10 kinowych blockbusterów tego roku, na które czekam jak dziecko

Nie będę ukrywał. Uwielbiam chodzić do kina na wysokobudżetowe produkcje. A nierzadko idą one w parze z wątpliwą jakością. Nikomu raczej obcy nie jest fakt, że tego typu filmy są po prostu nastawione na czysty zysk. Dopiero dalej stawiają kreowanie potężnej społeczności fanowskiej i tworzenie nowych wzorców kinematografii. Czy jest to coś, za co miłośnicy kina powinni być źli? Skądże. To jak najbardziej logiczna praktyka. Nierozsądne byłoby pakować w jakiś tytuł grube miliony, by potem nie zarobić ich z nawiązką. A że współcześnie pojawia się coraz więcej koncernów o potężnych finansach, to i do sal kinowych coraz więcej blockbusterów się wpuszcza.

Blockbustery 2019 (1)

Zawsze był, jest i będzie na nie popyt. Wszystko swoje początki miało w Kinie Nowej Przygody w latach 70. ubiegłego wieku z pionierskimi „Gwiezdnymi Wojnami” i „Flashem Gordonem” na czele. Ludzie pragną rozrywki, więc dostają jej coraz więcej. I tak, ja sam bardzo jej pożądam. Dlatego też lubię od czasu do czasu zastąpić ambitny seans dramatyczno-filozoficzny jakąś animacją bądź przygodówką wypakowaną po brzegi komputerowo generowanymi efektami.

Czytaj dalej 10 kinowych blockbusterów tego roku, na które czekam jak dziecko

„Jurassic World: Upadłe królestwo” – Poskramiając matkę naturę

Dokładnie trzy lata temu miejsce miał wielki powrót najpopularniejszej serii filmowej o dinozaurach w historii kina. Jakiegokolwiek zdania nie miałoby się na ten temat, „Jurassic World” okazał się kasowym przebojem, zajmując obecnie piątą pozycję na liście światowego Box Office’a. Tak imponujący wynik musiał oznaczać jedno – przygotowania do kolejnej odsłony franczyzy. I choć pewnie takie plany mieli w głowach twórcy jeszcze przed rozbiciem banku, finansowy sukces dał ostateczne zielone światło nowej produkcji.

Nie trzeba chyba zbytnio przypominać, że najnowsze filmy z dinozaurami w rolach głównych to kontynuacja kultowej już trylogii wyreżyserowanej przez Stevena Spielberga w latach dziewięćdziesiątych. Jej fenomen wziął się przede wszystkim z widowiskowego podejścia jak na ówczesne czasy, zważywszy też na to, że technologia komputerowa nie stała wtedy na tak wysokim poziomie jak obecnie. „Jurassic Park” zrobił wówczas ogromne wrażenie na widzach z całego świata i do dziś chętnie się do niego powraca. Ale ponad dwie dekady od premiery pierwszej części serii to w kinematografii kawał czasu, jeśli pod uwagę weźmiemy rozwój techniki (a w szczególności lubianego lub nie CGI).

Studio Universal Pictures chciało na nowo wznieść franczyzę na wyżyny i dostosować ją do dzisiejszego widza, który przywykł do jeszcze bardziej zapierających dech w piersiach efektów specjalnych. Stąd też nie zabrakło ich w „Jurassic World” z 2015 roku. Teraz, po trzech latach, swoją premierę ma druga odsłona nowego cyklu i wraz z nią niosę dla niektórych dobre, a dla innych złe wieści. Zależy, po której stronie barykady stoicie.

Upadłe królestwo 1
Źródło: filmweb.pl

Jeśli przywykliście do komputerowo generowanej rzeczywistości w kinie rozrywkom i nie sprawia Wam ona żadnych problemów – „Upadłe królestwo” z pewnością trafi w Wasze gusta. Jeżeli jednak stronicie od tego typu środków i już przy odsłonie z 2015 roku narzekaliście na nadużycia – zawiedziecie się, bo tutaj jest ich jeszcze więcej. I w sumie nie wiem, czego innego można by się spodziewać. Współczesne blockbustery po prostu stoją CGI. Fabuła może być miałka lub odkrywcza, bohaterowie płascy bądź świetnie rozpisani, jednak użycie komputerowych efektów prawdopodobnie nigdy nie zejdzie na margines. Filmy albo używają ich tyle, na ile tylko fundusze pozwalają, albo wcale.

„Jurassic World: Upadłe królestwo” to nic innego, jak jeden z topowych tegorocznych blockbusterów na lato. Pójdą na niego tłumy, bo wszyscy dobrze wiemy, z czym to się je. Jest akcja, na ekranie dzieje się dużo, dinozaury wyskakują co chwilę lub dwie, a my po prostu dobrze się bawimy. Dla tych, którzy idą do kina po głębsze i bardziej emocjonalne przeżycia na pewno również nie zabraknie tytułów, z których można by wybierać. Jeśli jednak swoich dwadzieścia złotych wzwyż wolicie przeznaczyć na masową rozrywkę – nowy epizod omawianej franczyzy będzie wyborem co najmniej dobrym.

Upadłe królestwo 2
Źródło: filmweb.pl

Mogę za to spłonąć w piekle, ale nie jestem jakimś dużym fanem oryginalnej trylogii Spielberga. Zdaję sobie sprawę, jaki wkład miała ona w rozwoju współczesnego kina, jednak wszystkie te filmy przemówiły do mnie na poziomie „niezłe, ale to tyle, co mogę stwierdzić”. Jak jest z najnowszymi częściami? Na „Jurassic World” trzy lata temu bawiłem się świetnie. Oczekiwań nie miałem dużych, a dostałem coś, co lekko je przekraczało, więc wyszedłem z sali w pełni zadowolony. Rewolucji nie było, jednak w kategorii filmów rozrywkowych, obraz nie wypadł blado.

Co z „Upadłym królestwem”? Jest dosłownie identycznie. Również momentami z zapartym tchem śledzimy wartką akcję, która do cna wypełniona jest wybuchami, pościgami, chowaniem się i przeszywającymi rykami dinozaurów. To wszystko można było zobaczyć już w zwiastunie, a podczas dwugodzinnego seansu jest tego po prostu jeszcze więcej.

Upadłe królestwo 3
Źródło: filmweb.pl

Każdy, kto oglądał trailer, świadom jest tego, co ujrzy na ekranie. Główni bohaterowie wracają na wyspę zamieszkaną przez prehistoryczne stworzenia, które w ostatniej części zdołały uwolnić się spod jarzma człowieka i kompletnie zdewastować utworzony tam park rozrywki. Choć mogłoby wydawać się, że dinozaury na wolności będą mogły w końcu spokojnie egzystować, to okazuje się, że czas nie jest dla nich łaskawy. A jeśli szukać mamy konkretnego winowajcy, to jest nim wulkan ulokowany na ich wyspie, który po latach drzemania zaczyna się uaktywniać. Erupcja jest już tylko kwestią czasu, a wśród najważniejszych głów Stanów Zjednoczonych pojawia się dylemat – narażać się na niebezpieczeństwo próbując ocalić bezbronne stworzenia, czy może zdać się na wolę matki natury i pozwolić im wyginąć?

