„Czarna Pantera” – Walka o tron afrykańskiej utopii

Ten film to zupełny powiew świeżości dla kina superbohaterskiego ostatnich lat. Tak, wiem. Podobnym stwierdzeniem rzuciłem, o ile dobrze pamiętam, w przypadku „Thora: Ragnarok” w październiku zeszłego roku. Jednak tym razem seans jest zupełnie inny. W przywołanej trzeciej odsłonie solowych przygód boga piorunów swojego rodzaju wyjątkowością było ukierunkowanie się przede wszystkim w stronę humoru i nieco mniej poważne podejście do poważnego motywu, jakim był tytułowy zmierzch bogów. Było to oryginalne i z pewnością wykraczające poza to, czego pierwotnie można było oczekiwać.

Czarna Pantera - Recenzja

Po paru miesiącach przyszła pora na premierę kolejnego odcinka marvelowskiej serii wysokobudżetowych ekranizacji komiksów. Na tę zaś czekano z jeszcze większym zainteresowaniem niż na trzeciego „Thora” lub nawet „Spider-Mana: Homecoming”, który był swoistym powrotem człowieka-pająka do swojego prawowitego miejsca. Świadczą o tym choćby bilety wyprzedające się jak szalone na co najmniej kilka tygodni przed światową premierą widowiska. Na rezerwacje rzucili się dosłownie wszyscy. Przede wszystkim zamiłowani wielbiciele Marvela, ale także potężna reprezentacja Afroamerykanów.

Nie, nie jest to żadne rasistowskie stwierdzenie. Ogromną uwagę ze strony czarnoskórych osób zauważyć można było bez większego wysiłku. Szturmowali strony z biletami w przedsprzedaży i nakręcali niemały hype na całe widowisko. Ale nie ma co się dziwić. W końcu mowa tutaj o „Czarnej Panterze„!

Czarna Pantera - Pantera
T’Challa wyróżniał się już w „Wojnie bohaterów”. Czas na jego własny film!
Źródło: filmweb.pl

Tytułowy superbohater był pierwszym pełnoprawnym czarnoskórym herosem, który pojawił się na łamach komiksów Marvela. Zadebiutował w 1966 roku w jednym z zeszytów z serii „Fantastic Four” i już od tamtej pory przykuwał uwagę afroamerykańskiego odsetka czytelników. Teraz, gdy Marvel przeżywa złotą erę ekranizacji swoich papierowych dzieł, również może uchodzić za pioniera. Bowiem film „Czarna Pantera” jest pierwszą produkcją z gatunku superbohaterskiego na tak ogromną skalę, w której tytułową, główną rolę odgrywa czarnoskóry aktor. A co więcej – niemal cała obsada, z racji wątków fabularnych, jest mu podobna i dzięki temu zwraca na siebie jeszcze większą uwagę popkulturowego światka.

Wielki sukces i zainteresowanie „Czarną Panterą” można w pewien sposób porównać do niebagatelnego osiągnięcia, którym niecały rok temu cieszyła się ekranizacja „Wonder Woman” ze stajni DC Comics. Postać zagrana przez Gal Gadot była pionierką wśród żeńskich superbohaterek na wielkim ekranie, które otrzymały własny, solowy tytuł. W tej kwestii Marvel został wyprzedzony, bo choć pochwalić się może takimi paniami, jak Black Widow lub Scarlet Witch, to wciąż nigdy nie odegrały one roli wiodącej.

Czarna Pantera - T'Challa i Okoye
T’Challa ma za co walczyć. Honor, ojczyzna i miłość.
Źródło: filmweb.pl

DC we współpracy z Warner Bros. trafiło w niszę, jaką była damska reprezentacja miłośników komiksów i filmów, zaś Marvel i Disney nie pozostali dłużni ujawniając swoją tajną broń w postaci „Black Panther”, o którym tutaj mowa. Jednak jeden z najnowszych herosów w uniwersum cieszy się uznaniem nie tylko wśród osób podzielających jego kolor skóry, ale także i całej reszty miłośników blockbusterów czy też komiksów. Wynika to z tego, że nowa produkcja MCU jest po prostu wyśmienita pod wieloma względami.

O wyjątkowości filmu świadczyć może między innymi fakt, że spora części akcji osadzona zostaje w  Afryce, która dotąd pozostawała nam nieznana w realiach tego uniwersum. Przygody superbohaterów nieraz wykraczały poza terytoria Stanów Zjednoczonych, jednak nigdy na zbyt długo. Prędzej czy później chodziło o ratunek ludzkości w… Nowym Jorku. Teraz jednak przeniesiono nas do Wakandy – fikcyjnego państewka w ubogich terenach Czarnego Kontynentu. I właśnie za takie uchodzi ów kraj w pozostałej części świata. Nikt nie jest świadomy tego, że tak naprawdę nie kończy się ono na mało żyznych ziemiach i zacofanych metodach życia. W głębi afrykańskich lasów skryta jest prawdziwa Wakanda – wysokorozwinięta cywilizacja, która swój dobrobyt zawdzięcza vibranium. Ten kosmiczny materiał przewijający się już przez wiele filmów Marvela ma w końcu swoje największe zastosowanie właśnie w „Czarnej Panterze” i nareszcie możemy dowiedzieć się o nim dużo więcej. Nie zaledwie tyle, że to z niego powstała słynna tarcza Kapitana Ameryki.

Czarna Pantera - Wakanda
W Wakandzie niemal wszystko powstało z vibranium. Ten latający statek najpewniej również.
Źródło: filmweb.pl

Wakanda, choć bogata i rozwinięta, jak żadne inne miejsce na Ziemi, wciąż jednak pozostaje ściśle zakorzeniona z tradycjami i kulturą afrykańską, co w filmie jest aż nadto widoczne. Przygotujcie się na liczne sceny, które dla nas wyglądać mogą nietypowo, jednak dla tamtejszej ludności są codziennością. I działa to jak najbardziej na plus, bo nie dość, że buduje porządny klimat, to całość zyskuje wspomnianą przeze mnie świeżość i oryginalność dla tego gatunku kina.

