„Jak wytresować smoka 3” – Dość przewidywalne, ale ściskające za serce zakończenie historii

Szybką opinię na Filmwebie tuż po seansie ostatniej części smoczej trylogii ubrałem następujące słowa: „Top 3 pełnometrażowych animacji: Cała trylogia ‚Jak wytresować smoka’.”. Dla wielu może być to kontrowersyjne stwierdzenie, jako że przez dziesiątki lat powstało mnóstwo filmów animowanych, które do dzisiaj brylują w ścisłej czołówce kinowych pozycji. Szczególnie mam tutaj na myśli disneyowskie perełki pokroju „Króla Lwa”, jak i współczesne fenomeny typu „Kraina lodu” lub „Zwierzogród”. Jednak moje zafascynowanie produkcją DreamWorks nie wzięło się znikąd.

Seria „Jak wytresować smoka” to najlepsze, co mogło spotkać tę wytwórnię. Już pierwsza część osiągnęła globalny sukces i zdołała przebić się do mainstreamu. Istnieją nadal osoby, które nie kojarzą przeuroczego Szczerbatka i jego właściciela Czkawki? Animacja szybko podbiła serca widzów, przez co druga, a obecnie nawet trzecia odsłona przygód, ściągały do sal kinowych tłumy dzieciaków i dorosłych.

Jak wytresować smoka 3 (1)
Gotowi na kolejną przygodę człowieka i smoka?
Źródło: filmweb.pl

Od premiery pierwszego „poradnika do wychowywania fikcyjnych stworzeń” minęło już bowiem całe dziewięć lat, więc niejeden młodociany mógł w tym czasie ukończyć osiemnastkę, jak nie więcej. A niemożliwe jest, by nie być zainteresowanym kolejnymi losami ukochanych bohaterów, których poznało się jeszcze w 2010 roku. Tym bardziej, że zaledwie parę dni temu do kin weszło głośne zwieńczenie całej opowieści.

Oryginalna i przepiękna stylistycznie animacja, czasem głupawe, jednak niemal zawsze trafione poczucie humoru oraz niebanalne zobrazowanie więzi między ludźmi a smokami, połączone z dużą dozą wyobraźni, sprawiły, że do dzisiaj „Jak wytresować smoka” jest moją ulubioną pozycją wśród wszystkich pełnometrażowych animacji. I uważam, że długo nic tego nie zmieni. O ile w ogóle kiedyś do tego dojdzie!

Jak wytresować smoka 3 (2)
Udało się przekonać mieszkańców Berk do życia ze smokami, ale to nie koniec problemów.
Źródło: filmweb.pl

W najnowszej części, owianej podtytułem „The Hidden World”, wszystkich wymienionych aspektów również nie brakuje. Twórcy filmu przez lata doskonale zdali sobie sprawę, za co rzesze kinomaniaków uwielbiają smoczą serię, dlatego też po raz ostatni postanowili dostarczyć nam wszystkie najlepsze elementy składanki z podwójną siłą rażenia.

Zaczynając od ludzkich postaci, każdemu postarano się oddać jak najwięcej ekranowego czasu, który mniej lub bardziej został odpowiednio wykorzystany. Niezbyt zdrowe na umyśle rodzeństwo Szpadka i Mieczyk po raz kolejny bujają w obłokach zaniżając średni poziom inteligencji wszystkich mieszkańców wyspy Berk, przy czym nie stronią od wzajemnego obrzucania się obelgami. Typowe, kochające się na zabój bliźniaki.

Jak wytresować smoka 3 (3)
Na ekran powracają oczywiście wszyscy członkowie Jeźdźców Smoków.
Źródło: filmweb.pl

Dość po macoszemu potraktowano paru innych bohaterów – Sączysmarka, Śledzika, czy poznanych we wcześniejszej części serii Valkę (matkę Czkawki) oraz Ereta (niegdyś wroga, a teraz sprzymierzeńca smoków). Ich wątki raczej zepchnięte są na dalszy plan, a pojawiając się na ekranie stanowią raczej źródło głupkowatych żartów sytuacyjnych, które czasem potrafią rozbawić, a kiedy indziej nie wywołują nawet lekkiego uniesienia kącika ust. Nie zmienia to jednak faktu, że postacie te są na tyle obecne w opowiadanej historii, że nie zapominamy o ich istnieniu i faktycznie kibicujemy im w trakcie każdej kolejnej potyczki z nieprzyjaciółmi.

Mam jednak wrażenie, że twórcy animacji woleli nieco więcej czasu podarować parze głównych ludzkich bohaterów, a więc samemu Czkawce i jego partnerce Astrid. W „Jak wytresować smoka 2”, choć mieli swoje momenty, ich wątek miłosny nie był uwydatniany tak, jak tym razem. Co jest oczywiście zmianą na plus, ponieważ pozwoliło to na wplecenie motywu ślubu, którego, jakby nie patrzeć, fani oczekują przed ostatecznym zamknięciem trylogii. Astrid w filmie pełni niezwykle ważną rolę motywującą dla Czkawki, którego osobowość, jak wszyscy dobrze wiemy, jest pełna wątpliwości. Dzięki dzielnej i odważnej dziewczynie jest jednak w stanie nad wszystkim zapanować i zmierzyć się z odpowiedzialną funkcją nowego wodza Berk.

Jak wytresować smoka 3 (4)
Relacja Czkawki i Astrid zostaje wystawiona na poważną próbę.
Źródło: filmweb.pl

Co by jednak nie mówić na tematy międzyludzkich relacji w „Jak wytresować smoka 3”, nadal na pierwszy plan wysuwa się więź dorosłego już Czkawki ze swoim smokiem Szczerbatkiem. Jest to coś, co zobaczyć chcą wszyscy fani wybierający się na seans do kina. Ponowne ujrzenie potężnej, ale i niezwykle urokliwej Nocnej Furii. A fakt, że już w zapowiedziach zdradzono nam jeden z głównych wątków filmu – zaloty Szczerbatka do napotkanej białej smoczycy, sprawił, że jeszcze nigdy tak niecierpliwie nie oczekiwało się na nową część jakiejkolwiek animowanej serii.

Jak się w praktyce okazuje – warto było tuptać nogami. Szczerbatek, jak już ma w zwyczaju, kompletnie pochłania serca widzów swoją rozbrajająca osobowością. Gdy miejsce ma sytuacja poważna i tylko Nocna Furia jest w stanie nad nią zapanować, to robi to bez problemu, jako że zdążył już zdobyć miano Smoczego Króla. Jednak dla kontrastu w „czasie wolnym” od widowiskowych potyczek z nieprzyjaciółmi, Szczerbatek zamienia się w urokliwe i potulne stworzenie o zwyczajach żywcem zaczerpniętych od kotów lub psów. Aportowanie metalowej, sztucznej nogi Czkawki? Świetna zabawna! Pomrukiwanie niczym rasowy kocur? Też się znajdzie. Nocna Furia, choć pozostaje smokiem mającym potężną moc, to jednak swoją osobowością sprawia, że chyba każdy chciałby mieć takiego pupila na wyłączność. Dodajmy do tego jeszcze przezabawne gagi podczas flirtowania z napotkaną Białą Furią, a otrzymamy naprawdę poruszającą, komediową kreację najwyższych lotów.

Jak wytresować smoka 3 (5)
Na to czekali wszyscy fani. Czy Szczerbatek też znajdzie swoją drugą połówkę?
Źródło: filmweb.pl

Coś, o czym warto wspomnieć i co mi bardzo się spodobało podczas seansu, to widoczne zazębianie się fabuł smoczej trylogii. W szczególności z częścią drugą. Wraz z nowym czarnym charakterem – Grimmelem, powraca wątek łowców, a więc ugrupowania mającego na celu schwytanie wszystkich żyjących smoków. Jak się okazuje wbrew poprzedniej odsłonie, pokonany Drago przewodzący łowcom wcale nie był największym zagrożeniem, z którym mogli spotkać się mieszkańcy Berk. Nawet tropiciele smoków zachowują wielką ostrożność względem najbardziej nieposkromionego pogromcy latających stworzeń – wspomnianego Grimmela.

Wytłumaczone zostaje, że Drago i jego grupa mieli na celu wyłącznie kolekcjonowanie różnych gatunków smoków. Za to nowo przedstawiony siwowłosy złoczyńca po prostu chce je wszystkie zgładzić. Tak więc Czkawka i reszta Jeźdźców stają przed poważnym zagrożeniem, tym bardziej, że głównym celem Grimmela staje się Szczerbatek – jedyna Nocna Furia, która nie została jeszcze przez niego zamordowana.