Więcej niż tych kilkanaście pierwszych minut filmów zdradzać nie chcę, jednak wystarczą, aby stwierdzić, że podobnego scenariusza w względnie bogatej już serii „Jurassic Park” do tej pory nie uświadczyliśmy. W pewnym stopniu jest to bezpośrednie odniesienie do teorii, która sugeruje, że to erupcje wulkaniczne i ruchy sejsmiczne były odpowiedzialne za wymarcie prehistorycznych kręgowców (nie wdając się w szczegóły, czy faktycznie tak to było). Można by stwierdzić, że nie ma w tym nic odkrywczego, jednak tę formę w bardzo zgrabny sposób przekształcono na nieco futurystyczne realia uniwersum franczyzy. Raczej nikt nie powinien odnieść wrażenia, że w głównym, ogólnym wątku fabularnym jest coś wymyślonego na siłę i nielogicznego (z małymi, filmowymi przymrużeniami oka, rzecz jasna).

Upadłe królestwo 4
Źródło: filmweb.pl

Choć później historia raczy nas mniej lub bardziej oczywistymi zwrotami akcji i raczej stąpaniem do gruncie przez lata sprawdzonym przez kino tego gatunku, to wciąż seans daje sporo satysfakcji i rozrywki pod warunkiem, że do sali wchodzimy z odpowiednim podejściem. Nieraz przyjdzie nam zobaczyć sensacyjne czyny bohaterów, które w rzeczywistych okolicznościach po prostu nie mogłyby mieć miejsca (w tym miejscu szczególnie słowa kieruję do postaci małej dziewczynki, która odwagą przyćmiewa niejednego superbohatera z krwi i kości). Ale takie jest już kino akcji.

Kultowym przykładem opisującym niemal wszystkie filmy gatunku jest naganne chybianie antagonistów do bohatera wiodącego (shame on you, Stormtroopers!), gdy on sam potrafi znokautować dziesiątki wrogów. Przełożenie tego na „Jurassic World: Upadłe królestwo” jest proste – będąc w głównej obsadzie, a szczególnie po tej dobrej stronie, masz najzwyczajniej większe fory. Na szczęście scenarzyści nie poszli aż tak w skrajność i dali ku temu parę wyjątków, o których przekonacie się sami. Teraz wiecie jedynie, że kreacje Chrisa Pratta lub Bryce Howard są ze stali, ale wciąż posiadają swoje słabe punkty. Dobrze wybrnąłem z balansowania na granicy spoilerów?

Upadłe królestwo 5
Źródło: filmweb.pl

Skoro już tyle o postaciach mowa – twarze te już świetnie znamy z odsłony sprzed trzech lat. Powraca żyjąca losem dinozaurów Claire, która śledząc na bieżąco rozmowy rządu dotyczące ratunku stworzeń, w końcu sama postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Za to Owen preferuje zwolnienie tempa swojego życia po incydentach z parku rozrywki, w którym niegdyś pracował. Jednak, co oczywiste, na potrzeby fabuły ich losy i tak się splatają. Spore role odgrywa w całości także kilkunastoletnia Maisie, koledzy po fachu Claire – Zia oraz Franklin, a także Eli Mills i Gunnar Eversol. Więcej napisać nie mogę w trosce o bezspoilerową formę tych wywodów.

W aktorstwie Chrisa Pratta jestem zadurzony od dawna. Nie zaskoczy fakt, że najbardziej dzięki roli Petera Quilla w „Strażnikach Galaktyki” i „Avengers: Wojnie bez granic”, ale świetne kreacje przedstawił również w „Her” z 2013 roku lub „Pasażerach” sprzed dwóch lat. Za to zdecydowanie gorzej wypada druga główna protagonistka – Bryce Dallas Howard wcielająca się w Claire. W pierwszej części zasłynęła niewyobrażalną umiejętnością zachowania równowagi na wyboistych terenach wyspy w swoich… długich szpilkach. Tym razem postawiła na płaskie podeszwy, jednak moim zdaniem nie spróbowała naprawić swojej mimiki twarzy i wczucia się w rolę. Albo to tylko moje błędne spostrzeżenia, albo faktycznie coś jest nie tak z tym, że niemal w każdej scenie wygląda na zatroskaną, pełną żalu lub z łzami napływającymi do jej oczu. Fakt – kto nie biadoliłby nad swoim losem, gdy w pobliżu grasowałyby dinozaury, ale to zupełnie nie w tym sens. Jakoś w swoim epizodzie „Czarnego lustra” nie wywołała u mnie takich negatywnych obserwacji.

Upadłe królestwo 6
Źródło: filmweb.pl

Trudniej jest mi jednak ocenić ścieżkę dźwiękową do „Upadłego królestwa”. Usłyszymy tutaj nieco kultowych motywów przewodnich całej serii, ale poza nimi rządzą tu przede wszystkim odgłosy natury i bezlitośnie głośne ryki dinozaurów. Jestem niemal pewien, że przy co najmniej paru scenach wrzaski te były słyszalne w sąsiadujących salach bądź na zewnątrz kina. Jeśli nie – szacunek dla Cinema City za powalającą moc ich ścian w tłumieniu dźwięków. Jednak te przeszywające efekty dźwiękowe i znikoma muzyka z pewnością nie działają na niekorzyść filmu, bo czego innego oczekiwać od blockbustera z potężnymi prehistorycznymi stworami? Musi być hałas, muszą ryczeć, a momentami nieodłącznym elementem scen jest błoga cisza, która tak naprawdę zwiastuje nadejście czegoś dużego.

Gdzieś w pierwszych akapitach stwierdziłem, że „Upadłe królestwo” jest niemal identyczne do części z 2015 roku. Tutaj rodzi się pytanie – czy to dobrze? Z jednej strony znaczyłoby to, że udając się do kina i poświęcając swój czas oraz pieniądze nie doświadczymy niczego nowego i obejrzymy film bardzo podobny do poprzedniego. Coś w tym jest, bo rewolucji kinematograficznych tu nie ma. Twórcy raczej kierują się sprawdzonymi i pewnymi ścieżkami, które zagwarantują satysfakcję u stałych widzów i być może zadowolenie u zupełnie nowych. Natomiast próżno tu szukać powiewu świeżości, jakim dał się nam zachłysnąć Spielberg w swojej trylogii sprzed dwudziestu lat. Jednak były to inne czasy i realia, co koniecznie trzeba mieć na uwadze.

Upadłe królestwo 7
Źródło: filmweb.pl

Druga strona medalu jest jednak taka, że „Jurassic World” z 2015 roku sprawdziło się, zarobiło masę pieniędzy i otrzymało oceny co najmniej dobre. Daje więc to pewne poręczenie, że i tym razem trudno będzie się zawieść. Na ekranie bowiem ujrzymy to, co ujrzeć mamy. Rozrywkowe kino z dinozaurami obrzucone płachtą wartkiej akcji, nieco większej brutalności niż ostatnio i solidnej dawki CGI. Fanom z pewnością się to spodoba, a pozostałym przyjdzie po prostu pogodzić się z tym faktem i w najgorszym wypadku nie obejrzeć przyszłych odsłon. A te i tym razem są raczej kwestią czasu.