Tradycyjne obrzędy, kolorowe stroje i tron, na którym zasiada król Wakandy i posiadacz mocy Czarnej Pantery w jednej osobie. To właśnie ten ostatni będzie niezwykle istotny dla wydarzeń ukazanych w „Black Panther”, jako że (co nie jest spoilerem) miejsce po swoim zmarłym ojcu objąć ma główny bohater T’Challa. Jednak, jak można się domyślać, władza nigdy nie przychodzi bezproblemowo, a to wiąże się z wieloma interesującymi dla widza następstwami w fabule.

Czarna Pantera - Kultura
Tronu nie da się tak łatwo objąć. Trzeba o niego zawalczyć.
Źródło: filmweb.pl

Chadwick Boseman w roli T’Challi – tytułowego bohatera, zadebiutował już nieco wcześniej podczas trzeciej części przygód Kapitana Ameryki, w której doszło do starcia między podzielonymi członkami ugrupowania Avengers. Pojawił się tam niespodziewanie i, jak często podkreślano, sam skradł całe show. Doceniano jego dopracowany wygląd, niemal kocie ruchy podczas scen pojedynków, a także samego aktora, który na medal spisał się pod względem wykreowania charakteru i stylu bycia swojej postaci.

Nic dziwnego, że na wielki powrót T-Challi czekano z wypiekami na twarzy. Okazuje się, że było warto. Potwierdzają się wcześniejsze opinie widzów – Boseman jest urodzonym odtwórcą tej roli. Urzeka swoim sposobem wypowiadania się (język angielski z afrykańskim akcentem) oraz manierą, która nie pozwala nie polubić jego postaci i związać się z nią bliżej. Myślę, że równie kluczowy był tu jego pierwszy występ w „Wojnie bohaterów”, gdzie poprzeczkę zawiesił wysoko i na szczęście w swoim solowym filmie dał radę jej dorównać.

Czarna Pantera - T'Challa
Chadwick Boseman świetnie odnajduje się w roli afrykańskiego króla T’Challi.
Źródło: filmweb.pl

Jednak „Black Panther” to nie show jednego aktora. Ogromne uznanie należy się też stojącemu po przeciwnej stronie barykady złoczyńcy Killmongerowi, w którego wciela się niesamowity Michael B. Jordan. Tak jak Boseman był objawieniem w „Wojnie bohaterów”, tak ten aktor niewątpliwie jest najjaśniejszą perłą w najnowszej produkcji. Aktor ma już za sobą pokaźną liczbę ról, jednak głośniej zrobiło się o nim dopiero w przypadku dramatu sportowego „Creed: Narodziny legendy”. Mimo to nie można odjąć mu umiejętności, które widoczne są w każdej scenie z jego udziałem. Dzięki Jordanowi, Killmonger nie jest kolejnym miałkim łotrem, na co do pewnego czasu cierpiały niemal wszystkie filmy Marvela. Jest wyrazisty, czuć w nim siłę i pewność siebie.

Zaś po stronie samego scenariusza warto wypunktować jasne i zrozumiałe dla widza motywacje, które kierują wrogiem Czarnej Pantery, oraz wszystkie późniejsze poczynania Killmongera niebędące jedynie głupimi działaniami mającymi na celu pozbycie się T’Challi i zawładnięcie światem. Nie, tutaj chodzi o coś więcej. Ukryte są w tym idee, które po pewnej analizie wydają się niezwykle sensowne. Był moment, że nawet ja sam uznałem poglądy tej postaci za całkiem słuszne. Trzeba przyznać, że Erik Killmonger jest naprawdę świetnie rozpisaną i solidną kreacją.

Czarna Pantera - Killmonger
Gość nie tylko przeraża z wyglądu, ale naprawdę wie do czego dąży.
Źródło: filmweb.pl

I choć może trudno w to uwierzyć, takie wrażenie odnoszę również wobec wielu pozostałych postaci pierwszo- i drugoplanowych. Choć wiadomo, że dla części z nich nie znalazło się zbyt dużo czasu ekranowego, aby bardziej je przedstawić, to wciąż można docenić kilku naprawdę dobrze przemyślanych i odegranych bohaterów. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym wśród nich nie wymienił jeszcze Shuri, czyli młodszej siostry króla T’Challi, która odpowiedzialna jest za vibranium i co za tym idzie – cały technologiczny postęp Wakandy. Wcieliła się w nią młoda aktora Letitia Wright, która skradła mi serce (i jak później się dowiedziałem – nie tylko mi) dosłownie z miejsca w pierwszej scenie ze swoim udziałem.

Czarna Pantera - Shuri
Zabawna i inteligentna. Serduszko dla Shuri!
Źródło: filmweb.pl

Wśród długiej listy obsady nie doliczymy się zbyt wielu białoskórych aktorów. Jednak w fabule znalazło się miejsce przede wszystkim dla jednego z nich – Martina Freemana. Brytyjczyk świetnie znany z „Hobbita” oraz „Sherlocka” dostał w „Czarnej Panterze” niemałą rolę do odegrania, która w pewnych momentach jest naprawdę znacząca dla losów wydarzeń. Aktor kreuje tutaj postać Everetta Rossa będącego jednym z pracowników amerykańskiego rządu. W wyniku pewnych okoliczności, trafia do afrykańskiej Wakandy, która potrzebować będzie jego pomocy w nadchodzącym pojedynku. Osobiście niezmiernie cieszę się z jego sporego udziału w historii, jako że aktor w pełni na to zasługiwał. Wiedziałem, że może sporo wnieść do kinowego uniwersum Marvela i tak właśnie się stało. Pojawił się już wcześniej w „Wojnie bohaterów”, jednak tam jego rola została zepchnięta na drugi, a nawet trzeci plan. Teraz zaś zyskał dużo więcej niż własnych pięć minut.

Czarna Pantera - Ross
Everett Ross ma przyjemność na własnej skórze doświadczyć tego, czym naprawdę jest Wakanda.
Źródło: filmweb.pl

W fotel wgniata to, jak ten film wygląda, choć do tej kwestii chyba wszyscy powinniśmy być już przyzwyczajeni. Każda kolejna produkcja kooperacji Marvel-Disney to obraz wygenerowany komputerowo na najwyższym możliwym poziomie. Nie zmienia się to od lat, a jeśli już – to tylko na lepsze i lepsze. Afrykańskie krajobrazy wokół i w samej Wakandzie chwytają za serce. Oczy cieszą się, gdy na ekranie widać wielokilometrową sawannę, czy też ogromne wodospady lub bujną roślinność między szczytami. Zaś z drugiej strony szczęka potrafi opaść, gdy znajdziemy się w tej technologicznej części skrytego kraju, która wyprzedza realia reszty świata o dziesiątki, jak nie setki lat.