Jak wytresować smoka 3 (6)
Nowy czarny charakter faktycznie jest najniebezpieczniejszym z dotychczasowych, jednak czuć pewne znużenie tą samą koncepcją.
Źródło: filmweb.pl

Jakby nie patrzeć, wątek fabularny dość ściśle pokrywa się ze scenariuszem „Jak wytresować smoka 2”, co najprawdopodobniej jest największą wadą zakończenia trylogii. Postanowiono pójść o krok dalej i zamiast zagrożenia w postaci więżenia smoków, mamy tu do czynienia z ich zgładzeniem. Nie ma co ukrywać, jak na zwieńczenie historii jest to bardzo poważne i kulminacyjne niebezpieczeństwo, jednak tak naprawdę sam pomysł nie jest zbyt oryginalny i wychodzący poza schematy. Po raz kolejny Czkawka i Szczerbatek muszą mierzyć się ze złoczyńcom o kompletnie odmiennych poglądach, co wiąże się z zabawą w kotka i myszkę, którą przerabialiśmy już pięć lat temu przy drugiej odsłonie serii.

Nieco ten mało pomysłowy scenariusz ratuje wątek tytułowego „Hidden World”, do którego chcą zmierzać bohaterowie. Już na początku filmu dowiadujemy się, że odkąd mieszkańcy wyspy Berk przygarniają napotkane smoki, wioska zaczyna nie radzić sobie z przeludnieniem. W efekcie kilku retrospekcji, w których mamy okazję zobaczyć i usłyszeń świętej pamięci Stoika – ojca Czkawki, mieszkańcy pod namową głównego bohatera serii postanawiają pozostawić swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania i odnaleźć ukrytą krainę, w której smoki i ludzie mogliby egzystować ze sobą bez żadnych zmartwień. Problemy są dwa – nie wiadomo, gdzie owa kraina się znajduje oraz czy w ogóle istnieje.

Jak wytresować smoka 3 (7)
Niewielka wyspa Berk już nie wystarcza dla wszystkich Wikingów i ich smoków.
Źródło: filmweb.pl

Nowej części „Jak wytresować smoka” na pewno nie brakuje tego, co zawsze fanów zachwycało. Stąd też jestem przekonany, że każdy miłośnik opowieści będzie się świetnie bawił na seansie „The Hidden World”. Wizualnie film nadal potrafi cieszyć oczy, w szczególności podczas jednej ze scen mniej więcej w połowie emisji. Nie można zarzucić twórcom braku wyobraźni i fantazji, jako że potrafią wykreować naprawdę bajeczne, kolorowe i zapierające dech w piersiach lokalizacje, które na wielkim ekranie ogląda się z radością kilkuletniego dziecka.

Warte nadmienienia są również dopracowane detale, które rzucają się w oczy przede wszystkim przy zbliżeniach na bohaterów. Łuski Szczerbatka pięknie mienią się w padających promieniach słońca, a u Czkawki zauważyć można nawet lekko powiewający na wietrze niezbyt gęsty zarost. Choć są to szczegóły, bez których film pewnie nie straciłby na ogólnej wartości, to jednak tego typu dopracowanie widoczne na wielkim ekranie jest godne spostrzeżenia i docenienia.

Jak wytresować smoka 3 (8)
Seria „Jak wytresować smoka” od zawsze potrafiła wizualnie nacieszyć oko.
Źródło: filmweb.pl

Na koniec należy napisać coś jasno i klarownie. Finał filmu jest tym, czego wszyscy oczekiwaliśmy i na co faktycznie zasłużyliśmy, jako wielomilionowi fani serii. Poza falami śmiechu przy paru komediowych scenach, niektórzy mogą obejść się bez żadnych zauważalnych odczuć emocjonalnych. Wszystko jednak zmienia się kompletnie przez zwieńczenie historii w ostatnich kilkunastu minutach, które naprawdę robi robotę.

Oczywiście nie chcę Wam opisywać tego, co wówczas się dzieje. To po prostu trzeba zobaczyć samemu, aby nie zepsuć sobie fantastycznych doświadczeń, na które wiernie czekaliśmy od premiery pierwszej części „Jak wytresować smoka”. W każdym razie przygotujcie się na łzy napływające do oczu z naprawdę skrajnych powodów. Najpierw doznać musimy wzruszenia spowodowanego najczystszym smutkiem, aby ostatecznie jeszcze bardziej docenić emocjonalny motyw więzi przyjaźni skrupulatnie budowany na przestrzeni wszystkich trzech filmów.

Jak wytresować smoka 3 (9)
Jak zakończy się fantastyczna przygoda tej dwójki?
Źródło: filmweb.pl

Moje oczy autentycznie stały się bardziej wilgotne, gdy w pełni przyswoiłem sobie myśl, że oglądam właśnie ostatnie sceny zamykające całą opowieść. Czy było to spowodowane moją wyjątkową sympatią skierowaną do tego dzieła wytwórni DreamWorks? Po części prawdopodobnie tak, bo w końcu twórcy na przez lata budowali związek widza z bohaterami serii. Jednak i oni stanęli na wysokości zadania pod względem scenariuszowym i technicznym w kontekście finałowych scen. Musieli mieć świadomość tego, że tych ostatnich kilkanaście minut jest wyczekiwane od lat przez miliony widzów, a potem na wiele kolejnych zostanie przez nich zapamiętane i przywoływane na myśl o tej animacji.

Reasumując, jeśli szukacie opinii na temat ostatniej części smoczej historii, która zachowa jak najwyższy poziom obiektywizmu, to raczej nie jest to ten tekst. Ale nic na to nie poradzę. Od bardzo dawna powtarzam, że filmy o losach Czkawki i Szczerbatka są moimi ulubionymi animacjami i zdania nie zmieniam. Choć świadom jestem, że nie jest to produkcja doskonała, szczególnie pod względem dość przewidywalnego scenariusza, to jednak nawet takie potknięcia jestem w stanie wybaczyć. I mam nadzieję, że Wy, podczas seansu w kinie, również będziecie się świetnie bawić.

Moja ocena: 9/10

Reklamy

„Mirai” – Ludzka opowieść w przyjemnym, japońskim stylu

Jak to dobrze, że istnieją kina studyjne i ich niszowy repertuar! Jako przeciętny zjadacz blockbusterów, na lwią część filmów wybieram się do multipleksów. Po prostu te wszystkie wysokobudżetowe produkcje trafiają w moje gusta. Jednak z drugiej strony jestem zdania, że nie powinno się ograniczać tylko do nich. Choć z pewnością dostarczą niezapomnianych wrażeń i rozrywki idealnej do zajadania popcornu, to jednak warto od czasu do czasu wybrać się na coś ambitnego. A takiego typu kina w multipleksach jest niestety coraz mniej. Dlatego jeśli tylko jest okazja, opłaca się przejść się do mniejszej instytucji, która oferuje bardziej niszowe tytuły.

Mirai (1)
Najlepsze rodzeństwo według Kuna? Psiak Yukko.
Źródło: filmweb.pl

Japońskim „Mirai” zainteresowałem się jeszcze przed nominacją do Oscarów w kategorii długometrażowych animacji. Zwiastun zachęcał do seansu, sama produkcja zbierała bardzo pozytywne oceny płynące z krajów, gdzie premiera miała miejsce szybciej niż u nas, a poza tym nie często w Polsce ma się możliwość obejrzenia anime na wielkim ekranie.

Zasmucił mnie jednak fakt, że gdy do pierwszych seansów zostało zaledwie parę dni, nowego filmu Mamoru Hosoda nie dało się odnaleźć w repertuarze Cinema-City. Pomyślałem, że to duża strata, ale jakoś będę musiał to przegryźć. Z pomocą przyszedł jednak Filmweb, w którym da się sprawdzić aktualne programy kin i to nie tylko tych komercyjnych. Uradowałem się, gdy w sekcji „Gdzie obejrzeć film?” wyświetliło mi się niewielkie Kino Centrum położone tuż przy toruńskiej starówce.

Bez namysłu udałem się na najbliższy pokaz z napisami. Tuż przed rozpoczęciem mojego seansu, z sali wyszło sporo dzieciaków z ich rodzicami, którzy wybrali wersję z polskim dubbingiem. Fajnie, że pojawiła się i taka możliwość. Zdecydowanie bardziej zachęciła ona do obejrzenia japońskiej produkcji kilkuosobowe rodziny niż oryginalna ścieżka dźwiękowa z tłumaczeniem u dołu ekranu. Na moim pokazie faktycznie młodych zabrakło, ale nie będę ukrywać, że mi to akurat pasowało.

Mirai (2)
A mówią, że z każdym kolejnym dzieckiem jest łatwiej…
Źródło: filmweb.pl

Patrząc całościowo na to, jakim filmem jest „Mirai”, uświadomiłem sobie, że młodsze grono odbiorców koniecznie powinno go zobaczyć. Niezwykle przyziemna tematyka sprowadzona do relacji rodzinnych w okresie powiększania się familii o nowego potomka w przystępny i ciekawy sposób pokazuje, jak rzeczywiście trudny jest to czas. Zarazem produkcja ta naucza swoją puentą, że niewiele potrzeba, aby z tymi wyzwaniami się zmierzyć.

