„Bohemian Rhapsody” – Filmowy pomnik dla muzycznej legendy

Muszę rozczarować wszystkich tych, którzy tak zaparcie byli przekonani o nietrafionym angażu Ramiego Maleka w roli wokalisty zespołu Queen. Gwiazda serialu „Mr. Robot” okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Jasne, można spekulować o tym, czy inny aktorzy lepiej odnaleźliby się jako Freddie Mercury, jednak spójrzmy trzeźwym okiem na to, co mamy.

Przeciwnicy podawali przeróżne argumenty. Prym wśród nich wiódł zgryz Maleka, który przez wielu określany był jako zbyt uwydatnionym. Jak poradzono sobie z tym filmie? Najlepiej, jak można było, bowiem wcale tego nie ukrywano. Ba, nawet kilka razy główny bohater zmuszony jest wysłuchiwać od innych postaci nieprzyjemnych uwag na ten temat. Jednak za każdym razem wspaniałomyślnie odwracano ów charakterystyczną żuchwę w atut.

Bohemian Rhapsody - 1
Wysuwająca się górna warga i niemal zawsze widoczne przednie zęby. Tutaj Malek z kadru z „Mr. Robot”.
Źródło: filmweb.pl

W momencie, gdy filmowy Mercury decyduje się na nową fryzurę i żegna się z długą, falowaną grzywą, Remi Malek wygląda niemal kropla w kroplę jak wokalista Queenu. Charakterystyczny bujny wąs? Jest. Ostro zarysowana szczęka? Jak najbardziej. Bardziej kobiece niż męskie ruchy ciała? Również. Jeśli chodzi o ogólną aparycję i wcielenie się w rolę legendarnego muzyka, nie można niczego się przyczepić. Naprawdę.

Rozumiem, jeśli ktoś jest zwolennikiem innego aktora, którego widziałby w tej roli. Sztukę, a co za tym idzie i filmy, można przedstawiać na miliony sposobów. Dlatego jestem pewien, że sugerowany przez wielu Sacha Baron Cohen, czy też inni zawodowi odtwórcy ról, mogliby spisać się równie nienagannie na swój własny sposób. Tymczasem ogromny zaszczyt, ale i zarazem wyzwanie, stanęło przed Malekiem, który dotąd poza wspomnianym „Mr. Robot” nie brylował jakoś specjalnie. Może pochwalić się co najmniej kilkoma ciekawymi rolami, ale nie były one ani dużego formatu, ani zapadające w pamięć widzów.

Bohemian Rhapsody - 2
Musicie przyznać, czysty Mercury.
Źródło: filmweb.pl

W przypadku „Bohemian Rhapsody” będzie inaczej. Jestem o tym przekonany. Pozwolono mu stawić czoła odtworzenia prawdopodobnie jednego z zaledwie kilku największych „nazwisk” w historii muzyki. Słowo to użyłem w cudzysłowie, bo jak wiadomo, Freddie Mercury tak naprawdę Freddiem Mercurym nie był. A przynajmniej nie od urodzenia.

Na aktorze spoczywała nie lada presja. Główna rola w głośno zapowiadanym filmie, gdzie miał przedstawić kreację legendy nie tylko zeszłego stulecia, ale i obecnie. W efekcie wychodzi jednak na to, że Malek pod ciśnieniem radzi sobie rewelacyjnie. Podczas seansu uwiódł swoją mimiką, posturą i słowami nie tylko mnie, ale chyba wszystkich na sali. Nie są to czcze domysły, bo dało się to wyczytać z reakcji oglądających na przeróżne sceny w filmie. Śmiech, gdy Mercury rzucał ciętą ripostą w stronę tych, którzy nie wierzyli w jego szaleństwo. Cicha aprobata wyrażana pod nosem, gdy ostatecznie główny bohater stawiał na swoim i okazywało się, że było warto. Ciarki na całym ciele podczas procesów powstawania największych przebojów Queenu oraz samych koncertów. Tego wszystkiego na pewno nie doświadczyłem tylko ja.

Bohemian Rhapsody - 3
Tutaj z kolegą z zespołu – Brianem Mayem. W niego wcielił się Gwilym Lee.
Źródło: filmweb.pl

W dzisiejszym kinie nietrudno o to, by główna postać filmu zbierała sobie przychylność widzów i była co najmniej lubiana. Prawdziwą sztuką jest sprawić, że przekonuje się do siebie od pierwszych scen aż do samego końca, niezależnie od poczynanych w trakcie kroków. Tego, że Freddie Mercury jest wciąż uwielbiany przez miliony, nie trzeba udowadniać. Dla Maleka działało to z kolei pozytywnie, jaki i negatywnie. Było to o tyle trudne zadanie, że gdyby nie spełnił oczekiwań widzów, wytykano by mu to przez bardzo, bardzo długi czas. Na jego i nasze szczęście, udało mu się stworzyć kreację godną podziwu, przez co sympatia do byłego wokalisty brytyjskiego zespołu przelała się również na sympatię wobec odgrywanej przez aktora postaci.

Kiedy lubisz osobę i twórczość Mercury’ego, i spodoba Ci się ukazanie go w biograficznym filmie, kupisz go aż do ostatnich napisów końcowych, a nawet na dużo dłużej. Praca, poświęcenie i pot, które Remi Malek włożył w tej film, są widoczne gołym okiem i naprawdę nie jestem w stanie wyobrazić sobie, żeby ostatecznie komuś jego kreacja mogła nie przypaść do gustu. Choć mówi się, że gusta są różne i o nich się nie dyskutuje…

Bohemian Rhapsody - 4
A tu już w mniej scenicznym wydaniu.
Źródło: filmweb.pl

To jedna z dwóch najjaśniej świecących gwiazd w „Bohemian Rhapsody”. Druga? Oczywiście muzyka. Aspekt ten chyba od samej pierwszej zapowiedzi filmu był najpewniejszym gwarantem jakości tej produkcji. Byłeś przeciwnikiem przenoszenia historii życia Mercury’ego i działalności Queenu na wielki ekran? A może należałeś do dość sporej bazy niezadowolonych z obsadzenia głównej roli? Nieważne. Wówczas można było być pewnym chociaż tego, że usłyszenie z kinowych głośników hitów brytyjskiego zespołu będzie jednym z największych dotychczasowych przeżyć związanych z kinem.

W tym roku było już co najmniej kilka okazji na usłyszenie kultowej muzyki w kasowych produkcjach. Parę miesięcy temu powstał dokument „Whitney” (o kim opowiadał chyba nie trzeba tłumaczyć), a latem wielkie ekrany zostały podbite przez kontynuację „Mamma Mia!” przedstawiającą przeboje Abby. W każdym z tych przypadków, łącznie z „Bohemian Rhapsody”, mamy niebywałą okazję usłyszeć w niesamowitej jakości (i głośności) największe utwory konkretnych artystów, które już na stałe zapisały się na łamach historii muzyki światowej.

Bohemian Rhapsody - 5
Zgadniecie, jaki utwór powstawał w takich okolicznościach?
Źródło: filmweb.pl

Oj, czego w tym filmie nie ma? Przede wszystkim najwięcej czasu poświęcono na ukazanie prac nad piosenką, której tytuł zawarty jest w… tytule produkcji. Nic dziwnego, bowiem nie jest tajemnicą, że nagrywanie trwającego około sześć minut utworu z czwartego albumu studyjnego zespołu był piekielnym procesem. Przez bity tydzień wszyscy członkowie zespołu oraz pomagające im osoby dwoili się i troili, aby w końcu spełnić wyśrubowane oczekiwania Mercury’ego. Gdy w końcu całość brzmiała tak, jak ułożył sobie to w głowie, artyści byli gotowi na rewolucję światowej sceny muzycznej.

Z niejednym problemem po drodze. I właśnie całą tę podróż ukazuje film Bryana Singera. Choć często będziemy świadkami wzlotów kapeli, to równie często będziemy musieli wraz z nimi przechodzić przez cięższe okresy w karierze. Jak to zwykle w zespołach bywa, nie obeszło się bez kłótni, skandali i rozbieżnych wizji dalszego kierunku rozwoju Queenu. Nieraz trzeba było zaniedbać prywatne, rodzinne życie, aby osiągnąć jeszcze więcej na szczeblach kariery. Czy jednak film w dostateczny sposób pokazuje to, jak naprawdę wyglądały losy muzyków?

