Na tę animację czekaliśmy 14 lat, czyli „Iniemamocni 2”

Doskonale pamiętam moje pierwsze zetknięcie z superbohaterską rodzinką w czerwonych trykotach. Był grudzień 2006 roku, choć sam film miał swoją premierę dwa lata wcześniej. To właśnie wtedy, po raz pierwszy w naszym kraju, zaczęto nadawać Disney Channel – kanał bezpośrednio skierowany do dzieci i młodzieży. Ramówkę wypchaną kreskówkami i serialami aktorskimi zainaugurowała emisja „Iniemamocnych” zaplanowana na godzinę 17 tego dnia.

Tak, wciąż piszę to z pamięci, bo dobrze utkwiło mi to w głowie. Wraz z rodzeństwem pełni ekscytacji siedzieliśmy na podłodze z dwa metry od telewizora, a animacja pochłonęła nas całkowicie. W przyszłości kultowe dzieło Pixara we współpracy ze wspomnianym Disneyem widziałem jeszcze co najmniej kilka razy, ale kto byłby w stanie to dokładnie zliczyć. Ważny jest fakt, że „Iniemamocnych” można już bez skrupułów uznać za wiekowy tytuł. W końcu 14 lat to nie byle liczba w okresie, gdy animacje tworzy się niemal hurtowo.

Iniemamocni (1)
Tak rodzina herosów prezentowała się aż 14 lat temu!
Źródło: filmweb.pl

W międzyczasie dzieciaki, takie jak wówczas ja, zdążyły stać się w pełni dorosłe, a sama wytwórnia Pixar nakręciła trzynaście kolejnych filmów. Nie przeszkadzało to jednak w tym, aby do tematyki powrócić, a ten kuriozalny odstęp między pierwszą a drugą częścią stał się jeszcze lepszym gwarantem zyskania uwagi publiczności na premierze sequela. W końcu co oddziałuje na nas lepiej niż sama nostalgia? A każdy, kto „Iniemamocnych” obejrzał choć raz lub dwa, na pewno przyzna, że główni bohaterowie zadomowili się gdzieś tam w pamięci.

Po kilkuletniej posusze informacyjnej, a następnie pierwszym wzmiankom i zapowiedziom, w końcu nadeszli! Obdarzona nadzwyczajnymi mocami rodzinka wróciła na wielkie ekrany, aby nie tylko dostarczyć nam świetną, animowaną rozrywkę, ale i uderzyć prosto w uczucia, których wywołanie przez tak wyczekiwany powrót było tylko formalnością. „Iniemamocni 2” to jubileuszowa, dwudziesta produkcja Pixara, do amerykańskich kin trafiła w połowie czerwca i z miejsca stała się hitem lata. W miniony piątek doczekaliśmy się jej również w naszych lokalnych multipleksach. Tak więc najwyższa pora przekonać się, co u Pana Iniemamocnego, Elastyny i ich podopiecznych słychać.

Iniemamocni (2)
A tak wyglądają teraz. Trochę… wyładnieli 😉
Źródło: filmweb.pl

Warto mieć w pamięci, jaką sceną zakończyła się pierwsza część przygód animowanych superbohaterów. Zostaliśmy zarzuceni cliffhangerem w postaci nowego zagrożenia dla metropolii, któremu czoła miała stawić tytułowi Iniemamocni. Po wzlotach i upadkach w potyczce z głównym czarnym charakterem filmu – Syndromem, zgrana familia ruszyła na Człowieka Szpadla. Jakkolwiek fantazyjny nie byłby to przeciwnik, pamiętajcie o nim zasiadając w kinowej sali na kontynuacji, bo właśnie w tym miejscu rozpoczyna się akcja filmu!

Już w pierwszej minucie uciszeni zostają ci, którzy mniej lub bardziej ironicznie krytykowali drugą część „Iniemamocnych”. Pytania typu „Minęło 14 lat, a dzieciaki nic nie urosły?” znaleźć można było nie tylko na polskich, ale i zagranicznych (nawet oficjalnych!) stronach i forach poruszających tematykę nowej animacji Pixara. Rozsądniejsze osoby pozostawały spokojne, gdyż nie trudno było domyślić się, że bohaterowie nie zmienili ze względu na osadzenie fabuły sequela zaraz po wydarzeniach z „jedynki”. Początek seansu tylko to potwierdza – na dobry start możemy ujrzeć uzdolnionych krewnych walczących w centrum miasta z villainem zaprezentowanym nam jeszcze 14 lat temu.

Iniemamocni (3)
Co oni zrobiliby bez siebie nawzajem?
Źródło: filmweb.pl

Mimo wszystko heroiczna batalia jest tylko kilkuminutowym wprowadzeniem do głównej osi fabularnej „Iniemamocnych 2”, bowiem w wyniku potyczek z Człowiekiem Szpadlem w metropolii doszło do poważnych strat. Zburzone budynki, wyniszczona infrastruktura miejska i poważne zagrożenie dla mieszkańców sprawiły, że władze szybko obarczyły winą tytułowych herosów. Jest to problem dość znany z wielu dzieł poruszających tematykę superbohaterską. Pierwszy lepszy przykład to „Civil War” od Marvela. Nie zmienia to faktu, że tym samym jest to problem bardzo życiowym i rozsądnym, co tylko podbudowuje realizm wykreowanego świata. Co tyczy się nawet filmu animowanego!

Pięcioosobowa rodzina i ich bliski przyjaciel Mrożon muszą odsunąć się w cień i kompletnie porzucić bohaterski tryb życia. Nie jest to łatwe, gdy nagle trzeba zderzyć się z codziennymi, szarymi trudnościami, które nie były odczuwalne podczas ratowania świata zapewniającego chwałę i godną przyszłość. Nic dziwnego, że Bob i Helen, w trosce o dobro swoich wciąż młodych dzieci, próbują znaleźć najlepsze wyjście ze swojej kiepskiej sytuacji. A dzięki zupełnie nowym postaciom zaprezentowanym w filmie, pojawia się dla nich iskierka nadziei.

Iniemamocni (4)
Bez obaw fani Mrożona! Zobaczycie go tutaj nieraz!
Źródło: filmweb.pl

Z fabuły nie chcę zdradzać wiele więcej, ale możecie być pewni, że zachowuje ona pewien stopień oryginalności pomimo tego, że zarys głównego wątku może wydawać się już niejednokrotnie przerabiany. Wszystko jednak jest uszyte nićmi świetnie znanymi nam sprzed 14 lat, gdy poznawaliśmy naszych superbohaterów.