Moja ocena: 7/10

„Wyspa psów” – Naturalistyczny obraz więzi człowieka z psem

Amerykański reżyser Wes Anderson postanowił nie walczyć z czasem i poświęcił go na zrealizowanie kolejnego filmu tyle, ile tylko było potrzebne. Ostatnia jego produkcja sprzed czterech lat – „Grand Budapest Hotel”, została ozłocona licznymi cennymi nagrodami branży filmowej, jak przede wszystkim czterema Oscarami, w tym za najlepszą muzykę oryginalną oraz kostiumy. Nie dziwi więc fakt, że o Andersonie zrobiło się głośno mimo jego dość kontrastowej działalności.

Wyspa psów (1)
Źródło: filmweb.pl

Skąd takie określenie? Z jednej strony w reżyserii siedzi już względnie długo, bo od 1994 roku, kiedy to zadebiutował z krótkometrażówką „Bottle Rocket”, a po niej przyszła pora na półtoragodzinny obraz obarczony tym samym tytułem. Wynika z tego, że filmami zajmuje się już od dobrych 24 lat, jednak jego dorobek liczy sobie „zaledwie” dwanaście pozycji.

Jasne, można stwierdzić, że to przecież nie jest tak mała liczba, jednak trzeba mieć na uwadze fakt, że trzy z nich to kilkunastominutowe produkcje, a w przeciwieństwie do wielu innych współczesnych cenionych reżyserów, Amerykanin nie działa hurtowo. I chwała mu za to, bo dzięki temu zdołał wyrobić swoją indywidualną i charakterystyczną pozycję, a coraz to nowsze tytuły okazują się być co najmniej naprawdę dobre.

Wyspa psów (2)
Źródło: qz.com

Najnowsza „Wyspa psów” nie jest pierwszym zetknięciem się reżysera z animacją. Najpierw swoich sił spróbował dziewięć lat temu, gdy premierę miał „Fantastyczny Pan Lis”, który po dziś dzień uchodzi za jedną z najlepszych familijnych propozycji nowego stulecia. Widać jednak wyraźnie, że miniony czas wiele wniósł do świata filmów animowanych oraz samego doświadczenia nabranego przez Andersona, bo jego świeży projekt idzie co najmniej o kilka kroków dalej na różnych możliwych płaszczyznach.

Każdy, kto przepada za twórczością Amerykanina, na pewno przez co najmniej ostatnich kilka miesięcy z zapartym tchem śledził poczynania względem „Wyspy psów”, a co za tym idzie – wszelkie zapowiedzi premiery. Pierwszy oficjalny zwiastun pojawił się jeszcze we wrześniu zeszłego roku i na dobrą sprawę był pierwszym porządnym przybliżeniem tego, czym właściwie będzie film, który obecnie wyświetlany jest już w polskich kinach.

Nie było żadnej wątpliwości, że twórcy zdecydowali się położyć spory nacisk na specyficzny i wyróżniający się styl animacji. Nie jest to nic, co znamy z Disneya czy DreamWorksa, jako że nasze oczy zostają uraczone techniką poklatkową. I choć metoda ta jest obecna w kinematografii od dziesiątek lat, to mimo to wciąż za każdym razem docenia się jej porządne i skrupulatne wykonanie. A tego ująć „Wyspie psów” nie można, bo naprawdę została zrealizowana z najdrobniejszą szczegółowością i jak najbardziej możliwą ambicją. Przez cały półtoragodzinny seans widać, że ludzie odpowiedzialni za wizualną stronę przedsięwzięcia nie szli ani razu po najniższej linii oporu dostarczając nam poklatkową animację najwyższych lotów.

Dostrzec to można przede wszystkim na przykładach głównych bohaterów, a więc zarówno ludzi, jak i przede wszystkim psów, których wygląd został pieczołowicie zaprojektowany z dbałością o najmniejsze detale. Czym byłby psiaki bez powiewającego na wietrze futra lub najdrobniejszych ran odniesionych na swoich ciałach musząc dzień w dzień stawiać czoła dzikiemu życiu na wygnaniu?

Wyspa psów (3)
Źródło: filmweb.pl

To postacie wyraźnie grają tu pierwsze skrzypce, stąd też tło zostało zepchnięte do roli… tła. I choć brzmi to kuriozalnie, to faktycznie najlepiej opisuje to, co przedstawia film. Plener większości scen nie jest wielce rozbudowany i zarazem przytłaczający, jednak nadaje to całości odpowiedniego klimatu i przede wszystkim nie odwraca naszego wzroku od rzeczy najważniejszych. Wciąż nie ma jednak problemu z rozpoznawaniem lokalizacji (nawet na tytułowej wyspie, której to otoczenie stanowią rozległe pustkowia), a niekiedy ich ubogość daje nam sporo informacji co do tego, w jakiej sytuacji znajdują się aktualnie bohaterowie i jaka atmosfera wśród nich panuje.

Aspekt wizualny „Wyspy psów” automatycznie wysuwa się przed szereg pozostałych kwestii wartych kilku słów. Wiedząc już, w jakim stylu zrealizowano opowieść, warto wyjaśnić nieco, o co w niej tak właściwie chodzi. Wiemy tyle, że przede wszystkim śledzimy poczynania ludzkich mieszkańców kraju azjatyckiego (a dokładniej Japonii) oraz miejscowych psów. Mowa jest też nieraz o drugich z dwóch najpopularniejszych zwierzaków domowych – kotach, choć te odgrywają tutaj drugoplanową rolę.

Wyspa psów (4)
Źródło: filmweb.pl

Mógłby nie zgodzić się z tym główny antagonista filmu – Burmistrz Kobayashi, który, jak każde pokolenie jego rodu, wprost wielbi kociaki i tym samym jest wrogo nastawiony wobec psów. Jednak nie jest to niechęć typu „nigdy nie pogłaskam żadnego z tych pchlarzy, a tym bardziej ich łapa nigdy nie postanie w progach mojej rezydencji”. Facet uważa psy za problem najcięższej wagi, argumentując go między innymi wymykającą się spod kontroli stale rosnącą populacją. Twierdzi, że należy pozbyć się każdego z tych zwierzaków zamieszkujących fikcyjną prefekturę Megasaki, w której Burmistrz dzierży władzę, a jedynym sposobem na to jest wygnanie ich na opustoszałą wyspę znajdującą się kilka kilometrów w głąb oceanu. Żeby było jeszcze zabawniej – ów teren to wypełnione po brzegi wysypisko śmieci, a pomysł Kobayashiego popiera zdecydowana większość mieszkańców okręgu miasta.

Wyspa psów (5)
Źródło: filmweb.pl

Już w samym prologu filmu (który został podzielony na kilka części, ale nie będę nawet zdradzał ile konkretnie – przekonajcie się sami) widzimy, jak plan Burmistrza natychmiastowo wchodzi w życie, a psy raz po raz transportowane są na pustkowia sąsiedniej wysepki. Tam muszą porzucić swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i stać się dzikie. Łączyć w watahy, walczyć o każdy, nawet najbardziej obrzydliwy pokarm i nie dać się zagryźć przez wrogie ugrupowania.