Bohemian Rhapsody - 6
Przemierzanie drogi ku sławie to godzenie się na trudne życiowe rozterki.
Źródło: filmweb.pl

Niekoniecznie. Jak można się domyślać, droga artystów będących na ścisłym topie nie jest usłana różami. Owszem, film pokazuje to najbardziej, jak tylko potrafi, ale nie zapominajmy, że to nadal jest jedynie dwugodzinny film. Przesyt wątków wprowadziłby tu bałagan nie do ogarnięcia, przez co tu i ówdzie scenarzyści musieli obrać drogę na skróty. Nie dlatego, że nie chcieli pokazywać stuprocentowej prawdy. Byli do tego zmuszeni, aby utrzymać koncepcję filmu fabularnego i dać widzom rozrywkę, za jaką zapłacili. Chcąc, nie chcąc, kino rządzi się swoimi prawami. Do tej pory chyba nie powstała biografia idealna, która z jednej strony obnażyłaby całą rzeczywistość jednostki, wokół której się skupia, a z drugiej nie znużyła widza i sprawiła, że na długo zapamięta ów film jako widowisko dla oczu i uszu.

W tej dziedzinie, jak w wielu innych, trzeba iść na kompromisy. A te w „Bohemian Rhapsody” zostały moim zdaniem dobrane idealnie. Najważniejsze losy członków zespołu, a przede wszystkim Mercury’ego, zostały zawarte i odpowiednio poprowadzone. Czasem może wydawać się, że można by niektóre wątki zgłębić nieco bardziej, ale twórców obowiązywały również ramy czasowe, w których musiał zmieścić się cały obraz. Nie zapomniano o istotnych kwestiach, opowiedziano o nich, a ostatecznie zakończono w wielkim finale.

Bohemian Rhapsody - 7
Ten tłum zrobił wrażenie nie tylko na filmowym zespole, ale i na widzach w kinie.
Źródło: filmweb.pl

O matko, wielki finał. Jeśli ta sekwencja poruszających, emocjonalnych i widowiskowych scen nie stanie się jedną z najbardziej kultowych w historii współczesnego kina, to tym bardziej umocnię się w przekonaniu, że o filmach niewiele wiem. Albo, że jestem zbyt łatwym widzem i w prosty sposób można mnie kupić.

W każdym razie na koniec dostajemy to, czego tak naprawdę oczekujemy. Spektakularny koncert dla setek tysięcy widzów zebranych w jednym miejscu, aby zobaczyć jedno z największych wydarzeń muzycznych w historii. Na takie kreuje się tutaj Live Aid, czyli dwa równoległe koncerty charytatywne zorganizowane w 1985 roku, podczas których wystąpiły największe gwiazdy ówczesnego rocka. W Stanach Zjednoczonych byli to między innymi Led Zeppelin, Bryan Adams i Black Sabbath. Zaś w Anglii, na stadionie Wembley, gdzie zabiera nas akcja filmu, zaprezentowali się na przykład David Bowie, Sting, Paul McCartney i oni… zespół Queen.

Bohemian Rhapsody - 8
Występ na Wembley był największym koncertowym osiągnięciem Queenu.
Źródło: filmweb.pl

W dialogach powiedziane jest jasno. Każdy wykonawca festiwalu otrzymuje do dyspozycji dwadzieścia minut na scenie. Co to znaczy dla nas? Film faktycznie poświęca tyle czasu na finałowy występ kapeli z Mercury’m na czele, podczas którego prezentują kilka swoich największych przebojów. I to nie w byle jakim stylu. Jest głośno, widowiskowo i, jak to określiła jedna osoba wychodząc przede mną z sali kinowej, „z jajem”.

Na moich rękach dosłownie pojawiły się ciarki, gdy Remi Malek, Ben Hardy, Joseph Mazzello i Gwilym Lee (wcielający się w czterech członków zespołu) zaprezentowali na wielkim ekranie tytułowe „Bohemian Rhapsody”, „We Are The Champions” i inne. Świetne zwieńczenie fabularnej biografii i filmu samego w sobie.

Bohemian Rhapsody - 9
Czterech szalonych zapaleńców, o których świat nigdy nie zapomni.
Źródło: filmweb.pl

Wręcz pedantycznie dokładne zdjęcia, oszałamiająca charakteryzacja, aktorstwo najwyższej klasy i muzyka, która przed laty zawiesiła poprzeczkę na niewyobrażalnym poziomie. Tutaj znajdziemy to wszystko. Wszelkie obawy przed premierą filmu były po prostu niepotrzebne. Stanięto na wysokości zadania, prawdopodobnie mając na uwadze, jak ważny był to projekt. Dlatego, jeśli interesuje Was postać charyzmatycznego Freddie’go Mercury’ego albo w jakich okolicznościach powstawały takie hity, jak „We Will Rock You”, „Don’t Stop Me Now”, czy „Another One Bites the Dust” – ten film Wam to przedstawi.

Moja ocena: 9/10 ❤️

Reklamy

„Disaster Artist” – Fabularnie o powstawaniu najgorszego filmu wszech czasów

Miano fenomenu „The Room” jest niezaprzeczalne. Pomimo tego, że gdy w 2003 roku film miał swoją oficjalną premierę, okazał się totalną klapą finansową i kinematograficzną, to dzisiaj spokojnie wpisuje się w ścisłą listę najbardziej kultowych produkcji wszech czasów. A już na pewno tych powstałych w nowym milenium.

Disaster Artist

W ciągu pierwszych dwunastu miesięcy film zarobił zaledwie nieco ponad 1800 dolarów, co przy całkowitym koszcie jego realizacji (wynoszącym niebagatelne sześć milionów w amerykańskiej walucie), było niewyobrażalną katastrofą. Jednak los chciał, by sława „The Room” nie nadeszła od raz. Potrzebny był na to czas. Teraz, gdy od premiery melodramatu mija okrągłe piętnaście lat, produkcja legendarnego już Tommy’ego Wiseau znana jest co najmniej milionom kinomanów na całym świecie. Lecz przyczyna daleko mija się z pierwotnymi założeniami reżysera. To nie jego kunszt realizatorski, poruszająca fabuła i wysokich lotów aktorstwo są odpowiedzialne za sukces. „The Room” okrzyknięte zostało najlepszym spośród najgorszych filmów świata, a to wystarczyło, aby przyciągnąć uwagę tłumów.

Disaster Artist - The Room
„Ha ha. What a story, Mark!” ~Johnny (Tommy Wiseau)
Źródło: antyradio.pl

Kuriozalny wpływ, jaki miał ów tytuł na branżę filmową, objawia się od lat na coraz to nowsze sposoby. Z początku wyśmiewany i krytykowany, po czasie stał się guilty pleasure dla najbardziej wyrozumiałych i zdystansowanych miłośników kina. Doprowadziło to do tego, że produkcją zaczęto interesować się niekiedy wręcz maniakalnie. Kwestią czasu było pojawienie się książki na temat „The Room” (która została wydana między innymi przez jednego z głównych aktorów dramatu) oraz innych dzieł nawiązujących do niego. Aż wreszcie przyszła pora na prawdziwą wisienkę na torcie. Fabularny film z prawdziwego zdarzenia.

Okazuje się, że postać Tommy’ego Wiseau, odpowiedzialnego za owiany złą sławą „The Room”, jest na tyle ciekawa, że stała się poważną inspiracją do nakręcenia porządnej hollywoodzkiej produkcji. Bo w sumie czemu by tego nie zrobić? Na świecie są miliony osób, które wręcz ubóstwiają dzieło tego pseudo-reżysera, a jego najciekawsze kwestie i sceny znają na pamięć. Dzięki temu nie trudno byłoby o niszę, do której nowy filmy mógłby trafić. Problem scenariuszowy rozwiązała książka Grega Sestero i Toma Bissella, którą wydano w 2013 roku, dokładnie opisująca proces powstawania osławionej produkcji. Potrzebny był tylko ktoś, kto zainteresowałby się tematem, opracował i skleił całość w coś sensownego, a potem jedynie to wyreżyserował.

Disaster Artist - Wiseau i Franco
Jak widać, Wiseau jest chyba zadowolony ze swojego filmowego wcielenia.
Źródło: filmweb.pl

Tym kimś okazał się sam James Franco. A zrobił nawet dużo więcej, bo nie tylko zainicjował i poprowadził swój najnowszy projekt, ale i sam w nim czynnie wystąpił. I to w głównej roli! Można powiedzieć, że dosłownie poszedł w ślady Tommy’ego Wiseau sprzed piętnastu lat, gdy ten sam napisał scenariusz „The Room”, stanął za kamerą, a także wcielił się w postać Johnny’ego – jedną z trzech wiodących kreacji. Skoro na to samo szarpnął się Franco, to czego jeszcze więcej potrzeba było nam, widzom, by być spokojnymi o świetną realizację filmu przywołującego najgorszą produkcję w historii kina?