Reżyser Hosoda, który na swoim koncie ma już parę długometrażowych i uznanych anime („Wilcze dzieci” lub „O dziewczynie skaczącej przez czas”), zapoznaje nas z kilkuletnim Kunem – jak dotąd jedynym dzieckiem młodego małżeństwa. Jednak szybko się to zmienia, gdy Mama i Tata wracają do swojego wymyślnego domu na peryferiach japońskiej metropolii. Stęskniony główny bohater poznaje wówczas nowo narodzoną siostrzyczkę, która otrzymuje tytułowe imię Mirai.

Mirai (3)
Nie łatwo będzie przywyknąć do młodszej siostry.
Źródło: filmweb.pl

Dalsze przygody czteroosobowej rodzinki to nic innego, jak z życia wyjęte perypetie, z którymi muszą się mierzyć. Ojciec stresuje się powrotem małżonki do pracy, przez co będzie musiał sam zająć się dwoma potomkami. Co najbardziej komiczne w tej sytuacji, więcej problemów sprawia młody Kun niż niemowlę. Ugodowemu tacie i zdecydowanej mamie przyjdzie nie raz zmierzyć się z objawami zazdrości chłopca względem siostrzyczki, przez co wielokrotnie będziemy nasłuchiwać ryku i płaczu. Przy tym wszystkim mała Mirai pozostaje spokojnym i względnie nieprzysparzającym kłopotów dzieckiem.

Film w głównej mierze pokazuje, jak trudne dla dotychczasowych jedynaków jest pogodzenie się z myślą, że od teraz uwaga rodziców nie jest skierowana wyłącznie na nich. Z tego też względu uważam, że animację koniecznie powinny obejrzeć rodziny z co najmniej dwójką dzieci lub tuż przed narodzinami nowego członka familii. Rodzice pośmieją się z komicznych, ale bardzo autentycznych sytuacji, do których zaraz będą musieli sami się dostosować, zaś młodociani mogą z seansu wynieść całkiem cenną lekcję wychowania.

Mirai (4)
W przerwie od zajmowania się niemowlakiem, wypadałoby też nauczyć synka jeździć na rowerze.
Źródło: filmweb.pl

Jak przystało na większość japońskich animacji, „Mirai” ma w sobie sporo fantazji i przenośni. Choć wątki fabularne obracają się wokół przyziemnych i ludzkich spraw, to momentami są przedstawiane w sposób symboliczny lub z niemałą dozą wyobraźnią. Szczególnie objawia się to w motywie drzewa rosnącego po środku domu, które jest pomostem między codziennymi problemami Kuna a nierzeczywistymi lekcjami pokory, dzięki którym nabiera nowych perspektyw w kwestii radzenia sobie z zazdrością i odpowiedzialnością.

O pięknym aspekcie wizualnym nie ma co za dużo mówić. Chyba można już przywyknąć do tego, że projekty dużych rozmiarów powstające w japońskim stylu nie przestają zadziwiać swoją estetyką. Choć na pozór kreska wydaje się być banalna, to w połączeniu z przemyślanymi kadrami o tłach lokacji powstałych z rozmachem, całość potrafi zrobić na widzu niemałe wrażenie.

Mirai (5)
W filmie nieraz ujrzymy ładne kadry.
Źródło: filmweb.pl

Do tej pory w pamięci utkwiły mi widoki ogromnego japońskiego miasta pojawiające się przede wszystkim na początku i końcu filmu, spokojnie falujące na wietrze drzewa i trawa w scenach zabierających nas poza miejską aglomerację oraz sekwencja w tokijskim metrze. Gdy sami ujrzycie to na ekranie, to na pewno zrozumiecie, co mam na myśli.

Z biegiem wydarzeń poznajemy coraz więcej nowych bohaterów składających się na różne pokolenia japońskiej rodzinki. Dzięki bliskiemu ukazaniu dzieci, zapracowanych rodziców oraz troskliwych dziadków i pradziadków, jesteśmy w stanie zżyć się z przedstawianymi problemami, a nawet w prosty sposób przełożyć je później na własne rodzinne doświadczenia. Okazuje się, że choć film przedstawia japońskie realia, to jednak są one na tyle uniwersalne, że świetnie bronią się również w naszej rzeczywistości.

Mirai (6)
W japońskiej rodzinie też nie zawsze jest kolorowo.
Źródło: filmweb.pl

Przy tak licznych postaciach, które przewijają się w anime, wciąż udało się zachować logiczną ciągłość wydarzeń i ich wzajemnych powiązań. Jest to o tyle ważne, że w pewnym momencie takie zazębianie się wątków lub nawet niewielkich szczegółów odgrywa w całości znaczącą rolę. Jest to jeden z elementów produkcji, który wywarł na mnie największe wrażenie. Choć próżno szukać tu niespodziewanych plot twistów, to jednak ten prosty i sensowny przekaz idealnie wpasowuje się w całościowy wydźwięk „Mirai”.

Na domiar wszystkiego muszę jeszcze wspomnieć o muzyce przygrywającej w filmie. Oprócz uroczych dźwięków, do których przywykliśmy w obyczajowych anime, znajdziemy tutaj także piosenkę, w której dosłownie się zakochałem. Usłyszeć ją możemy przede wszystkim podczas końcowych napisów, kiedy to jako widz nie skończymy jeszcze przyswajać rychłego zakończenia filmu. „Mirai no Theme” od uznanego w Japonii muzyka Tatsuro Yamashita wprowadza niesamowicie nostalgiczny klimat w połączeniu z pozytywnym i chwytliwym tekstem. Tak, słowa piosenki w większej części są po japońsku, jednak ich melodyjność potrafi na jeszcze długi czas wbić się do głowy.

Doszukując się minusów w nowym tytule Hosody można mieć pewne wątpliwości co do głównego bohatera. Jego zachowanie w niektórych momentach potrafi być naprawdę irytujące. Szczególnie, gdy łącznie przez dobrych kilka minut nasłuchujemy jego głośnego płaczu. Z drugiej strony należy mieć na uwadze, że w roli wiodącej postawiono kilkuletniego chłopca. Czego więc innego należy od niego oczekiwać? Tym bardziej, że fabuła filmu opowiada o problemach byłego jedynaka związanych z młodszym rodzeństwem. Oczywiste są tutaj niekiedy błahe problemy, które dla młodocianych są jednak istotne. Szczególnie, gdy jest się dzieckiem domagającym atencji rodzica.

Mirai (7)
Przez nowo narodzoną siostrzyczkę, Kun będzie musiał szybko dorosnąć do roli starszego brata.
Źródło: filmweb.pl

Jeśli macie ochotę na dość niecodzienne kino (jakim z pewnością można nazwać wszelkie anime na polskim rynku kinowym), to gorąco zachęcam Was do przejrzenia repertuarów lokalnych instytucji studyjnych. W multipleksach „Mirai” niestety nie znalazłem. Ani w Cinema-City, ani w Multikinie, ani też w Heliosie. Pozostaje więc jedynie nadzieja, że parę seansów odbywa się w ramach niekomercyjnych pokazów. A naprawdę warto się wybrać, bo trwający nieco ponad półtorej godziny film to przyjemność dla oczu oraz ważny morał dla osób w każdym wieku. Czy to najmłodszych, świeżo upieczonych rodziców, czy też tych starszych, którzy chętnie zobaczą sceny wyjęte z życie.

Chyba, że tak samo jak Kun, jesteście miłośnikami shinkansenów. Superszybka japońska kolej niejednokrotnie przewija się w wypowiedziach chłopca.

Moja ocena: 7,5/10

10 kinowych blockbusterów tego roku, na które czekam jak dziecko

Nie będę ukrywał. Uwielbiam chodzić do kina na wysokobudżetowe produkcje. A nierzadko idą one w parze z wątpliwą jakością. Nikomu raczej obcy nie jest fakt, że tego typu filmy są po prostu nastawione na czysty zysk. Dopiero dalej stawiają kreowanie potężnej społeczności fanowskiej i tworzenie nowych wzorców kinematografii. Czy jest to coś, za co miłośnicy kina powinni być źli? Skądże. To jak najbardziej logiczna praktyka. Nierozsądne byłoby pakować w jakiś tytuł grube miliony, by potem nie zarobić ich z nawiązką. A że współcześnie pojawia się coraz więcej koncernów o potężnych finansach, to i do sal kinowych coraz więcej blockbusterów się wpuszcza.