Miło jest wrócić do tych wręcz karykaturalnych postaci, które tak bardzo polubiliśmy. Olbrzymi i supersilny Pan Iniemamocny nadal jest zmęczonym życiem, ale i chcącym wykazać się ojcem, rozciągliwa Elastyna nadopiekuńczą i twardo stąpającą po ziemi matką, a dzieciaki wciąż potrafią dokopać swoimi zwykłymi, codziennymi utrapieniami. Sęk w tym, że wzbogacają je o swoje nadnaturalne zdolności. Potrafiąca znikać Wiola przeżywa pierwsze załamanie miłosne względem swojego kolegi ze szkoły Tony’ego, superszybki Maks nadal ma problemy z matematyką, a niemowlak Jack-Jack… jest po prostu niemowlakiem, co już doprowadza do obłędu.

Iniemamocni (5)
Chyba prościej byłoby pobić kilkunastu bandytów niż uśpić jedno super-dziecko.
Źródło: filmweb.pl

Żadna z głównych postaci nie straciła swojego charakteru, do czego prawdopodobnie twórcy bardzo usilnie dążyli. A nie mogło być to proste po tak wielu latach zajmowania się licznymi innymi animacjami spod szyldu Pixara i Disneya. Niemniej jednak stanięto na wysokości zadania i podczas „Iniemamocnych 2” czujemy do postaci te same wartości, jak przy pierwszym ich poznawaniu. Tyle, że protagonistów znamy już bardzo dobrze i tylko czekamy, co jeszcze może się im przytrafić. A szczególnie najmłodszemu członkowi rodziny, którego rozwoju postaci chyba wszyscy byli najbardziej ciekawi.

Nie brakuje także powracających bohaterów drugoplanowych. Potrafiącego władać lodem Mrożona jest chyba jeszcze więcej niż w poprzedniej odsłonie. Za to specyficzna i szykowana Edna Mode, odpowiedzialna za trykoty uzdolnionej familii, pomimo dwóch niedługich scen ze swoim udziałem, otrzymuje niezwykle ważne zadanie. Trudno byłoby jednak znaleźć jej więcej czasu ekranowego, gdy potrzebuje go też garstka nowych kreacji napędzających fabułę.

Iniemamocni (6)
Ciocia Edna zawsze pomoże.
Źródło: filmweb.pl

Tak oto do kanonu głównych postaci dołącza rodzeństwo Deavorów – super zamożny Winston oraz informatycznie uzdolniona Evelyn. Ten pierwszy jest właścicielem jednej z najlepiej prosperujących firm w świecie „Iniemamocnych” i oferuje wiodącym bohaterom szanse na powrót do ratowania świata. Z tym, że teraz będą robić to lepiej, sprawniej i w pełni zgodnie z panującym prawem. Siostra miliardera jest za to jego prawą ręką, bez której byłby nikim. To ona odpowiada za technologiczne funkcjonowanie firmy, a znajdującej się w kłopotach rodzinie Parr proponuje pełne wsparcie techniczne i gadżetowe. Nic tylko korzystać, prawda?

W ten sposób los uśmiecha się w stronę Boba i Helen. Rodzeństwo Deavorów chce ponownie wspiąć herosów na wyżyny chwały i poszanowania, a pierwszym krokiem mają być śmiałe wyczyny Elastyny. Jak się okazuje, to ona działa najsprawniej ze wszystkich znanych nam uzdolnionych postaci, a więc jest furtką do ponownego zyskania uznania wśród społeczeństwa, władz i mediów. Tymczasem na Pana Iniemamocnego czekać będzie inne, wielkie wyzwanie – opieka nad dziećmi i domem. W tym przypadku trudno stwierdzić, co może być trudniejsze…

Iniemamocni (7)
Evelyn i Winston Deavor wyciągają herosom pomocną dłoń.
Źródło: filmweb.pl

Szybko okazuje się, że drobne uliczne występki kieszonkowców to nie to, z czym przyjdzie zmierzyć się Elastynie. W metropolii zaczyna grasować nowy arcywróg podający się jako Ekrantyran. Jego motywacje i zdolności potrafią zjeżyć włosy na głowie, bowiem bez większych problemów potrafi włamać się do systemów elektronicznych i dowolnie nimi sterować. Najczęściej jego celem padają monitory, przez które nadaje hipnotyzujące sygnały omamiające umysły tych, którzy akurat na nie spoglądali.

Jak bohaterowie poradzą sobie z nowym zagrożeniem koniecznie musicie zobaczyć sami w kinie, bo na pewno warto to zrobić. Dwugodzinny seans kompletnie nie nuży, co jest zasługą świetnie dobranych proporcji scen akcji z tymi bardziej przegadanymi, które mają znaczącą wagę dla formowania fabuły lub po prostu dostarczenia humoru. Te pierwsze to szczególnie dialogi uzdolnionej rodziny z Deavorami, podczas których poznajemy nowych bohaterów i realia, w których wszyscy będą się znajdować. To już nie jest działanie na własną rękę, jak w przypadku „jedynki”. Teraz ekipa się rozszerza, a uwagę należy zwracać na wiele więcej czynników.

Iniemamocni (8)
Chcąc wrócić na panteon bohaterów, trzeba rozważyć wiele kwestii.
Źródło: filmweb.pl

Zaś tempo filmu zwalnia równie często podczas sekwencji w rodzinnym domu Iniemamocnych. Podczas gdy Elastyna ratuje świat, Bob musi naprawiać kiepską sytuację sercową Wioli (albo przynajmniej sam uważa, że należy to zrobić), a z Maksem spędza godziny przy rozwiązywaniu matematycznych równań. To jednak nic w porównaniu do niemowlaka Jack-Jacka. Każdy rodzic jest w stanie potwierdzić, że zwykłe brzdące są już nad wyraz kłopotliwe. Co innego, jeśli jest to dziecko superbohaterów i również ma w sobie ukryte moce. W tym przypadku nie są to jedna lub dwie konkretne umiejętności, jak to miejsce ma u pozostałych członków rodziny. Jack-Jack potrafi… dużo więcej. Przekonaliśmy się o tym po części w zwiastunie, jednak bądźcie gotowi na to, że film przyniesie Wam wiele więcej komicznych i szalonych sytuacji z niemowlakiem niepotrafiącym kontrolować swoich zdolności.

Jakbym miał ocenić na oko, sama postać Jack-Jacka wywoływała u widzów więcej śmiechu niż wszystkie pozostałe kreacje razem wzięte. Ale nie ma się czemu dziwić – młodociany był pełną gammą możliwości humorystycznych dla twórców „Iniemamocnych 2”.

Iniemamocni (9)
Pierwsza do akcji rusza ulubienica mieszkańców – Elastyna!
Źródło: filmweb.pl

Fantastyczne jest również to, że choć pierwsza odsłona zadebiutowała już kilkanaście lat temu, to stylistyka tej animacji przełożona jeden do jednego na drugą część zupełnie nie budzi niesmaku. Jasne, widać, że „dwójka” jest dużo bardziej dopieszczona i szczegółowa, w końcu należało wykorzystać współczesne możliwości, jednak w zestawieniu z animacją z 2004 roku wciąż wygląda do niej podobnie. Wychowani na oryginalnych „Iniemamocnych” dostaną to, co widzieli za dzieciaka, a nowi widzowie bez problemów polubią formę stylistyczną cyklu.

