między innymi za pośrednictwem crowdfundingowego Kickstartera). A każdy z nich autentycznie dostarczał sił i ambicji twórcom filmu, u których i tak nie brakowało zapału godnego podziwu.

Twój Vincent

Zaś z drugiej strony późne dowiedzenie się o projekcie sprawiło, że nie musiałem długo czekać, aby w końcu go zobaczyć. Gdy pierwszy raz przeczytałem o „Twoim Vincencie” i obejrzałem jego zwiastun w internecie (dopiero później w sali kinowej), byłem pewien, że będę musiał zobaczyć go jak najszybciej się da. I cóż – tak też się stało, bo udało mi się dorwać bilet na seans przedpremierowy, który odbył się w ostatni wtorek. W normalnym wypadku musiałbym odłożyć seans co najmniej na piątek, 6 października, bo to wówczas produkcja oficjalnie pojawi się na ekranach polskich kin.

Jednak nim podzielę się wrażeniami, warto poświęcić nieco czasu na poznanie wyjątkowo ciekawych faktów na temat tego filmu, którymi rzadko który może się pochwalić. Przede wszystkim należy wspomnieć o początkach pomysłu, który narodził się w głowie polskiej reżyserki Doroty Kobieli. Ta, od lat zafascynowana twórczością holenderskiego malarza Vincenta van Gogha, postanowiła, we współpracy z brytyjskim producentem Hugh Welchmanem, zrealizować pełnometrażowy obraz opowiadający o końcówce życia artysty.

Twój Vincent - Vincent
A co gdyby opowiedzieć historię
Vincenta van Gogha jego własnymi obrazami?
Źródło: filmweb.pl

Patrząc na to jedynie z tej perspektywy, nie byłby to pomysł wyjątkowo oryginalny. Żywot malarza od lat był i jest inspiracją dla wielu współczesnych twórców. Między innymi już w 1956 roku zrealizowano film „Pasja życia”, który był cenioną biografią van Gogha. Trzydzieści cztery lata później kooperacja kilku państw Europy stworzyła nieco mniej udany, ale wciąż klasyczny już dramat „Vincent i Theo” koncentrujący się na relacjach dwóch braci. A jeśli interesuje Was bardziej współczesne kino, wystarczy sięgnąć po obraz z 2010 roku, w którym to w tytułową rolę wcielił się znany aktor Benedict Cumberbatch. Telewizyjny „Van Gogh: Painted with Words” został świetnie odebrany i na nowo wzbudził zainteresowanie postacią malarza.

Czym jednak pośród tak wielu biografii wyróżnia się tegoroczny „Twój Vincent”? Oryginalnym sposobem realizacji, którego nie da się nie docenić. Powstająca przez lata produkcja jest pierwszą na świecie animacją pełnometrażową wykorzystującą ręcznie malowane płótna. Fenomen ten został osiągnięty poprzez ponad dwuletnią, ciężką pracę około stu malarzy z Polski i zagranicy, którzy pełni ambicji i zapału namalowali prawdopodobnie setki tysięcy obrazów, z których sześćdziesiąt pięć tysięcy zostało ostatecznie wykorzystanych w gotowej wersji filmu. Każdy z tych malunków, które przychodzi nam zobaczyć na ekranie, powstawał w wyniku naśladowania specyficznej twórczości van Gogha nie tylko pod szeroko rozumianym względem stylistycznym, ale także inspiracyjnym.

Twój Vincent - Obrazy
Nie trudno zauważyć silne inspirowanie się dziełami van Gogha.
Źródło: filmweb.pl

Artyści odpowiedzialni za film posiłkowali się licznymi dziełami malarza, z których wykorzystywali elementy otoczenia dla powstającego dzięki nim świata przedstawionego, ale przede wszystkim zapożyczali postacie uwiecznione na obrazach. To one stały się głównymi bohaterami „Twojego Vincenta”, którzy nakręcają wątki fabularne produkcji. Ostatecznie szacuje się, że wykorzystano ponad sto dwadzieścia tworów Holendra, które nie tylko gwarantowały natchnienie dla powstających od zera klatek filmowych, ale i same znalazły swoich parę chwil w ostatecznej wersji kinowej.