W dodatku wśród mieszkańców japońskiej prefektury rozniosła się informacja o rozprzestrzeniającej się psiej grypie, która na chwilę obecną dotyka jedynie zwierzaki, ale ma również prawdopodobieństwo zaatakowania ludzi. To najpewniej stąd tak ochoczo Japończycy zdecydowali się porzucić swoich pupili bez większych protestów.

Wyspa psów (6)
Źródło: filmweb.pl

Choć, skoro o przeciwdziałaniu mowa, wciąż znalazły się niewielkie grupy chcące na różne sposoby zatrzymać radykalne działania Kobayashiego. Naukowcy usilnie zaczęli szukać skutecznego leku na psią grypę, młodzież doszukiwać się spiskowych teorii (wśród nich jest Tracy Walker – Amerykanka z wymiany studenckiej, która w całości odgrywa bardzo ważną rolę), a przede wszystkim dwunastoletni Atari. Tak, mi również jego imię od razu skojarzyło się z popularnymi w latach osiemdziesiątych konsolami.

Chłopiec, wbrew wszelkim zakazom i wrogim nastawieniom wobec czworonogów odizolowanych na wyspie, udaje się na nią, aby odnaleźć swojego ukochanego psa-ochroniarza. Ten, o imieniu Spots, został wysłany na byłe śmietnisko jako pierwszy ze wszystkich zwierzaków. Spowodowane było to tym, że przed przypieczętowaniem ustawy był pupilem samego Burmistrza, a zarazem (i przede wszystkim) małego Atariego, który jest z politykiem spokrewniony. Jak dobrze wiemy, więź dzieci z czworonogami jest niebywale silna, co w tym przypadku doskonale obrazuje desperacki ruch młodzieńca.

Wyspa psów (7)
Źródło: filmweb.pl

Nieletni krewny Kobayashiego pomimo małego incydentu trafia na psią wyspę, gdzie natrafia na piątkę psików, które w filmie odgrywają wiodące role. Chief, Rex, King, Boss i Duke (w polskiej wersji z przetłumaczonymi imionami, choć nie jestem w stanie dokładnie ich przytoczyć, a nie chcę ryzykować drobnymi pomyłkami) są watahą z pewnymi nieporozumieniami w szeregach. Pomimo braku możliwości porozumiewania się z Atarim, szybko załapują w jakim celu chłopiec do nich trafił i ruszają na pomoc w odnalezieniu zagubionego psa.

Tak praktycznie w dużym skrócie przedstawia się pierwszych 15-20 minut seansu, jednak reszty nie będę przytaczać, abyście nie stracili przyjemności z obejrzenia „Wyspy psów” na własne oczy. Niemniej jednak gwarantuję, że warto wybrać się do kina i zobaczyć, jak dalej potoczą się losy głównych postaci oraz jak rozwiąże się cała napięta i dość kontrowersyjna postawa ludzi wobec psów.

Wyspa psów (8)
Źródło: filmweb.pl

Napisać mogę ogólnikowo, że fabularnie nie zobaczymy tutaj żadnych rewolucji i nowości. Jak w zdecydowanej większości filmów, w „Wyspie psów” śledzimy potyczkę między tymi nielicznymi reprezentującymi dobre i słuszne wartości a tymi, którzy prawnie dzierżą władzę i chcą wykorzystać ją do swoich indywidualnych celów. Jest to dobrze znana nam od lat koncepcja walki Dawida z Goliatem, jednak przyznać trzeba, że od równie długiego czasu świetnie sprawdza się na kinowych ekranach i lubimy oglądać, jak potencjalnie słabsi i bezbronni (będący nam bliżsi) postanawiają zawalczyć w imię dobra.

„Wyspa psów”, choć jest w stu procentach produkcją animowaną, nie zawodzi również na linii obsadowej. Swoich głosów postaciom użyczają liczni świetnie nam znani aktorzy prosto z Hollywood. Usłyszeć jest nam dane między innymi Edwarda Nortona („Podziemny krąg”, „The Incredible Hulk”), Billa Murraya („Dzień świstaka”, „Pogromcy duchów”), Jeffa Goldbluma („Jurassic Park”, „Thor: Ragnarok”), Frances McDormand (tegoroczną zdobywczynię Oscara za rolę pierwszoplanową w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri”), czy też Scarlett Johansson („Lucy”, „Avengers”). Ba, nieco linijek wypowie również Yoko Ono – żona samego Johna Lennona, która w filmie dubbinguje postać nazwaną jej imieniem. Cóż, wymieniać można by jeszcze dłużej, bo to chyba zaledwie połowa nazwisk, które najbardziej rzuciły mi się w oczy, a gdzie tu dopiero przytaczać pełną obsadę głosów.

Wyspa psów (9)
Źródło: abcnews.go.com

W każdym razie, jak da się wyczytać, w projekt Wesa Andersona zaangażowało się wielu znakomitych współczesnych aktorów, którzy na stałe zapisali się na kartach historii kina, a teraz do swoich dokonań dołożyli jeszcze cegiełkę z tak wyjątkowej i niezwykłej animacji.

Oprócz wspomnianej charakterystycznej stylistyce, interesującej fabule osadzonej w Japonii z niedalekiej przyszłości oraz gwiazdorskiej obsadzie użyczającej swoich głosów, „Wyspa psów” wybija się wysoko również dzięki świetnemu klimatowi, który panuje od początku aż do końca obrazu. A przez koniec rozumiem ostatnie sekundy napisów, bo również i podczas nich usłyszeć możemy znamienną dla japońskiej kultury muzykę, która na różne sposoby przewija się przez rozmaite sekwencje filmu. Ścieżka dźwiękowa wprowadza nas natychmiastowo do azjatyckiego świata, który pozostaje dla nas dość egzotyczny, ale zarazem interesujący i zachęcający do odkrycia.

Najnowszy projekt Wesa Andersona, na który przyszło czekać nam cztery lata, kompletnie nie zawodzi. Wypowiadają się o nim pozytywnie krytycy i recenzenci na całym świecie, a sami widzowie odwiedzający kina nie skąpią słów uznania. Nie wiem, jak długo „Wyspa psów” będzie wyświetlana w naszym kraju (w końcu nie jest to przynoszący zniewalające dochody blockbuster), ale jestem przekonany co do jednego. Wykorzystajcie fakt, że film miał swoją premierę zaledwie parę dni temu i zobaczcie go jak najszybciej, póki jest okazja. Żałować na pewno nie będzie, bo „Isle of Dogs” jest animowanym doznaniem, który nie często pojawia się w repertuarach powszechnie dostępnych multipleksów.

