A co, gdybym to ja rozdawał tegoroczne Oscary?

Potraktujcie ten tekst najluźniej jak tylko się da. Choć od czasu do czasu napiszę jakąś filmową recenzję, w której zawrę swoje mniej lub bardziej wyszukane spostrzeżenia dotyczące opisywanych tytułów kinowych, to zdecydowanie nie można nazwać mnie wiarygodnym, rzetelnym i obiektywnym znawcom tematu. Po prostu lubię filmy, a skoro jest okazja, żeby podzielić się wrażeniami w tak prosty sposób, jakim jest blogowanie, to czemu by tego nie robić? Przynajmniej nie tracę wolnego czasu na byle głupoty.

Nieważne, jak bardzo siedzicie w temacie filmów, prawdopodobnie obiło Wam się o uszy, że najbliższej nocy odbędzie się kolejna, dziewięćdziesiąta już gala rozdania najpopularniejszych nagród w branży filmowej. Oscary, dla wielu będące poważnym wyznacznikiem jakości, ale i dla równie wielu znaczące tyle co nic, ponownie, jak co roku, powędrują w ręce najlepszych (według Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej) aktorów, reżyserów oraz innych osób, które w minionych miesiącach wyróżniły się na tle wszystkich aktywnych działaczy tej dziedziny rozrywki.

Oscary 2018 - 1
Źródło: digitalspy.com

Pomyślałem sobie, żeby z tej okazji nieco zabawić się w jednego z członków jury wybierających zwycięzców. Tylko w tym przypadku – mającego decydujący głos, do kogo powędrowałaby statuetka. Zdecydowanie nie będzie to wróżenie, bo do tego potrzebne byłoby bardziej obiektywne podejście. Chcę jedynie wytypować filmy i postacie, które spośród wszystkich nominowanych są najbliższe mojemu skromnemu sercu po licznych seansach odbytych w kinie.

Nie podejmuję się też wybierania najlepszych w kategoriach, w których nie widziałem co najmniej zdecydowanej większości wyróżnionych filmów. To kompletnie mijałoby się z  celem. Jednak fakt, że ostatnimi czasy często odwiedzam kina, sprawił, że i tak jestem w stanie wytypować moich osobistych laureatów w większości z nich.

Nie ukrywam, że jestem nieco ciekaw, jak moi faworyci ostatecznie poradzą sobie podczas oficjalnego rozdania nagród. Kto wie, może nawet uda mi się pokryć swoje typy z tymi, które wyznaczą członkowie Akademii Filmowej?


Najlepszy film – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Prawdopodobnie najważniejszą statuetkę nocnej gali wręczyłbym twórcom tego niezwykle klimatycznego dramatu z domieszką komedii. Urzekł mnie pod wieloma względami, szczególnie wkupując się w osobiste zamiłowanie do małomiasteczkowej amerykańskiej rzeczywistości. Poza tym najwyższej klasy aktorstwo i intrygująca oraz dająca sporo rozrywki fabuła sprawiają, że pozostałych osiem nominowanych filmów nie przechodzi mi przez myśl, gdy mam konkretnie decydować się na jeden z nich. W ciągu miesiąca zdążyłem obejrzeć „Trzy billboardy…” już dwa razy, co w moim przypadku jest ogromnym wyczynem, więc trzymam mocno kciuki.

Oscary 2018 - 2
Źródło: filmweb.pl
Najlepszy aktor pierwszoplanowy – Gary Oldman („Czas mroku”)

Metamorfoza, jaką przeszedł ten zasłużony brytyjski aktor, aby jak najlepiej przedstawić postać Winstona Churchilla, jest dla mnie nie do pojęcia. Choć różnego rodzaju przemiany u aktorów na rzecz konkretnych filmów zdarzają się nierzadko, to upodobnienie się Oldmana do byłego wyspiarskiego premiera wraz z jego wieloletnim doświadczeniem, które już dawno powinno mu zapewnić statuetkę za całokształt, nie pozostawiają we mnie wątpliwości, że to on najbardziej wyróżnia się spośród nominowanych aktorów. Daniel Day-Lewis w „Nici widmo” też dał radę, ale nie da się ukryć, że otrzymał poważną konkurencję.

