„Bohemian Rhapsody” – Filmowy pomnik dla muzycznej legendy

Muszę rozczarować wszystkich tych, którzy tak zaparcie byli przekonani o nietrafionym angażu Ramiego Maleka w roli wokalisty zespołu Queen. Gwiazda serialu „Mr. Robot” okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Jasne, można spekulować o tym, czy inny aktorzy lepiej odnaleźliby się jako Freddie Mercury, jednak spójrzmy trzeźwym okiem na to, co mamy.

Przeciwnicy podawali przeróżne argumenty. Prym wśród nich wiódł zgryz Maleka, który przez wielu określany był jako zbyt uwydatnionym. Jak poradzono sobie z tym filmie? Najlepiej, jak można było, bowiem wcale tego nie ukrywano. Ba, nawet kilka razy główny bohater zmuszony jest wysłuchiwać od innych postaci nieprzyjemnych uwag na ten temat. Jednak za każdym razem wspaniałomyślnie odwracano ów charakterystyczną żuchwę w atut.

Bohemian Rhapsody - 1
Wysuwająca się górna warga i niemal zawsze widoczne przednie zęby. Tutaj Malek z kadru z „Mr. Robot”.
Źródło: filmweb.pl

W momencie, gdy filmowy Mercury decyduje się na nową fryzurę i żegna się z długą, falowaną grzywą, Remi Malek wygląda niemal kropla w kroplę jak wokalista Queenu. Charakterystyczny bujny wąs? Jest. Ostro zarysowana szczęka? Jak najbardziej. Bardziej kobiece niż męskie ruchy ciała? Również. Jeśli chodzi o ogólną aparycję i wcielenie się w rolę legendarnego muzyka, nie można niczego się przyczepić. Naprawdę.

Rozumiem, jeśli ktoś jest zwolennikiem innego aktora, którego widziałby w tej roli. Sztukę, a co za tym idzie i filmy, można przedstawiać na miliony sposobów. Dlatego jestem pewien, że sugerowany przez wielu Sacha Baron Cohen, czy też inni zawodowi odtwórcy ról, mogliby spisać się równie nienagannie na swój własny sposób. Tymczasem ogromny zaszczyt, ale i zarazem wyzwanie, stanęło przed Malekiem, który dotąd poza wspomnianym „Mr. Robot” nie brylował jakoś specjalnie. Może pochwalić się co najmniej kilkoma ciekawymi rolami, ale nie były one ani dużego formatu, ani zapadające w pamięć widzów.

Bohemian Rhapsody - 2
Musicie przyznać, czysty Mercury.
Źródło: filmweb.pl

W przypadku „Bohemian Rhapsody” będzie inaczej. Jestem o tym przekonany. Pozwolono mu stawić czoła odtworzenia prawdopodobnie jednego z zaledwie kilku największych „nazwisk” w historii muzyki. Słowo to użyłem w cudzysłowie, bo jak wiadomo, Freddie Mercury tak naprawdę Freddiem Mercurym nie był. A przynajmniej nie od urodzenia.

Na aktorze spoczywała nie lada presja. Główna rola w głośno zapowiadanym filmie, gdzie miał przedstawić kreację legendy nie tylko zeszłego stulecia, ale i obecnie. W efekcie wychodzi jednak na to, że Malek pod ciśnieniem radzi sobie rewelacyjnie. Podczas seansu uwiódł swoją mimiką, posturą i słowami nie tylko mnie, ale chyba wszystkich na sali. Nie są to czcze domysły, bo dało się to wyczytać z reakcji oglądających na przeróżne sceny w filmie. Śmiech, gdy Mercury rzucał ciętą ripostą w stronę tych, którzy nie wierzyli w jego szaleństwo. Cicha aprobata wyrażana pod nosem, gdy ostatecznie główny bohater stawiał na swoim i okazywało się, że było warto. Ciarki na całym ciele podczas procesów powstawania największych przebojów Queenu oraz samych koncertów. Tego wszystkiego na pewno nie doświadczyłem tylko ja.

