Kolejnych 6 krótkich filmów, które zapadają w pamięć

Często niedoceniane, a w rzeczywistości to małe dzieła sztuki. Tym bardziej, że prawdopodobnie trudniej jest stworzyć dobry film trwający kilka, a nie kilkadziesiąt minut. Oprócz fenomenalnego pomysłu na scenariusz i samą realizację, potrzebne jest logiczne myślenie i planowanie. Co z tego, jeśli reżyser ma wizję, ale nie da rady upchać jej w ograniczonej liczbie scen? Gdy odpowiedzialnym jest się za obraz pełnometrażowy, granic czasowych praktycznie nie ma. Ewentualnie zależą one od finansów. Film może trwać od nieco ponad godziny aż do trzech i więcej.

Tymczasem krótkometrażówki nie mają tak dobrze. O ile dolna granica nie istnieje (nawet iluś sekundowe nagranie może być rozpatrywane jako produkcja krótkiej projekcji), to z górną jest już większy problem. Sztywnego maksimum nie ma, jednak reżyserskie wyobrażenie musi być skondensowane w jak najkrótszym czasie. Z reguły słysząc wyrażenie „film krótkometrażowy” nasuwa nam się na myśl jakieś 10-20 minut. I prawidłowo, jednak nie należy zapominać, że i te nieco dłuższe obrazy mogą załapać się na to miano. Wszystko zależy od subiektywnych opinii, jednak specjaliści są zgodni co do tego, że termin „krótkometrażówka” kończy się na maksymalnie jednej godzinie. Później film cechuje się pełnym czasem projekcji.

Kolejnych 6 krótkich filmów

Jednak to nie czas ani miejsce na teoretyczne podejście do tematu. Dzisiaj chciałbym nawiązać do zeszłorocznego tekstu. Po letniej przerwie przedstawiłem Wam sześć krótkich filmów, które znajdują się (nawet teraz) na liście moich ulubionych. Ale nie był to kompletny spis, bo godnych polecenia produkcji o podobnym czasie trwania jest znacznie więcej. W związku z tym czytacie teraz drugą odsłonę zapadających w pamięć krótkometrażówek. Ponownie wyodrębniłem ich sześć, choć ciekawych znalazłem więcej. Kto wie, może kiedyś jeszcze o nich napiszę 😉


„Signs” (2008)

Rok temu z pełnym entuzjazmem poleciłem Wam disneyowską animację „Paperman”, która podbiła serca tysięcy widzów na całym świecie. Była pozbawiona barw, prosta, ale zarazem przyjemna dla oczu. Zawierała szczyptę magii i oczywiście wątek miłośny, który jest ponadczasowym motywem emocjonalnym. Okazuje się jednak, że pomysł na krótkometrażówkę nie był na tyle oryginalny i wyjątkowy, jak mogłoby się wydawać. Podobną historyjkę ukazano w innym kilkuminutowym obrazie sprzed dziewięciu lat – „Signs”.

Kolejnych 6 krótkich filmów - Signs
W jaki sposób kontaktować się z wybranką serca z sąsiedniego budynku?
Grafika: stmia.wordpress.com

Tutaj jednak nie wystąpili rysunkowi bohaterowie (jak na studio Disneya przystało), lecz aktorzy wcielający się w młodych i zapracowanych ludzi. Ciekawy jest fakt, że reżyserem był Patrick Hughes, który swoją realizatorską karierę ma skromną, ale nie byle jaką. Po „Signs” wyreżyserował zaledwie trzy filmy – niezbyt głośne „Red Hill” w 2010, wyczekiwanych „Niezniszczalnych 3” w 2014 oraz najnowszego „Bodyguarda Zawodowca”, którego miałem przyjemność recenzować parę tygodni temu.

Początek reżyserskiej kariery Hughesa zawarł zaledwie dwójkę aktorów w obsadzie. Kastie Morassi zagrała Stacey, a Nick Russell – Jasona. Dwanaście minut produkcji opowiada o pewnym introwertyku pracującym w biurowcu, który dzień w dzień zajmuje się dokumentacją. Pewnego razu, wyglądając przez okno na sąsiedni budynek, zauważa pracującą tam piękną kobietę. Z czasem ośmiela się komunikować z nią za pomocą kartek papieru, których oboje mają pod dostatkiem. Prawie jak w „Papermanie”, prawda? Jednak na tym opowieść się nie kończy, jako że życie nie zawsze jest takie proste. Ale dalszy ciąg wydarzeń musicie zobaczyć sami.


„Cyrk motyli” (2009)

Kto nie widział tej niemal dwudziestominutowej produkcji, niech koniecznie nadrobi ją już za chwilę. Jeśli chodzi o dramaty krótkometrażowe, „Cyrk motyli” jest jedną z podstaw gatunku. Choć ma zaledwie osiem lat, to już zapisał się na łamach kultowych reprezentantów tej dziedziny. Po seansie sami zobaczycie, że w zupełności nie można się temu dziwić. Film jest zrealizowany w sposób, którego nie powstydziłby się żaden obraz kinowy w pełnym metrażu. Zarówno ujęcia, jak i praca kamery oraz montaż stoją tutaj na naprawdę wysokim, wręcz zadziwiającym poziomie. Czas trwania filmu ucieka bardzo szybko, przez co ostatecznie czuje się niedosyt z faktu, że to już koniec. Chciałoby się zobaczyć dłuższą, jeszcze bardziej rozbudowaną historię!

Kolejnych 6 krótkich filmów - Cyrk motyli
Każdy człowiek ma w sobie coś niezwykłego.
Grafika: imdb.com

„Cyrk motyli” został nakręcony przez Joshuę Weigela, który na swoim koncie ma jeszcze mniej tytułów już wcześniej wspominany Patrick Hughes. „Stained” i „Snare” również reprezentują gatunek krótkometrażowy, jednak żaden z nich nie odniósł takiego sukcesu, jak ostatni z trzech filmów Weigela. Obsada aktorów jest niezwykle bogata, co zostało wymuszone przez skupienie historii na zespole cyrkowym. Każdy z artystów znajduje swoich kilka chwil na ekranie, dzięki czemu nie czujemy do nich dystansu i nie nastawiamy się jak do bezimiennych oraz bezwartościowych osób. Jednak najwięcej uwagi skupia na sobie dwóch mężczyzn – właściciel cyrku motyli Pan Mendez oraz wyjątkowy Will.

Właśnie o ów wyjątkowość chodzi w całym filmie. Artyści cyrkowi podróżują po całym kraju i występują dla licznych publiczności. Są znani, szanowani i podziwiani za swoje umiejętności. Pewnego razu natykają się na festyn, w którym zorganizowano pokaz ludzi nieprzeciętnych. Wśród nich znajdują się skrajne przypadki, które odbiegają od społecznych norm. Przesadna otyłość, wytatuowane ciała i niepełnosprawność. Reprezentantem tych ostatnich jest Will pozbawiony wszystkich kończyn. Całe życie jest wyśmiewany i lekceważony przez ludzi zwyczajnych. Znosił to przez lata, jednak po pojawieniu się Pana Mendeza, postanawia zmienić swoje życie i decyduje się na wyruszenie wraz z cyrkiem motyli. To jednak dopiero początek przygody, która go czeka…


„Vincent” (1982)

Co jak co, ale trochę klasyki nam się przyda. Choć współczesne możliwości dają lepsze i szersze pole do popisu dla twórców wszelkiej maści, to nie należy zapominać o starych czasach, które były fundamentami rozwoju różnych dziedzin życia. W tym oczywiście kinematografii, a nawet ściślej pisząc – krótkometrażówek. Choć 1982 rok to w sumie dość zaawansowany etap ów filmów, to z perspektywy czasów obecnych można uznać go niemal za prehistorię. Szczególnie, jeśli obejrzy się produkcje pokroju „Vincenta”, które ani trochę nie grzeszą jakością i wymagają od nas czujnego oka, aby w niektórych scenach połapać się, o co chodzi.