Oscary 2018 - 3
Źródło: filmweb.pl
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa – Saoirse Ronan („Lady Bird”)

W tej kategorii, w przeciwieństwie do wiodących panów, chyba wszystkie pięć aktorek w jakiś sposób zasłużyły na zdobycie tej cennej nagrody. Maryl Streep to już legenda, Margot Robbie wspaniale odnalazła się jako Tonya Harding, Sally Hawkins w „Kształcie wody” wprost urzeka, a Frances McDormand daje fantastyczny popis silnej i upartej bohaterki z amerykańskich peryferii. Jednak mój Oscar powędrowałby w ręce Saoirse Ronan, która w „Lady Bird” zdobywa z miejsca serca widzów i prezentuje swoją postacią odrobinę z większości cech wyróżniających jej konkurentki do nagrody. Tak młoda, a z takim talentem.

Oscary 2018 - 4
Źródło: filmweb.pl
Najlepszy aktor drugoplanowy – Willem Dafoe („The Florida Project”)

Nominacja tego amerykańskiego aktora jest jedyną, jaką udało się wywalczyć niezwykle ciekawemu dramatowi „The Florida Project”. Choć nie jest on udany pod każdym względem i ma swoje gorsze aspekty, to chyba powinien zostać bardziej doceniony. Cieszy jednak fakt, że wyróżniono Dafoe, który w filmie daje prawdziwy pokaz swoich zdolności aktorskich, a w dodatku wciela się w prawdopodobnie jedyną postać w produkcji, którą polubią wszyscy bez wyjątku. Pozostali bohaterowie potrafią zrazić widza. Aktor w zeszłym roku zagrał też w „Morderstwie w Orient Expressie”, więc to również powinno jakoś pozytywnie wpłynąć na jego wybór.

Oscary 2018 - 5
Źródło: filmweb.pl
Najlepsza aktorka drugoplanowa – Octavia Spencer („Kształt wody”)

Aktorka znana między innymi z serii „Niezgodna” lub „Ukrytych działań” pokazała się w najnowszym filmie del Toro ze zdecydowanie bardzo dobrej strony. Jednak przyznam, że jakoś żadna z pań nominowanych w tej kategorii, łącznie ze Spencer, nie podbiła mojego serca. Ba, mógłbym nawet przemianować nazwę tej nagrody na „Najbardziej wnerwiające kreacje drugoplanowe” i wyróżnić z łatwością Laurie Matcalf z „Lady Bird” oraz Lesley Manville z „Nici widmo”. W każdym razie z całej piątki najbardziej przemówiła do mnie odtwórczyni roli przyjaciółki niemej Elizy w „Kształcie wody”.

Oscary 2018 - 6
Źródło: filmweb.pl
Najlepszy reżyser – Christopher Nolan („Dunkierka”)

Do tej pory jestem pod sporym wrażeniem tego, jak bardzo trafił do mnie najnowszy obraz 47-letniego Brytyjczyka. Jest to chyba wystarczający powód, aby śmiało wręczyć mu Oscara, prawda? Swoje bogate doświadczenie w branży filmowej świetnie wykorzystał przy okazji „Dunkierki”, którą poprowadził do miana niezapomnianego widowiska wojennego. Jeszcze żaden film tego gatunku nie został opowiedziany w tak doniosły, lecz zarazem kameralny sposób. Poza tym bądźmy szczerzy – Nolan wyreżyserował już tak wiele kultowych filmów, że zwycięstwo w tej kategorii nareszcie mu się należy.