Podczas omawiania „Czarnej Pantery” grzechem byłoby nie wspomnieć o muzyce, która w przypadku tego filmu została przygotowana pieczołowicie. Choć nie od dziś wiadomo, że dźwięki w filmach są jednym z najważniejszych wyznaczników odbioru przekazu, a sam Marvel stara się za każdym razem jak najlepiej podejść do tematu soundtracku, to tym razem twórcy postanowili przejść samych siebie. Pieczę nad muzycznym projektem pełnił popularny amerykański raper Kendrick Lamar, który z pomocą wielu innych uzdolnionych artystów skompletował czternaście utworów będących stworzonymi specjalnie na potrzeby superbohaterskiego filmu. „Black Panther: The Album” miał swoją światową premierę 9 lutego, a więc na parę dni przed wejściem ekranizacji do kin. Dzięki temu można było już wcześniej wsiąknąć w klimat produkcji i z większą niecierpliwością wyczekiwać seansu.

Soundtrack, liczący sobie niemal 50 minut utworów, skomponowany został tak, aby idealnie wpasować się do konkretnych wydarzeń i scen w filmie, ale i być w pełni nadającymi się do odsłuchu bez obrazu. Single „All the Stars”, „King’s Dead” oraz „Pray for Me” szybko zdobyły serca fanów na długo przed premierą ekranizacji, a gdy krążek ostatecznie ukazał się na rynku – również krytycy byli wobec niego przychylni. Po cztery gwiazdki na pięć możliwych wystawiły takie profesjonalne media, jak „The Guardian” czy „Rolling Stone”. Zaś listy przebojów w USA, Norwegii, Danii i Kanadzie były jednogłośne – pierwsza lokata w ciągu kilku dni po ukazaniu się albumu.

Czarna Pantera - T'Challa i Killmonger
A tron tylko jeden…
Źródło: filmweb.pl

Mocny akcent położony na muzykę czuć za każdym razem, gdy jakiś motyw dźwiękowy rozbrzmiewa podczas seansu. Chciałoby się, aby wszyscy twórcy filmowi byli aż tak świadomi mocy, jaką niesie ze sobą odpowiednia ścieżka dźwiękowa. Ta, w „Czarnej Panterze”, w połączeniu ze świetnymi efektami specjalnymi godnymi kinowego blockbustera oraz bohaterami, których kreacje przekroczyły nawet moje najbardziej optymistyczne oczekiwania, tworzą naprawdę świeżą i solidną całość, w której próżno doszukiwać się jakichś bardziej znaczących minusów.

Okazuje się, że po dziesięciu latach od pierwszego „Iron Mana”, kinowe uniwersum Marvela wciąż ma się bardzo dobrze i nic nie zwiastuje pogorszenia się tego stanu. Można spać spokojnie, bo jeśli ma czekać nas jakiekolwiek zaskoczenie, to tylko w pełni pozytywne. A to bardzo dobrze nastraja przed „Avengers: Infinity War”, które jest już tuż za rogiem!

Moja ocena: 9/10

„Coco” – O rodzinie, muzyce i przemijaniu grając na emocjach

Znowu to zrobili. Nie jest niczym zaskakującym, że każda kolejna pozycja wywodząca się spod skrzydeł amerykańskiego studia Pixar jest niecierpliwie wyczekiwana przez fanów form animowanych oraz znawców bądź miłośników kina wszelako rozumianego. Zadziałała na to wieloletnia reputacja wytwórni, która słynie ze staranności i dopieszczania każdego ze swoich dzieł. I choć sceptycy mogli przypuszczać, że fenomenalne początki z „Toy Story”, „Dawno temu w trawie” lub „Potworami i spółką” były tylko debiutancką skrupulatnością nowicjuszy wśród światowych wytwórni, to teraz po latach chyba nikt nie ma wątpliwości, że na Pixara zawsze można liczyć, bo jeśli nawet poprzeczki nie podniesie, to z pewnością ją wyrówna.

Coco - Recenzja

Nie da się również pominąć faktu, że Pixar od lat wchodzi w skład giganta, jakim jest Disney. Oczywiste jest więc, że nie są już na tyle niezależni, co wcześniej. Mimo to wciąż czuć w ich projektach tego wyjątkowego ducha, który obecny był nawet kilkanaście lat temu, gdy studio nabierało tempa. Ostatnio zauważalne są powroty do stałych tytułów w postaci kontynuacji. Rok temu dostaliśmy „Gdzie jest Dory?”, w czerwcu „Auta 3”, a na horyzoncie jest nawet druga część „Iniemamocnych”. Jednak całe szczęście, że Pixar wciąż próbuje czegoś nowego, aby nie przyszyć sobie nowej łatki tak zwanych odgrzewaczy kotletów. Ich „W głowie się nie mieści” było przyjęte co najmniej świetnie, a teraz przyszła kolej na kolejny powiew świeżości, czyli bardzo długo wyczekiwane i bogato promowane „Coco„.

Ale czy na pewno tyle w tym nowości? Od czasu zapowiedzenia projektu, a już na pewno od momentu określenia głównej fabuły filmu, pojawiają się kinomani podchodzący do niego ze sporym dystansem. Sugerowali, jak i sugerują nadal, że „Coco” jest inspirowane powstałą trzy lata temu „Księgą życia” – animacją osadzoną w dosłownie tych samych realiach czasu i miejsca. Takie zarzuty (czasem jedynie lekkie, a niekiedy naprawdę poważne) są o tyle nieprzychylne dla Pixara, że ów „Book of Life” cieszyło się wielkim uznaniem widzów. Jednak jej problem tkwił w tym, że nie został nakręcony przez Disneya. A co za tym idzie – nie był na tyle popularny, aby trafić do dużo szerszego grona odbiorców.