Kolejnych 6 krótkich filmów - Vincent
‚Vincent” zachowuje charakterystyczną stylistykę filmów Burtona.
Grafika: imdb.com

Sugerowany tutaj film nie jest pierwszym lepszym. Nie tylko ze względu na pomysł fabularny, o którym za chwilę, ale i również dzięki jego twórcy. Reżyserem „Vincenta” jest nikt inny, jak Tom Burton, czyli niezwykle zasłużony i wyjątkowy realizator filmowy. W swoim dorobku ma już masę tytułów, zarówno starych (kultowy „Sok z żuka”), jak i nowych („Alicja w Krainie Czarów” lub „Osobliwy dom Pani Peregrine”). Słynie ze swojego niepowtarzalnego stylu reżyserskiego. Większość jego produkcji czerpie garściami z estetyki czarnego humoru, groteski i gotyku. Doskonale wiedzą, co mam na myśli, wszyscy, którzy mieli przyjemność oglądać filmy Burtona. Mają one dziesiątki cech charakterystycznych, które wykorzystane są praktycznie w każdym kolejnym projekcie reżysera. Sceny przy stołach, podteksty gotyckie, długie nogi i blade twarze animowanych bohaterów to tylko część znaków rozpoznawczych jego twórczości.

A te niezwykle łatwo jest zauważyć w „Vincencie”, czyli sześciominutowej animacji o nieco psychologicznym podłożu. Głównym bohaterem jest zaledwie siedmioletni tytułowy chłopak, który ma dość nietypowe marzenie. Chce być jak jego imiennik Vincent Price – niegdyś znany amerykański aktor występujący w filmach grozy. Chłopiec nie tylko chce osiągnąć swój cel, ale już cały czas o nim myśli i dąży do niego. Stąd podziwiamy na ekranie różne przeraźliwe plany i pomysły siedmiolatka, które w płynny sposób są zestawiane z jego rzeczywistym, codziennym życiem pozbawionym wyobraźni. Całość dopełnia przyjemny głos narratora, który rymując opowiada o tym, co siedzi w głowie małego Vincenta.


„Gadające głowy” (1980)

Kolejnym klasykiem wśród filmów krótkometrażowych jest polski obraz zrealizowany przez Krzysztofa Kieślowskiego – niezwykle znanego i uznanego dokumentalisty, który odszedł w 1993 roku. Pozostawił jednak po sobie bogatą filmografię, która do dzisiaj jest podziwiana i przedstawiana jako kultowe oraz ponadczasowe dzieła, z których należały czerpać inspiracje. „Gadające głowy” obejrzałem dopiero na studiach, gdy podczas jednych z zajęć na dziennikarstwie prowadząca warsztaty chciała zapoznać nas z twórczością Kieślowskiego. Dokument z 1980 roku przedstawiła jako pierwszy i opisała jako prawdopodobnie najprostszy jeśli chodzi o pomysł i realizację.

Kolejnych 6 krótkich filmów - Gadające głowy
Dokument ukazuje moralność Polaków z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego wieku.
Grafika: youtube.com/watch?v=Mwa_JGQB9Xg

Produkcja licząca sobie czternaście minut przedstawia nam Polaków w różnym wieku. Każdy z nich na co dzień zajmuje się czymś innym, pochwalić się może odmiennym stopniem zamożności lub indywidualności. Jednak wszystkich zestawiono w jednej, identycznej sytuacji. Na twarze bohaterów skierowano kamery, przez co wydaje się, jakby przez cały film mówiły do nas same głowy bez reszty ciała, której najzwyczajniej nie widać w kadrach. Kieślowski zadawał wówczas swoim rozmówcom cztery niezwykle proste pytania – „W którym roku się urodziłeś?”, „Kim ty jesteś?”, „Co jest dla ciebie najważniejsze?” i „Czego byś chciał?”. Na pozór odpowiedzi również powinny nie sprawiać problemu, a w rzeczywistości udało się zaobserwować różne ciekawe stanowiska i poglądy.

Pytania te Kieślowski zadał w 1979 roku setkom Polaków, a do filmu wybrał zaledwie kilkadziesiąt. Nagranych rozmówców uporządkował zgodnie z wiekiem – od najmłodszego (niemowlaka) do najstarszego (stuletniej staruszki). Efekt końcowy „Gadających głów” może zaciekawić niejedną sceptycznie nastawioną osobę. Mogłoby wydawać się, że pomysł na film był słaby i nieciekawy, jednak zdecydowanie najbardziej istotnym elementem nie jest tutaj to, co widzimy, lecz to, co słyszymy. Przekrój mentalności i podejścia Polaków w tych zaledwie czternastu minutach pozostawia z wieloma myślami w głowie.


„Ambicja” (2014)

Czym byłoby rozprawianie o filmach krótkometrażowych bez wspomnienia o twórczości Tomasza Bagińskiego? O jego produkcjach napisałem już rok temu, kiedy to minęło parę miesięcy od premiery „Smoka” i „Twardowsky’ego”, czyli dwóch tytułów powstałych we współpracy z serwisem Allegro. Kilka zdań napisałem również o „Katedrze” z 2002 roku, która stała się już jedną z najważniejszych wizytówek polskiego reżysera. Można jednak powiedzieć, że Bagiński łapie wiatr w żagle i ani na moment nie porzuca swojego wizjonerstwa. Jest to odpowiednie określenie, jeśli pod uwagę weźmiemy niektóre jego filmy, które swoją nieszablonowością i sposobem realizacji wyróżniają się na tle większości krótkometrażówek, a może nawet i tych o długim czasie projekcji.

Kolejnych 6 krótkich filmów - Ambicja
Tomasz Bagiński lubi zabierać widzów w kosmos.
Grafika: max3d.pl

Nie da się ukryć, że jednym z ulubionych gatunków reżysera jest science-fiction, czego dowodem są wspomniane projekty we współpracy z Allegro, ale i parę innych tytułów, wśród których znaleźć można „Ambicję”. Film liczący sobie zaledwie siedem minut jest dość młody, jako że premierę miał zjedynie trzy lata temu. Zdjęcia do niego powstawały między innymi na Islandii i w Irlandii, a na planie zaangażowała się w niego tylko dwójka aktorów. Młoda Włoszka Aisling Franciosi wcieliła się w rolę Uczennicy, której mentorem został Aiden Gillen. Nazwisko to być może jest znane miłośnikom „Gry o tron”, którzy podziwiać mogli aktora jako jedną z kluczowych postaci całej serii – Petyra „Littlefingera” Baelisha. Mężczyzna już wtedy był rozpoznawany dzięki tej roli, co jeszcze bardziej podkreśla wyjątkowość obsady, jaką udało się zebrać Bagińskiemu.

A o czym jest sama „Ambicja”? Krótka opowieść przedstawia scenę rozgrywającą się w galaktyce, w której znajduje się dwójka bohaterów. Podopieczna Mistrza stara się o jak najlepsze przyswojenie wiedzy na temat nanotechnologii, aby następnie bezproblemowo móc nią władać i tym samym dowieść swojego potencjału oraz posiadanych umiejętności. Przez cały czas jest bacznie obserwowana przez szkoleniowca. Dużo więcej napisać nie mogę, bo w tym przypadku wyjątkowo łatwo byłoby o zdradzenie istotnych szczegółów. Nic dziwnego, skoro obraz ma zaledwie parę minut. Jednak zdecydowanie warto poświęcić ten czas na obejrzenie, bo już same efekty komputerowe i wygenerowany świat robią piorunujące wrażenie.


„Kinematograf” (2009)

Ostatnia z propozycji w tym zestawieniu również wyszła spod skrzydeł polskiego reżysera specjalizującego się w krótkometrażowych produkcjach. Tym razem jest ona nieco starsza od „Ambicji”, bowiem nie sprzed trzech lecz ośmiu lat. Z tego co zdążyłem wysłuchać lub wyczytać, podejścia do „Kinematografu” są skrajnie różne. Pomimo tego, że większość widzów wciąż docenia i wysoko stawia sobie twórcze zapędy Tomasza Bagińskiego, to nie brakuje również małej, ale wciąż zauważalnej krytyki. Prawdopodobnie wynika to z tego, że ów produkcja pod względem oryginalności i pomysłu na scenariusz może lekko zawodzić. O ile postacie i główny zarys fabuły nie są typowo sztampowe i oklepane, o tyle następujące po sobie wydarzenia i ich finalnej rozwiązanie mogą pozostawić niesmak dla tych, którzy oczekują czegoś więcej niż chwilowa emocjonalna huśtawka.