Oscary 2018 - 7
Źródło: filmweb.pl
Najlepszy scenariusz oryginalny – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Jak to jest, że reżyser z Wielkiej Brytanii potrafi tak dobrze oddać klimat i ducha amerykańskiego miasteczka i jego mieszkańców, choć poważne trudności mają z tym urodzeni za oceanem koledzy po fachu? W każdym razie robota Martina McDonagha w przypadku „Trzech billboardów…” stoi niepodważalnie na najwyższym poziomie. Tak, odpowiedzialny jest nie tylko za reżyserię, ale i cały scenariusz, którego przebieg śledzimy przez dwie godziny seansu. A ten jest doskonały od początku aż do końca. Przemyślana, intrygująca i angażująca fabuła jest tym, co zasługuje na wartościowe wyróżnienie.

Oscary 2018 - 8
Źródło: filmweb.pl
Najlepszy scenariusz adaptowany – „Disaster Artist”

Podobne nieporozumienie co w przypadku „The Florida Project”. Świetne działo Jamesa Franco opowiadające o powstawaniu najlepszego z najgorszych filmów w historii kina otrzymało zaledwie jedną nominację. Grzechem byłoby tego nie wykorzystać i nie przydzielić statuetki właśnie dla „Disaster Artist”. Tym bardziej, że od strony scenariuszowej jak najbardziej na to zasługuje. Ukazanie na wielkim ekranie losów tajemniczego Tommy’ego Wiseau nie byłoby możliwe, gdyby nie książka napisana kilka lat temu przez jego przyjaciela – Grega Sestero. Za to scenarzyści, Scott Neustadter i Michael H. Weber, zrobili kawał dobrej roboty, który zaowocował przezabawną, ale i poruszającą historią o niespełnionych marzeniach i upartym dążeniu do celu.

Oscary 2018 - 9
Źródło: filmweb.pl
Najlepsza charakteryzacja i fryzury – „Czas mroku”

Co tu dużo pisać, transformacja Gary’ego Oldmana sama sobie jest warta tego Oscara. I nie zmieni tego fakt, że w „Cudownym chłopaku” starannie oszpecono twarz małego Jacoba Tremblay’a, a w „Powierniku królowej”… nosili kolorowe i dostojne fatałaszki?

Oscary 2018 - 10
Źródło: filmweb.pl
Najlepsza muzyka oryginalna – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Jak ja kocham klimat prowincji Stanów Zjednoczonych! A na niego składa się w dużej mierze charakterystyczna muzyka w stylu country, której w filmie McDonagha nie brakowało. Odpowiedzialność za nią trzyma na swoich barkach Carter Burwell, który swój wyjątkowy udział w muzyce filmowej ma nieprzerwanie od połowy lat osiemdziesiątych.

Oscary 2018 - 11
Źródło: filmweb.pl
Najlepsza piosenka – „This Is Me” („Król rozrywki”)

Choć jestem równie zakochany w „Remember Me” zaprezentowanej w pięknej animacji Disneya i Pixara „Coco”, to jednak statuetka nieco bardziej należy się utworowi z musicalu z Hugh Jackmanem w roli głównej. Z racji tego, że jest to film o takim, a nie innym gatunku, przepełniony jest różnego rodzaju muzyką, wśród której zdecydowanie najjaśniej bryluje „This Is Me” będące piosenką z łatwością wpadającą w ucho, rytmiczną i porządnie motywującą do działania oraz wiary w siebie.

Oscary 2018 - 12
Źródło: filmweb.pl
Najlepsza scenografia – „Blade Runner 2049”

Jeśli najnowszy „Łowca androidów” ma za cokolwiek otrzymać wyróżnienie Akademii Filmowej, to musi być to właśnie scenografia. I dźwięk, ale o tym później. W każdym razie otoczenie, które widzimy na ekranie przez ponad dwie godziny rewolucyjnego seansu, jest prawdopodobnie jednym z najbardziej charakterystycznych, urzekających i robiących wrażenie na przestrzeni ostatnich lat. Barwy, elementy scenerii i światło są dopieszczone do granic możliwości, co sprawia, że „Blade Runner 2049” jest prawdziwą ucztą dla oczu.