Inaczej jest z „Coco”, które nagłaśniane jest od dobrych kilkunastu miesięcy i jestem pewien, że szturmem będzie podbijać najróżniejsze rankingi popularności. Ustosunkowując się jeszcze do wspomnianego podobieństwa do „Księgi życia” muszę zaznaczyć, że oba filmy różnią się diametralnie. Łączy je ze sobą to, że oba mają miejsce podczas meksykańskiego święta zmarłych, a główny bohater jest zafascynowany muzyką. Poza tym fabuły obu produkcji odbiegają od siebie na wiele sposobów co pokazuje, że nie powinno się bazować swojej opinii wyłącznie na pierwszym wrażeniu wywołanym przez zwiastuny. Szkoda tylko, że do niektórych ten morał nie dotrze, bo naprawdę nie warto stawiać jeden obraz obok drugiego i na podstawie ich różnic oraz podobieństw kreować swoje zdanie.

Coco - Dzień zmarłych
Akcja filmu odbywa się podczas meksykańskiego dnia zmarłych.
Źródło: filmweb.pl

Podoba mi się praktyka Disneya, która od kilku lat jest zauważalna coraz bardziej. Korporacja nie boi się podejmowania najróżniejszej tematyki. Jej pozycja jest już na tyle utarta i stabilna, a sympatię widzów zdobyli już tak dawno temu, że nie mają chyba czego się obawiać. Co najwyżej wyników finansowych słabszych niż zakładano, ale i to nie jest dla nich strzałem w kolano. Dążę do tego, że w „Coco” sięgnięto po typowo meksykański obyczaj, który raczej nie jest praktykowany u innych narodowości. Owszem, samo święto zmarłych (lub wszystkich świętych, co jednak jest tym samym) obchodzi się w wielu krajach na całym świecie, jednak chyba nigdzie choć w połowie nie przypomina wyjątkowości tradycji z Ameryki Środkowej.

Dia de Muertos, jak to w ich kulturze nazywane jest owe święto wypadające na przełom pierwszego i drugiego dnia listopada, charakteryzuje się biesiadnym, pozytywnym i radosnym podejściem do zagadnień życia pośmiertnego bliskich. Tak jak między innymi w Polsce opłakuje się tych, którzy odeszli z naszego świata, tak w Meksyku uważa się, że zyskali oni drugie, lepsze wcielenia w świecie niewidocznym dla wciąż żyjących osób. Tymczasem sądzi się, że zmarli zawsze są obecni pośród nich, a już w szczególności tego wyjątkowego dnia, gdy podczas wizyt na cmentarzach i organizowanych fiest wspomina się nieobecnych już członków rodzin.

Coco - Zmarli
Według wierzeń, po śmierci nasi bliscy otrzymują drugie życie w zaświatach.
Źródło: filmweb.pl

Więcej o samym wyglądzie Dia de Muertos dowiecie się podczas seansu, jako że Pixar postanowił położyć spory nacisk na autentyczności wykreowanego świata. Nie ma wątpliwości, że zostajemy wrzuceni do Meksyku z początku listopada. Wszyscy przygotowują się do wielkiego świętowania, a wokół czuć wyjątkowy klimat, który nam samym (widzom) jest bardzo obcy. Nie znamy takiego podejścia do dnia wszystkich świętych, co tym bardziej zwiększa ciekawość wobec tego, co zobaczymy na ekranie. Z tego co udało mi się wyczytać w internecie jakiś czas temu – Meksykanie chwalą sobie „Coco” za autentyczny stosunek do święta. Choć w filmie nie brakuje magii, czy też lekkich wyolbrzymień lub przerysowań, to postarano się o zachowanie głównych aspektów meksykańskich tradycji, które i my mamy okazję poznać zupełnie od zera, przy czym nie towarzyszy uczucie odmienność tamtych realiów. Wręcz szybko zaaklimatyzujemy się z tym sposobem świętowania, który między innymi na mnie robi potężnie pozytywne wrażenie.

Mając za fundament tak wyjątkowe święto, jakim jest Dia de Muertos, studio mogło popisać się kreatywną i niebanalną historią w sam raz do opowiedzenia na wielkim ekranie przy wykorzystaniu techniki animacji. I tak też uczyniono, a że za sam projekt zabrał się niezastąpiony Pixar, można było spać spokojnie na długo przed premiera. Teraz, gdy obraz jest już wyświetlany w kinach, wszyscy pozostali sceptycy mogą odetchnąć z ulgą. Fabuła jest tak świetnie zarysowana, wciągająca i niegłupia, że pod tym względem spełniony powinien być każdy widz. Nawet, jeśli nie jesteście wielbicielami animacji, to i tak z pewnością docenicie pomysłowość i kontrolowaną fantazję scenarzystów.

Coco - Świat zmarłych
Tak wygląda świat po drugiej stronie.
Źródło: filmweb.pl

Zdecydowanym głównym motywem fabularnym jest rodzina. To ta grupa społeczna tworzy tutaj najbardziej uwydatniony aspekt filmu, do którego odnosi się niemal wszystko to, co śledzimy w trakcie seansu. Więzi między członkami familii są skrupulatnie i nienagannie zarysowywane, a samych postaci jest na tyle dużo, że nie mamy wątpliwości co do istotności każdej formy pokrewieństwa. Rodzeństwo, rodzice, ciotki, wujkowie, babcie, dziadkowie i pradziadkowie. Przedstawione zostaje nam bogate drzewo genealogiczne pewnej meksykańskiej rodzinki, które będzie miało potężne znaczenie dla całości fabuły. Jednak nie bójcie się, że trudno będzie Wam nadążyć za rozpoznawaniem pokrewieństw animowanych bohaterów. Twórcy rozsądnie rozłożyli wszystko w czasie na tyle, abyśmy stopniowo zaznajamiali się z każdą postacią, by później mieć co najmniej wystarczające rozeznanie w rodzinnym aspekcie filmu.

Na ekranie pojawiają się obecni członkowie rody Riverów, jak i ci, którzy odeszli już z ludzkiego światka. Każdy z nich zachowuje jednak bardzo autentyczne i przyjazne dla widza walory, które sprawiają, że darzymy sympatią prawdopodobnie wszystkich. Wiadomo, niektórzy muszą stawać na drodze głównemu bohaterowi, jakim jest młody chłopiec Miguel, aby jakoś nakręcać całą fabułę, ale wciąż w myślach ma się to, że wszyscy postępują zgodnie z własnym sumieniem, poglądami i podejściami do danych spraw. Niektórzy sensownie, inni wcale, ale przynajmniej jeszcze lepiej świadczy to o ludzkich cechach filmowych postaci.