Blockbustery 2019 (1)

Zawsze był, jest i będzie na nie popyt. Wszystko swoje początki miało w Kinie Nowej Przygody w latach 70. ubiegłego wieku z pionierskimi „Gwiezdnymi Wojnami” i „Flashem Gordonem” na czele. Ludzie pragną rozrywki, więc dostają jej coraz więcej. I tak, ja sam bardzo jej pożądam. Dlatego też lubię od czasu do czasu zastąpić ambitny seans dramatyczno-filozoficzny jakąś animacją bądź przygodówką wypakowaną po brzegi komputerowo generowanymi efektami.

I o jejku, ten rok będzie istnym rajem dla chcących odprężyć się w kinie z kubełkiem popcornu w jednej ręce i colą w drugiej! Przeglądając zapowiedzi filmowe na 2019 zdałem sobie sprawę, jak wiele blockbusterów czeka na nas w najbliższych miesiącach. Chcąc obejrzeć je wszystkie, trzeba by do kina wybierać się przynajmniej dwa razy w miesiącu, co według statystyk, mocno zaburzyłoby kulturalny plan budżetowy przeciętnego Kowalskiego.

Blockbustery 2019 (2)
Źródło: lodz.naszemiasto.pl

W natłoku tych licznych super-produkcji, postanowiłem wybrać dziesiątkę tych, na które moim zdaniem najbardziej będzie opłacało się wydać ciężko zarobione pieniądze. Dziesięć, bo mniej już po prostu nie jestem w stanie, jako że część mojego serca kinomaniaka mocno bije dla tych tytułów. A i tak trochę już je zraniłem, gdy musiałem odrzucić parę innych.


„Jak wytresować smoka 3”

Gdy ktokolwiek, kiedykolwiek, pyta mnie o ulubioną współczesną animację, nie zastanawiam się dwa razy. Pierwsza część familijnej produkcji od DreamWorks rozczuliła mnie już przy pierwszym seansie. Pokochałem urok tej opowieści, jej przeróżnych bohaterów z charakterystycznymi i wyjątkowymi smokami na czele oraz styl wizualny. Po sprawdzeniu, ile czasu minęło już od premiery pierwszego poradnika do tresury fikcyjnych stworzeń, byłem w ciężkim szoku. To już całej dziewięć lat!

Blockbustery 2019 (3)
Źródło: reddit.com

Długie cztery kazano wyczekać, aby zobaczyć kontynuację losów Czkawki i Szczerbatka. Nie żałowałem tego czasu, bo druga odsłona spodobała mi się tak samo, jak pierwowzór, co u sequeli jest rzadkością. Rozszerzenie profilów głównych bohaterów i wartka akcja szczególnie w drugiej połowie seansu mocno zapadły mi w pamięci, a po ogłoszeniu prac nad zakończeniem trylogii, byłem wniebowzięty.

Jednak znów należało sporo czekać. O ile pamięć mnie nie myli, orientacyjną datę premiery „Jak wytresować smoka 3” przekładano co najmniej parę razy. Teraz jednak odwrotu już nie ma, bowiem ostatnia część serii zadebiutuje w polskich kinach już 15 lutego. Możecie być pewni, że zasiądę w sali kinowej na jednym z pierwszych pokazów.


„Kapitan Marvel”

Chciałem o tym wspomnieć już we wstępie, ale tak jakoś mi się zapomniało. Więc robię to teraz. Tak, na tej liście brylować będą przede wszystkim produkcje superhero od Marvel Studios oraz, co za tym poniekąd idzie, tytuły od Disneya. Halo, przyznajcie sami. Czy istnieje obecnie inny dystrybutor, który tak zalewałby nas porządnymi blockbusterami?

Blockbustery 2019 (4)
Źródło: polygon.com

„Kapitan Marvel” będzie już dwudziestym pierwszym (!) filmem wchodzącym w skład Marvel Cinematic Universe. Od ostatniego Ant-Mana w zeszłe lato, przyszło nam poczekać dłużej niż zazwyczaj na kolejny rozdział prężnie rosnącego świata superbohaterów. Heroska grana przez znakomitą Brie Larson będzie pierwszą kobietą, która otrzyma własny tytuł w MCU. Konkurencyjny wydawca, DC Comics, w tej kwestii wygrał wyścig wystawiając swoją Wonder Woman w jej własnym filmie w czerwcu 2017 roku. Był to strzał w dziesiątkę, bo superbohaterskie kino bardzo potrzebowało silnych żeńskich postaci. Ciekawe, czy porównywalny sukces (a może i większy?) odniesie „Kapitan Marvel”.

Choć zwiastuny średnio przypadły do gustu lwiej części fanów, to oczekiwania są wysokie. W dużej mierze dlatego, że pani z nadludzkimi umiejętnościami jest kreowana na wybawicielkę Ziemian po wydarzeniach z ubiegłorocznej „Wojny bez granic”. W kinach już w Dzień Kobiet – 8 marca!


„Dumbo”

Na ten seans wybiorą się dwie grupy widzów. Pierwszą stanowić będą dorośli, którzy na oryginalnej animacji Disneya byli wychowywani. Druga składać się będzie z ich dzieci, które być może będą miały dopiero pierwszą okazję na styczność z latającym słonikiem. Pewne jest jednak to, że wszystkich na napisach końcowych dopadnie jeden, ten sam efekt – strumienie łez.

Blockbustery 2019 (5)
Źródło: imdb.com

Film animowany z 1941 roku nie tylko jest wzruszający, ale i bardzo dramatyczny. Pomimo umiejscowienia zwierzęcia jako głównego bohatera, porusza się w nim wiele niezwykle istotnych, ludzkich tematów, które potrafią dorwać się do uczuć każdego z widzów. Dlatego nie dziwi mnie to, że przeglądając wątki na forach o tym filmie, dużo osób deklaruje, że uda się na niego właśnie po to, aby na nowo przeżyć rozdzierającą emocjonalnie historię.

Tym razem w wersji aktorskiej z Colinem Farrellem, Michaelem Keatonem, Dannym DeVito i Evą Green w rolach głównych. Komputerowo wygenerowanego Dumbo zobaczymy na polskich ekranach już 29 marca.


„Avengers: Endgame”

Jeśli jakikolwiek film ma zagrozić światowemu rekordowi zysków ze sprzedaży, to będzie to czwarta odsłona hiperprodukcji o grupie superbohaterów Marvela. I nawet jeśli „Endgame” tego dokona, to tytuł najbardziej kasowego przeboju wciąż zostanie w tej samej rodzinie. Ogromnym hitem okazała się zeszłoroczna „Wojna bez granic”, która w tej chwili przekroczyła już dwa miliardy zysków na całym świecie. Sposób, w jaki zakończył się film, daje poważne powody ku temu, aby wierzyć, że zbliżająca się kontynuacja może ściągnąć przed wielkie ekrany jeszcze większe rzesze osób.

Blockbustery 2019 (6)
Źródło: imdb.com

Trudno mówić o oczekiwaniach wobec tego zwieńczenia dotychczasowych 11 lat budowania marki MCU bez zdradzania ważnych wątków z „Infinity War”. Choć uważam, że do tej chwili każdy powinien mieć ten seans za sobą! Niemniej jednak, poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko, przez co wszyscy liczą na jeszcze bardziej epickie rozwiązanie starcia pomiędzy Avengers a Thanosem. Interesujące jest to tym bardziej dzięki pojawieniu się kolejnych postaci, które nie znalazły swojego miejsca w zeszłorocznej produkcji. Chodzi oczywiście o Ant-Mana, Hawkeye’a, a przede wszystkim nową Kapitan Marvel, którą poznamy około półtorej miesiąca przed premierą „Endgame”. A ta będzie miała miejsce 25 kwietnia!


„Pokemon’s Detective Pikachu”

O aktorskiej produkcji z Pokemonami i szalonym budżetem mówiono już od dłuższego czasu. Zdradzono później, że nie będzie to typowa ekranizacja oryginalnej animacji, lecz jej wariacja, w której to najpopularniejsze stworzonko z uniwersum – Pikachu, wcieli się w rolę zawodowego detektywa. Pomysł wydawał się nienormalny, pomimo faktu, że motyw ten ukazał już się kiedyś w formie gry na konsolę Nintendo 3DS. Mieszane odczucia panowały przez długi czas aż do pewnego, konkretnego momentu.

Blockbustery 2019 (7)
Źródło: polygon.com

Publikacji pierwszego oficjalnego zwiastuna filmu. Wyczekiwano go z niecierpliwością, aby przekonać się, jak w praktyce wyglądać będzie szalona super-produkcja kooperacji Japonia-USA. Nieco ponad dwuminutowy klip okazał się przebojem i obejrzano go miliony razy. Większość wątpiących w sukces filmu zmieniła swoje zdanie po ujrzeniu świetnie odwzorowanych komputerowo Pokemonów, klimatu noir w wielkim, przytłaczającym mieście oraz usłyszeniu głosu Ryana Reynoldsa wcielającego się w samego Pikachu. Uwzględniono jeszcze parę naprawdę niebanalnych dowcipów, zarysowano ogólnikowo fabułę filmu i tyle. Wystarczyło, aby uświadomić niedowiarków, że może wyjść z tego naprawdę interesująca i sensowna rozrywka. Ale całość w praktyce zobaczymy 10 maja, kiedy „Pokemon’s Detective Pikachu” oficjalnie zadebiutuje w kinach.