Długo do tego zmierzałem, ale tak – właśnie o tym jest „Disaster Artist”, który swoje pierwsze pokazy przedpremierowe miał jeszcze na wiosnę zeszłego roku, ale dopiero teraz, dziewiątego lutego, został on w pełni udostępniony cierpliwym polskim kinomanom. Tytuł produkcji spod skrzydeł wspomnianego Jamesa Franco został zapożyczony od fragmentu nazwy książki, na której bazuje.

Disaster Artist - James Franco
Franco musiał wcielić się w rolę niespełnionego wyrzutka Hollywoodu.
Źródło: filmweb.pl

W skrócie można powiedzieć, że najnowsze dzieło Amerykanina to nic innego, jak zobrazowanie i przybliżenie nam początków relacji Tommy’ego Wiseau z Gregiem Sestero. Tych dwóch dżentelmenów poznaje się dość przypadkowo, ale szybko łączą ich wielkie ambicje związane z branżą filmową. Chcąc zostać sławnymi aktorami, mężczyźni przeżywają wiele wzlotów i upadków w świecie Hollywood, aż w końcu, w przypływie chwili, decydują się wziąć sprawy we własne ręce i nakręcić swój film – niezależnie i według osobistych widzimisię.

„Disaster Artist” ukazuje całą drogę, jaką Wiseau i Sestero przeszli od nieposiadających żadnych kwalifikacji małomiasteczkowych marzycieli do kinowych twórców, którzy krok po kroku, z wieloma perypetiami, realizujących własne marzenie. Pierwsza, nieco krótsza część filmu, to wgląd na początki ich burzliwej relacji oraz nieśmiałe kroki w branży. Zaś druga, znacznie dłuższa i jeszcze ciekawsza, a przede wszystkim zabawniejsza faza „Disaster Artist” dokładnie ukazuje, jak wyglądało tworzenie samego „The Room”. Poznajemy liczne koncepcje i pomysły na realizację filmu, które nierzadko poróżniały osoby zaangażowane w projekt, mniejsze oraz większe trudności, które uwydatniały się dopiero w praktyce, a przede wszystkim, co najbardziej cieszy widza, to dosłowne przywoływania scen niemal żywcem wziętych z „The Room”.

Disaster Artist - Bracia Franco
Główna obsada iście… braterska. Dave Franco został najlepszym przyjacielem Tommy’ego Wiseau.
Źródło: filmweb.pl

James Franco w swojej roli jest genialny. Od samego początku widać, jak bardzo zainteresował się swoją postacią i oddał się jej bezgranicznie. Nie dość, że aktor już z wyglądu został ucharakteryzowany tak, aby jak najbardziej przypominać Wiseau, to zupełnie onieśmiela swoją grą aktorską. Wczucie się w bohatera oraz oddanie jego największych zalet i wad to coś niezwykle trudnego do osiągnięcia nawet dla najwybitniejszych aktorów. Zaś Franco poradził sobie z tym znakomicie i do złudzenia przypomina reżysera „The Room”. A robi to przede wszystkim mową ciała, sposobem wypowiadania się (udało mu się wypracować niemal identyczną barwę głosu i akcent), a także stylem bycia. Stał się po prostu żywym sobowtórem Tommy’ego Wiseau.

Choć bardzo bym chciał, nie mogę zaprzeczyć stwierdzeniu, że „Disaster Artist” to przede wszystkim pokaz umiejętności Jamesa Franco. Nie dość, że stanął za kamerą całej produkcji, to jeszcze swoją kreacją wzniósł się na wyżyny. Świeci najjaśniej z całej obsady, ale nie da się ukryć, że po prostu musiało tak być. W końcu to losy Wiseau sprzed kilkunastu lat odgrywają tutaj najważniejszą rolę. I choć na ekranie przewija się wiele innych postaci – równie istotnych dla fabuły, to właśnie Tommy od początku skupiał zainteresowanie widzów. Jeszcze na długo przed premierą można było odnotować, że oczekujących kinomanów najbardziej zaintrygowało ukazanie właśnie tej postaci.

Disaster Artist - Tommy Wiseau
Nie da się ukryć, że Wiseau był dość nietypową osobą.
Źródło: filmweb.pl

Jednak nie mniejsze uznanie należy się bratu reżysera „Disaster Artist” – Dave’owi Franco. Ten wcielił się we wspominanego przeze mnie nie raz Grega Sestero, który swego czasu był drugim ojcem „The Room”. Choć największe zasługi przypisał sobie Wiseau, to bez swojego najbliższego przyjaciela w ogóle nie wpadłby na pomysł realizacji własnej produkcji kinowej. Sestero został wówczas obsadzony jako drugi z głównych bohaterów – Mark, który w fabule również otrzymuje tytuł najbliższego kumpla, ale i zarazem – ukrywającego się zdrajcy, jako że potajemnie spotyka się (i nie tylko) z narzeczoną przyjaciela.

Kreacja Dave’a Franco zdecydowanie różni się od tej, którą ogrywa jego brat reżyser. Zachodzi tu pewien kontrast między postaciami, który jeszcze bardziej uatrakcyjnia widowisko. Sestero z biegiem wydarzeń przechodzi przemianę z niepewnego siebie i mało zdecydowanego młodego chłopaka w nabierającego rozpędu i doświadczenia faceta pieczołowicie rozkręcającego swoją karierę w Hollywood. Można powiedzieć, że nierzadko Sestero jest odwrotnością tego, co aktualnie reprezentuje postać Wiseau. Gdy ten pierwszy miewa wątpliwości, to drugi nakłania go do wiary w siebie. Jednak kiedy Greg zbiera się w sobie i jest gotów do zawładnięcia światem, to w pewien sposób skrzydła podcina mu Tommy.

Disaster Artist - Greg Sestero
Greg marzył o karierze aktorskiej. Czy przeprowadzka do Hollywood była dobrym krokiem?
Źródło: filmweb.pl

Oznacza to, że dwóch głównych bohaterów „Disaster Artist” świetnie się dopełnia, a co za tym idzie – dobrze ze sobą współgrają i uatrakcyjniają seans. Ważne jest to, aby postacie różniły się od siebie w widoczny sposób, co staje się podwaliną do szerokiego wachlarza możliwości scenariuszowych na dalszych etapach oglądanej produkcji. A nie da się ukryć, że w tym przypadku jest naprawdę zaskakująco i ciekawie.

Film Jamesa Franco poszedł przede wszystkim w dramaturgię bardzo śmiało zmieszaną z komedią. Są momenty, które chwytają nas za serce. Głównie wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że takie sytuacje faktycznie mogły mieć miejsce kilkanaście lat temu, gdy Wiseau i Sestero rozpoczynali podbój Hollywood. Jak zwykle bywa w relacjach międzyludzkich – między tym dwojgiem nieraz uwypuklały się różnego rodzaju zatarcia, które faktycznie mogą teraz wywoływać czułe emocje u wiernych widzów. Nie chcę przywoływać konkretnych przykładów, jednak zapewniam, że tak jak w życiu bywa, w „Disaster Artist” nieraz ukazano problemy, z jakimi mierzyć muszą się ambitni ludzie, aby sięgnąć po spełnienie marzeń.

Disaster Artist - Reżyseria
Jeśli nie możesz czegoś dostać, zrób to sam!
Źródło: filmweb.pl

Jednak aby nie było zbyt poważnie, dramatycznie i przygnębiająco, film zapewnia także solidną dawkę dobrej rozrywki składającej się przede wszystkim z żartów słownych i sytuacyjnych. Nie można było spodziewać się innego rozwiązania, skoro głównym motywem „Disaster Artist” jest ukazanie procesu powstawania najlepszego z najgorszych filmów wszech czasów. Sceny, które zobaczyć można w pierwowzorze, same w sobie są już na tyle komiczne i wywołujące uśmiech na twarzy (o ile nie nawet salwę śmiechu), że łącząc je z luźnym i zdystansowanym podejściem, jakim cechuje się „Disaster Artist”, otrzymujemy wręcz kulminację absurdu, komedii i litościwego współczucia wobec bohaterów.