Coco - Bohaterowie
Film jest pełen barwnych bohaterów. Każdy ma w sobie coś indywidualnego.
Źródło: filmweb.pl

Co pewien czas zaznaczam, że odpowiedzialna za film jest wytwórnia Pixar i nie robię tego bez żadnego powodu. W „Coco” czuć ducha tego studia, co przejawia się na wiele sposobów. Jednym z nich, który wyraźnie odczułem podczas seansu, jest wyjątkowe i cenione dojrzałe podejście wobec animacji. Cechę tę można odnaleźć w każdym tytule wyprodukowanym przez Amerykanów. W tym przypadku jest niezmiennie, a być może nawet jeszcze bardziej uwydatniono ten wyróżnik. Niestety, ale w dzisiejszych czasach nadal panuje pewne przekonanie, że jeśli mowa jest o filmie animowanym, to z pewnością został skierowany do najmłodszych. Tymczasem kino od lat pokazuje, że jest to kompletna nieprawda i skrupulatnie otwiera się na dorosłych widzów łącząc kwestie typowo ukierunkowane na dzieci i młodzież z takimi, z którymi utożsamiać się będą osoby bardziej dojrzałe.

Stąd też próżno szukać w „Coco” dziecinnej naiwności oraz słodkiego lukrowania w scenariuszu w taki sposób, aby wszystko było dobre, radosne i kolorowe. Może bije się to z wizualną stroną filmu, jako że on sam w sobie jest pełen barw, ale dokładniej rozchodzi mi się o same wydarzenia i relacje międzyludzkie. Produkcja nie szczędzi sobie w pewnych momentach na brutalności (szczególnie w związku z pewnym zwrotem akcji w późniejszej fazie filmu) oraz odnoszeniu się do nie lada niekomfortowego zjawiska śmierci i zapomnienia. Takie podejście po części wymusza sama tematyka przewodnia filmu, a więc meksykańska forma dnia zmarłych, ale twórcy postanowili do cna wykorzystać nadarzająca się okazję do rozprawienia się z motywem umierania. I jak tu nadal sądzić, że współczesne wysokobudżetowe animacje są wyłącznie dla dzieci?

Coco - Rodzina
Najważniejszą wartością filmu jest rodzina. Nawet ta, której już z nami nie ma.
Źródło: filmweb.pl

Jeśli potrzeba jakichś dowodów, to o otwieraniu się na dorosłego widza świadczyć mogą między innymi osoby pełnoletnie coraz liczniej przybywające do kin. Będąc na sobotnim seansie „Coco” zauważyłem, że większą część sali zapełnili nie najmłodsi, lecz co najmniej dwudziestolatkowie i starsi. Nie wiem, co Wy o tym sądzicie, ale mnie zaistniałe zjawisko jak najbardziej cieszy, bo sam nieprędko zamierzam zrezygnować z czynnego oglądania animacji.

Zaznaczając raz jeszcze, Pixar robi w „Coco” to, z czego najbardziej jest znany. Skupia się na emocjonalnej płaszczyźnie filmu w taki sposób, aby wywołać w widzach konkretne emocje w konkretnych chwilach. I robi to perfekcyjnie, bo podczas seansu nieraz da się odczuć płynnie zmieniające się nastroje. Od szczęścia spowodowanego uśmiechem na twarzy głównego bohatera poprzez uronienie łez, gdy uwydatniany zostaje motyw życia i śmierci bliskich osób. Później zaś przychodzi moment na wybuchnięcie śmiechem, gdy kilka sekund kradnie Bogu ducha winny psiak Dante, aby później móc ponownie wprowadzić ogólnie panujący smutny nastrój. Dlatego pamiętajcie, że wybierając się do kina na jakikolwiek film Pixara, nie można liczyć na odprężający relaks w wygodnych fotelach przy wygaszonym świetle. Zostaniecie wyciśnięciu do cna z drzemiących w Was uczuciach, chyba że postanowicie nie zainteresować się wydarzeniami na ekranie.

Podobno i takie osoby przychodzą do kina…

Coco - Kolory
Produkcję zrealizowano z największą dokładnością i starannością. Robi wrażenie!
Źródło: filmweb.pl

Osobiście nie mogę wyjść z podziwu, jak piękną animacją jest „Coco”. I nie piszę już teraz o wzruszającej fabule ani naturalnie wykreowanych bohaterach, lecz samej technice i jakości wykonania. Wizualnie film jest dopieszczony do granic możliwości. Oczy zachwycają się każdym kadrem, a już w szczególności tymi w równoległym świecie zmarłych. Cudowna kolorystyka, dbałość o najmniejsze detale i rozmach, z jakim postanowiono zrealizować prawie dwugodzinny obraz, stoją na najwyższym możliwym poziomie, a ja nie przypominam sobie, aby któraś z animacji ostatnich lat mogła konkurować w tej kategorii.

Kawał porządnej roboty leży także po stronie ścieżki dźwiękowej, która (co oczywiste) garściami czerpie z kultury meksykańskiej. Pełno tutaj charakterystycznego brzdękania na gitarach lub skrzypcach, czy też dmuchania w trąbki, które są typowe dla słynnych na cały świat mariachi. Dźwięki te wzbogacane są oczywiście o adekwatne do wydarzeń, ale i sprawdzające się również indywidualnie, wokale wykonywane przez kilku głównych bohaterów. Nierzadko można docenić ich niebanalność i głębokość, które być może sprawią, że niektóre utwory zapiszą się w historii muzyki filmowej na dużo dłużej niż kilka tygodni bądź miesięcy, podczas których emitowany będzie film.

Coco - Muzyka
Zamiłowanie młodego Miguela do muzyki jest niezmierzone.
Źródło: filmweb.pl

Na koniec chciałbym jeszcze postawić ogromnego plusa przy polskiej wersji językowej. Nie od dziś wiadomo, że nasz krajowy dubbing stoi na naprawdę wysokim poziomie z pewnym zastrzeżeniem – wyłącznie w animacjach. „Coco” świetnie pokazuje, że aktorzy głosowi odgrywają świetną robotę, gdy rozchodzi się o użyczenie swojego brzmienia komputerowo wygenerowanym postaciom. Jednak oprócz dobrze poprowadzonych dialogów, fenomenalnie poradzono sobie z tłumaczeniami i polskimi wykonaniami licznych piosenek wchodzących w skład filmu. Brzmią przyjemnie dla uszu i z łatwością rozumie się wyśpiewane teksty. Co nie zawsze jest sprawą oczywistą, bo spokojnie można by znaleźć kilka przykładów na nieprofesjonalne podejście do sprawy.