„Aladyn”

Tak, jak wspomniałem. To będzie złoty rok Disneya. Tym bardziej, że ponownie na piedestały będzie wypychać swoje kultowe opowieści z zeszłego stulecia. Pierwszy w kolejności jest wspomniany już słonik Dumbo, a po nim przyjdzie pora na nową, aktorską wersję Aladyna.

Blockbustery 2019 (8)
Źródło: imdb.com

Animowana adaptacja historii z „Księgi tysiąca i jednej nocy” nie należy do aż tak starych i zapomnianych. Premierę miała w 1991 roku, jednak wygląda na to, że koncern Disneya wyczuwa w remake’u spory potencjał. Po raz kolejny będziemy mogli przenieść się do muzułmańskich realiów, gdzie swoje niecodzienne przygody przeżywać będzie ubogi Aladyn. Wciąż nie do końca oficjalnie wiadomo, jak w porównaniu z literackim pierwowzorem i animacją sprzed 18 lat zachowa się aktorski film, co tylko jeszcze bardziej zwiększa zainteresowanie.

W głównej roli zobaczymy Menę Massouda, który nie posiada jeszcze zbyt szerokiego doświadczenia aktorskiego, jednak towarzyszyć będą mu Naomi Scott w roli Księżniczki Dżasminy („Marsjanin”, „Power Rangers”) oraz, przede wszystkim, zasłużony Will Smith będący kultowym już Dżinem. Owoc pracy całej obsady poznamy bardzo szybko, bo już 24 maja.


„Spider-Man: Daleko od domu”

Pięć miesięcy to aż trzy nowe filmy z uniwersum Marvela! Dość podobnie było w zeszłym roku, gdy „Czarna Pantera” debiutowała w lutym, a serię zamykali „Ant-Man i Osa” zaraz na początku sierpnia. Tym razem maraton herosów, po wielce wyczekiwanych „Kapitan Marvel” i „Endgame”, zamknie nam druga część solowych przygód Człowieka-Pająka. Po raz kolejny będzie to wprowadzenie do uniwersum jeszcze większej dawki humoru, którego filmom Marvela od dawna nie brakuje. Jednak wszystkie produkcje, w których postać Toma Hollanda się pojawia, zawsze błyszczą dodatkową szczyptą nietuzinkowych żartów i pewnego rodzaju absurdów.

Blockbustery 2019 (9)
Źródło: cbr.com

W „Homecoming” z 2017 roku przyszło nam podglądać pierwsze poważne starcie Spider-Mana ze złoczyńcą z krwi i kości. Vulture, w którego wcielił się Michael Keaton, do dzisiaj jest uważany za jednego z najlepiej poprowadzonych czarnych bohaterów ze wszystkich dotychczasowych produkcji MCU. Bardzo prawdopodobne, że ujrzymy go po raz kolejny, na co dość jasno wskazuje zakończenie pierwszej przygody Petera Parkera. Pewne jest jednak to, że młody chłopak zmierzy się z nowym, głównym złoczyńcą – Mysterio.

Kultowa postać z komiksów zostanie odwzorowana przed uwielbianego aktora Jake’a Gyllenhaala, którego możecie kojarzyć z „Donniego Darko”, „Kodu nieśmiertelności”, czy też „Labiryntu”. Fani już tupią nóżkami, bowiem nie dość, że angaż jest bardziej niż satysfakcjonujący, to jeszcze na wprowadzenie Mysterio do MCU czekano od dawna. Teraz wiemy już, kiedy go zobaczymy – 5 lipca!


„Król Lew”

Zamykamy festiwal aktorskich remake’ów Disneya na ten rok tytułem bardzo mocnym. „The Lion King” jest po dziś dzień uważany za najlepszy film animowany w pełnym metrażu. Nie można nazywać go nawet kultowym, bo określenie to za słabo wyraża status produkcji z 1994 roku. To po prostu kinematograficzna legenda.

Blockbustery 2019 (10)
Źródło: disney.co.uk

Oryginalne przygody Mufasy, Simby i innych zwierząt z afrykańskiej sawanny nadal ogląda się chętnie przez dzieciaki oraz dorosłych, którzy z łezką w oku wspominają swoje dzieciństwo. Zasiadanie przed kineskopowym telewizorem, który wyświetlał „Króla Lwa” odtwarzanego z kasety VHS. Ten fenomen, jakim jest przytoczona animacja, jeszcze przez wiele lat nie straci na wartości. Jedyne, co może deptać mu po piętach, to… on sam. A właściwie nowa wersja wykorzystująca potężne możliwości dzisiejszej technologii.

Choć remake „Króla Lwa” opisuje się jako „live-action movie”, a więc kręcony z żywymi aktorami, to w praktyce wyrażenie to nie do końca pasuje. Jako, że w filmie nie występuje nikt poza zwierzętami, lwia część produkcji zostanie wygenerowana komputerowo. Nie jest to jednak powód, dla którego można smęcić pod nosem. Aktualne możliwości CGI stoją na niewyobrażalnym poziomie, a jak widać po pierwszym, głośny zwiastunie – może być bardzo dobrze. Przekonamy się już 19 lipca.


„Toy Story 4”

Za każdym razem, gdy widzę, słyszę lub mówię o franczyzie, jaką jest „Toy Story” od Pixara, przypominam sobie, że ma ona dokładnie tyle samo lat, co ja. Dziw bierze, że teraz, po niemal 24 latach, fenomenalna seria o ożywionych zabawkach nadal istnieje i stale się rozwija. Prawdopodobnie to właśnie w tym tkwi ten fenomenalny sukces – w genialnej pierwszej części, którą pokochali wszyscy. Jak na połowę lat 90., „Toy Story” było animacją idealną. Ba, nawet teraz można powrócić do niej bez strachu o szok wywołany wyrytymi w pamięci oczekiwaniami, a tym, co faktycznie na ekranie ujrzymy. To wciąż wygląda ładnie!

Blockbustery 2019 (11)
Źródło: ign.com

Cztery lata później zaprezentowano równie wciągającą część drugą, po której nastała długa cisza. Dopiero w 2011 reaktywowano serię głośnym zwieńczeniem trylogii, a nawet sama trzecia odsłona została przez wielu nazwana najlepszą spośród wszystkich! Głównie dzięki naprawdę poruszającym i emocjonalnym wątkom oraz pięknemu zakończeniu. I choć wydawać by się mogło, że będzie to idealne zamknięcie opowieści, to studio Pixar postanowiło zaskoczyć nas wszystkich.

Tak oto już 9 sierpnia w polskich kinach pojawi się czwarta część. Powrócą Chudy, Buzz Astral i Jessie, a wraz z nimi starzy przyjaciele i trochę nowych twarzy.


„Kraina lodu 2”

Kina na całym świecie będą miały dokładnie siedem miesięcy na pozbieranie się po tłumach widzów „Avengers: Endgame” i przygotowanie się na następny szturm. „Frozen” z 2013 roku z całą pewnością nie jest arcydziełem wśród filmów animowanych. Lepiej ocenić wypada choćby „Zwierzogród” również spod skrzydeł Disneya, który zadebiutował trzy lata temu. Sęk jednak w tym, że „Kraina lodu” pozostaje chyba najpopularniejszą współczesną animacją w historii kina. Stała się wręcz viralowa, a niektóre jej piosenki bądź sceny są przytaczane do dzisiaj, głównie przez szaleńczo zakochane dzieci i młodzież.

Blockbustery 2019 (12)
Źródło: denofgeek.com

Co przesądziło o takim sukcesie filmu? Dwie dobrze zarysowane i silne główne bohaterki, z którymi dzieciaki mogły szybko się zaprzyjaźnić? Może. Niezdarny, ale przy tym wyjątkowo zabawny bałwan Olaf? Pewnie tak. Niezwykle chwytliwe piosenki z „Ulepimy dziś bałwana?” i „Mam tę moc” na czele? Z pewnością. Trudno jest jednak znaleźć jeden, zdecydowany punkt, który przesądził o wszczętym tuż po premierze szale. Najwidoczniej wiele aspektów filmu zagrało w nim tak dobrze, że razem stworzyły produkcję nie do zapomnienia.