Bohemian Rhapsody - 3
Tutaj z kolegą z zespołu – Brianem Mayem. W niego wcielił się Gwilym Lee.
Źródło: filmweb.pl

W dzisiejszym kinie nietrudno o to, by główna postać filmu zbierała sobie przychylność widzów i była co najmniej lubiana. Prawdziwą sztuką jest sprawić, że przekonuje się do siebie od pierwszych scen aż do samego końca, niezależnie od poczynanych w trakcie kroków. Tego, że Freddie Mercury jest wciąż uwielbiany przez miliony, nie trzeba udowadniać. Dla Maleka działało to z kolei pozytywnie, jaki i negatywnie. Było to o tyle trudne zadanie, że gdyby nie spełnił oczekiwań widzów, wytykano by mu to przez bardzo, bardzo długi czas. Na jego i nasze szczęście, udało mu się stworzyć kreację godną podziwu, przez co sympatia do byłego wokalisty brytyjskiego zespołu przelała się również na sympatię wobec odgrywanej przez aktora postaci.

Kiedy lubisz osobę i twórczość Mercury’ego, i spodoba Ci się ukazanie go w biograficznym filmie, kupisz go aż do ostatnich napisów końcowych, a nawet na dużo dłużej. Praca, poświęcenie i pot, które Remi Malek włożył w tej film, są widoczne gołym okiem i naprawdę nie jestem w stanie wyobrazić sobie, żeby ostatecznie komuś jego kreacja mogła nie przypaść do gustu. Choć mówi się, że gusta są różne i o nich się nie dyskutuje…

Bohemian Rhapsody - 4
A tu już w mniej scenicznym wydaniu.
Źródło: filmweb.pl

To jedna z dwóch najjaśniej świecących gwiazd w „Bohemian Rhapsody”. Druga? Oczywiście muzyka. Aspekt ten chyba od samej pierwszej zapowiedzi filmu był najpewniejszym gwarantem jakości tej produkcji. Byłeś przeciwnikiem przenoszenia historii życia Mercury’ego i działalności Queenu na wielki ekran? A może należałeś do dość sporej bazy niezadowolonych z obsadzenia głównej roli? Nieważne. Wówczas można było być pewnym chociaż tego, że usłyszenie z kinowych głośników hitów brytyjskiego zespołu będzie jednym z największych dotychczasowych przeżyć związanych z kinem.

W tym roku było już co najmniej kilka okazji na usłyszenie kultowej muzyki w kasowych produkcjach. Parę miesięcy temu powstał dokument „Whitney” (o kim opowiadał chyba nie trzeba tłumaczyć), a latem wielkie ekrany zostały podbite przez kontynuację „Mamma Mia!” przedstawiającą przeboje Abby. W każdym z tych przypadków, łącznie z „Bohemian Rhapsody”, mamy niebywałą okazję usłyszeć w niesamowitej jakości (i głośności) największe utwory konkretnych artystów, które już na stałe zapisały się na łamach historii muzyki światowej.

Bohemian Rhapsody - 5
Zgadniecie, jaki utwór powstawał w takich okolicznościach?
Źródło: filmweb.pl

Oj, czego w tym filmie nie ma? Przede wszystkim najwięcej czasu poświęcono na ukazanie prac nad piosenką, której tytuł zawarty jest w… tytule produkcji. Nic dziwnego, bowiem nie jest tajemnicą, że nagrywanie trwającego około sześć minut utworu z czwartego albumu studyjnego zespołu był piekielnym procesem. Przez bity tydzień wszyscy członkowie zespołu oraz pomagające im osoby dwoili się i troili, aby w końcu spełnić wyśrubowane oczekiwania Mercury’ego. Gdy w końcu całość brzmiała tak, jak ułożył sobie to w głowie, artyści byli gotowi na rewolucję światowej sceny muzycznej.

Z niejednym problemem po drodze. I właśnie całą tę podróż ukazuje film Bryana Singera. Choć często będziemy świadkami wzlotów kapeli, to równie często będziemy musieli wraz z nimi przechodzić przez cięższe okresy w karierze. Jak to zwykle w zespołach bywa, nie obeszło się bez kłótni, skandali i rozbieżnych wizji dalszego kierunku rozwoju Queenu. Nieraz trzeba było zaniedbać prywatne, rodzinne życie, aby osiągnąć jeszcze więcej na szczeblach kariery. Czy jednak film w dostateczny sposób pokazuje to, jak naprawdę wyglądały losy muzyków?