Oscary 2018 - 13
Źródło: filmweb.pl
Najlepsze efekty specjalne – „Strażnicy Galaktyki vol. 2”

Nie byłbym sobą, gdybym nie docenił nominowanego filmu kooperacji Disney-Marvel. Jednak nie jest to najważniejszy wyznacznik mojej decyzji. Prawda jest taka, że jeśli ma się krytycznie podejść do współczesnego kina superbohaterskiego, to zarzucić można mu dużo, ale na pewno nie kulejące efekty generowane komputerowo. A w nich Marvel zdecydowanie przoduje. Najnowsi „Guardians of the Galaxy” to film, na oko, w 95% składający się z CGI, jednak robi to porządnie i nie zraża nawet bardziej sceptycznych widzów.

Oscary 2018 - 14
Źródło: filmweb.pl
Najlepsze kostiumy – „Nić widmo”

Zdziwię się, jeśli to nie ten film wygra w kategorii doceniającej odzież, w której po planie paradowali aktorzy. Będzie to przykre jeszcze bardziej z tego względu, że „Nić widmo” jest filmem stricte opowiadającym o modzie (a szczególnie o sukniach) oraz cenionym projektancie. Zatem jaka inna produkcja powinna mieć lepiej dobrane kostiumy niż ta?

Oscary 2018 - 15
Źródło: filmweb.pl
Najlepsze zdjęcia – „Blade Runner 2049”

Sytuacja dość podobna do tej w kategorii z najlepszą scenografią. Widać, że reżyser i operatorzy kamer zdawali sobie sprawę z tego co robią (rzecz jasna) i świetnie wykorzystali potencjał drzemiący w barwnym, monumentalnym świecie „Łowcy androidów”. Zdumiewającą scenerię wyśmienicie przedstawili w kadrach, których śledzenie na wielkim ekranie było niezapomnianym przeżyciem.

Oscary 2018 - 16
Źródło: filmweb.pl
Najlepszy długometrażowy film animowany – „Twój Vincent”

Trochę patriotycznie, ale kto mi zabroni, prawda? Może być to zaskakujące, ale to właśnie z tą kategorią miałem największy dylemat. Z jednej strony nie da się zaprzeczyć pięknu i fenomenowi „Coco”, który jest animacją wręcz wybitną i z pewnością w najbliższych latach uzyska miano kultowej. Lecz sporym przedsięwzięciem oraz krokiem milowym dla branży filmowej był właśnie „Twój Vincent” wykreowany przez polsko-brytyjski duet reżyserów. Półtorej godziny animacji stworzonej za pomocą ręcznie malowanych obrazów w stylu van Gogha to coś, co powinno zostać należycie docenione. Tym bardziej, że całość powstawała długimi latami!

Oscary 2018 - 17
Źródło: filmweb.pl
Najlepszy dźwięk – „Dunkierka”

Tak jak nowego „Blade Runnera” nie da się zapomnieć pod względem kadrów, tak „Dunkierka” nie potrafi wyjść z głowy jeśli chodzi o wrażenia słuchowe. Wojenne realia przedstawione w filmie Nolana zostały dopełnione przeszywającymi i zapewniającymi stałą niepewność dźwiękami, które towarzyszyły nie tylko żołnierzom u wybrzeża Francji, ale i samym widzom. Ostrzały na lądzie i w powietrzu oraz co rusz przecinające niebo wrogie samoloty wywoływały taki niepokój, że do ostatniej sceny oglądało się film z zapartym tchem.

Oscary 2018 - 18
Źródło: filmweb.pl
Najlepszy montaż – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Próżno szukać w tym filmie słabszych stron, dlatego i pod względem montażu wyróżnia się na tle większości filmów. Trudno jest mi jednoznacznie określić, dlaczego to właśnie „Trzem billboardom…” należy się ta statuetka bardziej niż, dla przykładu, „Dunkierce” lub „Kształtowi wody”. W każdym razie wiem, że dramat osadzony w małym amerykańskim miasteczku urzekł mnie głęboko pod wieloma filmowymi aspektami, w tym składaniem ze sobą ujęć.