Jednak na mnie ogromne wrażenie zrobiły polskie tłumaczenia napisów w samej warstwie wizualnej produkcji. Niesamowite jest to, że jeszcze jakiś czas temu teksty wygenerowane w animowanym świecie były nie do ruszenia i musieliśmy się zadowalać biało-czarną transkrypcją u dołu ekranu. Teraz aspekt ten (dla wielu pewnie niezbyt istotny, w przeciwieństwie do mnie) poszedł daleko do przodu i nawet wmieszane w otoczenie napisy mogą być przemienione z oryginalnego angielskiego na nasz polski. Byłem pod wrażeniem! Podobno trzeba cieszyć się z drobnych rzeczy 😉

Coco - Miguel
Miguel dostanie cenną lekcję życiowych wartości.
Źródło: filmweb.pl

Jako wielbiciel animacji jestem zobligowany stwierdzić, że „Coco” to obraz tak dobry, jak mało który dotąd powstały. Nie potrafię spojrzeć na niego obiektywnym okiem widza przeciętnie podchodzącego do tego gatunku. Jestem jednak pewien, że jeśli zastanawiacie się, czy warto poświęcić dwie godziny swojego wolnego czasu akurat na ten tytuł, to zdecydowanie powinniście już teraz zakupić bilety i ruszać. Bowiem jeśli „Coco” nie przypadnie komuś do gustu, to jeszcze długo przyjdzie poczekać na produkcję na wyższym poziomie.

Moja ocena: 9/10

„Listy do M. 3” – O nietypowo romantycznych świętach raz jeszcze

Kury znoszącej złote jaja podobno się nie pozbywa. Prawdopodobnie właśnie z takim założeniem wychodzą twórcy jednej z najbardziej kasowych polskich serii filmowych ostatnich lat. „Listy do M.” z 2011 roku zostały bardzo ciepło przyjęte i szybko stały się naszym szlagierowym odpowiednikiem na kultowe brytyjskie „Love Actually”, które uchodzi za coroczny must-watch zaraz obok przygód Kevina pozostawionego samego w domu. Nie da się zanegować tego, że polska świąteczna produkcja garściami czerpała inspiracje od wspomnianego filmu zza granicy. Jednak tylko nieliczni widzowie lub krytycy mieli z tym problem, bo każdy, kto zdecydował się na seans z czystą kartą, szybko stwierdził, że był to tytuł wyjątkowo udany jak na polski rynek komedii romantycznych.

Listy do M. 3

Kwestią czasu była kontynuacja, której zrealizowanie zajęło cztery lata. W drugiej części „Listów do M.” powróciły te same postacie, które polubiliśmy za pierwszym razem, a ich świąteczno-miłośne wątki zostały jeszcze bardziej zgłębione. I choć opinie były nieco mniej przychylne, to wciąż Polakom podobało się to, co na wielkim ekranie zobaczyli. Dobrze jest mieć świadomość, że i my mamy naszą własną bożonarodzeniową produkcję, która wcale nie zahacza o stereotypowy kicz lub tandetę.

Liczebność widzów w kinach była na tyle zadowalająca, że w tym roku na ekrany weszły „Listy do M. 3”, a już po pierwszym weekendzie jestem w stanie stwierdzić, że finansowy sukces zostanie powtórzony. Całkiem łebscy goście wpadli na pomysł, aby premierę filmu wyznaczyć na dzień przed świętem 11-ego listopada wypadającym w sobotę i następującą po nim wolną niedzielą.

 

Sale kinowe były wypchane po brzegi, mimo że film jeszcze na długo przed premierą musiał borykać się z problemem obsadowym. Choć część znanych nam postaci powraca i ich losy dalej są opowiadane, to zdecydowanie brakuje nam paru osób, które tworzyły nierozerwalny skład pierwszych dwóch części. Przede wszystkim porzucono wątek Macieja Stuhra i Romy Gąsiorowskiej, a co za tym idzie – zabrakło ich filmowego syna Kostka granego przez Kubę Jankiewicza. Nie zobaczymy również Małgorzaty Kożuchowskiej, Macieja Zakościelnego, Katarzyny Zielińskiej, Pawła Małaszyńskiego czy nastoletniej Julii Wróblewskiej. Jak widać – skład mocno się okroił, a wymienieni tutaj to wciąż nie wszyscy brakujący.

Oczywiście postarano się o to, aby na ich miejsce wskoczyli inni aktorzy, którzy wcielili się w zupełnie nowe postacie, co zapewnić miało świeżość i uniknięcie monotonni związanej z tymi samym twarzami po raz trzeci. Czy to zagrało – trudno stwierdzić. Przede wszystkim czuć brak Mikołaja, Doris i Kostka, którzy odgrywali funkcję niemal głównych bohaterów poprzednich odsłon. Przez to nie do końca mamy świadomość, że to wciąż ta sama seria filmów, pomimo paru znanych postaci, które faktycznie jeszcze znalazły swoje miejsce w produkcji. Należą do nich przede wszystkim Mel odgrywany przez Tomasza Karolaka, jego syn Kazik (Mateusz Winek), a także stare dobre małżeństwo Kariny (Agnieszka Dygant) i Szczepana (Piotr Adamczyk).

Listy do M. 3 - Mel i Kazik
Wątek Mela i Kazika jest chyba najciekawszym spośród wszystkich w nowej odsłonie serii.
Źródło: filmweb.pl

Pośród wielkich nieobecnych i wielkich powracających mamy także nowych, których kreacje dopiero zostają nam przedstawione. Tak oto rolę radiowca przejmuje Magdalena Różczka będąca Karoliną, a uczucia wobec niej wiąże Gibon grany przez Borysa Szyca. Pojawia się wątek młodych zakochanych od pierwszego wejrzenia, którzy przedstawiani są przez Katarzynę Zawadzką (Zuza) oraz Filipa Pławika (Rafał). I prawdopodobnie jednym z najważniejszych jest Andrzej Grabowski, który pojawia się w wątku Mela i młodego Kazika. Wymienić można by jeszcze co najmniej kilka innych osób, które faktycznie mają spory udział w fabule. Łatwo zauważalne jest jedno – produkcja kipi od licznej obsady, co z jednej strony wprowadza wiele ciekawych wydarzeń rozłożonych na każdą z postaci, ale także momentami przytłacza. Widz przynajmniej raz będzie musiał mocniej pomyśleć nad powiązaniem faktów lub rozgryzaniem korelacji między bohaterami, bo najzwyczajniej jest ich aż tylu, że trudno spamiętać wszystkie drzewa genealogiczne.