Nie potrafię opisać uczucia, które towarzyszyło mi w każdym momencie wykorzystującym motyw muzyczny filmu. Na pewno świetnie go znacie, a nostalgia, którą sobą przywoływał, jeszcze bardziej formowała moją pozytywną ocenę dla tej animacji. Sceny akcji dopełnione są porywającymi utworami, które dodają wszystkiemu doniosłości. Melodie niczym wyjęte z kultowych filmów szpiegowskich to coś, co doskonale budowało klimat „jedynki”, ale robi to również teraz. Nie wyobrażam sobie motocyklowego pościgu Elastyny lub bijatyki Pana Iniemamocnego bez dynamicznej i podkreślającej dramaturgię muzyki. Aż nie chciało się mrugać, aby nie przegapić żadnego ruchu uwydatnionego nagłymi skokami dźwiękowymi.

Iniemamocni (10)
Dodajcie do tego ujęcia brawurową muzykę rodem z filmów szpiegowskich i macie klimat „Iniemamocnych”.
Źródło: filmweb.pl

Czy „Iniemamocni 2” to animacja-kontynuacja wręcz idealna? Niekoniecznie. Jest świetna, a nawet rewelacyjna. Tego na pewno nie można jej odebrać. Jednak nawet ja odczułem pewne bolączki podczas jej oglądania. Nie są one jakieś wielkie, bowiem dzieciaki nawet nie zwrócą na nie uwagi, a dorośli fani bez problemów przełkną ślinę i je przeboleją, ale zrealizowanie filmu perfekcyjnego to w większości przypadków marzenie nie do spełnienia. Choć niewiele brakowało!

Jak każda produkcja akcji, tutaj również doświadczymy co najmniej kilku większych lub mniejszych plot twistów. O ile te drobne nie były zbyt przewidywalne, o tyle jeden kluczowy zwrot pozostawił u mnie pewien niesmak. Przywoływać go oczywiście nie będę, bo z pewnością zrujnowałby Wam zabawę podczas seansu, ale myślę, że po obejrzeniu filmu będziecie wiedzieć, o co chodzi.

Iniemamocni (11)
Ach tak, zapomniałbym. Pojawia się też paru nowych, drugoplanowych superbohaterów!
Źródło: filmweb.pl

Niemniej jednak współczesne kino przyzwyczaiło nas już do nieco obniżonego poziomu oryginalności scenariuszowych. Nie zawsze chodzenie utartymi ścieżkami jest złe, szczególnie gdy ubiera się je w nowe, własne szaty, jednak premiera wyczekiwana przez tyle lat mogłaby pokusić się o coś więcej niż taki lekko rozczarowujący zwrot akcji.

W każdym razie nie niszczy on seansu na tyle, aby nie dostrzec wspaniałości pozostałych elementów składowych „Iniemamocnych 2”. Animacja jest wręcz bardzo dobra i takie kontynuacje chciałbym oglądać częściej. Potwierdza się opinia, że Pixar to jednak wie, co robi. Każdy następny film tego studia utrzymuje wysoki poziom i zabawia miliony dzieci oraz dorosłych. Myślę, że w tym przypadku szczególnie tych drugich, którzy wraz z pierwowzorem z 2004 roku dorastali.

Iniemamocni (12)
Źródło: giphy.com

Teraz mam tylko cichą nadzieję, że kiedyś historia ta stanie się trylogią. Może za kolejne 14 lat, może szybciej, ale byłoby miło i na pewno bym obejrzał!

Moja ocena: 8/10

„Czarna Pantera” – Walka o tron afrykańskiej utopii

Ten film to zupełny powiew świeżości dla kina superbohaterskiego ostatnich lat. Tak, wiem. Podobnym stwierdzeniem rzuciłem, o ile dobrze pamiętam, w przypadku „Thora: Ragnarok” w październiku zeszłego roku. Jednak tym razem seans jest zupełnie inny. W przywołanej trzeciej odsłonie solowych przygód boga piorunów swojego rodzaju wyjątkowością było ukierunkowanie się przede wszystkim w stronę humoru i nieco mniej poważne podejście do poważnego motywu, jakim był tytułowy zmierzch bogów. Było to oryginalne i z pewnością wykraczające poza to, czego pierwotnie można było oczekiwać.

Czarna Pantera - Recenzja

Po paru miesiącach przyszła pora na premierę kolejnego odcinka marvelowskiej serii wysokobudżetowych ekranizacji komiksów. Na tę zaś czekano z jeszcze większym zainteresowaniem niż na trzeciego „Thora” lub nawet „Spider-Mana: Homecoming”, który był swoistym powrotem człowieka-pająka do swojego prawowitego miejsca. Świadczą o tym choćby bilety wyprzedające się jak szalone na co najmniej kilka tygodni przed światową premierą widowiska. Na rezerwacje rzucili się dosłownie wszyscy. Przede wszystkim zamiłowani wielbiciele Marvela, ale także potężna reprezentacja Afroamerykanów.

Nie, nie jest to żadne rasistowskie stwierdzenie. Ogromną uwagę ze strony czarnoskórych osób zauważyć można było bez większego wysiłku. Szturmowali strony z biletami w przedsprzedaży i nakręcali niemały hype na całe widowisko. Ale nie ma co się dziwić. W końcu mowa tutaj o „Czarnej Panterze„!

Czarna Pantera - Pantera
T’Challa wyróżniał się już w „Wojnie bohaterów”. Czas na jego własny film!
Źródło: filmweb.pl

Tytułowy superbohater był pierwszym pełnoprawnym czarnoskórym herosem, który pojawił się na łamach komiksów Marvela. Zadebiutował w 1966 roku w jednym z zeszytów z serii „Fantastic Four” i już od tamtej pory przykuwał uwagę afroamerykańskiego odsetka czytelników. Teraz, gdy Marvel przeżywa złotą erę ekranizacji swoich papierowych dzieł, również może uchodzić za pioniera. Bowiem film „Czarna Pantera” jest pierwszą produkcją z gatunku superbohaterskiego na tak ogromną skalę, w której tytułową, główną rolę odgrywa czarnoskóry aktor. A co więcej – niemal cała obsada, z racji wątków fabularnych, jest mu podobna i dzięki temu zwraca na siebie jeszcze większą uwagę popkulturowego światka.

Wielki sukces i zainteresowanie „Czarną Panterą” można w pewien sposób porównać do niebagatelnego osiągnięcia, którym niecały rok temu cieszyła się ekranizacja „Wonder Woman” ze stajni DC Comics. Postać zagrana przez Gal Gadot była pionierką wśród żeńskich superbohaterek na wielkim ekranie, które otrzymały własny, solowy tytuł. W tej kwestii Marvel został wyprzedzony, bo choć pochwalić się może takimi paniami, jak Black Widow lub Scarlet Witch, to wciąż nigdy nie odegrały one roli wiodącej.