Bohemian Rhapsody - 6
Przemierzanie drogi ku sławie to godzenie się na trudne życiowe rozterki.
Źródło: filmweb.pl

Niekoniecznie. Jak można się domyślać, droga artystów będących na ścisłym topie nie jest usłana różami. Owszem, film pokazuje to najbardziej, jak tylko potrafi, ale nie zapominajmy, że to nadal jest jedynie dwugodzinny film. Przesyt wątków wprowadziłby tu bałagan nie do ogarnięcia, przez co tu i ówdzie scenarzyści musieli obrać drogę na skróty. Nie dlatego, że nie chcieli pokazywać stuprocentowej prawdy. Byli do tego zmuszeni, aby utrzymać koncepcję filmu fabularnego i dać widzom rozrywkę, za jaką zapłacili. Chcąc, nie chcąc, kino rządzi się swoimi prawami. Do tej pory chyba nie powstała biografia idealna, która z jednej strony obnażyłaby całą rzeczywistość jednostki, wokół której się skupia, a z drugiej nie znużyła widza i sprawiła, że na długo zapamięta ów film jako widowisko dla oczu i uszu.

W tej dziedzinie, jak w wielu innych, trzeba iść na kompromisy. A te w „Bohemian Rhapsody” zostały moim zdaniem dobrane idealnie. Najważniejsze losy członków zespołu, a przede wszystkim Mercury’ego, zostały zawarte i odpowiednio poprowadzone. Czasem może wydawać się, że można by niektóre wątki zgłębić nieco bardziej, ale twórców obowiązywały również ramy czasowe, w których musiał zmieścić się cały obraz. Nie zapomniano o istotnych kwestiach, opowiedziano o nich, a ostatecznie zakończono w wielkim finale.

Bohemian Rhapsody - 7
Ten tłum zrobił wrażenie nie tylko na filmowym zespole, ale i na widzach w kinie.
Źródło: filmweb.pl

O matko, wielki finał. Jeśli ta sekwencja poruszających, emocjonalnych i widowiskowych scen nie stanie się jedną z najbardziej kultowych w historii współczesnego kina, to tym bardziej umocnię się w przekonaniu, że o filmach niewiele wiem. Albo, że jestem zbyt łatwym widzem i w prosty sposób można mnie kupić.

W każdym razie na koniec dostajemy to, czego tak naprawdę oczekujemy. Spektakularny koncert dla setek tysięcy widzów zebranych w jednym miejscu, aby zobaczyć jedno z największych wydarzeń muzycznych w historii. Na takie kreuje się tutaj Live Aid, czyli dwa równoległe koncerty charytatywne zorganizowane w 1985 roku, podczas których wystąpiły największe gwiazdy ówczesnego rocka. W Stanach Zjednoczonych byli to między innymi Led Zeppelin, Bryan Adams i Black Sabbath. Zaś w Anglii, na stadionie Wembley, gdzie zabiera nas akcja filmu, zaprezentowali się na przykład David Bowie, Sting, Paul McCartney i oni… zespół Queen.

Bohemian Rhapsody - 8
Występ na Wembley był największym koncertowym osiągnięciem Queenu.
Źródło: filmweb.pl

W dialogach powiedziane jest jasno. Każdy wykonawca festiwalu otrzymuje do dyspozycji dwadzieścia minut na scenie. Co to znaczy dla nas? Film faktycznie poświęca tyle czasu na finałowy występ kapeli z Mercury’m na czele, podczas którego prezentują kilka swoich największych przebojów. I to nie w byle jakim stylu. Jest głośno, widowiskowo i, jak to określiła jedna osoba wychodząc przede mną z sali kinowej, „z jajem”.

Na moich rękach dosłownie pojawiły się ciarki, gdy Remi Malek, Ben Hardy, Joseph Mazzello i Gwilym Lee (wcielający się w czterech członków zespołu) zaprezentowali na wielkim ekranie tytułowe „Bohemian Rhapsody”, „We Are The Champions” i inne. Świetne zwieńczenie fabularnej biografii i filmu samego w sobie.