A teraz mamy pewność, że o „Krainie lodu” nikt nie zapomni jeszcze przez bardzo długi czas, bo po latach oczekiwań, wielkimi krokami nadchodzi kontynuacja. Póki co nie mamy żadnych zwiastunów, plakatów ani innych materiałów promocyjnych. Nic dziwnego, bo premiera dopiero 22 listopada. Jestem jednak pewny, że Annę, Elsę i Olafa zobaczymy w najbliższych miesiącach częściej niż może nam się wydawać.


Blockbustery 2019 (13)

Koniec listy? Ale jak to?! Gdzie na przykład „Kingsman 3”, a już tym bardziej dziewiąty epizod „Gwiezdnych wojen”?! Nie wymieniłeś tutaj jeszcze tylu wielkich premier tego roku! A no, nie wymieniłem, bo będzie ich zdecydowanie za dużo. Dlatego uzupełnienie powyższego spisu pozostawiam Wam – czytelnikom. Jakie inne wysokobudżetowe produkcje jeszcze Was interesują? I oczywiście chyba najważniejsze pytanie – który film ustanowi rekord sprzedaży tego roku? 🙂

„Bohemian Rhapsody” – Filmowy pomnik dla muzycznej legendy

Muszę rozczarować wszystkich tych, którzy tak zaparcie byli przekonani o nietrafionym angażu Ramiego Maleka w roli wokalisty zespołu Queen. Gwiazda serialu „Mr. Robot” okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Jasne, można spekulować o tym, czy inny aktorzy lepiej odnaleźliby się jako Freddie Mercury, jednak spójrzmy trzeźwym okiem na to, co mamy.

Przeciwnicy podawali przeróżne argumenty. Prym wśród nich wiódł zgryz Maleka, który przez wielu określany był jako zbyt uwydatnionym. Jak poradzono sobie z tym filmie? Najlepiej, jak można było, bowiem wcale tego nie ukrywano. Ba, nawet kilka razy główny bohater zmuszony jest wysłuchiwać od innych postaci nieprzyjemnych uwag na ten temat. Jednak za każdym razem wspaniałomyślnie odwracano ów charakterystyczną żuchwę w atut.

Bohemian Rhapsody - 1
Wysuwająca się górna warga i niemal zawsze widoczne przednie zęby. Tutaj Malek z kadru z „Mr. Robot”.
Źródło: filmweb.pl

W momencie, gdy filmowy Mercury decyduje się na nową fryzurę i żegna się z długą, falowaną grzywą, Remi Malek wygląda niemal kropla w kroplę jak wokalista Queenu. Charakterystyczny bujny wąs? Jest. Ostro zarysowana szczęka? Jak najbardziej. Bardziej kobiece niż męskie ruchy ciała? Również. Jeśli chodzi o ogólną aparycję i wcielenie się w rolę legendarnego muzyka, nie można niczego się przyczepić. Naprawdę.

Rozumiem, jeśli ktoś jest zwolennikiem innego aktora, którego widziałby w tej roli. Sztukę, a co za tym idzie i filmy, można przedstawiać na miliony sposobów. Dlatego jestem pewien, że sugerowany przez wielu Sacha Baron Cohen, czy też inni zawodowi odtwórcy ról, mogliby spisać się równie nienagannie na swój własny sposób. Tymczasem ogromny zaszczyt, ale i zarazem wyzwanie, stanęło przed Malekiem, który dotąd poza wspomnianym „Mr. Robot” nie brylował jakoś specjalnie. Może pochwalić się co najmniej kilkoma ciekawymi rolami, ale nie były one ani dużego formatu, ani zapadające w pamięć widzów.

Bohemian Rhapsody - 2
Musicie przyznać, czysty Mercury.
Źródło: filmweb.pl

W przypadku „Bohemian Rhapsody” będzie inaczej. Jestem o tym przekonany. Pozwolono mu stawić czoła odtworzenia prawdopodobnie jednego z zaledwie kilku największych „nazwisk” w historii muzyki. Słowo to użyłem w cudzysłowie, bo jak wiadomo, Freddie Mercury tak naprawdę Freddiem Mercurym nie był. A przynajmniej nie od urodzenia.

Na aktorze spoczywała nie lada presja. Główna rola w głośno zapowiadanym filmie, gdzie miał przedstawić kreację legendy nie tylko zeszłego stulecia, ale i obecnie. W efekcie wychodzi jednak na to, że Malek pod ciśnieniem radzi sobie rewelacyjnie. Podczas seansu uwiódł swoją mimiką, posturą i słowami nie tylko mnie, ale chyba wszystkich na sali. Nie są to czcze domysły, bo dało się to wyczytać z reakcji oglądających na przeróżne sceny w filmie. Śmiech, gdy Mercury rzucał ciętą ripostą w stronę tych, którzy nie wierzyli w jego szaleństwo. Cicha aprobata wyrażana pod nosem, gdy ostatecznie główny bohater stawiał na swoim i okazywało się, że było warto. Ciarki na całym ciele podczas procesów powstawania największych przebojów Queenu oraz samych koncertów. Tego wszystkiego na pewno nie doświadczyłem tylko ja.

Bohemian Rhapsody - 3
Tutaj z kolegą z zespołu – Brianem Mayem. W niego wcielił się Gwilym Lee.
Źródło: filmweb.pl

W dzisiejszym kinie nietrudno o to, by główna postać filmu zbierała sobie przychylność widzów i była co najmniej lubiana. Prawdziwą sztuką jest sprawić, że przekonuje się do siebie od pierwszych scen aż do samego końca, niezależnie od poczynanych w trakcie kroków. Tego, że Freddie Mercury jest wciąż uwielbiany przez miliony, nie trzeba udowadniać. Dla Maleka działało to z kolei pozytywnie, jaki i negatywnie. Było to o tyle trudne zadanie, że gdyby nie spełnił oczekiwań widzów, wytykano by mu to przez bardzo, bardzo długi czas. Na jego i nasze szczęście, udało mu się stworzyć kreację godną podziwu, przez co sympatia do byłego wokalisty brytyjskiego zespołu przelała się również na sympatię wobec odgrywanej przez aktora postaci.

Kiedy lubisz osobę i twórczość Mercury’ego, i spodoba Ci się ukazanie go w biograficznym filmie, kupisz go aż do ostatnich napisów końcowych, a nawet na dużo dłużej. Praca, poświęcenie i pot, które Remi Malek włożył w tej film, są widoczne gołym okiem i naprawdę nie jestem w stanie wyobrazić sobie, żeby ostatecznie komuś jego kreacja mogła nie przypaść do gustu. Choć mówi się, że gusta są różne i o nich się nie dyskutuje…

Bohemian Rhapsody - 4
A tu już w mniej scenicznym wydaniu.
Źródło: filmweb.pl

To jedna z dwóch najjaśniej świecących gwiazd w „Bohemian Rhapsody”. Druga? Oczywiście muzyka. Aspekt ten chyba od samej pierwszej zapowiedzi filmu był najpewniejszym gwarantem jakości tej produkcji. Byłeś przeciwnikiem przenoszenia historii życia Mercury’ego i działalności Queenu na wielki ekran? A może należałeś do dość sporej bazy niezadowolonych z obsadzenia głównej roli? Nieważne. Wówczas można było być pewnym chociaż tego, że usłyszenie z kinowych głośników hitów brytyjskiego zespołu będzie jednym z największych dotychczasowych przeżyć związanych z kinem.

W tym roku było już co najmniej kilka okazji na usłyszenie kultowej muzyki w kasowych produkcjach. Parę miesięcy temu powstał dokument „Whitney” (o kim opowiadał chyba nie trzeba tłumaczyć), a latem wielkie ekrany zostały podbite przez kontynuację „Mamma Mia!” przedstawiającą przeboje Abby. W każdym z tych przypadków, łącznie z „Bohemian Rhapsody”, mamy niebywałą okazję usłyszeć w niesamowitej jakości (i głośności) największe utwory konkretnych artystów, które już na stałe zapisały się na łamach historii muzyki światowej.

Bohemian Rhapsody - 5
Zgadniecie, jaki utwór powstawał w takich okolicznościach?
Źródło: filmweb.pl

Oj, czego w tym filmie nie ma? Przede wszystkim najwięcej czasu poświęcono na ukazanie prac nad piosenką, której tytuł zawarty jest w… tytule produkcji. Nic dziwnego, bowiem nie jest tajemnicą, że nagrywanie trwającego około sześć minut utworu z czwartego albumu studyjnego zespołu był piekielnym procesem. Przez bity tydzień wszyscy członkowie zespołu oraz pomagające im osoby dwoili się i troili, aby w końcu spełnić wyśrubowane oczekiwania Mercury’ego. Gdy w końcu całość brzmiała tak, jak ułożył sobie to w głowie, artyści byli gotowi na rewolucję światowej sceny muzycznej.