W filmie przewija się co najmniej kilka kultowych scen z „The Room”, które na nowo odgrywane są przez braci Franco i pozostałych aktorów. Zamierzonym efektem było aż do złudzenia sparodiowanie powszechnie znanych fragmentów pierwowzoru z 2003 roku, aby w widzach przywołać nieco nostalgii związanej z pierwszym seansem melodramatu, który kiedy musieli przeżyć. Nostalgia ta zaś jest rozumiana w pełni pozytywnie, bo i takie odczucia wiąże się z „The Room”. Choć film sprzed lat jest totalną porażką scenariuszową i aktorską, to do dzisiaj jest miłowany przez miliony. Niektórzy nawet wręcz obsesyjnie znają większość najbardziej kiepskich (a zarazem najzabawniejszych) kwestii, monologów lub też całych dialogów z dzieła Wiseau. Możliwość ponownego usłyszenia ich na wielkim ekranie dzięki „Disaster Artist” jest komediowym spełnieniem marzeń niejednego wielbiciela kina.

Disaster Artist - I did not
„Disaster Artist” przywołuje wiele kultowych scen z „The Room”.
Źródło: filmweb.pl

Co tu dużo więcej pisać. Aktorsko film Jamesa Franco jest o niebo lepszy od „The Room”. Scenariuszowo – tak samo. Pod względem realizacyjnym – nie inaczej. Po prostu można stwierdzić, że wszystko jest w nim jak najbardziej w porządku, podczas gdy dzieło Tommy’ego Wiseau to z kinematograficznego punktu widzenia dno i dwa metry mułu. Ale właśnie dzięki temu pokochaliśmy „The Room”, a „Disaster Artist” pokochamy za świetne pogłębienie naszej wiedzy na temat „the best worst movie ever” oraz idealne sparodiowanie go, które jest jak miód na serce kinomana.

I za Jamesa Franco. Ten to dopiero odwalił kawał dobrej roboty.

The Room - I did not

„The End of the F***ing World” – Niecodzienna historia osobliwych samotników

Nie ma to jak uczucie wypełniające duszę miłośnika filmów i seriali, gdy niemal całkowitym przypadkiem trafi się na produkcję niespodziewanie okazującą się być jedną z najlepszych, jakie widziało się w ostatnim czasie. Jest to pewne skromne samozadowolenie z faktu, że udało się na własną rękę znaleźć malutką perełkę wśród licznych o wiele popularniejszych tytułów, które zachwalane są na lewo i prawo przez znajomych, anonimowych komentatorów w sieci i wysublimowanych krytyków posiadających mniej lub bardziej liczący się autorytet.

Ostatnio miałem tę przyjemność znowu tego doświadczyć. A wszystko za sprawą pewnego krótkiego serialu pod wdzięcznym tytułem „The End of the F***ing World”.

Nie, to nie żadna przymusowa cenzura ze strony używanego przeze mnie WordPressa, lecz faktyczna nazwa produkcji, która sama sobie pozwoliła na pewne zatajenie niezbyt kulturalnego wyrazu. Co to oznacza? Że widząc lub słysząc sam tytuł, od razu jesteśmy choć trochę zaintrygowani, jeśli nie zupełnie pochłonięci przez ciekawość, której jedynym sposobem na zaspokojenie jest odpalenie pierwszego odcinka w trybie natychmiastowym.

Jakże wyjątkowe uczucie, o którym przed chwilą wspominałem, napiętnował u mnie dodatkowo fakt, że o serialu dowiedziałem się zaledwie na parę dni przed premierą. Wcześniej był mi zupełnie nieznany i prawdopodobnie byłoby tak dłużej, gdyby nie pierwsza istotna rzecz, której dokonałem w Nowym Roku – wykupienie konta na Netfliksie. Szybki przegląd oferty i zapoznanie się z najbliższymi premierami nakierowały mnie między innymi na „The End of the F***ing World”, którego zwiastun kupił mnie od razu. Wystarczyło poczekać parę dni do premiery w piątek, 5 stycznia, aby oddać się seansowi.

The End of the F***ing World - Bohaterowie
Jeden z pierwszy kadrów dzielonych wspólnie przez dwójkę głównych bohaterów.
Źródło: filmweb.pl

Włączając pierwszy odcinek doznałem pewnego zaskoczenia. „Jak to tylko 20 minut?!” – pomyślałem, gdy ujrzałem czas trwania wstępnego epizodu. Zaś z drugiej strony odczułem pewną satysfakcję wywołaną moim niezbyt przychylnym nastawieniem wobec zbyt ciągnących się i przydługich produkcji. Męczę się, gdy emisja filmu przekracza grubo ponad dwie godziny, a sześćdziesiąt minut odcinka serialu jest dla mnie absolutnym maksimum. I choć takiego „Sherlocka” uważam za świetnego, to jednak w moim przypadku nie nadaje się na wchłonięcie całego sezonu przy jednym posiedzeniu. Zazwyczaj w jego przypadku dawkowałem sobie doznania na jakiś (dużo) dłuższy czas.

W porządku, kogo obchodzą moje przemyślenia na temat odnajdywania serialowych perełek i problematyki długich odcinków? Skupmy się na samym „Końcu pie***lonego świata” (jak pozwolę sobie autorsko przetłumaczyć tytuł produkcji). Ten, choć obecnie podlega serwisowi Netflix i jest nazywany jego serialem oryginalnym, to swoją pierwszą premierę miał jeszcze w październiku zeszłego roku. Obejrzeć ośmioodcinkowy cykl mieli wówczas przyjemność Brytyjczycy, dla których wyemitowany został w stacjach telewizyjnych Channel 4 oraz All 4. Jednak dopiero Netflix otworzył furtkę wszystkim pozostałym ciekawskim na całym świecie, którzy w jednym momencie otrzymali dostęp do całego sezonu i mogli łyknąć go w niecałe trzy wieczorne godziny.

The End of the F***ing World - Koniec świata
Wiesz, że Twój świat się wali, gdy nawet uciec od niego nie potrafisz.
Źródło: filmweb.pl

Z formalnych kwestii pozostaje jeszcze wyróżnić osoby, które stały za powstaniem tytułu. Pieczę nad produkcją pełniła dwójka raczej średnio doświadczonych, a tym bardziej mało znanych reżyserów. Pierwszych pięć odcinków wyreżyserował 34-letni Jonathan Entwistle, a ostatnie trzy (i epizod piąty we współpracy) wzięła na swoje barki Lucy Tcherniak, o której większej ilości informacji szukać można ze świecą. Także, jeśli wśród Was znajdują się osoby, które przykładają wagę do reżyserskich nazwisk – tutaj raczej nie będą opowiadać się one za poleceniem dzieła. Ale hej, takie kierowanie się jest jak najbardziej nieodpowiednie i niejednokrotnie zdarzyło się, że nowicjusze przebijali sukcesy weteranów!

Jednak najważniejszą rolę dla samego widza pełni dwójka głównych bohaterów, których poczynania śledzimy przez cały dwuipółgodzinny serial. Już na samym starcie zostajemy zaznajomieni z pewnym Jamesem, w którego wciela się Alex Lewther – dwudziestotrzyletni brytyjski aktor, którego twarz zobaczyć mogliśmy między innymi w serialu „Czarne lustro” (również należącym do Netfliksa) oraz filmie pełnometrażowym „Gra tajemnic”, gdzie stał się Alanem Turingiem z jego młodzieńczych lat.

Teraz przyszło mu sportretować postać kilkunastoletniego psychopaty z poważnymi problemami w nawiązywaniu społecznych kontaktów. James jest cichy, stanowczo zamknięty w sobie, a w jego głowie siedzą myśli, które do normalnych nie należą. Lubi na własnej skórze przekonywać się o zagrażającym niebezpieczeństwie, okaleczać się dość szalonymi sposobami (czego przykład poznajemy już w pierwszych minutach produkcji), a jego największym marzeniem jest… zabicie kogoś. Ot tak, aby przekonać się, jakie to uczucie.

The End of the F***ing World - James
Oto James. Samotnik-psychopata. Marzy o dokonaniu morderstwa.
Źródło: filmweb.pl

Osamotniony i nielubiany przez nikogo James staje się niespodziewanie obiektem zainteresowania jego rówieśniczki – rudowłosej Alyssy. W tę siedemnastolatkę wciela się o „jedynie” osiem lat starsza aktorka Jessica Barden mogąca pochwalić się przede wszystkim obsadą w filmie „Lobster” z 2015 roku, gdzie znalazła się na planie między innymi z Colinem Farrellem. Jej postać również nie należy do społecznie ocenianych jako normalne. Można by spekulować, czy zwyczajność jest w cenie, jednak należy pamiętać, że w „The End of the F***ing World” mówimy o pewnych wyraźnie skrajnych przypadkach.