Listy do M. 3 - Czarek
Jedną z moich ulubionych nowych postaci jest ta zagrana przez Andrzeja Grabowskiego.
Źródło: filmweb.pl

Założenia i przebieg „Listów do M. 3” zdecydowanie nie różnią się od poprzednich odsłon cyklu. Ponownie zostajemy wrzuceni prosto w wigilię Bożego Narodzenia, gdzie do tego magicznego czasu w roku przygotowują się wszyscy starzy i nowi bohaterowie. Każdy jednak boryka się z własnymi problemami, w których przeważającą częścią są miłosne rozterki lub próby naprawienia więzi rodzinnych. Tak jak w poprzednich latach, tak i tutaj przedstawionych zostaje nam parę różnych wątków, które na zmianę śledzimy. Raz podziwiamy, jak wiecznie przebrany za świętego Mikołaja Mel udaje się na poszukiwanie własnego ojca z dala od Warszawy, po czym przychodzi moment przyglądania się kryzysowi wieku średniego u państwa Lisieckich. W to wszystko wplątane zostają jeszcze zauroczenia młodych ludzi, z których on ma złote i szlachetne serce, a ona od lat jest już w związku. Nie można zapomnieć także o Wojciechu, który odczuwając samotność po stracie żony (i dziwnym zniknięciu adoptowanej córki, czego do tej pory nie rozumiem), zatrudnia panią Agatę jako pomoc domową, co również następnie przeradza się w nieoczekiwany ciąg zdarzeń.

Listy do M. 3 - Wojciech
Wojciech dostanie porządną lekcję życia od… małej dziewczynki.
Źródło: filmweb.pl

Nie jestem pewien, czy przytoczyłem zarysy wszystkich wątków tej części „Listów do M.”, jako że dzieje się w nich naprawdę sporo, a liczba postaci wcale nie ułatwia sprawy, ale najważniejsze jest to, aby podkreślić formę fabularną owej produkcji. Przez pierwszą część filmu śledzimy kolejne poczynania bohaterów, które ostatecznie prowadzą do punktu kulminacyjnego każdej z opowiadanych historii. Jak nie trudno się domyślić – kiedy przedstawiany jest motyw miłośny, to najprawdopodobniej dojdzie do przykrych doświadczeń sercowych, a gdy mowa o rodzinnych relacjach, to te po prostu jeszcze bardziej się pogarszają. Wszystko po to, aby wywołać w nas poczucie smutku, żalu i rozpaczy względem tragicznych bohaterów. Jednak świadomy widz wie, że za chwilę i tak przyjdzie czas na zwroty akcji, które polepszą sytuacje większości postaci. Nie serwuję tu żadnych spoilerów – to po prostu odwieczna forma komedii romantycznych, która wałkowana jest nieprzerwanie na różne sposoby i jak się okazuje – wciąż może być dobrze realizowana i cieszyć się zainteresowaniem.

Listy do M. 3 - Karina i Szczepan
Starość nie radość. Czy małżeństwo Lisieckich da się jeszcze naprawić?
Źródło: filmweb.pl

„Listy do M. 3” są filmem skierowanym do tych, którym przypadły do gustu poprzednie części. Wątpię, aby osoby zdystansowane do jedynki i dwójki nagle doznały niesamowitej satysfakcji płynącej z oglądania najnowszej odsłony. Obraz świąt i życia poszczególnych bohaterów są ukazane dokładnie tak samo, jak poprzednio. Z grubsza wszystko jest przerysowane na tyle, aby odpowiadało amerykańskim standardom Bożego Narodzenia. To znaczy, że wokół jest pełno choinek, światełek i innych dekoracji. Dosłownie w każdym ujęciu znajdziemy coś o świątecznym motywie. I skąd, nie jest to żadne zażalenie, bo w końcu ma to być typowa komedia na ten czas w roku. Jednak chodzi o samo przerysowanie naszej rzeczywistości. Również pod względem wydarzeń, które przytrafiają się bohaterom filmu. Nie dałbym ręki uciąć, że podobne koleje losu mogą zdarzyć się komukolwiek. Cudowne odnalezienie ojca po wielu latach jego nieobecności? Momentalne porzucenie długotrwałego związku na rzecz faceta poznanego jeszcze tego samego dnia? Albo miłość względem człowieka, którego nigdy się nie widziało i zaledwie raz usłyszało przez radio?

Listy do M. 3 - Karolina
Rolę spikera radiowego przejmuje tym razem poszukująca miłości Karolina.
Źródło: filmweb.pl

To wszystko ma prawo wydarzyć się w świecie „Listów do M.”, ale nie do końca w otaczającej nas rzeczywistości. Nie wpływa to jednak na sam odbiór filmu i jego ocenę. Przynajmniej w moim przypadku. Z komediami romantycznymi, a już w ogóle o zabarwieniu świąteczny, już tak jest, że mają odwoływać się do wyjątkowej grudniowej magii, która pozwala na wszystko. Mamy zostać niemal spoliczkowani emocjonalną falą zauroczenia, następnie smutku, a jeszcze później kompletnego wzruszenia. Udając się do kina na filmy tego typu nie możemy oczekiwać rewolucji gatunkowych, a wyciskacza najbardziej podstawowych ludzkich uczuć. Twórcy tego typu produkcji chcą po prostu, aby wychodząc z sal kinowych w naszych głowach pojawiły się przemyślenia pokroju „Jak to dobrze, że ja też znalazłem/am swoją miłość życia”, gdy wychodzimy z drugą połówką, lub „Te święta będą wyjątkowe i też kogoś poznam” podczas bycia singlem. Właśnie dlatego tak kurczowo praktykowane są happy endy.