Kolejnych 6 krótkich filmów - Kinematograf
Pracoholizm to poważna choroba. Przekonuje się o tym ten oto wynalazca.
Grafika: filmweb.pl

„Kinematograf” liczący sobie zaledwie dwanaście minut to animowany dramat, którego głównymi bohaterami są Francis oraz Elizabeth. Ten pierwszy jest wynalazcą i geniuszem, którego można spokojnie mianować pracoholikiem. Cały swój czas w ciągu dnia i nocy poświęca na dopieszczanie rewolucyjnego prototypu – kinematografu. Wyczuwa w nim ogromnych rozmiarów potencjał, jako że podobnego jeszcze nikt do tej pory nie opatentował. Problem jednak w tym, że zatracając się w pracy zapomina o przyziemnych, ważnych dla zwykłego człowieka sprawach i problemach. Na nieco uwagi zasługuje jego żona – wspomniane Elizabeth, która ukrywa przed ukochanym pewien nieprzyjemny fakt.

Resztę musicie zobaczyć sami, aby efekt końcowy był jak najbardziej odpowiedni do tego zamierzonego przez Bagińskiego. Nie można zaprzeczyć temu, że „Kinematograf” jest krótkometrażówką nakierowaną na uczucia widza. W ciągu kilkunastu minut można doświadczyć ich co najmniej kilka, jednak traci na tym oryginalność i nieprzewidywalność fabuły. Takie zdanie podziela wielu, ale Wam zalecam wyrobienie własnego.

Reklamy

Obdarowani – Prosta historia o nadzwyczajnym życiu

W natłoku filmów wysokobudżetowych, pełnych akcji i komputerowo wygenerowanych efektów, jakie obecnie co rusz oferują kina na całym świecie, często zapomina się, jak wartościowe są proste produkcje o życiowych problemach. Nie przeczę temu, że i takich jest dużo, bo to faktycznie prawda. Od dawien oglądane są z przyjemnością, ale niewątpliwie pozostają w cieniu hollywoodzkich blockbusterów, które koszą finansowe żniwa. Tak jednak być nie powinno, bo dramaty oscylujące wokół bardziej przyziemnych tematów są prawdziwymi perełkami wśród wszystkich kinowych tytułów. Dosłownie wszystkich.

Obdarowani

Do tej chwili pamiętam, jak w styczniu zostałem zauroczony przez „Patersona”. Obraz wyreżyserowany przez Jima Jarmuscha mógłby spokojnie uchodzić za jeden z nudniejszych w ciągu ostatnich kilku lat. Przedstawiał kilka epizodów z życia szarego kierowcy autobusów miejskich, który miłował się w poezji. Specjalnie uwydatniono nawet monotonne, schematyczne życie mężczyzny, które rzadko było zaburzane przez niechciane sytuacje. Ostatecznie po seansie byłem zaskakująco zadowolony. Pewna ocena osiem na dziesięć i długotrwałe zatarcie się w pamięci gry aktorskiej Adama Drivera, który zrobił o wiele lepszą robotę niż jako Kylo Ren w siódmym epizodzie „Gwiezdnych Wojen”.

Kilka dni temu ponownie poczułem, jak film o przyziemnych sprawach może poruszać zmysły człowieka i zainteresować tak, jak niejeden blockbuster by nie potrafił. Wszystko za sprawą „Obdarowanych”, czyli najnowszego dramatu Marca Webba. Sam reżyser mógł różnie nastawiać przed wybraniem się na seans. Odpowiedzialny był bowiem za przeciętnie przyjęte dwie części „Niesamowitego Spider-Mana”, które w rzeczywistości nie były aż tak złe, jak wielu je opisuje. Ale poza tym specjalizuje się głównie w serialach różnego gatunku, w tym dramatu, więc pewne fundamenty przed realizacją „Gifted” już miał.

Obdarowani - Film
Poznajcie Franka i Mary.
Grafika: filmweb.pl

Nie będę ukrywał, że bardziej od opisu filmu, zainteresowała mnie jego główna obsada. Męską rolę wiodącą otrzymał nikt inny, jak popularny za sprawą produkcji superbohaterskich Chris Evans. Ten od lat przywdziewa strój Kapitana Ameryki i prawdę mówiąc – rzadko gra gdziekolwiek indziej. Ale dzięki temu przyjemniej było zobaczyć jego nazwisko na plakatach filmu o zupełnie innej tematyce. Drugą najistotniejszą postacią dla fabuły jest siedmioletnia dziewczynka obdarowana niezwykłymi umiejętnościami matematycznymi, która została zaprezentowana przez nie siedmio, lecz jedenastoletnią Mckeenę Grace. Ta, mimo młodego wieku, już kilkanaście razy pojawiała się na ekranach małych i dużych, przede wszystkim w zeszłorocznej kontynuacji „Dnia Niepodległości”.

Obdarowani - Bohaterowie
Kapitan Ameryka musi sprawdzić się w roli opiekuna nad siostrzenicą.
Grafika: filmweb.pl

Jeszcze przed seansem natknąłem się w internecie na bardzo zabawny i pozytywny komentarz. Głosił on, że wychowanie uzdolnionego dzieciaka nie jest trudne, jeśli jest się Kapitanem Ameryką. Świetnie nawiązuje to do filmograficznego dorobku Evansa oraz jego roli w „Obdarowanych”. Fabuła bowiem opowiada o średniozamożnym mężczyźnie Franku Adlerze, który mieszkając w niedużej drewnianej chatce wychowuje kilkuletnią dziewczynkę. Co ważne, nie jest ona jego. Główny bohater sam w sobie jest wujkiem Mary Adler, której matka odeszła, gdy ta miała zaledwie pół roku. Tak więc po ponad sześciu wiosnach chcąc nie chcąc są skazani na siebie i jak okazje się jeszcze na początku filmu – życie układa im się całkiem dobrze, pozostają szczęśliwi mimo skromnego bytu i raczej nie wyobrażają sobie rozłąki.

Obdarowani - Roberta
Najbliższą znajomą tej dwójki jest Roberta – sąsiadka.
Grafika: filmweb.pl

Sprawy komplikują się dopiero, gdy Mary osiąga wiek szkolny i na życzenie swojego wujka musi udać się do szkoły wraz z innymi, zwykłymi dzieciakami. Fakt, że podkreślam normalność jej rówieśników nie jest przypadkowy, bowiem dziewczynka z pewnością do takowych nie należy. Posiada jedną, ponadprzeciętną umiejętność, którą ona i jej wujek z reguły trzymają w tajemnicy przed osobami z zewnątrz, aby młodociana mogła dorastać w sposób normalny. O matematycznych zdolnościach Mary wiedzą tylko oni, zaprzyjaźniona sąsiadka Roberta i prawdopodobnie niewielka część oddalonej rodziny, w tym na pewno babcia dziewczynki – Evelyn, co przysporzy później niemałych kłopotów.

Obdarowani - Szkoła
Mary zdecydowanie nie należy do grona przeciętnych uczniów.
Grafika: filmweb.pl

Grono uświadomionych zwiększa się już pierwszego dnia w podstawówce, gdzie Mary nie próbuje ukrywać swoich umiejętności i na lekcji matematyki bez problemu rozwiązuje działania, których bez kalkulatora nie wyliczyłaby nawet dorosła osoba. To tylko początek lawiny następujących po sobie sytuacji, które mocno naruszą dotychczasowe spokojne, beztroskie życie dziewczynki i jej wujka. Pojawią się problemy nie tylko związane ze szkołą, której pracownicy chcą zareagować na matematyczne zdolności siedmiolatki, ale da o sobie znać także wspomniana przed chwilą babcia Mary posiadająca zupełnie odmienne wizje wychowania dziecka od tych, jakie obrał sobie jej dotychczasowy opiekun Frank. Dojdzie nawet do tego, że toczyć się będzie postępowanie sądowe o przydzielenie pełnych praw wychowawczych nad dziewczynką.