Z niejednym problemem po drodze. I właśnie całą tę podróż ukazuje film Bryana Singera. Choć często będziemy świadkami wzlotów kapeli, to równie często będziemy musieli wraz z nimi przechodzić przez cięższe okresy w karierze. Jak to zwykle w zespołach bywa, nie obeszło się bez kłótni, skandali i rozbieżnych wizji dalszego kierunku rozwoju Queenu. Nieraz trzeba było zaniedbać prywatne, rodzinne życie, aby osiągnąć jeszcze więcej na szczeblach kariery. Czy jednak film w dostateczny sposób pokazuje to, jak naprawdę wyglądały losy muzyków?

Bohemian Rhapsody - 6
Przemierzanie drogi ku sławie to godzenie się na trudne życiowe rozterki.
Źródło: filmweb.pl

Niekoniecznie. Jak można się domyślać, droga artystów będących na ścisłym topie nie jest usłana różami. Owszem, film pokazuje to najbardziej, jak tylko potrafi, ale nie zapominajmy, że to nadal jest jedynie dwugodzinny film. Przesyt wątków wprowadziłby tu bałagan nie do ogarnięcia, przez co tu i ówdzie scenarzyści musieli obrać drogę na skróty. Nie dlatego, że nie chcieli pokazywać stuprocentowej prawdy. Byli do tego zmuszeni, aby utrzymać koncepcję filmu fabularnego i dać widzom rozrywkę, za jaką zapłacili. Chcąc, nie chcąc, kino rządzi się swoimi prawami. Do tej pory chyba nie powstała biografia idealna, która z jednej strony obnażyłaby całą rzeczywistość jednostki, wokół której się skupia, a z drugiej nie znużyła widza i sprawiła, że na długo zapamięta ów film jako widowisko dla oczu i uszu.

W tej dziedzinie, jak w wielu innych, trzeba iść na kompromisy. A te w „Bohemian Rhapsody” zostały moim zdaniem dobrane idealnie. Najważniejsze losy członków zespołu, a przede wszystkim Mercury’ego, zostały zawarte i odpowiednio poprowadzone. Czasem może wydawać się, że można by niektóre wątki zgłębić nieco bardziej, ale twórców obowiązywały również ramy czasowe, w których musiał zmieścić się cały obraz. Nie zapomniano o istotnych kwestiach, opowiedziano o nich, a ostatecznie zakończono w wielkim finale.

Bohemian Rhapsody - 7
Ten tłum zrobił wrażenie nie tylko na filmowym zespole, ale i na widzach w kinie.
Źródło: filmweb.pl

O matko, wielki finał. Jeśli ta sekwencja poruszających, emocjonalnych i widowiskowych scen nie stanie się jedną z najbardziej kultowych w historii współczesnego kina, to tym bardziej umocnię się w przekonaniu, że o filmach niewiele wiem. Albo, że jestem zbyt łatwym widzem i w prosty sposób można mnie kupić.

W każdym razie na koniec dostajemy to, czego tak naprawdę oczekujemy. Spektakularny koncert dla setek tysięcy widzów zebranych w jednym miejscu, aby zobaczyć jedno z największych wydarzeń muzycznych w historii. Na takie kreuje się tutaj Live Aid, czyli dwa równoległe koncerty charytatywne zorganizowane w 1985 roku, podczas których wystąpiły największe gwiazdy ówczesnego rocka. W Stanach Zjednoczonych byli to między innymi Led Zeppelin, Bryan Adams i Black Sabbath. Zaś w Anglii, na stadionie Wembley, gdzie zabiera nas akcja filmu, zaprezentowali się na przykład David Bowie, Sting, Paul McCartney i oni… zespół Queen.

Bohemian Rhapsody - 8
Występ na Wembley był największym koncertowym osiągnięciem Queenu.
Źródło: filmweb.pl

W dialogach powiedziane jest jasno. Każdy wykonawca festiwalu otrzymuje do dyspozycji dwadzieścia minut na scenie. Co to znaczy dla nas? Film faktycznie poświęca tyle czasu na finałowy występ kapeli z Mercury’m na czele, podczas którego prezentują kilka swoich największych przebojów. I to nie w byle jakim stylu. Jest głośno, widowiskowo i, jak to określiła jedna osoba wychodząc przede mną z sali kinowej, „z jajem”.

Na moich rękach dosłownie pojawiły się ciarki, gdy Remi Malek, Ben Hardy, Joseph Mazzello i Gwilym Lee (wcielający się w czterech członków zespołu) zaprezentowali na wielkim ekranie tytułowe „Bohemian Rhapsody”, „We Are The Champions” i inne. Świetne zwieńczenie fabularnej biografii i filmu samego w sobie.

Bohemian Rhapsody - 9
Czterech szalonych zapaleńców, o których świat nigdy nie zapomni.
Źródło: filmweb.pl

Wręcz pedantycznie dokładne zdjęcia, oszałamiająca charakteryzacja, aktorstwo najwyższej klasy i muzyka, która przed laty zawiesiła poprzeczkę na niewyobrażalnym poziomie. Tutaj znajdziemy to wszystko. Wszelkie obawy przed premierą filmu były po prostu niepotrzebne. Stanięto na wysokości zadania, prawdopodobnie mając na uwadze, jak ważny był to projekt. Dlatego, jeśli interesuje Was postać charyzmatycznego Freddie’go Mercury’ego albo w jakich okolicznościach powstawały takie hity, jak „We Will Rock You”, „Don’t Stop Me Now”, czy „Another One Bites the Dust” – ten film Wam to przedstawi.

Moja ocena: 9/10 ❤️

„Hotel Transylwania 3” – O dziwo, wciąż trzyma równy poziom

„Film przedstawiający losy rodziny wampirów, mumii, wilkołaków i Bóg wie, kogo tam jeszcze, z premierą w czerwcu? Ale jak to tak?!”. W ten lub bardzo zbliżony sposób pomyśleli najpewniej polscy dystrybutorzy trzeciej części popularnej animacji „Hotel Transylwania”, gdy ta otrzymała swoją światową datę wejścia do kin. Z jednej strony to nic dziwnego. W końcu poprzednie odsłony trylogii ukazywały się na jesień, gdy powoli nadciągało lubiane w Stanach i nie tylko święto Halloween. Produkcja studia Sony Pictures Animation idealnie wpasowuje się w nastrój tego dnia. Dopiero przy zwieńczeniu trylogii zadziało się coś, co najwyraźniej na naszym rynku filmowym miejsca mieć nie może.

Hotel Transylwania - 1
Nasze potwory powróciły!
Źródło: filmweb.pl

„Hotel Transylvania 3: Summer Vacation”, jak sama oryginalna nazwa wskazuje, swoją tematyką i miejscem osadzenia akcji bardziej współgra z klimatem wakacyjnym aniżeli święta duchów. Pomimo tego, że głównymi bohaterami niezmiennie są znane „gatunki” potworów, to tym razem animacja nie skupia się na ostatnim dniu października, lecz letnim urlopie, który (jak się okazuje), był monstrom niezwykle potrzebny.

Stąd też na rynku amerykańskim, ale i nie tylko, „Hotel Transylwania 3” trafił do kin już na przełomie czerwca i lipca, aby zabrać rodziców i ich pociechy na relaksującą wycieczkę z Drakiem, Johnnym, Mavis i resztą postaci. My, biednie Polacy, w wyniku szaleńczej decyzji lokalnych dystrybutorów, musieliśmy poczekać aż do początku października. Byliśmy przedostatnim narodem, który w końcu doczekał się trzeciej części „Hotelu”. Gorzej było jedynie z Japonią, która dopiero tydzień po nas mogła wybrać się do kin. Nawet Korea Południowa, Filipiny, czy też Wietnam wyświetlały animację sporo wcześniej.

Hotel Transylwania - 2
Bohaterów czeka bardzo interesujący rejs statkiem.
Źródło: filmweb.pl

Ale może nie będę narzekał na błahe sprawy. W końcu październik był, jest i zawsze będzie sezonem na potwory, strachy i horrory. Nawet w naszym kraju, gdzie przecież Halloween nie święci takich tryumfów, jak na zachodzie. Najważniejsze, że w końcu doczekaliśmy się premiery „Hotelu Transylwania 3”, a jak po seansie mogę ocenić, nawet warto było czekać.

Pod warunkiem, że od animacji znamienitego Tartakovsky’ego oczekiwaliśmy tego samego, co zaprezentowały nam poprzednie części. Jest to jeden z chyba niewielu przypadków nie tylko w tym gatunku, ale i w kinie ogólnie, gdy cała trylogia serii trzyma naprawdę równy poziom. Gdy w 2012 roku ukazała się pierwsza odsłona, dzieci pokochały ją za zebranie razem wszystkich najpopularniejszych potworów zakorzenionych w kulturze popularnej na przestrzeni lat, a rodzicom spodobała się lekkość i przystępność filmu połączona z nie najgorszym poczuciem humoru objawiającym się na przykład w żartach sytuacyjnych.