Czarna Pantera - T'Challa i Okoye
T’Challa ma za co walczyć. Honor, ojczyzna i miłość.
Źródło: filmweb.pl

DC we współpracy z Warner Bros. trafiło w niszę, jaką była damska reprezentacja miłośników komiksów i filmów, zaś Marvel i Disney nie pozostali dłużni ujawniając swoją tajną broń w postaci „Black Panther”, o którym tutaj mowa. Jednak jeden z najnowszych herosów w uniwersum cieszy się uznaniem nie tylko wśród osób podzielających jego kolor skóry, ale także i całej reszty miłośników blockbusterów czy też komiksów. Wynika to z tego, że nowa produkcja MCU jest po prostu wyśmienita pod wieloma względami.

O wyjątkowości filmu świadczyć może między innymi fakt, że spora części akcji osadzona zostaje w  Afryce, która dotąd pozostawała nam nieznana w realiach tego uniwersum. Przygody superbohaterów nieraz wykraczały poza terytoria Stanów Zjednoczonych, jednak nigdy na zbyt długo. Prędzej czy później chodziło o ratunek ludzkości w… Nowym Jorku. Teraz jednak przeniesiono nas do Wakandy – fikcyjnego państewka w ubogich terenach Czarnego Kontynentu. I właśnie za takie uchodzi ów kraj w pozostałej części świata. Nikt nie jest świadomy tego, że tak naprawdę nie kończy się ono na mało żyznych ziemiach i zacofanych metodach życia. W głębi afrykańskich lasów skryta jest prawdziwa Wakanda – wysokorozwinięta cywilizacja, która swój dobrobyt zawdzięcza vibranium. Ten kosmiczny materiał przewijający się już przez wiele filmów Marvela ma w końcu swoje największe zastosowanie właśnie w „Czarnej Panterze” i nareszcie możemy dowiedzieć się o nim dużo więcej. Nie zaledwie tyle, że to z niego powstała słynna tarcza Kapitana Ameryki.

Czarna Pantera - Wakanda
W Wakandzie niemal wszystko powstało z vibranium. Ten latający statek najpewniej również.
Źródło: filmweb.pl

Wakanda, choć bogata i rozwinięta, jak żadne inne miejsce na Ziemi, wciąż jednak pozostaje ściśle zakorzeniona z tradycjami i kulturą afrykańską, co w filmie jest aż nadto widoczne. Przygotujcie się na liczne sceny, które dla nas wyglądać mogą nietypowo, jednak dla tamtejszej ludności są codziennością. I działa to jak najbardziej na plus, bo nie dość, że buduje porządny klimat, to całość zyskuje wspomnianą przeze mnie świeżość i oryginalność dla tego gatunku kina.

Tradycyjne obrzędy, kolorowe stroje i tron, na którym zasiada król Wakandy i posiadacz mocy Czarnej Pantery w jednej osobie. To właśnie ten ostatni będzie niezwykle istotny dla wydarzeń ukazanych w „Black Panther”, jako że (co nie jest spoilerem) miejsce po swoim zmarłym ojcu objąć ma główny bohater T’Challa. Jednak, jak można się domyślać, władza nigdy nie przychodzi bezproblemowo, a to wiąże się z wieloma interesującymi dla widza następstwami w fabule.

Czarna Pantera - Kultura
Tronu nie da się tak łatwo objąć. Trzeba o niego zawalczyć.
Źródło: filmweb.pl

Chadwick Boseman w roli T’Challi – tytułowego bohatera, zadebiutował już nieco wcześniej podczas trzeciej części przygód Kapitana Ameryki, w której doszło do starcia między podzielonymi członkami ugrupowania Avengers. Pojawił się tam niespodziewanie i, jak często podkreślano, sam skradł całe show. Doceniano jego dopracowany wygląd, niemal kocie ruchy podczas scen pojedynków, a także samego aktora, który na medal spisał się pod względem wykreowania charakteru i stylu bycia swojej postaci.

Nic dziwnego, że na wielki powrót T-Challi czekano z wypiekami na twarzy. Okazuje się, że było warto. Potwierdzają się wcześniejsze opinie widzów – Boseman jest urodzonym odtwórcą tej roli. Urzeka swoim sposobem wypowiadania się (język angielski z afrykańskim akcentem) oraz manierą, która nie pozwala nie polubić jego postaci i związać się z nią bliżej. Myślę, że równie kluczowy był tu jego pierwszy występ w „Wojnie bohaterów”, gdzie poprzeczkę zawiesił wysoko i na szczęście w swoim solowym filmie dał radę jej dorównać.

Czarna Pantera - T'Challa
Chadwick Boseman świetnie odnajduje się w roli afrykańskiego króla T’Challi.
Źródło: filmweb.pl

Jednak „Black Panther” to nie show jednego aktora. Ogromne uznanie należy się też stojącemu po przeciwnej stronie barykady złoczyńcy Killmongerowi, w którego wciela się niesamowity Michael B. Jordan. Tak jak Boseman był objawieniem w „Wojnie bohaterów”, tak ten aktor niewątpliwie jest najjaśniejszą perłą w najnowszej produkcji. Aktor ma już za sobą pokaźną liczbę ról, jednak głośniej zrobiło się o nim dopiero w przypadku dramatu sportowego „Creed: Narodziny legendy”. Mimo to nie można odjąć mu umiejętności, które widoczne są w każdej scenie z jego udziałem. Dzięki Jordanowi, Killmonger nie jest kolejnym miałkim łotrem, na co do pewnego czasu cierpiały niemal wszystkie filmy Marvela. Jest wyrazisty, czuć w nim siłę i pewność siebie.

Zaś po stronie samego scenariusza warto wypunktować jasne i zrozumiałe dla widza motywacje, które kierują wrogiem Czarnej Pantery, oraz wszystkie późniejsze poczynania Killmongera niebędące jedynie głupimi działaniami mającymi na celu pozbycie się T’Challi i zawładnięcie światem. Nie, tutaj chodzi o coś więcej. Ukryte są w tym idee, które po pewnej analizie wydają się niezwykle sensowne. Był moment, że nawet ja sam uznałem poglądy tej postaci za całkiem słuszne. Trzeba przyznać, że Erik Killmonger jest naprawdę świetnie rozpisaną i solidną kreacją.