Alyssa również należy do osób skrytych, trzymających się na uboczu i niekoniecznie wychylających nos poza swoją strefę komfortu. Czasem jednak, gdy sytuacja tego wymaga, stara się nie okazywać swoich słabości przybierając maskę pyskatej, zadziornej, a nawet wulgarnej dziewuchy, aby podkreślić swoją niezależność i siłę. Jak z biegiem wydarzeń się okazuje, nie do końca jest to jej naturalne zachowanie.

The End of the F***ing World - Alyssa
A to Alyssa. Bezczelną bezpośredniością maskuje słabości i ma dość dotychczasowego życia.
Źródło: filmweb.pl

Dwie wyjątkowe kreacje głównych bohaterów są tym, co na pewno najbardziej może zachwycić w całym serialu. Choć można by pomyśleć, że rozpisane są dość nierealnie i trzymając się kurczowo pewnych konkretnych, z góry założonych cech, to jednak szybko przekonujemy się, że nie ma w tym krzty prawdy. Zewnętrzny wizerunek Alyssy i Jamesa, który przedstawiają otoczeniu, nie jest tym, co naprawdę w nich tkwi. I choć nie można odjąć tej dwójce aspołecznych i szalonych cech, którymi wykazują się nawet w swoich skromnym, dwuosobowym towarzystwie, to jednak wewnętrznie borykają się z poważnymi rozterkami o indywidualnym zarysie, ale także tymi typowymi dla osób w ich wieku.

Z czasem poznajemy ich coraz lepiej, bo sytuacje, które ich spotykają, wymuszają na nich pewne zmiany w zachowaniu i postrzeganiu otaczającego świata. Muszą w końcu przestać żyć w swoich wyimaginowanych bańkach bezpieczeństwa odgradzających ich od świata zewnętrznego i zastanowić się nad tym, co robić, jak się zachować, a nawet kim właściwie są dla siebie samych, jak i siebie nawzajem.

The End of the F***ing World - Alyssa 2
Zdecydowanie ma dość dotychczasowego życia…
Źródło: filmweb.pl

„The End of the F***ing World” to produkcja niejednoznaczna gatunkowo. Doszukiwać się tutaj można motywów historii miłosnych, które w pewien sposób objawiają się między Alyssą i Jamesem, jednak w wyraźnie niekonwencjonalny sposób. Ich mieszane uczucia co do siebie (ona chce w końcu poczuć się istotna dla kogoś, on szuka materiału na morderstwo) owocują wieloma zabawnymi scenkami, którymi cały serial jest przesiąknięty w sporej ilości, jednak wciąż pozostającej na przemyślanym i wyważonym poziomie, tak, aby produkcja nie została zdominowana przez aspekty komediowe. Dlaczego tego unikano? Aby zostawić jeszcze wystarczająco miejsca na motywy dramatyczne i kryminalne. Tak jest, to nie tylko niewinna opowieść o wyalienowanych nastolatkach z rodzącymi się uczuciami wobec siebie. Tutaj znajdziemy również poważną, wręcz dorosłą problematykę zahaczającą o naturalizm i makabrę.

Aby lepiej przedstawić tę kwestię, trzeba przynajmniej lekko zarysować to, co w serialu się dzieje. Dwójka bohaterów szybko nawiązuje ze sobą kontakt lepszy niż z kimkolwiek innym w swoim życiu. Co prawda z różnych powodów, ale ostatecznie stają się dla siebie istotni. W pewnym momencie porywczo decydują się na rzucenie całego swojego dotychczasowego życia i ucieczkę z rodzinnego miasteczka, aby poczuć zew wolności i stać się w końcu dorosłymi oraz niezależnymi osobami. Wiecie, siedemnaście lat to ten wiek, gdy zbijamy się z rzeczywistością i uświadamiamy sobie, że nie jesteśmy już dziećmi, ale do dojrzałych również wciąż nam daleko.

The End of the F***ing World - Alyssa i James
Poznając Jamesa, Alyssa nareszcie znajduje sposób na zmienienie swojej codzienności.
Źródło: filmweb.pl

Po mniejszych lub większych zawahaniach, Alyssa i James w widowiskowy sposób zdobywają samochód, dzięki któremu ruszają w przygodę swojego życia. To, co dzieje się dalej, nie jest dobrym materiałem na opisywanie w tym miejscu, bo najzwyczajniej w świecie stracilibyście solidny powód ku temu, aby czym prędzej włączyć serial. Muszę jednak napomknąć, że wszystkie osiem dwudziestominutowych odcinków jest wypchanych pomysłowymi, ciekawymi i dostarczającymi solidnej dawki emocji sytuacjami, w których każdy z nas chciałby kiedyś się znaleźć i ich zasmakować, ale i takich, których unikać należy jak ognia. Zobaczcie to na własne oczy, bo kradzieże i włamania będące jedynymi wyjściami z opresji, których dokonuje dwójka bohaterów, to jedynie pikuś w porównaniu do tego, co przyjdzie Wam zobaczyć w połowie sezonu.

Jeśli miałbym wymienić trzy elementy, za które głównie urzekł mnie „The End of the F***ing World”, to zdecydowanie są to wspomniane kreacje głównych postaci, ale także muzyka będąca największym wyznacznikiem klimatu produkcji, a także zaskakująco doskonałe kadry i praca kamery, które sprawiają, że czujemy się, jakbyśmy oglądali kino wysokiego (i nietaniego) poziomu. Tymczasem okazuje się, że więcej w tym umiejętności reżyserów, producentów i operatorów, aniżeli środków finansowych. Co do atmosfery panującej w serialu – przedstawione lokalizacje, czyli raczej niewielkie miasteczka, przydrożne bary, czy też pustkowia z kempingowcami nadają odczucia znajdowania się w odciętych od wielkomiejskiego świata peryferiach Stanów Zjednoczonych, mimo tego, że za produkcją stoi grono Brytyjczyków. Jednak zabieg ten działa jak najbardziej korzystnie na odbiór całego serialu, jako że dodaje mu pewnej autentyczności, wyjątkowości i swojego rodzaju odpowiednio wpasowanego realizmu względem opowiadanej historii.

The End of the F***ing World - Ujęcia
Przy tym kadrze zbierałem szczękę z podłogi.
Źródło: filmweb.pl

Czego chcieć tu więcej poza dłuższymi odcinkami lub większą ich liczbą? Otrzymujemy wręcz genialnych bohaterów, którzy na długo utkwią w Waszych głowach, co zawdzięcza się ich nietypowości, wyraźnym odchyłom behawioralnym i urokowi, jakim mimo wszystko dysponują. Sama fabuła nie jest, jak mogłoby się niektórym wydawać, kolejną płytką i głupkowatą opowieścią o nastoletnich problemach. Choć te oczywiście występują, bo jakżeby mogła istnieć jakakolwiek fabuła bez trudności u wiodących bohaterów, to ukazane są w niespotykany dotąd sposób i ciągną się za postaciami aż do samego końca, co wywołuje coraz to więcej kłopotów, z którymi muszą się mierzyć w wyjątkowych warunkach i sytuacjach.

Dodajmy do tego miłe dla oczu i bardzo profesjonalne kadry, starannie dobrane otoczenie do zdjęć, co najmniej świetne i błyskotliwe dialogi, zwroty akcji i starannie wkomponowaną ścieżkę dźwiękową, a otrzymamy dokonały serialowy początek Nowego Roku!

The End of the F***ing World - Ucieczka
Plaża, towarzystwo wyjątkowej osoby i całkowita wolność. Czego chcieć więcej?
Źródło: filmweb.pl

Jeśli jesteście zainteresowani „The End of the F***ing World” i chcecie poświęcić nieco ponad dwie i pół godziny ze swojego dnia na łyknięcie całego sezonu, to gorąco polecam odwiedzenie Netfliksa już teraz. Nie ma mowy, żebyście byli zawiedzeni, a jeśli na tyle wsiąkniecie w świat przedstawiony w produkcji, to zawsze możecie sięgnąć potem do korzeni, a więc oryginału w postaci komiksu o tym samym tytule z 2013 roku autorstwa Charlesa Forsamana. Alyssa i James są obecni i tam!