Bohemian Rhapsody - 9
Czterech szalonych zapaleńców, o których świat nigdy nie zapomni.
Źródło: filmweb.pl

Wręcz pedantycznie dokładne zdjęcia, oszałamiająca charakteryzacja, aktorstwo najwyższej klasy i muzyka, która przed laty zawiesiła poprzeczkę na niewyobrażalnym poziomie. Tutaj znajdziemy to wszystko. Wszelkie obawy przed premierą filmu były po prostu niepotrzebne. Stanięto na wysokości zadania, prawdopodobnie mając na uwadze, jak ważny był to projekt. Dlatego, jeśli interesuje Was postać charyzmatycznego Freddie’go Mercury’ego albo w jakich okolicznościach powstawały takie hity, jak „We Will Rock You”, „Don’t Stop Me Now”, czy „Another One Bites the Dust” – ten film Wam to przedstawi.

Moja ocena: 9/10 ❤️

Reklamy

„Twój Vincent” – Namaluj mi prawdę

O wyjątkowym projekcie polsko-brytyjskiego duetu dowiedziałem się stosunkowo niedawno. Niesie to ze sobą pewien plus, jak i minus. Tym drugim jest fakt, że umknęła mi cała droga, jaką przebył „Twój Vincent” od niewinnego pomysłu w głowach miłośników XIX-wiecznego artysty aż do finalnego etapu, jakim jest premiera i pierwsze projekcje gotowego produktu. Mógłbym wówczas nie tylko niecierpliwie czekać przez długie lata (tak, lata, a nie zaledwie miesiące!), ale również aktywnie wspierać całe przedsięwzięcie, co można było robić na naprawdę wiele sposobów (między innymi za pośrednictwem crowdfundingowego Kickstartera). A każdy z nich autentycznie dostarczał sił i ambicji twórcom filmu, u których i tak nie brakowało zapału godnego podziwu.

Twój Vincent

Zaś z drugiej strony późne dowiedzenie się o projekcie sprawiło, że nie musiałem długo czekać, aby w końcu go zobaczyć. Gdy pierwszy raz przeczytałem o „Twoim Vincencie” i obejrzałem jego zwiastun w internecie (dopiero później w sali kinowej), byłem pewien, że będę musiał zobaczyć go jak najszybciej się da. I cóż – tak też się stało, bo udało mi się dorwać bilet na seans przedpremierowy, który odbył się w ostatni wtorek. W normalnym wypadku musiałbym odłożyć seans co najmniej na piątek, 6 października, bo to wówczas produkcja oficjalnie pojawi się na ekranach polskich kin.

Jednak nim podzielę się wrażeniami, warto poświęcić nieco czasu na poznanie wyjątkowo ciekawych faktów na temat tego filmu, którymi rzadko który może się pochwalić. Przede wszystkim należy wspomnieć o początkach pomysłu, który narodził się w głowie polskiej reżyserki Doroty Kobieli. Ta, od lat zafascynowana twórczością holenderskiego malarza Vincenta van Gogha, postanowiła, we współpracy z brytyjskim producentem Hugh Welchmanem, zrealizować pełnometrażowy obraz opowiadający o końcówce życia artysty.

Twój Vincent - Vincent
A co gdyby opowiedzieć historię
Vincenta van Gogha jego własnymi obrazami?
Źródło: filmweb.pl

Patrząc na to jedynie z tej perspektywy, nie byłby to pomysł wyjątkowo oryginalny. Żywot malarza od lat był i jest inspiracją dla wielu współczesnych twórców. Między innymi już w 1956 roku zrealizowano film „Pasja życia”, który był cenioną biografią van Gogha. Trzydzieści cztery lata później kooperacja kilku państw Europy stworzyła nieco mniej udany, ale wciąż klasyczny już dramat „Vincent i Theo” koncentrujący się na relacjach dwóch braci. A jeśli interesuje Was bardziej współczesne kino, wystarczy sięgnąć po obraz z 2010 roku, w którym to w tytułową rolę wcielił się znany aktor Benedict Cumberbatch. Telewizyjny „Van Gogh: Painted with Words” został świetnie odebrany i na nowo wzbudził zainteresowanie postacią malarza.