Oscary 2018 - 19
Źródło: filmweb.pl
Najlepszy montaż dźwięku – „Blade Runner 2049”

Głośne, potężne dźwięki przeszywające każdy zmysł i część ciała człowieka to coś, czym dzieło Denisa Villeneuve’a może szczycić się na lewo i prawo, a prawdopodobnie żaden inny tytuł nie będzie w stanie sensownie z nim konkurować. Uznanie w tej kwestii należy się szczególnie dwóm panom – Theo’wi Greenowi oraz Markowi A. Manginiemu. Ich duet łączący świeże spojrzenie (ten pierwszy) z bujnym zapleczem doświadczenia (ten drugi) zapewnił rozpoznawalność „Blade Runnera 2049” nie tylko pod względem wizualnym, ale i dźwiękowym.

Oscary 2018 - 20
Źródło: filmweb.pl

Podsumowując, pokusiłem się o w miarę wiarygodne wytypowanie osobistych zwycięzców tegorocznych Oscarów w dziewiętnastu kategoriach, podczas gdy wszystkich jest o pięć więcej. To i tak świetny wynik! Chodź najwięcej nominacji otrzymał „Kształt wody”, to w moim zestawieniu zgarnąłbym zaledwie jedną statuetkę. Za to wielkim wygranym byłyby „Trzy billboardy…” del Toro, dla których ofiarowałbym cztery wyróżnienia.

Jaka będzie rzeczywistość i na ile moje upodobania pokrywają się z gustem członków Akademii Filmowej, przekonamy się już najbliższej nocy z czwartego na piątego marca. Może doczekamy się również jakichś wielkich zaskoczeń?

„Disaster Artist” – Fabularnie o powstawaniu najgorszego filmu wszech czasów

Miano fenomenu „The Room” jest niezaprzeczalne. Pomimo tego, że gdy w 2003 roku film miał swoją oficjalną premierę, okazał się totalną klapą finansową i kinematograficzną, to dzisiaj spokojnie wpisuje się w ścisłą listę najbardziej kultowych produkcji wszech czasów. A już na pewno tych powstałych w nowym milenium.

Disaster Artist

W ciągu pierwszych dwunastu miesięcy film zarobił zaledwie nieco ponad 1800 dolarów, co przy całkowitym koszcie jego realizacji (wynoszącym niebagatelne sześć milionów w amerykańskiej walucie), było niewyobrażalną katastrofą. Jednak los chciał, by sława „The Room” nie nadeszła od raz. Potrzebny był na to czas. Teraz, gdy od premiery melodramatu mija okrągłe piętnaście lat, produkcja legendarnego już Tommy’ego Wiseau znana jest co najmniej milionom kinomanów na całym świecie. Lecz przyczyna daleko mija się z pierwotnymi założeniami reżysera. To nie jego kunszt realizatorski, poruszająca fabuła i wysokich lotów aktorstwo są odpowiedzialne za sukces. „The Room” okrzyknięte zostało najlepszym spośród najgorszych filmów świata, a to wystarczyło, aby przyciągnąć uwagę tłumów.

Disaster Artist - The Room
„Ha ha. What a story, Mark!” ~Johnny (Tommy Wiseau)
Źródło: antyradio.pl

Kuriozalny wpływ, jaki miał ów tytuł na branżę filmową, objawia się od lat na coraz to nowsze sposoby. Z początku wyśmiewany i krytykowany, po czasie stał się guilty pleasure dla najbardziej wyrozumiałych i zdystansowanych miłośników kina. Doprowadziło to do tego, że produkcją zaczęto interesować się niekiedy wręcz maniakalnie. Kwestią czasu było pojawienie się książki na temat „The Room” (która została wydana między innymi przez jednego z głównych aktorów dramatu) oraz innych dzieł nawiązujących do niego. Aż wreszcie przyszła pora na prawdziwą wisienkę na torcie. Fabularny film z prawdziwego zdarzenia.