Moja ocena: 8/10

„Pomiędzy nami góry” – Tragedia zbliża ludzi

Specjalizująca się w dramatach o zabarwieniu miłosnym brytyjska aktorka Kate Winslet nie ma za dużo szczęścia do podróżowania. A już na pewno grane przez nią postacie. W 1997 roku musiała walczyć o życie na środku oceanu, gdy topił się Titanic, a teraz przyszła kolej na zmierzenie się z podobno najbezpieczniejszą formą transportu – lotnictwem. Tylko podobno, ponieważ w filmie „Pomiędzy nami góry”, który właśnie wszedł do polskich kin, okazuje się ona być zgubna dla dwójki głównych bohaterów.

Pomiędzy nami góry - recenzja

Produkcja powstawała w oparciu o powieść pod tym samym tytułem autorstwa Charlesa Martina. Po sześciu latach od premiery książki przyszła kolej na jej hollywoodzką ekranizację, której zrealizowania podjął się reżyser Hany Abu-Assad. Niewiele mówi Wam to nazwisko? Nic dziwnego, bo i ja pierwszy raz usłyszałem o nim właśnie dzięki temu projektowi. Izraelski realizator stworzył ostatnio średnio odebranego „Idola z ulicy” oraz o wiele lepiej przyjętego „Omara” o relacjach palestyńsko-izraelskich. Teraz jednak otrzymał szansę trafienia do szerokiego grona odbiorców na całym świecie, jako że adaptacją „Pomiędzy nami góry” interesowali się nie tylko czytelnicy powieści, ale i pokaźna grupa miłośników niecodziennych dramatów.

Co takiego niespotykanego przedstawiono w „The Mountain Between Us”? Cała ukazana historia kręci się wokół dwóch osób, które nie wiedzą o sobie nic. Alex Martin jest świetnie radzącą sobie dziennikarką amerykańskiego czasopisma „The Guardian” i co rusz lata po świecie, aby uwieczniać w obiektywie przeróżne zjawiska społeczna. Teraz wraca do swojego rodzinnego miasta, aby poświęcić czas na prywatne sprawy. I to nie byle jakie, ponieważ już następnego dnia ma wziąć długo wyczekiwany ślub. Sprawa jednak komplikuje się, gdy zostaje poinformowana o odwołaniu zabukowanego lotu, a kolejny nie zapewni jej przybycia na ceremonię w odpowiednim czasie.

Podobny problem dotyka Bena Bassa, który jest wieloletnim i zasłużonym neurochirurgiem. Właśnie otrzymał bardzo priorytetowe zlecenie wykonania skomplikowanej operacji mózgu u dziesięcioletniego dziecka. Ku rozczarowaniu lekarza okazuje się, że i on nie da rady dotrzeć do szpitala na czas. Dwójka głównych bohaterów poznaje się w momencie, gdy usilne błagania Bena o pomoc zostają zaniechane przez pracowników lotniska. Świadkiem całej sytuacji jest dziennikarka, która proponuje mu wymyślony na szybko plan zastępczy. Skoro razem udają się w to samo miejsce, to czemu nie pomóc nieznajomemu?

Pomiędzy nami góry - Bohaterowie
Neurochirurg i dziennikarka biorą sprawy w swoje ręce.
Źródło: filmweb.pl

Kobieta i mężczyzna wynajmują niewielki samolot u znajomego Alex, który zgodził się bezpiecznie przetransportować ich do Nowego Jorku. Byłoby to jednak zbyt proste. Okazuje się, że warunki pogodowe zbyt drastycznie ulegają zmianie i cała podróż kończy się tragicznym lądowaniem na wysokich pasmach górskich. Gdy Alex i Ben w końcu dochodzą do siebie, muszą zaaklimatyzować się w nowych, drastycznych okolicznościach i rozpocząć walkę o przetrwanie.

Opis ten to zaledwie pierwszych kilkanaście minut seansu, podczas których poznajemy powoli kreacje głównych bohaterów. Ci odgrywani są przez aktorów świetnie znanych każdemu miłośnikowi kina. O Kate Winslet zdążyłem już wspomnieć zaraz na wstępie. Brytyjka znana przede wszystkim z „Titanica” ponownie musi zmierzyć się z rolą ofiary wypadku, co jednak wychodzi jej wyjątkowo przekonująco. Doświadczenie robi swoje!

Pomiędzy nami góry - Alex
Alex zostaje najbardziej poturbowana podczas awaryjnego lądowania.
Źródło: filmweb.pl

U jej boku znajdziemy Idrisa Elbę, którego w tym roku można było zobaczyć już w „Mrocznej wieży”, gdzie odgrywał główną rolę Rolanda, a już za kilka dni pojawi się także w trzeciej odsłonie ekranizacji komiksów „Thor”, w której ponownie będzie strzec bram boskiego Asgardu jako Heimdall. Nie wspominając już o wcześniejszym bardzo bogatym dorobku zawodowym Brytyjczyka, którego na ekranach podziwiać można od 1995 roku.

Trudno się nie zgodzić, że obsadzając wiodące postacie sięgnięto po aktorów z najwyższej możliwej półki. I podczas seansu naprawdę to widać! Na planie zdjęciowym zarówno Winslet, jak i Elba dali z siebie sto dwadzieścia procent możliwości, dzięki czemu widzowie szybko polubią bohaterów historii, a ich słowa oraz czyny będą autentyczne i naturalne. Oboje musieliby mieć naprawdę trudny dzień podczas realizacji zdjęć, żeby coś mogło tutaj nie wypalić. Ich doświadczenie zawodowe skutkuje szczerymi emocjami przedstawionymi przed kamerą, a między kreacjami czuć chemię, która dla całości widowiska jest wręcz fundamentem.

Pomiędzy nami góry - Ben
Całe szczęście, że Alex trafiła na Bena. Lekarz podczas takiego wypadku jest jak złoto.
Źródło: filmweb.pl

Pozostając przy obsadzie warto wspomnieć o tym, jak bardzo jest wąska. W całym filmie ujrzymy tylko kilka twarzy, a większość czasu jest oczywiście skupiona na Alex i Benie. Oprócz nich nieco swoich scen otrzymają pilot Walter, narzeczony dziennikarki Mark oraz parę innych osób nieznanych nam z imienia, jako że ich wkład w całokształt jest jedynie powierzchowny. Ta postacie mają tylko w jakiś sposób uformować opowiadaną fabułę tak, aby miała swój początek i koniec. Tak więc wymieniają parę zdań z głównymi bohaterami, ale to tylko dlatego, że jakoś należy zacząć lub zamknąć dane wątki.

Świadczy to o tym, jak bardzo kameralnym filmem jest „Pomiędzy nami góry”. I to nie wyłącznie ze względu na bardzo ścisłą i ograniczoną obsadę aktorską. Całość wydaje się być bardzo liniowa, zwarta i skondensowana w jak najbardziej możliwy sposób. Co przez to rozumieć? Scenografia świata przedstawionego ogranicza się do jedynie paru lokalizacji, których i tak jedynie niewielka część jest nam uwydatniana. Z pewnymi wyjątkami, rzecz jasna.

Pomiędzy nami góry - Pies
Ach tak, warto dodać, że bohaterom cały czas towarzyszy również pies po zmarłym pilocie.
A więc mamy trzy główne postacie.
Źródło: filmweb.pl

Na chwilę trafiamy na lotnisko już na początku filmu, potem przenosimy się do hangaru, następnie samolotu, a później zostają nam już wyłącznie niezbadane tereny mroźnych i niebezpiecznych pasm górskich. I to tutaj parę razy dane nam będzie ujrzeć szersze kadry ukazujące nowe otoczenie głównych bohaterów. Pokażą nam one, w jak bardzo beznadziejnej sytuacji znajdują się Alex i Ben, jako że nawet na horyzoncie obejmowanym przez kamery nie znajdziemy ani jednego przejawy cywilizacji.

Tymczasem zdani są jedynie na siebie. Z licznymi obrażeniami, brakiem większych zapasów, nieludzkim mrozem oraz niebezpieczeństwem, które może czyhać wokół nich. Dla każdej z tych kwestii znajdzie się chwila, aby się ich podjąć. Postarano się o to, by nie była to kolejna wyniosła opowieść o przeżyciu. Jest to opowieść o przeżyciu wręcz zwyczajna, bardzo prosta i fundamentalna. Uwydatniono najczęstsze problemy, z jakimi człowiek musiałby zmierzyć się w danych warunkach. Potrzeby fizjologiczne, popęd oraz chwile załamania, jak i motywacji występują tutaj naprzemiennie, dzięki czemu nie dostajemy nudnego obrazu mimo tego, że faktycznie nie dzieje się tutaj wiele. A już na pewno w porównaniu z większością współczesnych filmów wysokobudżetowych.