Obdarowani - Evelyn
Odmienne poglądy wychowawcze od wuja ma babcia dziewczynki.
Grafika: filmweb.pl

Podobnych opowieści w historii przemysłu filmowego nie brakuje. Z pozoru wydawać się może, że jest to pewien banał opowiadany na nowo. Z nowymi aktorami, nieco innymi wątkami fabularnymi, ale głównie o tym samym, co już nie raz poruszano na ekranach i w książkach. Racja, trudno się nie zgodzić. Motyw szczęśliwej, skromnej rodzinki, która w pewnym czasie zaczyna mieć problemy i osoby z zewnątrz chcą ją rozdzielić to coś, co wszyscy dobrze znamy. Nie ma wątpliwości, że twórcy filmowi tak chętnie adaptują tę wizję ze względu na świetną oglądalność oraz sprzedajność. Dramaty to wybór odpowiedni niemal na każdą chwilę, na każde emocje odczuwane przez człowieka. Można je oglądać będąc szczęśliwym, ale i smutny. Jednak za każdym razem dobrze spełnią swoją rolę, bo w głębi serca poruszą. A motyw rodziny od lat jest sprawdzony.

W takim razie co wyróżnia „Obdarowanych” od innych, podobnych filmów, jak dla luźnego przykładu polskie „Obce niebo”? Motyw pozostaje ten sam, czyli rodzina powoli nieradząca sobie z wychowaniem młodych, co skutkuje działaniami osób trzecich mającymi na celu odebranie praw opiekuńczych. Oprócz tego, że „Gifted” zostało nakręcone z myślą o szerszej, światowej widowni (stąd taki reżyser, obsada i promocja produkcji), to już podczas samego seansu da się zauważyć pewne nowe formy, które zostały zaadaptowane w całym obrazie. Sytuacje pokazane w filmie są czymś świeżym i nie aż tak bardzo schematycznym. Nigdy wcześniej nie miałem okazji śledzić przyziemnych problemów ludzi genialnych sprowadzonych do zaledwie siedmioletniej dziewczynki. Produkcji o ponadprzeciętnie inteligentnych osobach jest sporo, jednak tutaj tkwi świadomość przemyślanego celu, który z miejsca miał kupić widza. Dzieciaki na ekranach od dawna koncentrują na sobie uwagę, stąd też świetny efekt w „Obdarowanych”. Wszystkie wątki skupiają się wokół Mary, która szybko zyskuje aprobatę widzów, a nawet kradnie ich serca.

Obdarowani - Matematyka
Matematycznej wiedzy Mary nie powstydziłoby się wielu studentów nauk ścisłych.
Grafika: filmweb.pl

Małej blondynce kibicujemy w każdej sytuacji. Czy to podczas popisywania się wiedzą, czy też bycia bezsilną wobec przykrości losu. Rozśmiesza swoim wciąż dziecinnym podejściem do życia oraz ciętymi ripostami godnymi niejednej dorosłej osoby. Z drugiej strony, utożsamiać się można również z Frankiem, który ma zdecydowanie bardziej gruntowne, dojrzałe spojrzenie na świat. Trudno jest nie zrozumieć jego decyzji lub słów, jeśli racjonalnie spojrzy się na dotykające ich problemy. Jednak cieszy fakt, że ta dwójka mimo wszystko prędzej czy później świetnie się dogaduje.

Efektem dobrze rozpisanego scenariusza i stojącej na przyzwoitym poziomie gry aktorskiej jest wykreowanie realnej oraz autentycznej postawy głównych bohaterów, ich zachowań i więzi między nimi. Poczułem ich przywiązanie do sibie, a nawet sam z biegiem czasu zbliżyłem się do nich pod kątem emocjonalnym. W takich ludzi po prostu da się uwierzyć.

Obdarowani - Przyszłość
Kto zadecyduje o przyszłości małej blondynki?
Grafika: filmweb.pl

Tak samo do zrozumienia są zachowania pozostałych postaci. W szczególności młodej nauczycielki Bonnie, która zainteresowała się zdolnościami dziewczynki i pragnęła pomóc zarówno jej, jak i Frankowi. Trochę do ponarzekania jest w przypadku babci młodocianej – Evelyn, której pobudki są do zrozumienia jedynie w drobnym stopniu. Nie powinien dziwić fakt, że domaga się częstszych kontaktów ze swoją wnuczką, jako że jest ona dzieckiem jej córki, ale czasami pogrywa zdecydowanie zbyt ostro nie biorąc pełnej odpowiedzialności za Mary. Głównie skupiona jest tylko na jej umiejętnościach i przyszłej karierze zawodowej, przy czym zapomina o bardziej ludzkiej, normalnej sferze życia każdego człowieka. Dzięki temu można stwierdzić, że to właśnie ona odgrywa tutaj rolę czarnego charakteru, choć jej kreacja nie jest napisana stricte pod osobę, którą mamy nienawidzić. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia widza do kwestii poruszanych w filmie. Nie zdziwiłbym się, gdyby na sali kinowej znalazły się osoby trzymające stronę babci Evelyn.

Obdarowani - Duet
Frank i Mary na dobre i na złe?
Grafika: filmweb.pl

„Obdarowani” to prawdziwie życiowy spektakl, który potrafi zauroczyć nie tylko młodą bohaterką, ale i samymi sytuacjami pomiędzy postaciami, których relacje są starannie uwydatnione. Dzięki temu co pewien czas otrzymujemy piękne ujęcia, czy nawet całe sceny rozpalające pozytywne emocje w naszych sercach. Ciepłe dialogi między dwójką głównych bohaterów, ich wzloty i upadki, a przede wszystkim najważniejsze momenty fabuły są odczuwalne, jak na mało którym filmie wysokobudżetowym. Dołączając do tego przyjemnie przygrywającą muzykę w najodpowiedniejszych momentach, otrzymujemy produkcję pozwalającą rozsiąść się wygodnie w fotelu, zapomnieć o naszych codziennych problemach i zaadaptować te, które ujrzymy na ekranie.

Opowieść lekka, przyjemna i niewymagająca. Film jako całość świetnie się prezentuje, dzięki czemu zdobywa co najmniej dobry odgłos w sieci na stronach specjalistycznych. Ja również przyłączę się do pochwał dla twórców i aktorów, którzy zapewnili miłą odskocznię od efekciarskiego kina wypełniającego światowe repertuary.

Moja ocena: 8/10

Bodyguard Zawodowiec – Wrogów trzymaj blisko

Dopiero od nieco ponad tygodnia testuję „Unlimited”, czyli rewolucyjną usługę sieci kin Cinema City, i już teraz widzę, jak bardzo opłaca się z niej korzystać. Nie tylko z tego względu, że na każdym odbieranym bilecie widzę przyjemne dla oczu zero złotych, ale dzięki programowi odkrywam również, jak wiele można tracić chodząc do kina tylko raz na dłuższy czas. Teraz nie jest mi szkoda czasu i pieniędzy na cotygodniowe nowości, dzięki czemu jestem stale na bieżąco. A to pozytywnie wpłynie również na to miejsce – mój blog.

W piątek, w dzień polskiej premiery, wybrałem się na „Bodyguard Zawodowiec”, którym prawdopodobnie w zwyczajnych okolicznościach niezbyt bym się zainteresował. A już na pewno nie tak, aby kupić zwykły bilet za około dwadzieścia złotych. Tymczasem okazuje się, że byłby to błąd, którego na szczęście udało mi się uniknąć!