Moja ocena: 9/10

„Player One” – recenzja: Wirtualny skok w popkulturę

Wszystkim tym, którzy zastanawiają się nad odwiedzeniem kina ze względu na nowy film Stevena Spielberga, mówię od razu – idźcie. Naprawdę warto! Nie myślcie o tym więcej i najlepiej już teraz rezerwujcie bilety. Nawet jeśli „Player One” nie zachwyci Was tak samo, jak mnie, to na pewno będzie to doświadczenie warte wydania swoich pieniędzy i zobaczenia go na wielkim ekranie. Tak bardzo widowiskowe produkcje nie są wyświetlane zbyt często.

Player One - 1
Źródło: thepopbreak.com

Wiem, można odnieść inne wrażenie, gdy żyje się w czasach popularności komiksowych ekranizacji, fascynacji science-fiction i motywami futurystycznymi, ale jednak nie każdy film tego typu prezentuje aż tak wysoki poziom. A „Player One” jest ewenementem co najmniej ze względu na oprawę wizualną i dźwiękową. Strona techniczna wiesza poprzeczkę niezwykle wysoko, o czym warto przekonać się na własnej skórze.

Zacznijmy od postaw, czyli tego, skąd narodził się pomysł na obraz pochłaniający przy realizacji tak ogromne pieniądze. Ogromne, bo kosztował twórców aż 175 milionów dolarów. Jak okazuje się podczas seansu – fundusz ten nie poszedł na marne, bo od razu widać, dlaczego projekt wymagał aż tak zawrotnej sumy.

Player One - 2
Tak będzie wyglądał nasz świat, gdy my uciekać będziemy do wirtualnej rzeczywistości?
Źródło: filmweb.pl

Wszystko zaczęło się od bestsellerowej powieści autorstwa Ernesta Cline’a z 2011 roku. Ten literacki debiut amerykańskiego pisarza w mgnieniu oka stał się jedną z najlepiej sprzedających się książek o tematyce science-fiction i chyba tylko kwestią czasu było wykupienie praw do ekranizacji przez jakiegoś kinematograficznego molocha. Okazało się nim Warner Bros. Entertainment, które we współpracy z znakomitymi osobowościami świata filmowego, stworzyło naprawdę solidną i widowiskową produkcję.

Pieczę nad projektem objął wspomniany już Steven Spielberg, którego filmy znane są chyba wszystkim. Kultowy dorobek w postaci między innymi „Szeregowca Ryana”, „Listy Schindlera” i „Jurassic Park” musiał zaowocować wielkimi nadziejami wśród kinomanów. Opracowaniem scenariusza zajął się sam autor powieści, którego dzielnie wspierał Zak Penn – scenarzysta głównie komiksowych produkcji, jak „X-Men: Ostatni bastion” lub „The Incredible Hulk”. Także skoro wśród twórców znaleźli się wybitny reżyser i pisarz odpowiedzialny za bestseller sprzed kilku lat, to jak mogło pójść coś nie tak?

Player One - 3
Wirtualny świat OASIS to miejsce ucieczki od szarej codzienności.
Źródło: filmweb.pl

Ostatecznie okazuje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pod warunkiem, że na „Player One” udajemy się z odpowiednim nastawieniem. Chcąc rozerwać się przy efektownym filmie na wielkim ekranie, który będzie jak miód na nasze oczy i uszy. Spielberg tym filmem pokazuje, że nie zamyka się w sztywnych ramach i gotowy jest podjąć się różnej tematyki oraz tonu w swoich produkcjach. Jego obrazy stają się kultowe, niekiedy wyznaczają nowe ścieżki kultury popularnej, a jeszcze kiedy indziej korzystają z największych dogodności współczesnej technologii i robią wrażenie „wow”. Jego najnowszy film z pewnością idealnie wpasowuje się do trzeciej kategorii, a co do dwóch pierwszych – dopiero czas pokaże.

Zaczynam od audiowizualnych aspektów, bo te z pewnością najbardziej przebijają się przez wszystkie inne składowe filmu. CGI wykorzystane w „Player One” jest prawdopodobnie tym, na co obecnie maksymalnie stać twórców filmowych. Wyciśnięto z niego wszystkie możliwe soki, dzięki czemu ekran ocieka wygenerowanymi komputerowo elementami, które, jakby nie patrzeć, niemal w całości tworzą świat przedstawiony. Są tak skrupulatnie dopieszczone i jest ich tak dużo, że nic dziwnego, że produkcji pochłonęła aż taki budżet.

Player One - 4
Już pierwsze sceny „Player One” pokazują, na co poszła lwia część funduszu.
Źródło: filmweb.pl

Jednym może się to nie spodobać, a drugich zachwycać. Ja jestem wśród tych oczarowanych widzów, którzy większość seansu spędzili wbici w fotel ze szczęką na podłodze. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zaawansowanego i wyśmienicie wykorzystującego swoje możliwości CGI. A trzeba zaznaczyć, że takie jego użycie było koniecznie. Bez niego ten film po prostu nie mógłby istnieć.

Fabularnie „Player One” znacząco się nie wyróżnia. Co prawda przedstawia nam przyszłościowy świat, który wygląda zupełnie inaczej niż nasz obecny, ale wyłuskując z tego wszystkiego główne wątki, łatwo spostrzec, że to dość prosta i oklepana historia. Dostajemy zwykłego, przeciętnego i mało znaczącego w całym społeczeństwie protagonistę, który wraz z wąską grupą znajomych (poznanych wirtualnie) chce, jak wszyscy, wciąż udział w wielkim konkursie zapewniającym zwycięzcy dozgonną sławę i fortunę. Zaczyna jako zwykły szarak, jednak wraz z każdym kolejnym powodzeniem staje się coraz bardziej rozpoznawalny nie tylko przez współgraczy nierzeczywistego świata gier, ale i liczące się osobowości oraz korporacje chcące zagarnięcia jak największych wpływów na rynku technologicznym. A najwięcej pozostawia ich po sobie zmarły twórca OASIS – rewolucyjnego oprogramowania, które pozwala na wsiąknięcie do wirtualnej rzeczywistości, gdzie żaden człowiek nie ma limitów. I tak się składa, że to właśnie on jest organizatorem owego konkursu, a główną nagrodą jest przejęcie jego dorobku.

Player One - 5
Zakładasz gogle i już stajesz się swoim „lepszym” alter ego.
Źródło: filmweb.pl

Tak więc fabuła opiera się na klarownym wyselekcjonowaniu tych dobrych i tych złych, którzy chcą nawzajem powstrzymać się przed zagarnięciem wartościowego celu. Jedni najpierw dla dobra własnego (głównie finansowego) a później ogółu społeczeństwa, a drudzy wyłącznie dla czystych zysków i zdobycia monopolu na rynku.

Ten prosty motyw fabularny jest jednak wzbogacony o ogromnych rozmiarów wydmuszkę w postaci komputerowo wygenerowanego świata wirtualnego (choć temu realnemu z lat 40. obecnego wieku też nie brakuje CGI) oraz fantastycznych efektów specjalnych, które go dopełniają. W tym wypadku zanika gdzieś mieszane odczucie co do mało pomysłowej historii i po prostu zostajemy wciągnięciu do wytworzonego uniwersum niczym jego bohaterowie, gdy zakładają gogle OASIS. Film, krótko mówiąc, porywa, ciekawi i intryguje przede wszystkim tym, że nie wiadomo co za moment zobaczymy na ekranie, a spodziewać można się wszystkiego.