Pomiędzy nami góry - Przetrwanie
Bez sił i nadziei, główni bohaterowie kroczą w dół góry, aby odnaleźć pomoc.
Źródło: filmweb.pl

Podczas seansu było kilka kwestii, na których szczególnie chciałem się skupić. Jedną z nich, specyficzną dla gatunku survivalowego, była szeroko rozumiana logika. Ciekawiło mnie, czy postępowania i myślenie bohaterów będą odpowiednio uzasadnione oraz sensowne. Jak się okazuje – w większej mierze tak, ale nie zabrakło również chwil, gdy reagowałem unoszeniem dłoni w geście niezrozumienia, a w głowie zadawałem retoryczne pytanie „po co?”.

Nie chcę zdradzać, w jakich konkretnych sytuacjach udało się bohaterom wywołać u mnie tego typu reakcje, jednak na całe szczęście w przeciągu półtorej godziny seansu, nie było ich na tyle dużo, aby łapać się za głowę. Tu i ówdzie było widać boską ingerencję scenariusza, który trochę naginał prawa logiki, a rzeczywistość wzbogacał o niemały łut szczęścia, jednak bądźmy szczerzy. Gdyby tego typu dzieła (nie tylko kinowe, ale nawet książkowe) miałyby w pełni odzwierciedlać realność, to ofiary tak tragicznych wypadków pożegnałyby się z życiem już w chwili uderzenia maszyny o ziemię. Albo niewiele później.

Pomiędzy nami góry - Los
Los nie do końca sprzyja bohaterom. Przynosił chwile nadziei, ale i wątpliwości.
Źródło: filmweb.pl

„Pomiędzy nami góry” to prosty, niewymagający dramat łączący ze sobą gatunek katastroficzny z romantycznym. Główne postacie znajdują się w nieludzkich warunkach, w których walczą o przeżycie, ale przy okazji udaje im się nawiązywać ze sobą bliższy kontakt. Zdecydowanie polecam tym, którzy lubią motyw survivalu, nietypowe kino miłosne, biały puch oraz Kate Winslet i Idrisa Elbę. Albo przynajmniej jedno z nich.

Moja ocena: 7/10

„Twój Vincent” – Namaluj mi prawdę

O wyjątkowym projekcie polsko-brytyjskiego duetu dowiedziałem się stosunkowo niedawno. Niesie to ze sobą pewien plus, jak i minus. Tym drugim jest fakt, że umknęła mi cała droga, jaką przebył „Twój Vincent” od niewinnego pomysłu w głowach miłośników XIX-wiecznego artysty aż do finalnego etapu, jakim jest premiera i pierwsze projekcje gotowego produktu. Mógłbym wówczas nie tylko niecierpliwie czekać przez długie lata (tak, lata, a nie zaledwie miesiące!), ale również aktywnie wspierać całe przedsięwzięcie, co można było robić na naprawdę wiele sposobów (między innymi za pośrednictwem crowdfundingowego Kickstartera). A każdy z nich autentycznie dostarczał sił i ambicji twórcom filmu, u których i tak nie brakowało zapału godnego podziwu.

Twój Vincent

Zaś z drugiej strony późne dowiedzenie się o projekcie sprawiło, że nie musiałem długo czekać, aby w końcu go zobaczyć. Gdy pierwszy raz przeczytałem o „Twoim Vincencie” i obejrzałem jego zwiastun w internecie (dopiero później w sali kinowej), byłem pewien, że będę musiał zobaczyć go jak najszybciej się da. I cóż – tak też się stało, bo udało mi się dorwać bilet na seans przedpremierowy, który odbył się w ostatni wtorek. W normalnym wypadku musiałbym odłożyć seans co najmniej na piątek, 6 października, bo to wówczas produkcja oficjalnie pojawi się na ekranach polskich kin.

Jednak nim podzielę się wrażeniami, warto poświęcić nieco czasu na poznanie wyjątkowo ciekawych faktów na temat tego filmu, którymi rzadko który może się pochwalić. Przede wszystkim należy wspomnieć o początkach pomysłu, który narodził się w głowie polskiej reżyserki Doroty Kobieli. Ta, od lat zafascynowana twórczością holenderskiego malarza Vincenta van Gogha, postanowiła, we współpracy z brytyjskim producentem Hugh Welchmanem, zrealizować pełnometrażowy obraz opowiadający o końcówce życia artysty.

Twój Vincent - Vincent
A co gdyby opowiedzieć historię
Vincenta van Gogha jego własnymi obrazami?
Źródło: filmweb.pl

Patrząc na to jedynie z tej perspektywy, nie byłby to pomysł wyjątkowo oryginalny. Żywot malarza od lat był i jest inspiracją dla wielu współczesnych twórców. Między innymi już w 1956 roku zrealizowano film „Pasja życia”, który był cenioną biografią van Gogha. Trzydzieści cztery lata później kooperacja kilku państw Europy stworzyła nieco mniej udany, ale wciąż klasyczny już dramat „Vincent i Theo” koncentrujący się na relacjach dwóch braci. A jeśli interesuje Was bardziej współczesne kino, wystarczy sięgnąć po obraz z 2010 roku, w którym to w tytułową rolę wcielił się znany aktor Benedict Cumberbatch. Telewizyjny „Van Gogh: Painted with Words” został świetnie odebrany i na nowo wzbudził zainteresowanie postacią malarza.

Czym jednak pośród tak wielu biografii wyróżnia się tegoroczny „Twój Vincent”? Oryginalnym sposobem realizacji, którego nie da się nie docenić. Powstająca przez lata produkcja jest pierwszą na świecie animacją pełnometrażową wykorzystującą ręcznie malowane płótna. Fenomen ten został osiągnięty poprzez ponad dwuletnią, ciężką pracę około stu malarzy z Polski i zagranicy, którzy pełni ambicji i zapału namalowali prawdopodobnie setki tysięcy obrazów, z których sześćdziesiąt pięć tysięcy zostało ostatecznie wykorzystanych w gotowej wersji filmu. Każdy z tych malunków, które przychodzi nam zobaczyć na ekranie, powstawał w wyniku naśladowania specyficznej twórczości van Gogha nie tylko pod szeroko rozumianym względem stylistycznym, ale także inspiracyjnym.

Twój Vincent - Obrazy
Nie trudno zauważyć silne inspirowanie się dziełami van Gogha.
Źródło: filmweb.pl

Artyści odpowiedzialni za film posiłkowali się licznymi dziełami malarza, z których wykorzystywali elementy otoczenia dla powstającego dzięki nim świata przedstawionego, ale przede wszystkim zapożyczali postacie uwiecznione na obrazach. To one stały się głównymi bohaterami „Twojego Vincenta”, którzy nakręcają wątki fabularne produkcji. Ostatecznie szacuje się, że wykorzystano ponad sto dwadzieścia tworów Holendra, które nie tylko gwarantowały natchnienie dla powstających od zera klatek filmowych, ale i same znalazły swoich parę chwil w ostatecznej wersji kinowej.

Wszystkie te mniej lub bardziej znane obrazy van Gogha stanowiły fundamenty dla wizualnego aspektu produkcji. Silną więź i poszanowanie względem jego twórczości widać gołym okiem w każdej sekundzie seansu. A warto zaznaczyć, że na jedną sekundę składa się dwanaście unikalnych malunków wprawionych w ruch dzięki technologii komputerowej.

Twój Vincent - Animacja
Jakość i płynność scen są zadziwiające!
Źródło: filmweb.pl

I choć rozmach wizualny dostrzegany w „Twoim Vincencie” jest zdecydowanie największym atutem przemawiającym za wyjątkowością projektu, to wciąż nie należy zapominać o drugim, równie ważnym aspekcie każdego filmu – warstwie fabularnej.

Sztab wyjątkowo utalentowanych ludzi zapewnił świetne doznania dla oczu, ale co z przyjemnością dla mózgu? Pod tym względem również sięgnięto jak najwyższego możliwego poziomu. Jak bywało już w poprzednich biografiach van Gogha – głównym źródłem informacji o nim, jak i otaczającej go rzeczywistości były liczne listy pisane nocami i adresowane do brata Theo. Korespondencji tych udało się zachować na tyle dużo, że dzisiaj naprawdę wiele wiadomo o samym Vincencie, jak i ostatnich latach jego życia. A te były bardzo burzliwe i emocjonujące.