Bodyguard Zawodowiec

Ostatecznie na najnowszą komedię akcyjną nie wybrałem się z braku innych możliwości, bo jednak jest ich sporo. Wszystko jest zasługą kilkukrotnego obejrzenia zwiastuna, który często wałkowany był na wielkich ekranach przed innymi seansami, na które wybierałem się wcześniej. Już po pierwszym rzucie oka zwróciłem uwagę na ciekawą obsadę. Ryan Reynolds od zeszłego roku utożsamiany z marvelowskim Deadpoolem oraz Samuel L. Jackson, który od lat jest legendą światowego kina. To chyba jedno z najlepszych połączeń dla tego gatunku produkcji. I tak oto po kolejnych wyświetleniach trailera byłem pewien, że tych dwóch panów zrobi świetne show wybijające się ponad przeciętne filmy akcji. Wiedziałem, że muszę to zobaczyć.

Po seansie moja głowa była pełna rozmaitych myśli. W większości bardzo pozytywnych, co nawet dla mnie jest niemałym zaskoczeniem. Zdarzało się, że moje podejście do tego gatunku kina było nieco zdystansowane i momentami stereotypowe. Sądziłem, że większości z nich, poza małymi wyjątkami, jest do siebie bliźniaczo podobnych i raczej nic nie zdoła mnie zaskoczyć. Cóż, „Hitman’s Bodyguard” jednak się udało, bo z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że był to dotychczas najlepszy film, jaki w tym miesiącu widziałem. A obejrzałem nawet „Valeriana”, na którego długo czekałem.

Bodyguard Zawodowiec - Duet
Kto oprze się takiemu duetowi na wielkim ekranie?
Grafika: imdb.com

Pozostając cały czas przy obsadzie produkcji, potwierdziło się to, czego spodziewałem się jeszcze przed seansem. Nie ukrywam, że przede wszystkim to właśnie dla aktorów występujących w filmie zdecydowałem się poświęcić niemal dwie godziny temu tytułowi.

Okazuje się, że był to strzał w dziesiątkę, jako że wspomniani wcześniej Reynolds i L. Jackson tworzą naprawdę barwny, wyróżniający się i wyjątkowo zabawny duet, co prawdopodobnie jest zasługą dobrze napisanego scenariusza, ale także samych dwóch panów. Ich aktorskie umiejętności i spory potencjał komediowy można było zauważyć w co najmniej paru wcześniejszych filmach z ich udziałem. Ten pierwszy to przede wszystkim specjalista w gatunku humorystycznym, który stanowi większość jego filmografii, zaś drugi niejednokrotnie pokazał szeroki wachlarz swoich zdolności. Jacksona i filmy, w których grał, zna chyba każdy.

Bodyguard Zawodowiec - Bryce i Kincaid
Chcąc nie chcą, tych dwóch panów jest teraz zdanych na siebie.
Grafika: imdb.com

Bohaterowie, w których się wcielają, to Michael Bryce i Darius Kincaid. Pierwszy z nich był swego czasu najlepszym (wysoko) płatnym ochroniarzem, dla którego nie było misji niemożliwych. Strzec mógł dosłownie każdego, o ile wiedział, że mu się to opłaca. Współpracował z największymi amerykańskimi (i prawdopodobnie nie tylko) agencjami rządowymi i pozarządowymi, co świadczyło o jego niezawodności i wysokim statusie zawodowym. To wszystko było prawdą do czasu, gdy przydarzyło się mu jedno potknięcie, które obróciło karierę do góry nogami i z ochroniarza najwyższej klasy stał się strażą przyboczną ledwo wiążącą koniec z końcem.

Bodyguard Zawodowiec - Bryce
Niegdyś najlepszy na świecie, teraz nisko zdegradowany. Oto ochroniarz Bryce.
Grafika: filmweb.pl

Za to postać L. Jacksona to ktoś, kto (jakby się wydawało) nie ma żadnych zahamowań przed zrobieniem lub powiedzeniem czegokolwiek. Nie ma się co dziwić, skoro Kincaid to jeden z najniebezpieczniejszych ludzi na świecie mający na koncie setki wymordowanych. Jedni bardziej zasłużenie, drudzy mniej. Będącemu w niewoli przestępcy złożona zostaje oferta, dzięki której może pomóc swojej wybrance serca. Swoją drogą – równie niemoralnej i szalonej. Co do samego Dariusa, pomimo swojej nieobliczalności sprawia wrażenie całkiem fajnego i wyluzowanego gościa o nieprzeciętnym poczuciu humoru. Idealnie wpasowuje się w upodobania większości widzów swoim stylem bycia.

Bodyguard Zawodowiec - Kincaid
Gościa nie da się nie lubić. Chyba, że jest się jego kolejną ofiarą…
Grafika: filmweb.pl

Główny wątek fabularny filmu? Części światu zagraża maniakalny tyran będący prezydentem Białorusi (jak film sam pokazuje, nie każdy musi wiedzieć co to za kraj, bo w cudzysłowie dodana zostaje notka, że to dawna republika ZSRR). On i rzesza jego zwolenników posługujących się językiem rosyjskim mają jednak kłopoty, bo przeciw słowiańskiej głowie państwa toczy się proces o najwyższym międzynarodowym szczeblu. Wydawać by się mogło, że odsunięcie go od władzy i odpowiednie ukaranie za niehumanitarne rządy to tylko kwestia czasu, jednak okazuje się, że dowody są niewystarczające. Wtedy ostateczna nadzieja spoczywa w człowieku, którego nigdy nie chciano by wypuszczać zza krat – w samym Kincaidzie.

W tym momencie los łączy głównych bohaterów, których zadaniem jest przebycie setek kilometrów do Hagi w Holandii, gdzie aktualnie trwa długi proces. Ochroniarz Bryce musi zrobić wszystko, aby wypełnić misję przetransportowania mordercy i jednocześnie najważniejszego świadka mogącego zeznawać przeciwko białoruskiemu totalitaryzmowi. Warto zaznaczyć, że pomimo przyświecania tego właśnie celu, każdy z nich ma swoje własne i osobiste powody, dla których chcą pomyślnie wykonać misję. Jednak o tym przekonacie się podczas seansu.

Bodyguard Zawodowiec - Uwaga
Bezpieczne przetransportowanie Kincaida to wcale nie taka prosta sprawa…
Grafika: imdb.com

Jednym z najważniejszych elementów filmu są relacje, jakie zachodzą między Bryce’m oraz Kincaidem. Łatwo zauważyć, że w swoim zachowaniu są niczym yin i yang. Cech wspólnych mają niezwykle mało, o ile w ogóle jakieś istnieją. Były najlepszy ochroniarz ma zasadę, że nim zacznie działać, musi wszystko dokładnie rozplanować. Jeśli coś pójdzie nie po jego myśli – zawsze zamiera na kilka chwil, aby w głowie wszystko jak najrozsądniej przekalkulować. Tymczasem wiezień nie traci ani sekundy i po prostu robi to, co uważa za najbardziej odpowiednie. Instynktownie i szybko. A co w tym najciekawsze – takie podejście zazwyczaj mu się opłaca. W wyniku tego bohaterowie tworzą dwie bardzo odmienne kreacje, wręcz kontrastujące ze sobą, ale ostatecznie całkiem dobrze się dopełniają, dzięki czemu my zyskujemy intensywne i ciekawe kino, a oni sami kolejne nadzieje na sukces misji.

We wspomnianego wcześniej białoruskiego tyrana, wobec którego trwa międzynarodowy proces, wciela się zasłużony aktor Gary Oldman. Niezapomniany Syriusz Black z „Harry’ego Pottera” lub Dracula zrobił na planie kawał dobrej roboty, jako że wykreowany przez niego Dukhovich (w polskiej wersji Duchowicz) to naprawdę charakterystyczny antagonista, mający w sobie coś, co zarówno intryguje, jak i skutecznie zniechęca do tej postaci. Jest niepohamowany i maniakalny, dzięki czemu wprowadza sporo zamieszania w całym filmie. Jednak nie obeszło się bez jakichś minusów, wśród których na pewno jest kontynuowanie amerykańskiego stereotypu „jak zły, to z Europy wschodniej”. Rosjanie od dawien są uznawani za typowy dla kina wizerunek niegodziwców, co i tym razem się nie zmienia. Mimo, że postawiono na Białoruś, to i tak wyeksponowano ją jako pochodną rosyjskiej federacji.