Okazuje się, że postać Tommy’ego Wiseau, odpowiedzialnego za owiany złą sławą „The Room”, jest na tyle ciekawa, że stała się poważną inspiracją do nakręcenia porządnej hollywoodzkiej produkcji. Bo w sumie czemu by tego nie zrobić? Na świecie są miliony osób, które wręcz ubóstwiają dzieło tego pseudo-reżysera, a jego najciekawsze kwestie i sceny znają na pamięć. Dzięki temu nie trudno byłoby o niszę, do której nowy filmy mógłby trafić. Problem scenariuszowy rozwiązała książka Grega Sestero i Toma Bissella, którą wydano w 2013 roku, dokładnie opisująca proces powstawania osławionej produkcji. Potrzebny był tylko ktoś, kto zainteresowałby się tematem, opracował i skleił całość w coś sensownego, a potem jedynie to wyreżyserował.

Disaster Artist - Wiseau i Franco
Jak widać, Wiseau jest chyba zadowolony ze swojego filmowego wcielenia.
Źródło: filmweb.pl

Tym kimś okazał się sam James Franco. A zrobił nawet dużo więcej, bo nie tylko zainicjował i poprowadził swój najnowszy projekt, ale i sam w nim czynnie wystąpił. I to w głównej roli! Można powiedzieć, że dosłownie poszedł w ślady Tommy’ego Wiseau sprzed piętnastu lat, gdy ten sam napisał scenariusz „The Room”, stanął za kamerą, a także wcielił się w postać Johnny’ego – jedną z trzech wiodących kreacji. Skoro na to samo szarpnął się Franco, to czego jeszcze więcej potrzeba było nam, widzom, by być spokojnymi o świetną realizację filmu przywołującego najgorszą produkcję w historii kina?

Długo do tego zmierzałem, ale tak – właśnie o tym jest „Disaster Artist”, który swoje pierwsze pokazy przedpremierowe miał jeszcze na wiosnę zeszłego roku, ale dopiero teraz, dziewiątego lutego, został on w pełni udostępniony cierpliwym polskim kinomanom. Tytuł produkcji spod skrzydeł wspomnianego Jamesa Franco został zapożyczony od fragmentu nazwy książki, na której bazuje.

Disaster Artist - James Franco
Franco musiał wcielić się w rolę niespełnionego wyrzutka Hollywoodu.
Źródło: filmweb.pl

W skrócie można powiedzieć, że najnowsze dzieło Amerykanina to nic innego, jak zobrazowanie i przybliżenie nam początków relacji Tommy’ego Wiseau z Gregiem Sestero. Tych dwóch dżentelmenów poznaje się dość przypadkowo, ale szybko łączą ich wielkie ambicje związane z branżą filmową. Chcąc zostać sławnymi aktorami, mężczyźni przeżywają wiele wzlotów i upadków w świecie Hollywood, aż w końcu, w przypływie chwili, decydują się wziąć sprawy we własne ręce i nakręcić swój film – niezależnie i według osobistych widzimisię.

„Disaster Artist” ukazuje całą drogę, jaką Wiseau i Sestero przeszli od nieposiadających żadnych kwalifikacji małomiasteczkowych marzycieli do kinowych twórców, którzy krok po kroku, z wieloma perypetiami, realizujących własne marzenie. Pierwsza, nieco krótsza część filmu, to wgląd na początki ich burzliwej relacji oraz nieśmiałe kroki w branży. Zaś druga, znacznie dłuższa i jeszcze ciekawsza, a przede wszystkim zabawniejsza faza „Disaster Artist” dokładnie ukazuje, jak wyglądało tworzenie samego „The Room”. Poznajemy liczne koncepcje i pomysły na realizację filmu, które nierzadko poróżniały osoby zaangażowane w projekt, mniejsze oraz większe trudności, które uwydatniały się dopiero w praktyce, a przede wszystkim, co najbardziej cieszy widza, to dosłowne przywoływania scen niemal żywcem wziętych z „The Room”.