Czym jednak pośród tak wielu biografii wyróżnia się tegoroczny „Twój Vincent”? Oryginalnym sposobem realizacji, którego nie da się nie docenić. Powstająca przez lata produkcja jest pierwszą na świecie animacją pełnometrażową wykorzystującą ręcznie malowane płótna. Fenomen ten został osiągnięty poprzez ponad dwuletnią, ciężką pracę około stu malarzy z Polski i zagranicy, którzy pełni ambicji i zapału namalowali prawdopodobnie setki tysięcy obrazów, z których sześćdziesiąt pięć tysięcy zostało ostatecznie wykorzystanych w gotowej wersji filmu. Każdy z tych malunków, które przychodzi nam zobaczyć na ekranie, powstawał w wyniku naśladowania specyficznej twórczości van Gogha nie tylko pod szeroko rozumianym względem stylistycznym, ale także inspiracyjnym.

Twój Vincent - Obrazy
Nie trudno zauważyć silne inspirowanie się dziełami van Gogha.
Źródło: filmweb.pl

Artyści odpowiedzialni za film posiłkowali się licznymi dziełami malarza, z których wykorzystywali elementy otoczenia dla powstającego dzięki nim świata przedstawionego, ale przede wszystkim zapożyczali postacie uwiecznione na obrazach. To one stały się głównymi bohaterami „Twojego Vincenta”, którzy nakręcają wątki fabularne produkcji. Ostatecznie szacuje się, że wykorzystano ponad sto dwadzieścia tworów Holendra, które nie tylko gwarantowały natchnienie dla powstających od zera klatek filmowych, ale i same znalazły swoich parę chwil w ostatecznej wersji kinowej.

Wszystkie te mniej lub bardziej znane obrazy van Gogha stanowiły fundamenty dla wizualnego aspektu produkcji. Silną więź i poszanowanie względem jego twórczości widać gołym okiem w każdej sekundzie seansu. A warto zaznaczyć, że na jedną sekundę składa się dwanaście unikalnych malunków wprawionych w ruch dzięki technologii komputerowej.

Twój Vincent - Animacja
Jakość i płynność scen są zadziwiające!
Źródło: filmweb.pl

I choć rozmach wizualny dostrzegany w „Twoim Vincencie” jest zdecydowanie największym atutem przemawiającym za wyjątkowością projektu, to wciąż nie należy zapominać o drugim, równie ważnym aspekcie każdego filmu – warstwie fabularnej.

Sztab wyjątkowo utalentowanych ludzi zapewnił świetne doznania dla oczu, ale co z przyjemnością dla mózgu? Pod tym względem również sięgnięto jak najwyższego możliwego poziomu. Jak bywało już w poprzednich biografiach van Gogha – głównym źródłem informacji o nim, jak i otaczającej go rzeczywistości były liczne listy pisane nocami i adresowane do brata Theo. Korespondencji tych udało się zachować na tyle dużo, że dzisiaj naprawdę wiele wiadomo o samym Vincencie, jak i ostatnich latach jego życia. A te były bardzo burzliwe i emocjonujące.

Twój Vincent - Opowieści
Był znany wszystkim, ale każdy zapamiętał go trochę inaczej.
Źródło: filmweb.pl

Wchodząc w nieco większe szczegóły, udało się dotrzeć do około sześciuset listów spod pióra samego malarza oraz mniej więcej czterdziestu będących odpowiedziami ze strony brata. Ich odczytywanie i analizowanie od lat pozwala na dogłębne poznawanie poglądów, a nawet psychiki utalentowanego Holendra. Nic dziwnego, że po te zapiski również podczas tworzenia scenariusza do „Twojego Vincenta”, bo rzeczywiście są najbardziej rzetelnym i pewnym źródłem dla biografów.

Skoro wiemy już w pewnym stopniu, jak wyglądał proces twórczy nad polsko-brytyjskim projektem, możemy skupić się na samej jego finalnej wersji, która właśnie zaczyna wchodzić do kin w naszym kraju. Czym właściwie dla nas – zwykłych kinomanów, jest ten piękny, malowniczy przejaw współczesnego artyzmu?