Czarna Pantera - Killmonger
Gość nie tylko przeraża z wyglądu, ale naprawdę wie do czego dąży.
Źródło: filmweb.pl

I choć może trudno w to uwierzyć, takie wrażenie odnoszę również wobec wielu pozostałych postaci pierwszo- i drugoplanowych. Choć wiadomo, że dla części z nich nie znalazło się zbyt dużo czasu ekranowego, aby bardziej je przedstawić, to wciąż można docenić kilku naprawdę dobrze przemyślanych i odegranych bohaterów. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym wśród nich nie wymienił jeszcze Shuri, czyli młodszej siostry króla T’Challi, która odpowiedzialna jest za vibranium i co za tym idzie – cały technologiczny postęp Wakandy. Wcieliła się w nią młoda aktora Letitia Wright, która skradła mi serce (i jak później się dowiedziałem – nie tylko mi) dosłownie z miejsca w pierwszej scenie ze swoim udziałem.

Czarna Pantera - Shuri
Zabawna i inteligentna. Serduszko dla Shuri!
Źródło: filmweb.pl

Wśród długiej listy obsady nie doliczymy się zbyt wielu białoskórych aktorów. Jednak w fabule znalazło się miejsce przede wszystkim dla jednego z nich – Martina Freemana. Brytyjczyk świetnie znany z „Hobbita” oraz „Sherlocka” dostał w „Czarnej Panterze” niemałą rolę do odegrania, która w pewnych momentach jest naprawdę znacząca dla losów wydarzeń. Aktor kreuje tutaj postać Everetta Rossa będącego jednym z pracowników amerykańskiego rządu. W wyniku pewnych okoliczności, trafia do afrykańskiej Wakandy, która potrzebować będzie jego pomocy w nadchodzącym pojedynku. Osobiście niezmiernie cieszę się z jego sporego udziału w historii, jako że aktor w pełni na to zasługiwał. Wiedziałem, że może sporo wnieść do kinowego uniwersum Marvela i tak właśnie się stało. Pojawił się już wcześniej w „Wojnie bohaterów”, jednak tam jego rola została zepchnięta na drugi, a nawet trzeci plan. Teraz zaś zyskał dużo więcej niż własnych pięć minut.

Czarna Pantera - Ross
Everett Ross ma przyjemność na własnej skórze doświadczyć tego, czym naprawdę jest Wakanda.
Źródło: filmweb.pl

W fotel wgniata to, jak ten film wygląda, choć do tej kwestii chyba wszyscy powinniśmy być już przyzwyczajeni. Każda kolejna produkcja kooperacji Marvel-Disney to obraz wygenerowany komputerowo na najwyższym możliwym poziomie. Nie zmienia się to od lat, a jeśli już – to tylko na lepsze i lepsze. Afrykańskie krajobrazy wokół i w samej Wakandzie chwytają za serce. Oczy cieszą się, gdy na ekranie widać wielokilometrową sawannę, czy też ogromne wodospady lub bujną roślinność między szczytami. Zaś z drugiej strony szczęka potrafi opaść, gdy znajdziemy się w tej technologicznej części skrytego kraju, która wyprzedza realia reszty świata o dziesiątki, jak nie setki lat.

Podczas omawiania „Czarnej Pantery” grzechem byłoby nie wspomnieć o muzyce, która w przypadku tego filmu została przygotowana pieczołowicie. Choć nie od dziś wiadomo, że dźwięki w filmach są jednym z najważniejszych wyznaczników odbioru przekazu, a sam Marvel stara się za każdym razem jak najlepiej podejść do tematu soundtracku, to tym razem twórcy postanowili przejść samych siebie. Pieczę nad muzycznym projektem pełnił popularny amerykański raper Kendrick Lamar, który z pomocą wielu innych uzdolnionych artystów skompletował czternaście utworów będących stworzonymi specjalnie na potrzeby superbohaterskiego filmu. „Black Panther: The Album” miał swoją światową premierę 9 lutego, a więc na parę dni przed wejściem ekranizacji do kin. Dzięki temu można było już wcześniej wsiąknąć w klimat produkcji i z większą niecierpliwością wyczekiwać seansu.

Soundtrack, liczący sobie niemal 50 minut utworów, skomponowany został tak, aby idealnie wpasować się do konkretnych wydarzeń i scen w filmie, ale i być w pełni nadającymi się do odsłuchu bez obrazu. Single „All the Stars”, „King’s Dead” oraz „Pray for Me” szybko zdobyły serca fanów na długo przed premierą ekranizacji, a gdy krążek ostatecznie ukazał się na rynku – również krytycy byli wobec niego przychylni. Po cztery gwiazdki na pięć możliwych wystawiły takie profesjonalne media, jak „The Guardian” czy „Rolling Stone”. Zaś listy przebojów w USA, Norwegii, Danii i Kanadzie były jednogłośne – pierwsza lokata w ciągu kilku dni po ukazaniu się albumu.

Czarna Pantera - T'Challa i Killmonger
A tron tylko jeden…
Źródło: filmweb.pl

Mocny akcent położony na muzykę czuć za każdym razem, gdy jakiś motyw dźwiękowy rozbrzmiewa podczas seansu. Chciałoby się, aby wszyscy twórcy filmowi byli aż tak świadomi mocy, jaką niesie ze sobą odpowiednia ścieżka dźwiękowa. Ta, w „Czarnej Panterze”, w połączeniu ze świetnymi efektami specjalnymi godnymi kinowego blockbustera oraz bohaterami, których kreacje przekroczyły nawet moje najbardziej optymistyczne oczekiwania, tworzą naprawdę świeżą i solidną całość, w której próżno doszukiwać się jakichś bardziej znaczących minusów.

Okazuje się, że po dziesięciu latach od pierwszego „Iron Mana”, kinowe uniwersum Marvela wciąż ma się bardzo dobrze i nic nie zwiastuje pogorszenia się tego stanu. Można spać spokojnie, bo jeśli ma czekać nas jakiekolwiek zaskoczenie, to tylko w pełni pozytywne. A to bardzo dobrze nastraja przed „Avengers: Infinity War”, które jest już tuż za rogiem!

Moja ocena: 9/10

„Coco” – O rodzinie, muzyce i przemijaniu grając na emocjach

Znowu to zrobili. Nie jest niczym zaskakującym, że każda kolejna pozycja wywodząca się spod skrzydeł amerykańskiego studia Pixar jest niecierpliwie wyczekiwana przez fanów form animowanych oraz znawców bądź miłośników kina wszelako rozumianego. Zadziałała na to wieloletnia reputacja wytwórni, która słynie ze staranności i dopieszczania każdego ze swoich dzieł. I choć sceptycy mogli przypuszczać, że fenomenalne początki z „Toy Story”, „Dawno temu w trawie” lub „Potworami i spółką” były tylko debiutancką skrupulatnością nowicjuszy wśród światowych wytwórni, to teraz po latach chyba nikt nie ma wątpliwości, że na Pixara zawsze można liczyć, bo jeśli nawet poprzeczki nie podniesie, to z pewnością ją wyrówna.