Disaster Artist - Bracia Franco
Główna obsada iście… braterska. Dave Franco został najlepszym przyjacielem Tommy’ego Wiseau.
Źródło: filmweb.pl

James Franco w swojej roli jest genialny. Od samego początku widać, jak bardzo zainteresował się swoją postacią i oddał się jej bezgranicznie. Nie dość, że aktor już z wyglądu został ucharakteryzowany tak, aby jak najbardziej przypominać Wiseau, to zupełnie onieśmiela swoją grą aktorską. Wczucie się w bohatera oraz oddanie jego największych zalet i wad to coś niezwykle trudnego do osiągnięcia nawet dla najwybitniejszych aktorów. Zaś Franco poradził sobie z tym znakomicie i do złudzenia przypomina reżysera „The Room”. A robi to przede wszystkim mową ciała, sposobem wypowiadania się (udało mu się wypracować niemal identyczną barwę głosu i akcent), a także stylem bycia. Stał się po prostu żywym sobowtórem Tommy’ego Wiseau.

Choć bardzo bym chciał, nie mogę zaprzeczyć stwierdzeniu, że „Disaster Artist” to przede wszystkim pokaz umiejętności Jamesa Franco. Nie dość, że stanął za kamerą całej produkcji, to jeszcze swoją kreacją wzniósł się na wyżyny. Świeci najjaśniej z całej obsady, ale nie da się ukryć, że po prostu musiało tak być. W końcu to losy Wiseau sprzed kilkunastu lat odgrywają tutaj najważniejszą rolę. I choć na ekranie przewija się wiele innych postaci – równie istotnych dla fabuły, to właśnie Tommy od początku skupiał zainteresowanie widzów. Jeszcze na długo przed premierą można było odnotować, że oczekujących kinomanów najbardziej zaintrygowało ukazanie właśnie tej postaci.

Disaster Artist - Tommy Wiseau
Nie da się ukryć, że Wiseau był dość nietypową osobą.
Źródło: filmweb.pl

Jednak nie mniejsze uznanie należy się bratu reżysera „Disaster Artist” – Dave’owi Franco. Ten wcielił się we wspominanego przeze mnie nie raz Grega Sestero, który swego czasu był drugim ojcem „The Room”. Choć największe zasługi przypisał sobie Wiseau, to bez swojego najbliższego przyjaciela w ogóle nie wpadłby na pomysł realizacji własnej produkcji kinowej. Sestero został wówczas obsadzony jako drugi z głównych bohaterów – Mark, który w fabule również otrzymuje tytuł najbliższego kumpla, ale i zarazem – ukrywającego się zdrajcy, jako że potajemnie spotyka się (i nie tylko) z narzeczoną przyjaciela.

Kreacja Dave’a Franco zdecydowanie różni się od tej, którą ogrywa jego brat reżyser. Zachodzi tu pewien kontrast między postaciami, który jeszcze bardziej uatrakcyjnia widowisko. Sestero z biegiem wydarzeń przechodzi przemianę z niepewnego siebie i mało zdecydowanego młodego chłopaka w nabierającego rozpędu i doświadczenia faceta pieczołowicie rozkręcającego swoją karierę w Hollywood. Można powiedzieć, że nierzadko Sestero jest odwrotnością tego, co aktualnie reprezentuje postać Wiseau. Gdy ten pierwszy miewa wątpliwości, to drugi nakłania go do wiary w siebie. Jednak kiedy Greg zbiera się w sobie i jest gotów do zawładnięcia światem, to w pewien sposób skrzydła podcina mu Tommy.

Disaster Artist - Greg Sestero
Greg marzył o karierze aktorskiej. Czy przeprowadzka do Hollywood była dobrym krokiem?
Źródło: filmweb.pl

Oznacza to, że dwóch głównych bohaterów „Disaster Artist” świetnie się dopełnia, a co za tym idzie – dobrze ze sobą współgrają i uatrakcyjniają seans. Ważne jest to, aby postacie różniły się od siebie w widoczny sposób, co staje się podwaliną do szerokiego wachlarza możliwości scenariuszowych na dalszych etapach oglądanej produkcji. A nie da się ukryć, że w tym przypadku jest naprawdę zaskakująco i ciekawie.