Twój Vincent - Piękno
I jak tu nie docenić tak pięknych malunków?
Źródło: filmweb.pl

„Twój Vincent” zabiera nas do roku 1891, kiedy to mija dwanaście miesięcy od głośnej i tragicznej śmierci rozpoznawalnego w okolicy malarza Vincenta van Gogha. Postacią wiodącą tej historii jest nijaki Armand Roulin, którego ojciec – listonosz Joseph, utrzymywał bardzo bliskie kontakty ze zmarłym, jak i jego rodziną. Doręczyciel po długim czasie od nieszczęśliwego zdarzenia wciąż był w posiadaniu prawdopodobnie ostatniego listu napisanego przez Vincenta, który zaadresowany został do jego brata – Theo. Młodemu Armandowi przypadło zadanie wyruszenia w dłuższą podróż, aby w końcu dostarczyć korespondencję do odpowiedniego odbiorcy. Pech jednak chciał, że nie było to takie proste, jakby mogło się wydawać.

Twój Vincent - Armando
Wąsaty mężczyzna w żółtym płaszczu chce poznać prawdę o malarzu.
Źródło: imdb.com

Następujące po sobie sytuacje, które spotykają młodego Roulina w niewielkim miasteczku będącym miejscem zamieszkania oraz śmierci Vincenta, sprawiają, że chłopak zaczyna coraz bardziej interesować się tajemniczym życiem malarza. Napotyka na swojej drodze wielu ciekawych ludzi, z którymi zaczyna dyskutować na temat van Gogha i poznawać różne wersje ostatnich miesięcy, tygodni, dni i godzin jego życia. Zaskakuje go fakt, jak wiele odmiennych opinii mają mieszkańcy francuskiej miejscowości, a czasem nawet przedstawiane przez nich wersje wydarzeń bywają ze sobą sprzeczne.

Twój Vincent - Postacie
Główny bohater spotyka wielu znajomych Vincenta, którzy mają coś o nim do powiedzenia.
Źródło: filmweb.pl

Sprawia to, że otrzymujemy wyjątkowo ciekawą historię, która nie od początku jest jasna i klarowna. W pewnym momencie zaczynamy odczuwać, że nie do końca wiemy, co jest prawdą, a co fikcją wymyślaną przez postacie mniej lubujące się w zmarłym Vincencie. W każdym razie wszyscy bohaterowie napotykani przez Armanda podczas jego małego „śledztwa” otrzymują swoich kilka minut, aby móc nam przedstawić własną wersję przyczyn śmierci malarza, jak i samych okoliczności odebrania życia.

Zapewnia to szeroką gamę przedstawianych postaci, a każda z nich odgrywa w całości mniej lub bardziej znaczącą rolę. Nikt nie pojawia się tutaj bez powodu i każdy, począwszy od wioślarza po doktora aż do żandarma, ujawnia nam pewne nowe, ciekawe szczegóły na temat tajemniczego zachowania Vincenta lub bezpośrednio jego aktu samobójstwa. Z tym że, jak już zdążyłem wspomnieć, nie do końca możemy być pewni, która postać opowiada nam prawdę, a która próbuje ją jak najlepiej zataić. Oczywiście do czasu, bo wraz z biegiem wydarzeń cała historia się klaruje i stwarza logiczną, choć w zupełności nie szczęśliwą całość.

Twój Vincent - Aktorzy
Postacie malowano bazując na wyglądzie prawdziwych aktorów,
których wcześniej porównano z portretami wykonanymi przez van Gogha.
Źródło: filmweb.pl

Scenarzyści sięgnęli po dość prosty, ale nadal niezawodny sposób na opowiadanie tego typu historii, gdy główna oś czasu osadzona jest już po interesującym nas wydarzeniu. W tym przypadku mamy wspomniany rok po śmierci Holendra, a fakt, że najbardziej skupieni jesteśmy na tym, aby dowiedzieć się, jak przebiegały ostatnie dni życia van Gogha i jak doszło do jego samobójstwa, sprawił, że w filmie obecny jest motyw retrospekcji. Ten pełni tutaj bardzo ważną rolę, bo świetnie obrazuje nam narrację każdego z bohaterów spotykanych przez Armanda. Gdy zaczynają przedstawiać swoje doświadczenia z Vincentem, zostajemy płynnie zabierani do przeszłości, która wyróżniona zostaje czarno-białą animacją.