Coco - Recenzja

Nie da się również pominąć faktu, że Pixar od lat wchodzi w skład giganta, jakim jest Disney. Oczywiste jest więc, że nie są już na tyle niezależni, co wcześniej. Mimo to wciąż czuć w ich projektach tego wyjątkowego ducha, który obecny był nawet kilkanaście lat temu, gdy studio nabierało tempa. Ostatnio zauważalne są powroty do stałych tytułów w postaci kontynuacji. Rok temu dostaliśmy „Gdzie jest Dory?”, w czerwcu „Auta 3”, a na horyzoncie jest nawet druga część „Iniemamocnych”. Jednak całe szczęście, że Pixar wciąż próbuje czegoś nowego, aby nie przyszyć sobie nowej łatki tak zwanych odgrzewaczy kotletów. Ich „W głowie się nie mieści” było przyjęte co najmniej świetnie, a teraz przyszła kolej na kolejny powiew świeżości, czyli bardzo długo wyczekiwane i bogato promowane „Coco„.

Ale czy na pewno tyle w tym nowości? Od czasu zapowiedzenia projektu, a już na pewno od momentu określenia głównej fabuły filmu, pojawiają się kinomani podchodzący do niego ze sporym dystansem. Sugerowali, jak i sugerują nadal, że „Coco” jest inspirowane powstałą trzy lata temu „Księgą życia” – animacją osadzoną w dosłownie tych samych realiach czasu i miejsca. Takie zarzuty (czasem jedynie lekkie, a niekiedy naprawdę poważne) są o tyle nieprzychylne dla Pixara, że ów „Book of Life” cieszyło się wielkim uznaniem widzów. Jednak jej problem tkwił w tym, że nie został nakręcony przez Disneya. A co za tym idzie – nie był na tyle popularny, aby trafić do dużo szerszego grona odbiorców.

Inaczej jest z „Coco”, które nagłaśniane jest od dobrych kilkunastu miesięcy i jestem pewien, że szturmem będzie podbijać najróżniejsze rankingi popularności. Ustosunkowując się jeszcze do wspomnianego podobieństwa do „Księgi życia” muszę zaznaczyć, że oba filmy różnią się diametralnie. Łączy je ze sobą to, że oba mają miejsce podczas meksykańskiego święta zmarłych, a główny bohater jest zafascynowany muzyką. Poza tym fabuły obu produkcji odbiegają od siebie na wiele sposobów co pokazuje, że nie powinno się bazować swojej opinii wyłącznie na pierwszym wrażeniu wywołanym przez zwiastuny. Szkoda tylko, że do niektórych ten morał nie dotrze, bo naprawdę nie warto stawiać jeden obraz obok drugiego i na podstawie ich różnic oraz podobieństw kreować swoje zdanie.

Coco - Dzień zmarłych
Akcja filmu odbywa się podczas meksykańskiego dnia zmarłych.
Źródło: filmweb.pl

Podoba mi się praktyka Disneya, która od kilku lat jest zauważalna coraz bardziej. Korporacja nie boi się podejmowania najróżniejszej tematyki. Jej pozycja jest już na tyle utarta i stabilna, a sympatię widzów zdobyli już tak dawno temu, że nie mają chyba czego się obawiać. Co najwyżej wyników finansowych słabszych niż zakładano, ale i to nie jest dla nich strzałem w kolano. Dążę do tego, że w „Coco” sięgnięto po typowo meksykański obyczaj, który raczej nie jest praktykowany u innych narodowości. Owszem, samo święto zmarłych (lub wszystkich świętych, co jednak jest tym samym) obchodzi się w wielu krajach na całym świecie, jednak chyba nigdzie choć w połowie nie przypomina wyjątkowości tradycji z Ameryki Środkowej.

Dia de Muertos, jak to w ich kulturze nazywane jest owe święto wypadające na przełom pierwszego i drugiego dnia listopada, charakteryzuje się biesiadnym, pozytywnym i radosnym podejściem do zagadnień życia pośmiertnego bliskich. Tak jak między innymi w Polsce opłakuje się tych, którzy odeszli z naszego świata, tak w Meksyku uważa się, że zyskali oni drugie, lepsze wcielenia w świecie niewidocznym dla wciąż żyjących osób. Tymczasem sądzi się, że zmarli zawsze są obecni pośród nich, a już w szczególności tego wyjątkowego dnia, gdy podczas wizyt na cmentarzach i organizowanych fiest wspomina się nieobecnych już członków rodzin.

Coco - Zmarli
Według wierzeń, po śmierci nasi bliscy otrzymują drugie życie w zaświatach.
Źródło: filmweb.pl

Więcej o samym wyglądzie Dia de Muertos dowiecie się podczas seansu, jako że Pixar postanowił położyć spory nacisk na autentyczności wykreowanego świata. Nie ma wątpliwości, że zostajemy wrzuceni do Meksyku z początku listopada. Wszyscy przygotowują się do wielkiego świętowania, a wokół czuć wyjątkowy klimat, który nam samym (widzom) jest bardzo obcy. Nie znamy takiego podejścia do dnia wszystkich świętych, co tym bardziej zwiększa ciekawość wobec tego, co zobaczymy na ekranie. Z tego co udało mi się wyczytać w internecie jakiś czas temu – Meksykanie chwalą sobie „Coco” za autentyczny stosunek do święta. Choć w filmie nie brakuje magii, czy też lekkich wyolbrzymień lub przerysowań, to postarano się o zachowanie głównych aspektów meksykańskich tradycji, które i my mamy okazję poznać zupełnie od zera, przy czym nie towarzyszy uczucie odmienność tamtych realiów. Wręcz szybko zaaklimatyzujemy się z tym sposobem świętowania, który między innymi na mnie robi potężnie pozytywne wrażenie.

Mając za fundament tak wyjątkowe święto, jakim jest Dia de Muertos, studio mogło popisać się kreatywną i niebanalną historią w sam raz do opowiedzenia na wielkim ekranie przy wykorzystaniu techniki animacji. I tak też uczyniono, a że za sam projekt zabrał się niezastąpiony Pixar, można było spać spokojnie na długo przed premiera. Teraz, gdy obraz jest już wyświetlany w kinach, wszyscy pozostali sceptycy mogą odetchnąć z ulgą. Fabuła jest tak świetnie zarysowana, wciągająca i niegłupia, że pod tym względem spełniony powinien być każdy widz. Nawet, jeśli nie jesteście wielbicielami animacji, to i tak z pewnością docenicie pomysłowość i kontrolowaną fantazję scenarzystów.

Coco - Świat zmarłych
Tak wygląda świat po drugiej stronie.
Źródło: filmweb.pl

Zdecydowanym głównym motywem fabularnym jest rodzina. To ta grupa społeczna tworzy tutaj najbardziej uwydatniony aspekt filmu, do którego odnosi się niemal wszystko to, co śledzimy w trakcie seansu. Więzi między członkami familii są skrupulatnie i nienagannie zarysowywane, a samych postaci jest na tyle dużo, że nie mamy wątpliwości co do istotności każdej formy pokrewieństwa. Rodzeństwo, rodzice, ciotki, wujkowie, babcie, dziadkowie i pradziadkowie. Przedstawione zostaje nam bogate drzewo genealogiczne pewnej meksykańskiej rodzinki, które będzie miało potężne znaczenie dla całości fabuły. Jednak nie bójcie się, że trudno będzie Wam nadążyć za rozpoznawaniem pokrewieństw animowanych bohaterów. Twórcy rozsądnie rozłożyli wszystko w czasie na tyle, abyśmy stopniowo zaznajamiali się z każdą postacią, by później mieć co najmniej wystarczające rozeznanie w rodzinnym aspekcie filmu.