Film Jamesa Franco poszedł przede wszystkim w dramaturgię bardzo śmiało zmieszaną z komedią. Są momenty, które chwytają nas za serce. Głównie wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że takie sytuacje faktycznie mogły mieć miejsce kilkanaście lat temu, gdy Wiseau i Sestero rozpoczynali podbój Hollywood. Jak zwykle bywa w relacjach międzyludzkich – między tym dwojgiem nieraz uwypuklały się różnego rodzaju zatarcia, które faktycznie mogą teraz wywoływać czułe emocje u wiernych widzów. Nie chcę przywoływać konkretnych przykładów, jednak zapewniam, że tak jak w życiu bywa, w „Disaster Artist” nieraz ukazano problemy, z jakimi mierzyć muszą się ambitni ludzie, aby sięgnąć po spełnienie marzeń.

Disaster Artist - Reżyseria
Jeśli nie możesz czegoś dostać, zrób to sam!
Źródło: filmweb.pl

Jednak aby nie było zbyt poważnie, dramatycznie i przygnębiająco, film zapewnia także solidną dawkę dobrej rozrywki składającej się przede wszystkim z żartów słownych i sytuacyjnych. Nie można było spodziewać się innego rozwiązania, skoro głównym motywem „Disaster Artist” jest ukazanie procesu powstawania najlepszego z najgorszych filmów wszech czasów. Sceny, które zobaczyć można w pierwowzorze, same w sobie są już na tyle komiczne i wywołujące uśmiech na twarzy (o ile nie nawet salwę śmiechu), że łącząc je z luźnym i zdystansowanym podejściem, jakim cechuje się „Disaster Artist”, otrzymujemy wręcz kulminację absurdu, komedii i litościwego współczucia wobec bohaterów.

W filmie przewija się co najmniej kilka kultowych scen z „The Room”, które na nowo odgrywane są przez braci Franco i pozostałych aktorów. Zamierzonym efektem było aż do złudzenia sparodiowanie powszechnie znanych fragmentów pierwowzoru z 2003 roku, aby w widzach przywołać nieco nostalgii związanej z pierwszym seansem melodramatu, który kiedy musieli przeżyć. Nostalgia ta zaś jest rozumiana w pełni pozytywnie, bo i takie odczucia wiąże się z „The Room”. Choć film sprzed lat jest totalną porażką scenariuszową i aktorską, to do dzisiaj jest miłowany przez miliony. Niektórzy nawet wręcz obsesyjnie znają większość najbardziej kiepskich (a zarazem najzabawniejszych) kwestii, monologów lub też całych dialogów z dzieła Wiseau. Możliwość ponownego usłyszenia ich na wielkim ekranie dzięki „Disaster Artist” jest komediowym spełnieniem marzeń niejednego wielbiciela kina.

Disaster Artist - I did not
„Disaster Artist” przywołuje wiele kultowych scen z „The Room”.
Źródło: filmweb.pl

Co tu dużo więcej pisać. Aktorsko film Jamesa Franco jest o niebo lepszy od „The Room”. Scenariuszowo – tak samo. Pod względem realizacyjnym – nie inaczej. Po prostu można stwierdzić, że wszystko jest w nim jak najbardziej w porządku, podczas gdy dzieło Tommy’ego Wiseau to z kinematograficznego punktu widzenia dno i dwa metry mułu. Ale właśnie dzięki temu pokochaliśmy „The Room”, a „Disaster Artist” pokochamy za świetne pogłębienie naszej wiedzy na temat „the best worst movie ever” oraz idealne sparodiowanie go, które jest jak miód na serce kinomana.

I za Jamesa Franco. Ten to dopiero odwalił kawał dobrej roboty.

The Room - I did not