Wszystkie te mniej lub bardziej znane obrazy van Gogha stanowiły fundamenty dla wizualnego aspektu produkcji. Silną więź i poszanowanie względem jego twórczości widać gołym okiem w każdej sekundzie seansu. A warto zaznaczyć, że na jedną sekundę składa się dwanaście unikalnych malunków wprawionych w ruch dzięki technologii komputerowej.

Twój Vincent - Animacja
Jakość i płynność scen są zadziwiające!
Źródło: filmweb.pl

I choć rozmach wizualny dostrzegany w „Twoim Vincencie” jest zdecydowanie największym atutem przemawiającym za wyjątkowością projektu, to wciąż nie należy zapominać o drugim, równie ważnym aspekcie każdego filmu – warstwie fabularnej.

Sztab wyjątkowo utalentowanych ludzi zapewnił świetne doznania dla oczu, ale co z przyjemnością dla mózgu? Pod tym względem również sięgnięto jak najwyższego możliwego poziomu. Jak bywało już w poprzednich biografiach van Gogha – głównym źródłem informacji o nim, jak i otaczającej go rzeczywistości były liczne listy pisane nocami i adresowane do brata Theo. Korespondencji tych udało się zachować na tyle dużo, że dzisiaj naprawdę wiele wiadomo o samym Vincencie, jak i ostatnich latach jego życia. A te były bardzo burzliwe i emocjonujące.

Twój Vincent - Opowieści
Był znany wszystkim, ale każdy zapamiętał go trochę inaczej.
Źródło: filmweb.pl

Wchodząc w nieco większe szczegóły, udało się dotrzeć do około sześciuset listów spod pióra samego malarza oraz mniej więcej czterdziestu będących odpowiedziami ze strony brata. Ich odczytywanie i analizowanie od lat pozwala na dogłębne poznawanie poglądów, a nawet psychiki utalentowanego Holendra. Nic dziwnego, że po te zapiski również podczas tworzenia scenariusza do „Twojego Vincenta”, bo rzeczywiście są najbardziej rzetelnym i pewnym źródłem dla biografów.

Skoro wiemy już w pewnym stopniu, jak wyglądał proces twórczy nad polsko-brytyjskim projektem, możemy skupić się na samej jego finalnej wersji, która właśnie zaczyna wchodzić do kin w naszym kraju. Czym właściwie dla nas – zwykłych kinomanów, jest ten piękny, malowniczy przejaw współczesnego artyzmu?

Twój Vincent - Piękno
I jak tu nie docenić tak pięknych malunków?
Źródło: filmweb.pl

„Twój Vincent” zabiera nas do roku 1891, kiedy to mija dwanaście miesięcy od głośnej i tragicznej śmierci rozpoznawalnego w okolicy malarza Vincenta van Gogha. Postacią wiodącą tej historii jest nijaki Armand Roulin, którego ojciec – listonosz Joseph, utrzymywał bardzo bliskie kontakty ze zmarłym, jak i jego rodziną. Doręczyciel po długim czasie od nieszczęśliwego zdarzenia wciąż był w posiadaniu prawdopodobnie ostatniego listu napisanego przez Vincenta, który zaadresowany został do jego brata – Theo. Młodemu Armandowi przypadło zadanie wyruszenia w dłuższą podróż, aby w końcu dostarczyć korespondencję do odpowiedniego odbiorcy. Pech jednak chciał, że nie było to takie proste, jakby mogło się wydawać.

Twój Vincent - Armando
Wąsaty mężczyzna w żółtym płaszczu chce poznać prawdę o malarzu.
Źródło: imdb.com

Następujące po sobie sytuacje, które spotykają młodego Roulina w niewielkim miasteczku będącym miejscem zamieszkania oraz śmierci Vincenta, sprawiają, że chłopak zaczyna coraz bardziej interesować się tajemniczym życiem malarza. Napotyka na swojej drodze wielu ciekawych ludzi, z którymi zaczyna dyskutować na temat van Gogha i poznawać różne wersje ostatnich miesięcy, tygodni, dni i godzin jego życia. Zaskakuje go fakt, jak wiele odmiennych opinii mają mieszkańcy francuskiej miejscowości, a czasem nawet przedstawiane przez nich wersje wydarzeń bywają ze sobą sprzeczne.