Bodyguard Zawodowiec - Duchowicz
Największym zagrożeniem dla bohaterów jest Duchowicz i jego białoruscy zwolennicy.
Grafika: filmweb.pl

Pozostając nadal przy filmowej obsadzie, nie można pominąć także udziału na planie dwóch uzdolnionych i pięknych kobiet. Jedną z nich znają chyba wszyscy, bo to nikt inny jak Salma Hayek, czyli już pięćdziesięcioletnia meksykańska gwiazda, u której patrząc na posturę trudno jest uwierzyć w wiek. W „Bodyguard Zawodowiec” wcieliła się w wybrankę serca Kincaida, której kilka scen z więziennej celi to gwarancja humorystycznych doznań. I te jej wtrącenia w języku hiszpańskim, z których jest tak znana!

Zaś po stronie Bryce’a jest jego niedzisiejsza miłość – Amelia Roussel, która została zaprezentowana przez mniej znaną Elodie Yung. Francuzkę kojarzę głównie z roli Electry w drugim sezonie serialu „Daredevil”, gdzie pokazała się ze świetnej strony, a w omawianej akcyjnej komedii również nie zawodzi.

Bodyguard Zawodowiec - Sonia i Amelia
Do tych pań należą serca dwóch głównych bohaterów. Sonia Kincaid i Amelia Roussel.
Grafika: filmweb.pl

O samym filmie i tym, co w nim zobaczymy, można powiedzieć, że po prostu dzieje się tu dużo. Jak już przystało na kino tego gatunku, mamy co najmniej kilka wymian ognia między tymi złymi a dobrymi, występują również pościgi samochodowe (i nie tylko), których napięcie wciska w fotel, a przede wszystkim nie zrezygnowano z pokaźnej ilości krwi. Ginie sporo osób, mniej lub bardziej znaczących dla fabuły, a to wszystko owiane jest czerwoną posoką, wybuchami lub innymi dobrze nam znanymi efektami specjalnymi.

Jest jednak pewne „ale”! Twórcy nie poszli w stronę widowiska od początku do końca napakowanego akcją. Tak jak wspomniałem, spektakularnych scen nie brakuje, ale nie zrezygnowano z momentów spokojniejszych i stabilniejszych. Znaleziono czas na urywki przegadane lub rozwijające bardziej ludzkie i psychologiczne aspekty głównych bohaterów. Tutaj pogadają o miłości (o której więcej zaraz), tutaj o swoich zawodowych wzlotach i upadkach, a nawet niejednokrotnie pojawią się niespodziewane i kluczowe wymiany zdań, które napędzą dalszą akcję. Wszystko to zostało wyważone w sposób przemyślany, dzięki czemu film nie jest ani bezmózgą rozrywką dla masy, ani głębokim i trudnym do przełknięcia dramatem.

Bodyguard Zawodowiec - Ucieczka
Pościgi będą tutaj codziennością. Zdarzy się nawet, że i łodzią trzeba będzie uciekać.
Grafika: filmweb.pl

A skoro wspomniałem już o największym uczuciu wśród istot żywych – na tapetę wzięto nie tylko zawodowe wzmagania twardych facetów, którzy nie boją się posługiwać bronią. Zapamiętano, że każdy człowiek jest… człowiekiem i też ma swoje prywatne oraz emocjonalne potrzeby czy rozterki. Tak oto pewna część filmu poświęcona została wątkom miłosnym zarówno u Bryce’a, jak i Kincaida. Ten pierwszy boryka się z rozłąką ze swoją dawną ukochaną, a drugi wciąż darzy swoją namiętnym uczuciem (z odwzajemnieniem), jednak ich mordercza natura nie pozwala na zjednanie się. Trudno o to, gdy jedno i drugie jest na celowniku największych agencji bezpieczeństwa.

W każdym razie nie będzie błędem zsumowanie filmu do trzech najważniejszych aspektów. Akcji, miłości i humoru. Każdy z nich znajduje swoje pięć minut, które są bardzo ważne dla całości produkcji. W tym przypadku zdecydowanie się na bardziej humorystyczne elementy było udanym krokiem twórców. Dobrali aktorów tak dobrze, że nie mogło się to nie udać. Jak już wspomniałem, Reynolds i L. Jackson są świetni w tym, co robią i zawsze dają z siebie sto procent. Do tego dołożono całkiem niegłupi scenariusz zawierający niegłupie gagi, dialogi, zabawne sceny i motywy, co ostatecznie przełożyło się na naprawdę zjadliwy i strawny film akcji o zabarwieniu komediowym. I co ważne – humor nie jest tu na siłę wypychany na pierwszy plan. Choć są momenty wręcz kuriozalne, to nadal mamy świadomość, że jesteśmy w środku poważnej jatki.

Bodyguard Zawodowiec - Miłość
Nawet w najbrutalniejszych realiach znajdzie się miejsce na prawdziwą miłość…
Grafika: filmweb.pl

Wspominając wcześniej o Reynoldsie jako odtwórcy jednej z głównych ról, trudno było mi nie napomknąć o filmie „Deadpool”, w którym grał tytułową postać. I to nie tylko z tego względu, że jest z niej obecnie bardzo znany. Mam wrażenie, że mały odsetek charakterystycznych elementów dla ekranizacji komiksowego herosa przemycił również tutaj, do „Hitman’s Bodyguard”. Czułem to w szczególności za sprawą kilku humorystycznych scen, które równie dobrze pasowałyby do poprzedniego filmu Reynoldsa, ale także dzięki muzyce, której nie zepchnięto na najdalszy i najmniej znaczący plan. Uwielbiam, gdy produkcje kinowe kładą większy nacisk na ścieżkę dźwiękową i jestem w pełni zadowolony, że i tutaj znalazło się kilka kultowych utworów, jak i parę mniej znanych, które po prostu świetnie wpasowały się w daną filmową sytuację. Chyba na długo zapamiętam moment, gdy w tle rozbrzmiał leciwy hit „I Want to Know What Love is”. Doskonale zdacie sobie sprawę dlaczego, gdy tylko usłyszycie tę melodię.

Bodyguard Zawodowiec - Motor
Ach tak, jazdy na motorze też nie zabraknie!
Grafika: filmweb.pl

Jak krótko i zwięźle mogę podsumować „Bodyguard Zawodowiec” jednoznacznie polecając go Wam? Jest to zdecydowanie jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, film akcji ostatnich lat, który spokojnie wyróżnia się spośród typowych praktyk realizatorskich dla gatunku. Uświadamiam Wam to ja, czyli osoba, która co jak co, ale do kina akcyjnego podchodzi z dystansem. Na plus działa tutaj także nieco większa szczypta komedii, dlatego trudno znaleźć mi powody, przez które możecie mieć wątpliwości co do zakupu biletu.

Najbardziej w produkcji zaboleć może to, na co zwróciłem już uwagę, a więc szablonowość antagonisty filmu. Myślę, że wyobraźnia ludzka nie jest na tyle ograniczona (nawet wśród Amerykanów) i spokojnie czarnym charakterem można zrobić kogoś spoza wschodniej Europy. I oczywiście jeszcze jeden klasyk – celność przeciwników na poziomie przedszkolaków. Przygotujcie się, że dziury po kulach zobaczycie dosłownie wszędzie, tylko nie tam, gdzie faktycznie być powinny. Ale do tego już przywykliśmy 😉

Bodyguard Zawodowiec - Zakonnice
Przykład sceny humorystycznej z udziałem zakonnic.
Grafika: filmweb.pl

P.S. Jeszcze małe ciekawostki dla tych, którzy może sami nie zwrócili na to uwagi. Oficjalny plakat filmu jest bezpośrednim nawiązaniem do produkcji z 1992 roku pod tytułem „The Bodyguard” z Kevinem Costnerem i Whitney Houston w głównych rolach. Tak samo odniesienie widoczne jest w tytule, w którym posłużono się słowem „bodyguard”. Zaś polska wersja nazwy (czyli „Bodyguard Zawodowiec”) to nic innego jak hołd w stronę kultowego „Leona zawodowca”. Ach, te filmowe smaczki 😃

Moja ocena: 8/10

Recenzja | Dunkierka – Z piekła do domu

DunkierkaReżyser, spod którego skrzydeł wyprodukowane zostały znane na całym świecie hity pokroju „Interstellar”, „Incepcja” i trylogia Mrocznego Rycerza, po raz kolejny udowadnia, że jest odpowiednią osobą na swoim stanowisku. Gdy wiele miesięcy temu krążyły pogłoski o nowym projekcie Christophera Nolana, który ściśle związany był z motywami wojennymi, wielu nie do końca wierzyło w ostateczny sukces. Podobnie było nawet kilka tygodni temu, gdy do premiery najnowszego obrazu reżysera odliczano pojedyncze dni. Mniejsi i więksi znawcy sądzili, że Nolan nie da rady sprostać batalistycznej tematyce, jako że wcześniej nie miał z nią za wiele wspólnego.