Na ekranie pojawiają się obecni członkowie rody Riverów, jak i ci, którzy odeszli już z ludzkiego światka. Każdy z nich zachowuje jednak bardzo autentyczne i przyjazne dla widza walory, które sprawiają, że darzymy sympatią prawdopodobnie wszystkich. Wiadomo, niektórzy muszą stawać na drodze głównemu bohaterowi, jakim jest młody chłopiec Miguel, aby jakoś nakręcać całą fabułę, ale wciąż w myślach ma się to, że wszyscy postępują zgodnie z własnym sumieniem, poglądami i podejściami do danych spraw. Niektórzy sensownie, inni wcale, ale przynajmniej jeszcze lepiej świadczy to o ludzkich cechach filmowych postaci.

Coco - Bohaterowie
Film jest pełen barwnych bohaterów. Każdy ma w sobie coś indywidualnego.
Źródło: filmweb.pl

Co pewien czas zaznaczam, że odpowiedzialna za film jest wytwórnia Pixar i nie robię tego bez żadnego powodu. W „Coco” czuć ducha tego studia, co przejawia się na wiele sposobów. Jednym z nich, który wyraźnie odczułem podczas seansu, jest wyjątkowe i cenione dojrzałe podejście wobec animacji. Cechę tę można odnaleźć w każdym tytule wyprodukowanym przez Amerykanów. W tym przypadku jest niezmiennie, a być może nawet jeszcze bardziej uwydatniono ten wyróżnik. Niestety, ale w dzisiejszych czasach nadal panuje pewne przekonanie, że jeśli mowa jest o filmie animowanym, to z pewnością został skierowany do najmłodszych. Tymczasem kino od lat pokazuje, że jest to kompletna nieprawda i skrupulatnie otwiera się na dorosłych widzów łącząc kwestie typowo ukierunkowane na dzieci i młodzież z takimi, z którymi utożsamiać się będą osoby bardziej dojrzałe.

Stąd też próżno szukać w „Coco” dziecinnej naiwności oraz słodkiego lukrowania w scenariuszu w taki sposób, aby wszystko było dobre, radosne i kolorowe. Może bije się to z wizualną stroną filmu, jako że on sam w sobie jest pełen barw, ale dokładniej rozchodzi mi się o same wydarzenia i relacje międzyludzkie. Produkcja nie szczędzi sobie w pewnych momentach na brutalności (szczególnie w związku z pewnym zwrotem akcji w późniejszej fazie filmu) oraz odnoszeniu się do nie lada niekomfortowego zjawiska śmierci i zapomnienia. Takie podejście po części wymusza sama tematyka przewodnia filmu, a więc meksykańska forma dnia zmarłych, ale twórcy postanowili do cna wykorzystać nadarzająca się okazję do rozprawienia się z motywem umierania. I jak tu nadal sądzić, że współczesne wysokobudżetowe animacje są wyłącznie dla dzieci?

Coco - Rodzina
Najważniejszą wartością filmu jest rodzina. Nawet ta, której już z nami nie ma.
Źródło: filmweb.pl

Jeśli potrzeba jakichś dowodów, to o otwieraniu się na dorosłego widza świadczyć mogą między innymi osoby pełnoletnie coraz liczniej przybywające do kin. Będąc na sobotnim seansie „Coco” zauważyłem, że większą część sali zapełnili nie najmłodsi, lecz co najmniej dwudziestolatkowie i starsi. Nie wiem, co Wy o tym sądzicie, ale mnie zaistniałe zjawisko jak najbardziej cieszy, bo sam nieprędko zamierzam zrezygnować z czynnego oglądania animacji.

Zaznaczając raz jeszcze, Pixar robi w „Coco” to, z czego najbardziej jest znany. Skupia się na emocjonalnej płaszczyźnie filmu w taki sposób, aby wywołać w widzach konkretne emocje w konkretnych chwilach. I robi to perfekcyjnie, bo podczas seansu nieraz da się odczuć płynnie zmieniające się nastroje. Od szczęścia spowodowanego uśmiechem na twarzy głównego bohatera poprzez uronienie łez, gdy uwydatniany zostaje motyw życia i śmierci bliskich osób. Później zaś przychodzi moment na wybuchnięcie śmiechem, gdy kilka sekund kradnie Bogu ducha winny psiak Dante, aby później móc ponownie wprowadzić ogólnie panujący smutny nastrój. Dlatego pamiętajcie, że wybierając się do kina na jakikolwiek film Pixara, nie można liczyć na odprężający relaks w wygodnych fotelach przy wygaszonym świetle. Zostaniecie wyciśnięciu do cna z drzemiących w Was uczuciach, chyba że postanowicie nie zainteresować się wydarzeniami na ekranie.

Podobno i takie osoby przychodzą do kina…

Coco - Kolory
Produkcję zrealizowano z największą dokładnością i starannością. Robi wrażenie!
Źródło: filmweb.pl

Osobiście nie mogę wyjść z podziwu, jak piękną animacją jest „Coco”. I nie piszę już teraz o wzruszającej fabule ani naturalnie wykreowanych bohaterach, lecz samej technice i jakości wykonania. Wizualnie film jest dopieszczony do granic możliwości. Oczy zachwycają się każdym kadrem, a już w szczególności tymi w równoległym świecie zmarłych. Cudowna kolorystyka, dbałość o najmniejsze detale i rozmach, z jakim postanowiono zrealizować prawie dwugodzinny obraz, stoją na najwyższym możliwym poziomie, a ja nie przypominam sobie, aby któraś z animacji ostatnich lat mogła konkurować w tej kategorii.

Kawał porządnej roboty leży także po stronie ścieżki dźwiękowej, która (co oczywiste) garściami czerpie z kultury meksykańskiej. Pełno tutaj charakterystycznego brzdękania na gitarach lub skrzypcach, czy też dmuchania w trąbki, które są typowe dla słynnych na cały świat mariachi. Dźwięki te wzbogacane są oczywiście o adekwatne do wydarzeń, ale i sprawdzające się również indywidualnie, wokale wykonywane przez kilku głównych bohaterów. Nierzadko można docenić ich niebanalność i głębokość, które być może sprawią, że niektóre utwory zapiszą się w historii muzyki filmowej na dużo dłużej niż kilka tygodni bądź miesięcy, podczas których emitowany będzie film.