Jeśli mam być szczery, to w retrospekcyjnych malunkach zakochałem się jeszcze bardziej niż w tych kolorowych. Wyglądają wręcz przepięknie, a cieniowane są tak, jak w życiu nie pomyślałbym, że jest to możliwe. Najwidoczniej bardzo daleko mi do choćby połowy talentu, jaki posiadają twórcy obrazów wykorzystanych w produkcji.

Twój Vincent - Retrospekcje
Czarno-białe sceny retrospekcyjne również miały w sobie coś wyjątkowego…
Źródło: filmweb.pl

Do pełni szczęścia brakuje już tylko wysokiej jakości oprawy muzycznej, prawda? Cóż, najwidoczniej odpowiedzialni za „Twojego Vincenta” nie mieli zamiaru zostawić choćby jednego aspektu, co do którego można by mieć pretensje, bowiem i ścieżka dźwiękowa produkcji została specjalnie skomponowana na jej potrzeby, co tym bardziej daje do zrozumienia, że nie mogłaby lepiej wpasować się w sceny i całe wydarzenia odbywające się na ekranie. Zawdzięczamy to wyjątkowemu Clintowi Mansellowi, który od lat jest szanowanym i znanym brytyjskim kompozytorem. W swoim dorobku ma stworzenie muzyki między innymi do kultowego „Requiem dla snu”, a chyba nie muszę udowadniać, jak świetną oprawą dźwiękową może pochwalić się ten tytuł z 2000 roku.

Słodzę tu i słodzę, ale cóż… Prawda jest taka, że nie mam żadnych pretensji wobec tego, jak twórcy „Twojego Vincenta” przedstawili ostatnie chwile życia malarza. Choć znawcy tematu prawdopodobnie mogliby doszukiwać się tutaj mniejszych lub większych niedociągnięć i pewnie znaleźliby jakieś argumenty za tym, że opowieść jest przedstawiona zbyt płytko i niewystarczająco zgłębia wszelkie aspekty życia van Gogha, to wciąż nie należy zapominać, że projekt miał być pewnego rodzaju hołdem oddanym jego postaci oraz twórczości, co niewątpliwie zostało osiągnięte od pierwszej do ostatniej minuty zrealizowanej produkcji.

Film jest 90-minutową ucztą dla zmysłów. Wzrok zadowoli się pięknymi obrazami wprawionymi w ruch, słuch doceni dźwięki wydobywające się z kinowych głośników, a myśli (gdyby tylko były uznane za szósty zmysł) zostaną zaspokojone ciekawie rozpisaną i intrygującą fabułą opowiadającą o jednym z największych malarzy w historii sztuki.

Dobrze jest umierać, gdy się ma świadomość, że zrobiło się w życiu coś naprawdę dobrego, że pozostanie się w pamięci choćby kilku ludzi i będzie się przykładem dla potomnych.
~Vincent van Gogh

Moja ocena: 9/10

Mój filmowy alfabet: B jak Bogowie

Muszę przyznać, że często zdarza mi się popłynąć podczas pisania o interesujących mnie rzeczach, co ostatecznie skutkuje tym, że całość wydukanego przeze mnie tekstu jest na tyle długa iż prawdopodobnie na sam jej widok wystraszyłby się niezwykle wysoki odsetek współczesnych użytkowników internetu. Głównie w tym zasługa narastającego znaczenia obrazu nad słowem pisanym. Przykładem mojej niepohamowanej weny jest ostatni post na blogu, ten o grze Tales from the Borderlands. Jeśli obserwujecie profil Tekstualnie na Facebooku to być może widzieliście statystykę dla wspomnianego wpisu. Był on najdłuższym ze wszystkich dotychczasowych.

Czytaj dalej Mój filmowy alfabet: B jak Bogowie