Na szczęście są jeszcze zdroworozsądkowi ludzie, którzy nim wydadzą jakiś wyrok lub chociaż niewinną opinię, decydują się poczekać na premierę i wybrać się na seans. Takie podejście okazało się najbardziej słuszne, bo ostatecznie „Dunkierka” mająca polską premierę 21 lipca, okazała się nie tylko co najmniej bardzo dobrym obrazem wojennym, ale i kinowym „bestsellerem”, jeśli tak można określić produkcję ze świetnie sprzedającymi się biletami.

Dunkierka - Żołnierze
Tysiące żołnierzy czekało na pomoc lub śmierć. Tak wyglądały realia w Dunkierce.
Źródło: filmweb.pl

Sam z lekką dozą niecierpliwości oczekiwałem na wejście filmu do naszych kin. Głównie za sprawą zwiastuna, który w swoim czasie zrobił niemałą furorę w internecie. Zwracałem już na to uwagę w ostatnich „Wyróżnieniach miesiąca”, jednak przypomnę, że chodzi tutaj o obecność bożyszcza nastolatek Harry’ego Styles’a. Nie tylko dostał kilka sekund w trailerze, ale i jedną z główniejszych ról w całej produkcji, o czym przekonać się można oglądając „Dunkirk”.

Skoro już o obsadzie mowa, nie zobaczymy na ekranie wielkich hollywoodzkich gwiazd, jak w przypadku większości współczesnych filmów. Poza Tomem Hardy’m, oczywiście, który obecny był nie tylko w niemal wszystkich produkcjach reżyserowanych przez Nolana, ale także zdążył zasłynąć między innymi dzięki najnowszej wersji „Mad Maxa” lub uznanego serialu „Tabu”.

Dunkierka - Hardy
Tom Hardy wcielił się w jednego z brytyjskich pilotów.
Źródło: filmweb.pl

Jednak pierwsze skrzypce grają tutaj młodzi, mniej doświadczeni aktorzy, którzy wcielają się w nieopierzonych brytyjskich żołnierzy. Już w tym miejscu zaznaczę, że jest to ciekawa perspektywa ukazania historycznej ucieczki z wybrzeża Francji. Zamiast skupienia się na starszych, wyższych rangą wojskowych, śledzimy losy tych, dla których trwająca dramatyczne realia są prawdziwym horrorem. Wśród nich są Tommy grany przez Fionna Whiteheada, Gibson przedstawiony przez Aneurina Barnarda i Alex, w którego wciela się wspomniany wcześniej były członek zespołu One Direction.

Ciekawe wśród tych konkretnych postaci jest to, że ich imiona w całym filmie zostały tak naprawdę zepchnięte na dalszy plan. Niektórych w ogóle nie usłyszymy lub zostaną wypowiedziane zaledwie raz bądź dwa. Wygląda to, jakby Nolan i reszta ekipy odpowiedzialnej za produkcję chcieli wywrzeć na nas, widzach, zainteresowanie się bohaterami jako reprezentantami całej żołnierskiej zbiorowości, a nie konkretnymi osobami. Chodziło tu raczej o zachowanie pewnego stopnia anonimowości głównych postaci i wtopienie ich w całą rzeszę swoich rówieśników oraz rodaków.

Dunkierka - Tommy
Takie widoki na plaży zastaje Tommy po przebiciu się przez miasto.
Źródło: filmweb.pl

Oprócz młodych wojaków, sporo czas ekranowego poświęcono również na innych bohaterów, którzy w całości odgrywają równie istotną rolę. W pewnych momentach można odnieść wrażenie, że jeszcze ważniejszą niż wspomniani młodzicy. Akcja z francuskiej plaży i okolicznych wód morskich przenosi się także w dwie inne lokalizacje, co mi osobiście wyjątkowo się spodobało. Nakręca to wydarzenia, które opowiadane są przez filmową fabułę, a najważniejszy jest tutaj fakt, że nic nie dzieje się bez przyczyny i późniejszych konsekwencji odbijających się na losach pozostałych postaci.

Co pewien czas przerzucani jesteśmy na otwarte wody, po których w stronę Dunkierki zmierzają prywatne łodzie, aby wspomóc uciekających przed zagładą brytyjskich żołnierzy. Wśród nich znajduje się łajba z trójką mniej lub bardziej doświadczonych żeglarzy. Wiele sympatii widza skupia na sobie George grany przez Barry’ego Keoghana, który dał pokonać się pokusie przygody i wskoczył w ostatniej chwili na pokład kierujący się ku wojnie. Razem z nim obecni są Pan Dawson (Mark Rylance) oraz Peter (Tom Glynn-Carney). Jeśli uważacie, że dryfowanie po otwartym morzu jest nudnym motywem do ukazania w produkcji wojennej, to z pełną satysfakcją mogę Wam powiedzieć, że bardzo się mylicie.

Dunkierka - Morze i powietrze
Akcja filmu ma miejsce nie tylko na francuskiej plaży, ale i Morzu Północnym oraz w powietrzu.
Źródło: filmweb.pl

Dynamizm akcji odczuwalny jest po części dzięki trzeciej lokalizacji filmowej fabuły, którą są podniebne przestworza dzielące Anglię od Francji. To po nich szybuje kilku pilotów, których poznajemy we wczesnym etapie „Dunkirk”, a następnie co pewien czas powracamy do nich, aby zobaczyć, jak powodzi się ich misja kontrolowania mórz i wybrzeży z poszukującymi ratunku żołnierzami. Za sterami brytyjskich szybowców zasiadają przede wszystkim Collins (Jack Lowden) oraz Farrier (Tom Hardy), których wątki najbardziej będą interesować nas – widzów, a także będą najistotniejsze dla przebiegu wydarzeń ukazanych w filmie. Wszystko to, co dziać się będzie na francuskiej plaży, jak i otwartym morzu oraz na niebie, z biegiem czasu zazębia się i układa w kluczową całość, którą śledzi się z zapartym tchem.

O tym, o co dokładnie chodzi w „Dunkierce” raczej nie muszę się rozpisywać, bo już sam tytuł filmu powinien zapalać lampkę w głowach wszystkich tych, którzy w szkole choć trochę uważali na lekcjach historii. To francuskie miasto zasłynęło z dramatycznych wydarzeń w czasach drugiej wojny światowej, jako że stało się ostatnim punktem nadziei dla wojsk z Wielkiej Brytanii znajdujących się na terytorium sojuszników, które potrzebowały pomocy w walkach z siłami nazistowskimi.

Dunkierka - Komandor
Czekając na cud nawet komandor może stracić nadzieję.
Źródło: filmweb.pl

Właśnie, póki pamiętam! W całym filmie ani razu nie zostaje podkreślone to, kim są napastnicy nacierający na pozbawionych wiary żołnierzy brytyjskich. Za każdym razem określani są jako „wrogowie”, „agresor” lub „nieprzyjaciel”, a nigdy jako „nazista”, czy też po prostu „Niemiec”. Nie wiem, czy to istotna kwestia z perspektywy całego filmu, jednak uważam to za pewną ciekawostkę, o której warto wspomnieć.