Twój Vincent - Postacie
Główny bohater spotyka wielu znajomych Vincenta, którzy mają coś o nim do powiedzenia.
Źródło: filmweb.pl

Sprawia to, że otrzymujemy wyjątkowo ciekawą historię, która nie od początku jest jasna i klarowna. W pewnym momencie zaczynamy odczuwać, że nie do końca wiemy, co jest prawdą, a co fikcją wymyślaną przez postacie mniej lubujące się w zmarłym Vincencie. W każdym razie wszyscy bohaterowie napotykani przez Armanda podczas jego małego „śledztwa” otrzymują swoich kilka minut, aby móc nam przedstawić własną wersję przyczyn śmierci malarza, jak i samych okoliczności odebrania życia.

Zapewnia to szeroką gamę przedstawianych postaci, a każda z nich odgrywa w całości mniej lub bardziej znaczącą rolę. Nikt nie pojawia się tutaj bez powodu i każdy, począwszy od wioślarza po doktora aż do żandarma, ujawnia nam pewne nowe, ciekawe szczegóły na temat tajemniczego zachowania Vincenta lub bezpośrednio jego aktu samobójstwa. Z tym że, jak już zdążyłem wspomnieć, nie do końca możemy być pewni, która postać opowiada nam prawdę, a która próbuje ją jak najlepiej zataić. Oczywiście do czasu, bo wraz z biegiem wydarzeń cała historia się klaruje i stwarza logiczną, choć w zupełności nie szczęśliwą całość.

Twój Vincent - Aktorzy
Postacie malowano bazując na wyglądzie prawdziwych aktorów,
których wcześniej porównano z portretami wykonanymi przez van Gogha.
Źródło: filmweb.pl

Scenarzyści sięgnęli po dość prosty, ale nadal niezawodny sposób na opowiadanie tego typu historii, gdy główna oś czasu osadzona jest już po interesującym nas wydarzeniu. W tym przypadku mamy wspomniany rok po śmierci Holendra, a fakt, że najbardziej skupieni jesteśmy na tym, aby dowiedzieć się, jak przebiegały ostatnie dni życia van Gogha i jak doszło do jego samobójstwa, sprawił, że w filmie obecny jest motyw retrospekcji. Ten pełni tutaj bardzo ważną rolę, bo świetnie obrazuje nam narrację każdego z bohaterów spotykanych przez Armanda. Gdy zaczynają przedstawiać swoje doświadczenia z Vincentem, zostajemy płynnie zabierani do przeszłości, która wyróżniona zostaje czarno-białą animacją.

Jeśli mam być szczery, to w retrospekcyjnych malunkach zakochałem się jeszcze bardziej niż w tych kolorowych. Wyglądają wręcz przepięknie, a cieniowane są tak, jak w życiu nie pomyślałbym, że jest to możliwe. Najwidoczniej bardzo daleko mi do choćby połowy talentu, jaki posiadają twórcy obrazów wykorzystanych w produkcji.

Twój Vincent - Retrospekcje
Czarno-białe sceny retrospekcyjne również miały w sobie coś wyjątkowego…
Źródło: filmweb.pl

Do pełni szczęścia brakuje już tylko wysokiej jakości oprawy muzycznej, prawda? Cóż, najwidoczniej odpowiedzialni za „Twojego Vincenta” nie mieli zamiaru zostawić choćby jednego aspektu, co do którego można by mieć pretensje, bowiem i ścieżka dźwiękowa produkcji została specjalnie skomponowana na jej potrzeby, co tym bardziej daje do zrozumienia, że nie mogłaby lepiej wpasować się w sceny i całe wydarzenia odbywające się na ekranie. Zawdzięczamy to wyjątkowemu Clintowi Mansellowi, który od lat jest szanowanym i znanym brytyjskim kompozytorem. W swoim dorobku ma stworzenie muzyki między innymi do kultowego „Requiem dla snu”, a chyba nie muszę udowadniać, jak świetną oprawą dźwiękową może pochwalić się ten tytuł z 2000 roku.