Hotel Transylwania - 3
Ile stworów i upiorów znajduje się na obrazku?
Źródło: filmweb.pl

Sequel z premierą po trzech latach oczekiwania zaprezentował nam ciekawe, aczkolwiek dość przewidywalne rozszerzenie przygód bohaterów. Nie stracił jednak niczego, co w „jedynce” tak bardzo przypadło do gustu widzów. Pojawiły się nowe postacie dość logicznie wplecione w przedstawiony świat i jeszcze więcej dobrego komizmu. Ba, nawet patrząc stricte na finansowe wyniki, „Hotel Transylwania 2” poradził sobie jeszcze lepiej od poprzednika zgarniając ponad sto milionów dolarów więcej w ogólnoświatowym Box Office’ie.

Popularyzowanie i staranne budowanie marki najwidoczniej popłaca, bo teraz, gdy najnowsza część animacji jest już dobre cztery miesiące po globalnej premierze, ma ona na swoim koncie ponad pół miliarda w amerykańskiej walucie, co jest zdecydowanie największym dorobkiem z całej serii. Oznacza to, że na przestrzeni lat coraz więcej widzów zaznajamiało się z familijną serią, co zwiększyło grono odbiorców „trójki”.

Hotel Transylwania - 4
Rodzina i przyjaciele korzystają z czasu na relaks, póki jeszcze mogą…
Źródło: filmweb.pl

Czy nowi widzowie, którzy zdecydowali się odwiedzić kino dla ostatniej odsłony tej trylogii, mogli poczuć się zawiedzeni? I tak, i nie. Tak, jeśli liczyli na coś więcej niż w poprzednich dwóch filmach. Jednak wybierając się na animację dla dzieci, czym „Hotel Transylwania” jest, nie ma co liczyć na rewolucje i odejście od sprawdzonych wcześniej schematów. Jedne, co wówczas jest rozsądne do zrobienia przez twórców, to kontynuowanie specyfiki produkcji i rozszerzenie jej o nowe wątki, postacie i tym podobne. Gdy dochodzi się do trzeciej części serii, konieczne jest, aby nie odchodzić od tego, co zdążyło się już zrobić dotychczas, a dodatkowo należy dołożyć domknięcia lub odpowiednie rozwinięcia wątków, które albo zostały już poruszone wcześniej, albo wręcz wymagają poruszenia.

Tym tropem poszli reżyser i scenarzyści filmu. „Hotel Transylwania 3” zaczyna się od dwóch dających się we znaki problemów głowy rodziny – Drakuli. Wampir, po pierwsze, jest coraz bardziej zmęczony prowadzeniem zajazdu dla monstrów, jako że od lat nie miał choćby dnia wolnego od obowiązków związanych z pracą, a po drugie – doskwiera mu specyficzna samotność. Owszem, wciąż otoczony jest mnóstwem osób, w tym najważniejszej dla niego córki Mavis, jej męża Johnny’ego oraz wnuka Dennisa. Brakuje tu jednak życiowej partnerki, którą przed wieloma laty stracił. Po jej śmierci wampir nie wyobrażał sobie ułożenia życia z inną kobietą, przez co na długi czas wypierał się miłości. Aż do czasu.

Hotel Transylwania - 5
„Aż do czasu.”
Źródło: filmweb.pl

Trzecia część „Hotelu” zabiera nas daleko od tytułowego budynku, w którym to dotychczas rozgrywała się akcja. Mavis, dostrzegając problem przepracowania ojca, wpada na pomysł, aby urządzić mu zasłużony urlop. Bez jego wiedzy, namawia do tego również całą zgraję potworów przedstawionych nam na przestrzeni serii i wspólnie udają się na… rejs statkiem wycieczkowym. Ogromnym statkiem, który, jak słusznie zauważa Drakula, jest hotelem, tyle że na wodzie.

Choć wiele rzeczy może wydawać się głównemu bohaterowi znajomych, to najważniejszy jest fakt, że tym razem nie jest on właścicielem, lecz gościem. Po pokręceniu nieco nosem, dostrzega tę subtelną różnicę i nawet daje się ponieść magii wypoczynku.

Hotel Transylwania - 6
Kto powiedział, że wampiry nie lubią nurkować?
Źródło: filmweb.pl

Czy to oznacza, że następnie przez pozostałą godzinę będziemy przyglądać się potworom beztrosko bawiącym się i odpoczywającym na pokładzie ekskluzywnego wycieczkowca? Oczywiście, że nie. Nie na tym polegają filmy! Nawet te kierowane do najmłodszych. W animacji od samego początku przewija się wątek wieloletniego przeciwnika Drakuli, którego cel jest niezmiernie prosty – chce zgładzić upiory. Płytko i bez polotu, ale nie oczekujmy za wiele.

O całym pochodzeniu, rozwoju i znaczeniu postaci ów Van Helsinga nie chcę tutaj za dużo pisać, aby przypadkiem nie zdradzić zbyt wiele. W kontekście tego wątku łatwo o spoilery, a psuć zabawy nie warto. W każdym razie wróg wampira raczej nie zapisze się na kartach kinematografii, jako jeden z najlepszych czarnych charakterów, ale myślę, że w pełni wystarczy, jak na niewymagającą, rodzinną produkcję. Tym bardziej, że w to wszystko wplątany jest pewien zwrot akcji. Niestety, szybko zostaje nam zdradzony, co psuje nieco efekt zaskoczenia, ale twórcy pewnie wyszli z założenia, że starsi widzowie na pewno w mgnieniu oka rozszyfrowaliby zagadkę na własną rękę, więc po co udawać?

Hotel Transylwania - 7
Typowy złoczyńca z animacji. Dziwna fryzura, duży brzuch, prosty cel.
Źródło: filmweb.pl

Dlatego zaznaczę po raz kolejny – swoje oczekiwania najlepiej zaniżyć, jak tylko się da. To wciąż animacja dla młodocianych!

Pozostaje jeszcze kwestia humoru. Przyznam się, że w całym półtoragodzinnym filmie było kilka momentów, gdzie szczerze się uśmiechnąłem lub w duchu zaśmiałem. W duchu, bo dwudziestotrzyletniej osobie raczej nie wypada śmiać się na całą salę kinową podczas emisji filmu animowanego. Faktycznie znaleźć można parę żartów słownych lub sytuacyjnych, które mogą rozbawić. Dzieci pewnie swojego śmiechu wstydzić się nie będą. I prawdopodobnie zaśmieją się przy zupełnie innych scenach niż starsze osoby, ale tak już z tym gatunkiem bywa. Szczególnie upodobałem sobie gag z finałowej potyczki, w którym usłyszeć mamy największy (i zarazem najbardziej żenujący) taneczny hit wszech czasów.

Hotel Transylwania - 8
Po co komu dobre nagłośnienie, gdy ma się ogromne monstrum potrafiące śpiewać?
Źródło: filmweb.pl

A skoro o tym mowa, „Hotel Transylwania” na przestrzeni trzech odsłon przyzwyczaił nas do sięgania po popularne kawałki, które są lubiane obecnie lub uznaje się je za kultowe. Stąd też nie dziwi obecność takich hitów, jak „Sexy and I Know It” od LMFAO, „Gangnam Style” od PSY lub „24K Magic” w wykonaniu Bruna Marsa.

Każda nowa część potwornej serii od Sony Pictures Animation ukazywała się w kinach systematycznie co trzy lata. Wszystko zaczęło się w 2012 roku. Sequel pojawił się w 2015, a teraz otrzymaliśmy pełną trylogię. Zastanawia mnie jednak, czy Tartakovsky i oddział Sony zajmujący się filmami animowanymi poprzestaną na tym. Niby co tu więcej należy dopowiadać? Było o miłości potwora ze zwykłym człowiekiem, o trudnym procesie wdrażania się w rolę ojca, a teraz o tym, czy odnalezienie swojej drugiej połówki to gwarancja szczęścia do końca życia.

Hotel Transylwania - 9
Nie mogłem się oprzeć wstawieniu tutaj tego kadru!
Źródło: filmweb.pl

Pewnie wielbiciele franczyzy chętnie jeszcze raz powróciliby do Transylwanii, aby ponownie udać się na przygodę z wampirzą rodzinką i popkulturowym przekrojem innych upiorów. „Trójka” finansowo też nie zawiodła, więc pytanie „co dalej?” chyba wciąż nie ma jasnej odpowiedzi, a jedyne, co pozostaje nam zrobić, to czekać na informacje od twórców.

Ode mnie „Hotel Transylwania 3” dostaje solidne siedem na dziesięć, tak jak każda poprzednia część serii. W moich oczach to wciąż równy poziom, który można by wykorzystać na kolejne kontynuacje, ale z drugiej strony – może lepiej tego nie zaprzepaścić?

Moja ocena: 7/10