Player One - 6
Mająca potężne pieniądze korporacja IOI chce za wszelką cenę zwyciężyć.
Źródło: filmweb.pl

Łączny czas trwania „Player One” zdecydowanie przekracza dwie godziny emocjonującego i widowiskowego seansu, jednak nie będzie to żadną przeszkodą do wysiedzenia do samego końca, z czym można mieć w niektórych przypadkach problemy. Tutaj wsiąkamy do świata bohaterów z taką łatwością, że nim się obejrzymy, nadejdzie już kulminacyjna akcja, a zaraz po niej napisy końcowe. Gwarantuję, że wyjdziecie wówczas z kina z niedosytem, ale i spełnieniem jednocześnie.

Właśnie, jak mają się sprawy z postaciami? Jest to o tyle ciekawa kwestia, że każdego bardziej liczącego się bohatera możemy wyodrębnić na dwa sposoby – jako rzeczywistego oraz jego wykreowany awatar w wirtualnym świecie OASIS. Większości akcji filmu odbywa się właśnie w tej drugiej rzeczywistości, co świadczy o silnym nacisku kładzionym w tym uniwersum na wygenerowaną fikcję. Większość społeczeństwa posiada swoje drugie, „lepsze” ja w wirtualu, niedostrzegającym tym samym problemów, z którymi boryka się prawdziwy świat.

Player One - 7
W OASIS możesz być kim tylko chcesz!
Źródło: filmweb.pl

Często jednak przeskakujemy między jedną rzeczywistością a drugą, dzięki czemu odpowiednio poznajemy oba wcielenia każdego z bohaterów. Protagonistą historii jest Wade Watts, który godzinami przesiaduje w OASIS uciekając do codziennych trudów. W wirtualnym świecie cechuje się zawziętością i pewnością siebie, co sprawia, że faktycznie wierzy w zwycięstwo w konkursie zmarłego założyciela aplikacji. Z czasem poznajemy i innych graczy, którzy towarzyszą awatorowi Wade’a – Perzivalowi, w dążeniu do celu. Wśród nich wyróżniają się przede wszystkim do pewnego czasu tajemnicza Art3mis oraz najlepszy wirtualny przyjaciel protagonisty ukrywający się pod nickiem Aech. Po drugiej stronie barykady stoi zaś właściciel drugiej, zaraz po OASIS, największej firmy na rynku technologicznym – Nolan Sorrento. Zwycięstwo w konkursie jest dla niego niebagatelną okazją na zagarniecie cennych wpływów dla własnej korporacji.

Player One - 8
Wirtualna randka? Czemu nie. Na taką udają się Perzival i Art3mis – awatary głównych bohaterów filmu.
Źródło: filmweb.pl

Co do tych, jak i pozostałych kreacji, trzeba przyznać, że rozpisane są dość pobieżnie i powierzchownie. Niektóre cechy postaci są zbyt szablonowe lub nierealnie uwydatniane bądź idealizowane. To samo dotyczy ich wyglądów, pochodzenia lub codziennych kwestii, które w rzeczywistości nie mogłoby być tak proste i czarno-białe, jak przedstawia to film. Szukając dogłębnie rozpisanych profili bohaterów „Player One”, należałoby przede wszystkim sięgnąć po książkowy pierwowzór, bo najwidoczniej nie starczyło na to czasu w ekranizacji, a zarazem prawdopodobnie miałoby to zbyt małe znaczenie dla całego obrazu i odbioru przez widzów. Czasem należy z czegoś zrezygnować, aby zapewnić odpowiednią ilość miejsca dla priorytetów.

Nie ma jednak najmniejszych problemów z zaakceptowaniem postaci takimi, jakie są. Tych, których mamy polubić, szybko polubimy, a tym drugim jeszcze prędzej zaczniemy źle wróżyć. Również może to świadczyć o spłyceniu psychologicznej i ludzkiej strony filmu, jednak w produkcji, gdzie najważniejsza jest rozrywka i doznania płynące z ekranu, nie warto doszukiwać się głębi rodem z takich kultowych obrazów, jak „Milczenie” lub „Czarny łabędź”, które stoją mentalnością i charakterami bohaterów.

Player One - 9
Wade, na swoje szczęście, nie będzie musiał działać w pojedynkę.
Źródło: filmweb.pl

Na koniec to, o czym w przypadku „Player One” mówiło się, mówi i jeszcze długo będzie mówić, a więc bogactwo nawiązań do mniej lub bardziej współczesnej kultury popularnej. Już w samej fabule filmu ogromne znacznie ma termin „easter egg” oznaczający ukryte lub jawne odwołanie do konkretnych tworów masowych. A tego typu mrugnięć okiem do widza jest w filmie na pęczki. Niektóre wyeksponowane są aż nadto, jak na przykład ukazujące się na ekranie znane postacie z kreskówek lub gier komputerowych, albo gdy zostajemy wrzuceni do scenografii niemal żywcem wyjętej z kultowego „Lśnienia” z 1980 roku. Za to jeszcze więcej smaczków pozostaje na drugim a nawet trzecim planie, przez co często niemożliwe jest, aby wychwycić je wszystkie. „Player One” to skarbiec nawiązań do kultury, w której obecnie żyjemy, na tak ogromną skalę, jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyliście.

Player One - 10
Już w tym jednym ujęciu znajdzie się niezliczone nawiązania do popkultury.
Źródło: filmweb.pl

Oprócz wizualnych hołdów dla popularnych elementów współczesnej rozrywki, zapewniono nam także świetną oprawę muzyczną. Oczywiście usłyszymy dźwięki specjalnie skomponowane lub przerobione na rzecz filmu, jednak nieraz do naszych uszu dotrą kultowe utwory sprzed lat. I choć „Player One” osadzony jest w 2045 roku, to jak słychać – dobra muzyka nigdy się nie starzeje i obroni się w każdych realiach. Nawet w takich, gdzie prym wiedzie nowoczesna technologia i postępowość. Przykładami mogą być „Beds Are Burning” od Midnight Oil lub „Wake Me Up Before You Go-Go” zespołu Wham!.

Cały ten popkulturalny ukłon jest tym, czego naprawdę było potrzeba wszystkim miłośnikom rozrywki. Kinomanom, fanom muzyki, graczom, czy też molom książkowym. „Player One” oferuje nam dużo dobroci, które uszczęśliwią nasze oczy, uszy i duszę. A całą tę geekowską oprawę łączy z najbardziej zaawansowanymi możliwościami realizacyjnymi we współczesnej kinematografii oraz fabułą, o której zdania można mieć różne, ale na pewno trzeba przyznać, że wciąga i angażuje emocjonalnie.

Player One - 11
Kto stanie się spadkobiercą OASIS?
Źródło: filmweb.pl

Najnowszy projekt Stevena Spielberga po prostu mnie urzekł. Ze względu na postacie lub historię raczej nie zostanie okrzyknięty kultowym, ale zdecydowanie zapisze się jako rewolucyjny film w kategoriach wizualnych i dźwiękowych. To właśnie przepych bijący z ekranu i głośników jest tym, co definiuje „Player One”.