Słodzę tu i słodzę, ale cóż… Prawda jest taka, że nie mam żadnych pretensji wobec tego, jak twórcy „Twojego Vincenta” przedstawili ostatnie chwile życia malarza. Choć znawcy tematu prawdopodobnie mogliby doszukiwać się tutaj mniejszych lub większych niedociągnięć i pewnie znaleźliby jakieś argumenty za tym, że opowieść jest przedstawiona zbyt płytko i niewystarczająco zgłębia wszelkie aspekty życia van Gogha, to wciąż nie należy zapominać, że projekt miał być pewnego rodzaju hołdem oddanym jego postaci oraz twórczości, co niewątpliwie zostało osiągnięte od pierwszej do ostatniej minuty zrealizowanej produkcji.

Film jest 90-minutową ucztą dla zmysłów. Wzrok zadowoli się pięknymi obrazami wprawionymi w ruch, słuch doceni dźwięki wydobywające się z kinowych głośników, a myśli (gdyby tylko były uznane za szósty zmysł) zostaną zaspokojone ciekawie rozpisaną i intrygującą fabułą opowiadającą o jednym z największych malarzy w historii sztuki.

Dobrze jest umierać, gdy się ma świadomość, że zrobiło się w życiu coś naprawdę dobrego, że pozostanie się w pamięci choćby kilku ludzi i będzie się przykładem dla potomnych.
~Vincent van Gogh

Moja ocena: 9/10

10 kultowych piosenek Disneya, od których poczujesz się jak w bajce

Dziwię się za każdym razem, gdy słyszę od rówieśników, że są już za starzy na oglądanie animacji. Kreskówek, filmów pełnometrażowych, wszystkich. Wychodzę z założenia, że tego typu produkcje nie mają swoich ograniczeń wiekowych. A już na pewno nie na tyle sztywnych, żeby mając dwadzieścia kilka lat twierdzić, że to dziecinada nieprzystająca dorosłemu człowiekowi. Nierzadko zdarza się, że z filmu animowanego można wynieść dużo więcej pożytku niż z wielu innych poważnych tytułów skierowanych do wyrafinowanego widza. Zarówno pod względem rozrywkowym, jak i edukacyjnym. A wiadomo, że dobrej zabawy potrzebuje osoba w każdym wieku. Nauki? Tym bardziej, przez całe życie. Z drugiej strony okazuje się, że nie tylko ja lubię poświęcić wieczór lub wyjście do kina na nową animację. Tym bardziej, jeśli są to zawsze dobre produkcje Disneya, Pixara, DreamWorks czy innych im podobnych.

Czytaj dalej 10 kultowych piosenek Disneya, od których poczujesz się jak w bajce

Sing: Przebojowe widowisko śpiewających zwierzaków

Przyjemnie jest wybrać się ponownie do kina na jeden z premierowych seansów. Tym bardziej, że ostatnio podobna sytuacja miała u mnie miejsce ponad dwa miesiące temu w październiku, więc nieco czasu już minęło. Wtedy nie mogłem się powstrzymać od tego, aby parę dni przed pojawianiem się „Doktora Strange’a” w polskich kinach, zarezerwować najlepsze miejsca na sali i być wśród pierwszych szczęśliwców, którzy obejrzeli marvelowską produkcję. Teraz, na początku nowego roku, przyszła kolej na zgoła odmienny gatunek, ale wciąż dostarczający dużo dobrej rozrywki, jednak w nieco inny sposób. Wyglądało to tak, że zwiastun, który ostatnimi dniami jest emitowany na okrągło niemal wszędzie (nie tylko w internecie lub telewizji, ale nawet w radiu) w pewien sposób urzekł i zachęcił do seansu niemal od pierwszego wejrzenia. Chociaż o tej produkcji było głośno już dużo wcześniej, to dopiero teraz coś sprawiło, że w jednej chwili kupiłem bilety przez internet. I nie była to zła decyzja!

Czytaj dalej Sing: Przebojowe widowisko śpiewających zwierzaków