Twój Vincent - Opowieści
Był znany wszystkim, ale każdy zapamiętał go trochę inaczej.
Źródło: filmweb.pl

Wchodząc w nieco większe szczegóły, udało się dotrzeć do około sześciuset listów spod pióra samego malarza oraz mniej więcej czterdziestu będących odpowiedziami ze strony brata. Ich odczytywanie i analizowanie od lat pozwala na dogłębne poznawanie poglądów, a nawet psychiki utalentowanego Holendra. Nic dziwnego, że po te zapiski również podczas tworzenia scenariusza do „Twojego Vincenta”, bo rzeczywiście są najbardziej rzetelnym i pewnym źródłem dla biografów.

Skoro wiemy już w pewnym stopniu, jak wyglądał proces twórczy nad polsko-brytyjskim projektem, możemy skupić się na samej jego finalnej wersji, która właśnie zaczyna wchodzić do kin w naszym kraju. Czym właściwie dla nas – zwykłych kinomanów, jest ten piękny, malowniczy przejaw współczesnego artyzmu?

Twój Vincent - Piękno
I jak tu nie docenić tak pięknych malunków?
Źródło: filmweb.pl

„Twój Vincent” zabiera nas do roku 1891, kiedy to mija dwanaście miesięcy od głośnej i tragicznej śmierci rozpoznawalnego w okolicy malarza Vincenta van Gogha. Postacią wiodącą tej historii jest nijaki Armand Roulin, którego ojciec – listonosz Joseph, utrzymywał bardzo bliskie kontakty ze zmarłym, jak i jego rodziną. Doręczyciel po długim czasie od nieszczęśliwego zdarzenia wciąż był w posiadaniu prawdopodobnie ostatniego listu napisanego przez Vincenta, który zaadresowany został do jego brata – Theo. Młodemu Armandowi przypadło zadanie wyruszenia w dłuższą podróż, aby w końcu dostarczyć korespondencję do odpowiedniego odbiorcy. Pech jednak chciał, że nie było to takie proste, jakby mogło się wydawać.

Twój Vincent - Armando
Wąsaty mężczyzna w żółtym płaszczu chce poznać prawdę o malarzu.
Źródło: imdb.com

Następujące po sobie sytuacje, które spotykają młodego Roulina w niewielkim miasteczku będącym miejscem zamieszkania oraz śmierci Vincenta, sprawiają, że chłopak zaczyna coraz bardziej interesować się tajemniczym życiem malarza. Napotyka na swojej drodze wielu ciekawych ludzi, z którymi zaczyna dyskutować na temat van Gogha i poznawać różne wersje ostatnich miesięcy, tygodni, dni i godzin jego życia. Zaskakuje go fakt, jak wiele odmiennych opinii mają mieszkańcy francuskiej miejscowości, a czasem nawet przedstawiane przez nich wersje wydarzeń bywają ze sobą sprzeczne.

Twój Vincent - Postacie
Główny bohater spotyka wielu znajomych Vincenta, którzy mają coś o nim do powiedzenia.
Źródło: filmweb.pl

Sprawia to, że otrzymujemy wyjątkowo ciekawą historię, która nie od początku jest jasna i klarowna. W pewnym momencie zaczynamy odczuwać, że nie do końca wiemy, co jest prawdą, a co fikcją wymyślaną przez postacie mniej lubujące się w zmarłym Vincencie. W każdym razie wszyscy bohaterowie napotykani przez Armanda podczas jego małego „śledztwa” otrzymują swoich kilka minut, aby móc nam przedstawić własną wersję przyczyn śmierci malarza, jak i samych okoliczności odebrania życia.

Zapewnia to szeroką gamę przedstawianych postaci, a każda z nich odgrywa w całości mniej lub bardziej znaczącą rolę. Nikt nie pojawia się tutaj bez powodu i każdy, począwszy od wioślarza po doktora aż do żandarma, ujawnia nam pewne nowe, ciekawe szczegóły na temat tajemniczego zachowania Vincenta lub bezpośrednio jego aktu samobójstwa. Z tym że, jak już zdążyłem wspomnieć, nie do końca możemy być pewni, która postać opowiada nam prawdę, a która próbuje ją jak najlepiej zataić. Oczywiście do czasu, bo wraz z biegiem wydarzeń cała historia się klaruje i stwarza logiczną, choć w zupełności nie szczęśliwą całość.

Twój Vincent - Aktorzy
Postacie malowano bazując na wyglądzie prawdziwych aktorów,
których wcześniej porównano z portretami wykonanymi przez van Gogha.
Źródło: filmweb.pl

Scenarzyści sięgnęli po dość prosty, ale nadal niezawodny sposób na opowiadanie tego typu historii, gdy główna oś czasu osadzona jest już po interesującym nas wydarzeniu. W tym przypadku mamy wspomniany rok po śmierci Holendra, a fakt, że najbardziej skupieni jesteśmy na tym, aby dowiedzieć się, jak przebiegały ostatnie dni życia van Gogha i jak doszło do jego samobójstwa, sprawił, że w filmie obecny jest motyw retrospekcji. Ten pełni tutaj bardzo ważną rolę, bo świetnie obrazuje nam narrację każdego z bohaterów spotykanych przez Armanda. Gdy zaczynają przedstawiać swoje doświadczenia z Vincentem, zostajemy płynnie zabierani do przeszłości, która wyróżniona zostaje czarno-białą animacją.

Jeśli mam być szczery, to w retrospekcyjnych malunkach zakochałem się jeszcze bardziej niż w tych kolorowych. Wyglądają wręcz przepięknie, a cieniowane są tak, jak w życiu nie pomyślałbym, że jest to możliwe. Najwidoczniej bardzo daleko mi do choćby połowy talentu, jaki posiadają twórcy obrazów wykorzystanych w produkcji.

Twój Vincent - Retrospekcje
Czarno-białe sceny retrospekcyjne również miały w sobie coś wyjątkowego…
Źródło: filmweb.pl

Do pełni szczęścia brakuje już tylko wysokiej jakości oprawy muzycznej, prawda? Cóż, najwidoczniej odpowiedzialni za „Twojego Vincenta” nie mieli zamiaru zostawić choćby jednego aspektu, co do którego można by mieć pretensje, bowiem i ścieżka dźwiękowa produkcji została specjalnie skomponowana na jej potrzeby, co tym bardziej daje do zrozumienia, że nie mogłaby lepiej wpasować się w sceny i całe wydarzenia odbywające się na ekranie. Zawdzięczamy to wyjątkowemu Clintowi Mansellowi, który od lat jest szanowanym i znanym brytyjskim kompozytorem. W swoim dorobku ma stworzenie muzyki między innymi do kultowego „Requiem dla snu”, a chyba nie muszę udowadniać, jak świetną oprawą dźwiękową może pochwalić się ten tytuł z 2000 roku.

Słodzę tu i słodzę, ale cóż… Prawda jest taka, że nie mam żadnych pretensji wobec tego, jak twórcy „Twojego Vincenta” przedstawili ostatnie chwile życia malarza. Choć znawcy tematu prawdopodobnie mogliby doszukiwać się tutaj mniejszych lub większych niedociągnięć i pewnie znaleźliby jakieś argumenty za tym, że opowieść jest przedstawiona zbyt płytko i niewystarczająco zgłębia wszelkie aspekty życia van Gogha, to wciąż nie należy zapominać, że projekt miał być pewnego rodzaju hołdem oddanym jego postaci oraz twórczości, co niewątpliwie zostało osiągnięte od pierwszej do ostatniej minuty zrealizowanej produkcji.

Film jest 90-minutową ucztą dla zmysłów. Wzrok zadowoli się pięknymi obrazami wprawionymi w ruch, słuch doceni dźwięki wydobywające się z kinowych głośników, a myśli (gdyby tylko były uznane za szósty zmysł) zostaną zaspokojone ciekawie rozpisaną i intrygującą fabułą opowiadającą o jednym z największych malarzy w historii sztuki.

Dobrze jest umierać, gdy się ma świadomość, że zrobiło się w życiu coś naprawdę dobrego, że pozostanie się w pamięci choćby kilku ludzi i będzie się przykładem dla potomnych.
~Vincent van Gogh

Moja ocena: 9/10