Moja ocena: 9/10

„Disaster Artist” – Fabularnie o powstawaniu najgorszego filmu wszech czasów

Miano fenomenu „The Room” jest niezaprzeczalne. Pomimo tego, że gdy w 2003 roku film miał swoją oficjalną premierę, okazał się totalną klapą finansową i kinematograficzną, to dzisiaj spokojnie wpisuje się w ścisłą listę najbardziej kultowych produkcji wszech czasów. A już na pewno tych powstałych w nowym milenium.

Disaster Artist

W ciągu pierwszych dwunastu miesięcy film zarobił zaledwie nieco ponad 1800 dolarów, co przy całkowitym koszcie jego realizacji (wynoszącym niebagatelne sześć milionów w amerykańskiej walucie), było niewyobrażalną katastrofą. Jednak los chciał, by sława „The Room” nie nadeszła od raz. Potrzebny był na to czas. Teraz, gdy od premiery melodramatu mija okrągłe piętnaście lat, produkcja legendarnego już Tommy’ego Wiseau znana jest co najmniej milionom kinomanów na całym świecie. Lecz przyczyna daleko mija się z pierwotnymi założeniami reżysera. To nie jego kunszt realizatorski, poruszająca fabuła i wysokich lotów aktorstwo są odpowiedzialne za sukces. „The Room” okrzyknięte zostało najlepszym spośród najgorszych filmów świata, a to wystarczyło, aby przyciągnąć uwagę tłumów.

Disaster Artist - The Room
„Ha ha. What a story, Mark!” ~Johnny (Tommy Wiseau)
Źródło: antyradio.pl

Kuriozalny wpływ, jaki miał ów tytuł na branżę filmową, objawia się od lat na coraz to nowsze sposoby. Z początku wyśmiewany i krytykowany, po czasie stał się guilty pleasure dla najbardziej wyrozumiałych i zdystansowanych miłośników kina. Doprowadziło to do tego, że produkcją zaczęto interesować się niekiedy wręcz maniakalnie. Kwestią czasu było pojawienie się książki na temat „The Room” (która została wydana między innymi przez jednego z głównych aktorów dramatu) oraz innych dzieł nawiązujących do niego. Aż wreszcie przyszła pora na prawdziwą wisienkę na torcie. Fabularny film z prawdziwego zdarzenia.

Okazuje się, że postać Tommy’ego Wiseau, odpowiedzialnego za owiany złą sławą „The Room”, jest na tyle ciekawa, że stała się poważną inspiracją do nakręcenia porządnej hollywoodzkiej produkcji. Bo w sumie czemu by tego nie zrobić? Na świecie są miliony osób, które wręcz ubóstwiają dzieło tego pseudo-reżysera, a jego najciekawsze kwestie i sceny znają na pamięć. Dzięki temu nie trudno byłoby o niszę, do której nowy filmy mógłby trafić. Problem scenariuszowy rozwiązała książka Grega Sestero i Toma Bissella, którą wydano w 2013 roku, dokładnie opisująca proces powstawania osławionej produkcji. Potrzebny był tylko ktoś, kto zainteresowałby się tematem, opracował i skleił całość w coś sensownego, a potem jedynie to wyreżyserował.

Disaster Artist - Wiseau i Franco
Jak widać, Wiseau jest chyba zadowolony ze swojego filmowego wcielenia.
Źródło: filmweb.pl

Tym kimś okazał się sam James Franco. A zrobił nawet dużo więcej, bo nie tylko zainicjował i poprowadził swój najnowszy projekt, ale i sam w nim czynnie wystąpił. I to w głównej roli! Można powiedzieć, że dosłownie poszedł w ślady Tommy’ego Wiseau sprzed piętnastu lat, gdy ten sam napisał scenariusz „The Room”, stanął za kamerą, a także wcielił się w postać Johnny’ego – jedną z trzech wiodących kreacji. Skoro na to samo szarpnął się Franco, to czego jeszcze więcej potrzeba było nam, widzom, by być spokojnymi o świetną realizację filmu przywołującego najgorszą produkcję w historii kina?

Długo do tego zmierzałem, ale tak – właśnie o tym jest „Disaster Artist”, który swoje pierwsze pokazy przedpremierowe miał jeszcze na wiosnę zeszłego roku, ale dopiero teraz, dziewiątego lutego, został on w pełni udostępniony cierpliwym polskim kinomanom. Tytuł produkcji spod skrzydeł wspomnianego Jamesa Franco został zapożyczony od fragmentu nazwy książki, na której bazuje.

Disaster Artist - James Franco
Franco musiał wcielić się w rolę niespełnionego wyrzutka Hollywoodu.
Źródło: filmweb.pl

W skrócie można powiedzieć, że najnowsze dzieło Amerykanina to nic innego, jak zobrazowanie i przybliżenie nam początków relacji Tommy’ego Wiseau z Gregiem Sestero. Tych dwóch dżentelmenów poznaje się dość przypadkowo, ale szybko łączą ich wielkie ambicje związane z branżą filmową. Chcąc zostać sławnymi aktorami, mężczyźni przeżywają wiele wzlotów i upadków w świecie Hollywood, aż w końcu, w przypływie chwili, decydują się wziąć sprawy we własne ręce i nakręcić swój film – niezależnie i według osobistych widzimisię.

„Disaster Artist” ukazuje całą drogę, jaką Wiseau i Sestero przeszli od nieposiadających żadnych kwalifikacji małomiasteczkowych marzycieli do kinowych twórców, którzy krok po kroku, z wieloma perypetiami, realizujących własne marzenie. Pierwsza, nieco krótsza część filmu, to wgląd na początki ich burzliwej relacji oraz nieśmiałe kroki w branży. Zaś druga, znacznie dłuższa i jeszcze ciekawsza, a przede wszystkim zabawniejsza faza „Disaster Artist” dokładnie ukazuje, jak wyglądało tworzenie samego „The Room”. Poznajemy liczne koncepcje i pomysły na realizację filmu, które nierzadko poróżniały osoby zaangażowane w projekt, mniejsze oraz większe trudności, które uwydatniały się dopiero w praktyce, a przede wszystkim, co najbardziej cieszy widza, to dosłowne przywoływania scen niemal żywcem wziętych z „The Room”.

Disaster Artist - Bracia Franco
Główna obsada iście… braterska. Dave Franco został najlepszym przyjacielem Tommy’ego Wiseau.
Źródło: filmweb.pl

James Franco w swojej roli jest genialny. Od samego początku widać, jak bardzo zainteresował się swoją postacią i oddał się jej bezgranicznie. Nie dość, że aktor już z wyglądu został ucharakteryzowany tak, aby jak najbardziej przypominać Wiseau, to zupełnie onieśmiela swoją grą aktorską. Wczucie się w bohatera oraz oddanie jego największych zalet i wad to coś niezwykle trudnego do osiągnięcia nawet dla najwybitniejszych aktorów. Zaś Franco poradził sobie z tym znakomicie i do złudzenia przypomina reżysera „The Room”. A robi to przede wszystkim mową ciała, sposobem wypowiadania się (udało mu się wypracować niemal identyczną barwę głosu i akcent), a także stylem bycia. Stał się po prostu żywym sobowtórem Tommy’ego Wiseau.