Coco - Muzyka
Zamiłowanie młodego Miguela do muzyki jest niezmierzone.
Źródło: filmweb.pl

Na koniec chciałbym jeszcze postawić ogromnego plusa przy polskiej wersji językowej. Nie od dziś wiadomo, że nasz krajowy dubbing stoi na naprawdę wysokim poziomie z pewnym zastrzeżeniem – wyłącznie w animacjach. „Coco” świetnie pokazuje, że aktorzy głosowi odgrywają świetną robotę, gdy rozchodzi się o użyczenie swojego brzmienia komputerowo wygenerowanym postaciom. Jednak oprócz dobrze poprowadzonych dialogów, fenomenalnie poradzono sobie z tłumaczeniami i polskimi wykonaniami licznych piosenek wchodzących w skład filmu. Brzmią przyjemnie dla uszu i z łatwością rozumie się wyśpiewane teksty. Co nie zawsze jest sprawą oczywistą, bo spokojnie można by znaleźć kilka przykładów na nieprofesjonalne podejście do sprawy.

Jednak na mnie ogromne wrażenie zrobiły polskie tłumaczenia napisów w samej warstwie wizualnej produkcji. Niesamowite jest to, że jeszcze jakiś czas temu teksty wygenerowane w animowanym świecie były nie do ruszenia i musieliśmy się zadowalać biało-czarną transkrypcją u dołu ekranu. Teraz aspekt ten (dla wielu pewnie niezbyt istotny, w przeciwieństwie do mnie) poszedł daleko do przodu i nawet wmieszane w otoczenie napisy mogą być przemienione z oryginalnego angielskiego na nasz polski. Byłem pod wrażeniem! Podobno trzeba cieszyć się z drobnych rzeczy 😉

Coco - Miguel
Miguel dostanie cenną lekcję życiowych wartości.
Źródło: filmweb.pl

Jako wielbiciel animacji jestem zobligowany stwierdzić, że „Coco” to obraz tak dobry, jak mało który dotąd powstały. Nie potrafię spojrzeć na niego obiektywnym okiem widza przeciętnie podchodzącego do tego gatunku. Jestem jednak pewien, że jeśli zastanawiacie się, czy warto poświęcić dwie godziny swojego wolnego czasu akurat na ten tytuł, to zdecydowanie powinniście już teraz zakupić bilety i ruszać. Bowiem jeśli „Coco” nie przypadnie komuś do gustu, to jeszcze długo przyjdzie poczekać na produkcję na wyższym poziomie.

Moja ocena: 9/10

Spider-Man Homecoming: Nie taki zwykły bohater z sąsiedztwa

Spider-Man: HomecomingDo problemu ukazania kultowego superbohatera z komiksów na ekranach kinowych podchodzono już kilkakrotnie. A co najciekawsze, w samym XXI wieku Spider-Man pojawił się już w pięciu długometrażowych filmach, w których to wcielało się w niego dwóch różnych aktorów. Najpierw, w 2002 roku, japońskie studio Sony dzierżące prawa do zobrazowanego Człowieka-Pająka, przedstawiło nam cieszącą się bardzo dobrą opinią adaptację z niezapomnianym Tobey’em Maguirem wcielającym się w postać Petera Parkera. Dwa lata później ukazała się równie dobra kontynuacja jego losów, aby w 2007 roku zakończyć trylogię z wykorzystaniem bardzo znanej komiksowej kreacji Venoma.

Od dzieciątek lat Spider-Man jest „kurą znoszącą złote jaja”. Zainteresowaniem cieszą się nie tylko rysunkowe opowieści, produkcje kinowe, ale i wszelkie inne produkty okraszone czerwono-niebieskim herosem z niezwykłymi zmysłami. Stąd też, w 2012 roku, postanowiono zobrazować na nowo przygody Parkera zmieniając całą obsadę. Główna rola przypadła 28-letniemu wówczas Andrewowi Garfieldowi, który Spidey’m był dwa razy, również po dwóch latach. Choć w planach była trzecia odsłona „Niesamowitego Spider-Mana”, to ostatecznie realizacja została zaniechana.

Spider-Man: Homecoming - Dotychczas
15 lat temu Maguire, 5 lat temu Garfield, a od teraz Holland. Źródło: imdb.com

Wydaje się Wam, że ta skrócona metryczka filmowych adaptacji superbohatera i tak jest nadzwyczajnie bogata? Może i tak, ale jestem pewien, że dobrze zdajecie sobie sprawę z tego, że Człowiek-Pająk powrócił ponownie i po raz kolejny odmieniony. Wszystko dlatego, że na warsztat wzięło go nic innego, jak studio Marvel, a więc rzec można, że heros wrócił do prawowitych, matczynych rąk. Oczywiście wciąż będąc pod kontrolą Sony, które jedynie poszło nieco na ugodę i nie zrzeka się swoich udziałów. Mimo tego, Peter Parker i jego alter-ego ponownie uderzyli do kin w najświeższej ekranizacji okraszonej tytułem „Spider-Man: Homecoming„. Ku zrzędzeniu tych, którzy nie są miłośnikami częstych spin-offów różnych serii, ale i uciesze fanów komiksowych adaptacji, dla których nie liczą się tego typu drobne szczegóły.

W kinach rządzi od 7 lipca, a w Polsce zawitał oficjalnie w ostatni piątek. Ja na seans udałem się dzień później, w sobotę. Na pokaz dwuwymiarowy z polskimi napisami. Bawiłem się świetnie. Jak zawsze, gdy mowa o produkcji Marvel Studios.

Czytaj dalej Spider-Man Homecoming: Nie taki zwykły bohater z sąsiedztwa

10 kultowych piosenek Disneya, od których poczujesz się jak w bajce

Dziwię się za każdym razem, gdy słyszę od rówieśników, że są już za starzy na oglądanie animacji. Kreskówek, filmów pełnometrażowych, wszystkich. Wychodzę z założenia, że tego typu produkcje nie mają swoich ograniczeń wiekowych. A już na pewno nie na tyle sztywnych, żeby mając dwadzieścia kilka lat twierdzić, że to dziecinada nieprzystająca dorosłemu człowiekowi. Nierzadko zdarza się, że z filmu animowanego można wynieść dużo więcej pożytku niż z wielu innych poważnych tytułów skierowanych do wyrafinowanego widza. Zarówno pod względem rozrywkowym, jak i edukacyjnym. A wiadomo, że dobrej zabawy potrzebuje osoba w każdym wieku. Nauki? Tym bardziej, przez całe życie. Z drugiej strony okazuje się, że nie tylko ja lubię poświęcić wieczór lub wyjście do kina na nową animację. Tym bardziej, jeśli są to zawsze dobre produkcje Disneya, Pixara, DreamWorks czy innych im podobnych.

Czytaj dalej 10 kultowych piosenek Disneya, od których poczujesz się jak w bajce