Liczebna i jakościowa przewaga wojsk przeciwników sprawiła, że wszyscy pozostali żołnierze armii z wysp zostali zepchnięci na plażę tuż przed Morzem Północnym, które było ostatnią przeszkodą dzielącą ich od bezpiecznego domu. Tam, w Anglii, wojna nie wyglądało tak samo, jak w Europie, gdzie przelewało się morze krwi, a każda noc była nieprzespana ze względu na wszechobecne zagrożenie. Dlatego pozostali wojskowi, którzy oczekiwali na pomoc z własnej ojczyzny, tak bardzo marzyli o szybkim zakończeniu terroru i upragnionym spokoju. Co najlepsze, oglądając film naprawdę czuje się napięcie towarzyszące każdej z setek tysięcy bezradnych osób, którym pozostało już tylko czekać na nadpływające okręty wysłane przez angielskich dowódców albo postrzał ze strony nazistów czyhających w pobliskim mieście.

Dunkierka - Młodzi żołnierze
Sporo uwagi w filmie poświęca się młodym żołnierzom u wybrzeży Francji.
Źródło: filmweb.pl

Zarówno na samym początku, jak i w późniejszych etapach filmu, czujemy niepewność towarzyszącą wszystkim bohaterom. Szczególnie dopingujemy tych, którzy przeżywają katusze u wybrzeży Dunkierki, ale także pozostałym na morzu lub w powietrzu, dla których każda sekunda to walka o życie swoje i rodaków. Kiedy coś idzie niezgodnie z planem i widzimy ogrom tragedii, która dotyka w większości anonimowych dla nas żołnierzy, wypełnia nas poddenerwowanie i żal względem kolejnych komplikacji w ucieczce, która przecież mogłaby pójść o wiele prościej.

W filmie nie brakuje momentów pełnych napięcia i emocji. Gwarantowana jest huśtawka nastrojów, która jest przeze mnie tak bardzo uwielbiana zarówno w filmach, jak i w serialach lub grach komputerowych. W jednym momencie cieszymy się na widok żołnierzy, którzy nareszcie zasiadają na pokładzie ogromnego statku i zajadają kromki chleba wysmarowane dżemem, ale po chwili ponownie staje serce, gdy wszystko trafia szlag i setki osób, które teoretycznie powinny wracać już do domu, zmuszone są do ratunkowego wyskakiwania do morskiej wody i wracania na plażę, by czekać na kolejny ratunek. A to wszystko owiane jest licznymi stratami w ludziach.

Dunkierka - Łódź
Przeprawa przez morze na prywatnej łódce też nie przebiega bez niespodzianek.
Źródło: filmweb.pl

Gdy na niebie rozgrywa się potyczka między szybowcami brytyjskimi a nazistowskimi, zostajemy wgnieceni w fotel pod naciskiem napięcia kipiącego z każdej sekundy rozgrywającej się sceny. Efekty dźwiękowe słyszane podczas manewrowania latającymi pojazdami, strzelania do przeciwników oraz wszystkich innych sytuacji mających miejsce w powietrzu, ale też innych miejscach akcji zawartych w filmie, wpływają tylko i wyłącznie na lepsze doznania czerpane z seansu. Postarano się, aby wszystko brzmiało jak najbardziej realistycznie, oddawało hałas rzeczywistego obrazu wojny i co jest z tym równoznaczne – rzadko kiedy możemy nacieszyć się ciszą płynącą z głośników.

A jeśli już do niej dochodzi, to można mieć pewność, że jest to czysta zagrywka psychologiczna, według której akcja oraz napięcie zmaleją i unormują się, po czym ponownie zostaniemy wrzuceni w wir wojennej brutalności. Szczególnie w pamięci zapadły mi momenty, gdy nagle całe otoczenie wyciszało się, a żołnierze nasłuchiwali narastających dźwięków samolotów szybujących w ich stronę, a następnie pikujących i oddających serie strzałów ku zgromadzonym na plaży lub molo.

Dunkierka - Miasto
Każda chwila spędzona w Dunkierce była walką o przetrwania.
Źródło: filmweb.pl

Moje pierwsze myśli po wyjściu z kina? „Trzyma w napięciu”. Trudno się z tym nie zgodzić, co również kilkakrotnie podkreślałem powyżej. Wszyscy ci, którzy wątpliwi w kolejny sukces Nolana, mogą sobie teraz pluć w brodę, bo reżyser dał kolejne powody, aby uważać go za jednego z najlepszych współczesnych realizatorów. Przynajmniej według mnie, bo jednak każdy film, za który się bierze, wywołuje większość przychylnych opinii i staje się naprawdę popularny na całym świecie. Z „Dunkierką” jest podobnie, a finansowe rezultaty tylko to podkreślają.

Dlatego jeżeli nie mieliście jeszcze okazji zobaczyć wojennego debiutu Nolana, to koniecznie udajcie się do kin. Seanse pewnie jeszcze trwają, a jeśli nie – za horyzontem prawdopodobnie jest już wersja płytowa.

Moja ocena: 8/10

Spider-Man Homecoming: Nie taki zwykły bohater z sąsiedztwa

Spider-Man: HomecomingDo problemu ukazania kultowego superbohatera z komiksów na ekranach kinowych podchodzono już kilkakrotnie. A co najciekawsze, w samym XXI wieku Spider-Man pojawił się już w pięciu długometrażowych filmach, w których to wcielało się w niego dwóch różnych aktorów. Najpierw, w 2002 roku, japońskie studio Sony dzierżące prawa do zobrazowanego Człowieka-Pająka, przedstawiło nam cieszącą się bardzo dobrą opinią adaptację z niezapomnianym Tobey’em Maguirem wcielającym się w postać Petera Parkera. Dwa lata później ukazała się równie dobra kontynuacja jego losów, aby w 2007 roku zakończyć trylogię z wykorzystaniem bardzo znanej komiksowej kreacji Venoma.

Od dzieciątek lat Spider-Man jest „kurą znoszącą złote jaja”. Zainteresowaniem cieszą się nie tylko rysunkowe opowieści, produkcje kinowe, ale i wszelkie inne produkty okraszone czerwono-niebieskim herosem z niezwykłymi zmysłami. Stąd też, w 2012 roku, postanowiono zobrazować na nowo przygody Parkera zmieniając całą obsadę. Główna rola przypadła 28-letniemu wówczas Andrewowi Garfieldowi, który Spidey’m był dwa razy, również po dwóch latach. Choć w planach była trzecia odsłona „Niesamowitego Spider-Mana”, to ostatecznie realizacja została zaniechana.

Spider-Man: Homecoming - Dotychczas
15 lat temu Maguire, 5 lat temu Garfield, a od teraz Holland. Źródło: imdb.com

Wydaje się Wam, że ta skrócona metryczka filmowych adaptacji superbohatera i tak jest nadzwyczajnie bogata? Może i tak, ale jestem pewien, że dobrze zdajecie sobie sprawę z tego, że Człowiek-Pająk powrócił ponownie i po raz kolejny odmieniony. Wszystko dlatego, że na warsztat wzięło go nic innego, jak studio Marvel, a więc rzec można, że heros wrócił do prawowitych, matczynych rąk. Oczywiście wciąż będąc pod kontrolą Sony, które jedynie poszło nieco na ugodę i nie zrzeka się swoich udziałów. Mimo tego, Peter Parker i jego alter-ego ponownie uderzyli do kin w najświeższej ekranizacji okraszonej tytułem „Spider-Man: Homecoming„. Ku zrzędzeniu tych, którzy nie są miłośnikami częstych spin-offów różnych serii, ale i uciesze fanów komiksowych adaptacji, dla których nie liczą się tego typu drobne szczegóły.

W kinach rządzi od 7 lipca, a w Polsce zawitał oficjalnie w ostatni piątek. Ja na seans udałem się dzień później, w sobotę. Na pokaz dwuwymiarowy z polskimi napisami. Bawiłem się świetnie. Jak zawsze, gdy mowa o produkcji Marvel Studios.

Czytaj dalej Spider-Man Homecoming: Nie taki zwykły bohater z sąsiedztwa