Choć bardzo bym chciał, nie mogę zaprzeczyć stwierdzeniu, że „Disaster Artist” to przede wszystkim pokaz umiejętności Jamesa Franco. Nie dość, że stanął za kamerą całej produkcji, to jeszcze swoją kreacją wzniósł się na wyżyny. Świeci najjaśniej z całej obsady, ale nie da się ukryć, że po prostu musiało tak być. W końcu to losy Wiseau sprzed kilkunastu lat odgrywają tutaj najważniejszą rolę. I choć na ekranie przewija się wiele innych postaci – równie istotnych dla fabuły, to właśnie Tommy od początku skupiał zainteresowanie widzów. Jeszcze na długo przed premierą można było odnotować, że oczekujących kinomanów najbardziej zaintrygowało ukazanie właśnie tej postaci.

Disaster Artist - Tommy Wiseau
Nie da się ukryć, że Wiseau był dość nietypową osobą.
Źródło: filmweb.pl

Jednak nie mniejsze uznanie należy się bratu reżysera „Disaster Artist” – Dave’owi Franco. Ten wcielił się we wspominanego przeze mnie nie raz Grega Sestero, który swego czasu był drugim ojcem „The Room”. Choć największe zasługi przypisał sobie Wiseau, to bez swojego najbliższego przyjaciela w ogóle nie wpadłby na pomysł realizacji własnej produkcji kinowej. Sestero został wówczas obsadzony jako drugi z głównych bohaterów – Mark, który w fabule również otrzymuje tytuł najbliższego kumpla, ale i zarazem – ukrywającego się zdrajcy, jako że potajemnie spotyka się (i nie tylko) z narzeczoną przyjaciela.

Kreacja Dave’a Franco zdecydowanie różni się od tej, którą ogrywa jego brat reżyser. Zachodzi tu pewien kontrast między postaciami, który jeszcze bardziej uatrakcyjnia widowisko. Sestero z biegiem wydarzeń przechodzi przemianę z niepewnego siebie i mało zdecydowanego młodego chłopaka w nabierającego rozpędu i doświadczenia faceta pieczołowicie rozkręcającego swoją karierę w Hollywood. Można powiedzieć, że nierzadko Sestero jest odwrotnością tego, co aktualnie reprezentuje postać Wiseau. Gdy ten pierwszy miewa wątpliwości, to drugi nakłania go do wiary w siebie. Jednak kiedy Greg zbiera się w sobie i jest gotów do zawładnięcia światem, to w pewien sposób skrzydła podcina mu Tommy.

Disaster Artist - Greg Sestero
Greg marzył o karierze aktorskiej. Czy przeprowadzka do Hollywood była dobrym krokiem?
Źródło: filmweb.pl

Oznacza to, że dwóch głównych bohaterów „Disaster Artist” świetnie się dopełnia, a co za tym idzie – dobrze ze sobą współgrają i uatrakcyjniają seans. Ważne jest to, aby postacie różniły się od siebie w widoczny sposób, co staje się podwaliną do szerokiego wachlarza możliwości scenariuszowych na dalszych etapach oglądanej produkcji. A nie da się ukryć, że w tym przypadku jest naprawdę zaskakująco i ciekawie.

Film Jamesa Franco poszedł przede wszystkim w dramaturgię bardzo śmiało zmieszaną z komedią. Są momenty, które chwytają nas za serce. Głównie wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że takie sytuacje faktycznie mogły mieć miejsce kilkanaście lat temu, gdy Wiseau i Sestero rozpoczynali podbój Hollywood. Jak zwykle bywa w relacjach międzyludzkich – między tym dwojgiem nieraz uwypuklały się różnego rodzaju zatarcia, które faktycznie mogą teraz wywoływać czułe emocje u wiernych widzów. Nie chcę przywoływać konkretnych przykładów, jednak zapewniam, że tak jak w życiu bywa, w „Disaster Artist” nieraz ukazano problemy, z jakimi mierzyć muszą się ambitni ludzie, aby sięgnąć po spełnienie marzeń.

Disaster Artist - Reżyseria
Jeśli nie możesz czegoś dostać, zrób to sam!
Źródło: filmweb.pl

Jednak aby nie było zbyt poważnie, dramatycznie i przygnębiająco, film zapewnia także solidną dawkę dobrej rozrywki składającej się przede wszystkim z żartów słownych i sytuacyjnych. Nie można było spodziewać się innego rozwiązania, skoro głównym motywem „Disaster Artist” jest ukazanie procesu powstawania najlepszego z najgorszych filmów wszech czasów. Sceny, które zobaczyć można w pierwowzorze, same w sobie są już na tyle komiczne i wywołujące uśmiech na twarzy (o ile nie nawet salwę śmiechu), że łącząc je z luźnym i zdystansowanym podejściem, jakim cechuje się „Disaster Artist”, otrzymujemy wręcz kulminację absurdu, komedii i litościwego współczucia wobec bohaterów.

W filmie przewija się co najmniej kilka kultowych scen z „The Room”, które na nowo odgrywane są przez braci Franco i pozostałych aktorów. Zamierzonym efektem było aż do złudzenia sparodiowanie powszechnie znanych fragmentów pierwowzoru z 2003 roku, aby w widzach przywołać nieco nostalgii związanej z pierwszym seansem melodramatu, który kiedy musieli przeżyć. Nostalgia ta zaś jest rozumiana w pełni pozytywnie, bo i takie odczucia wiąże się z „The Room”. Choć film sprzed lat jest totalną porażką scenariuszową i aktorską, to do dzisiaj jest miłowany przez miliony. Niektórzy nawet wręcz obsesyjnie znają większość najbardziej kiepskich (a zarazem najzabawniejszych) kwestii, monologów lub też całych dialogów z dzieła Wiseau. Możliwość ponownego usłyszenia ich na wielkim ekranie dzięki „Disaster Artist” jest komediowym spełnieniem marzeń niejednego wielbiciela kina.

Disaster Artist - I did not
„Disaster Artist” przywołuje wiele kultowych scen z „The Room”.
Źródło: filmweb.pl

Co tu dużo więcej pisać. Aktorsko film Jamesa Franco jest o niebo lepszy od „The Room”. Scenariuszowo – tak samo. Pod względem realizacyjnym – nie inaczej. Po prostu można stwierdzić, że wszystko jest w nim jak najbardziej w porządku, podczas gdy dzieło Tommy’ego Wiseau to z kinematograficznego punktu widzenia dno i dwa metry mułu. Ale właśnie dzięki temu pokochaliśmy „The Room”, a „Disaster Artist” pokochamy za świetne pogłębienie naszej wiedzy na temat „the best worst movie ever” oraz idealne sparodiowanie go, które jest jak miód na serce kinomana.

I za Jamesa Franco. Ten to dopiero odwalił kawał dobrej roboty.

The Room - I did not