Listy do M. 3 - Zuza i Rafał
Czy wymiana spojrzeń w warszawskim metrze może być początkiem prawdziwej miłości?
Źródło: filmweb.pl

Czy polecam wybranie się do kina na jeden z licznych seansów „Listów do M. 3”? Jak najbardziej. Jestem nawet w stanie stwierdzić, że każdy powinien to zrobić. Tym bardziej teraz, gdy przedświąteczna atmosfera wyodrębnia się wokół nas coraz bardziej. Film ten jeszcze mocniej nastroi nas na grudniowe świętowanie, a przy okazji odpręży i dostarczy przyjemnej, niezbyt ambitnej, ale zadowalającej rozrywki. Osoby, które polubiły poprzednie części na pewno wyjdą z kina usatysfakcjonowane. Co do innych nie mam już takiej pewnością, ale kultowy status „Listów do M.” sprawia, że to jedna z najważniejszych pozycji w polskich kinach tej końcówki roku. I niech Was nie odstrasza Karolak lub Adamczyk. Choć są to twarze obecne gdzie tylko się da, to wypadają co najmniej przyzwoicie.

Trzecie część jest inna od poprzednich, to na pewno. Ale niespodziewanego sukcesu części pierwszej nic już nie powtórzy, a wręcz depresyjnego klimatu kontynuacji lepiej nie powielać. Przyszła pora na nowe podejście do świątecznego klasyku polskiego kina, które ostatecznie wypada po prostu dobrze.

Moja ocena: 7/10

Wysyp (nie)horrorów, czyli na co do kina w Halloween?

Kinowy repertuar ostatnich trzech miesięcy roku od lat wygląda bardzo specyficznie. Nie potrzeba nadludzkich umiejętności detektywistycznych pokroju tych, jakie posiadał Sherlock Holmes, aby zauważyć, że w tym czasie wyróżnić można dwa ciekawe etapy. Najpierw to, co obecnie nam bliższe, czyli październik. Z racji Halloween, które odbywa się ostatniego dnia tego miesiąca, kina świadczą bogatszą ofertę thrillerów i horrorów, co pozostaje oczywiście logiczne. Taka jest już specyfika tego coraz popularniejszego święta. Jednak gdy szał na dynie, duchy i wiedźmy minie, a tym samym rozpocznie się listopad, na wielkie ekrany zaczynają trafiać premiery około-świąteczne. Choć wówczas do Bożego Narodzenia pozostaje jakieś półtorej miesiąca, to produkcje animowane, rodzinne lub romantyczne z zabarwieniem grudniowej magii wstrzeliwują się do kin jak najszybciej tylko mogą.

Halloween w kinie

Porzućmy jednak rozważania na temat świąt, choć nie ukrywam, że bardzo bym chciał, aby były bliżej. Na to przyjdzie czas, a teraz, póki za oknem o godzinie 16 jeszcze jest widno, a na ziemi leżą pomarańczowe liście zamiast białego puchu, skupmy się na halloweenowym repertuarze kinowym. Po raz kolejny jest on zasobny w mniej, jak i bardziej interesujące tytuły, z których niektórych grzech byłoby nie zobaczyć.

Sugerując się spisami premier polskich multipleksów, przygotowałem parę propozycji (dla Was i po części też dla siebie) na spędzenie ostatniego wieczoru października. A warto zrobić to wyjątkowo, bo w sumie następny dzień i tak jest wolny od szkoły, uczelni i pracy.


„Linia życia”

W kinach od: 29 września
Gatunek: Horror, Sci-fi
Reżyseria: Niels Arden Oplev

Kto interesuje się dreszczowcami bardziej niż przeciętny odwiedzający kino mógł już widzieć tę produkcję, a na pewno o niej słyszeć. Premiera odbyła się parę tygodni temu, jednak „Linia życia” duńskiego reżysera z pewnością będzie grana na wielkich ekranach co najmniej do Halloween, jako że odpowiednio do tego się nadaje. W końcu wystarczy, że zaliczana jest do grona horrorów, a po dotychczasowych ocenach sądząc – zawsze mogło być gorzej. Nie muszę chyba uświadamiać, jak surowi są widzowie względem tego typu filmów.

Obraz jest remakiem horroru pod tym samym tytułem z 1990 roku, co najwidoczniej okazało się być już na tyle odległym czasem, że przyszła pora na opowiedzenie historii kilku studentów na nowo. Dostosowując film na współczesne realia (nie tylko bezpośrednio w fabule, ale i realizacyjnie), po raz kolejny ukazano kinomanom, jak grupa młodych osób kształcących się w medycynie postanawia przeprowadzić ryzykowne eksperymenty oscylujące wokół śmierci klinicznej. Jak można się domyślać, zauważając realne powodzenie zabiegów, stale idą o krok naprzód, co w pewnym momencie wywołuje niekontrolowane doświadczenia, jakich nikt nigdy nie chciałby przeżyć. A wszystko to dzięki zatrzymywaniu akcji serca, co pozwala na tymczasowe wtargnięcia do świata umarłych.

Halloween w kinie - Linia życia
Przeprowadźmy eksperyment ze śmiercią kliniczną. Nic złego stać się nie może!
Źródło: filmweb.pl

Mimo tego, że „Linia życia” od dawna jest już wyświetlana w kinach, wciąż nie udało mi się na nią wybrać. A opis naprawdę mnie zainteresował. Zagadnienie śmierci klinicznej uważam za wyjątkowo interesujące nie tylko z perspektywy filmowej, ale i każdej innej możliwej. Stąd też podejrzewam, że w końcu złamię się i nabędę bilet na tę niemal dwugodzinną produkcję. Widzę spory potencjał, jednak czytając opinie i oceny w sieci – prawdopodobnie nieco niewykorzystany. Ale lepiej wyrobić własne zdanie.


„Krucyfiks”

W kinach od: 13 października
Gatunek: Horror
Reżyseria: Xavier Gens

„Annabelle” i „Obecność” są aktualnie uznawane za najlepsze horrory ostatnich kilku lat. Trudno się z tym nie zgodzić, choć nie sądzę, aby było to wielkie wyróżnienie. Poziom współczesnych filmów grozy zdecydowanie spadł w porównaniu do tytułów uznawanych już za klasykę. Trzeba jednak pogodzić się z tym, co mamy, tak więc w okresie tegorocznego Halloween rozważyć można także seans najnowszego tytułu pochodzącego od twórców przywołanych przed chwilą dwóch filmów. Ci postanowili sięgnąć tym razem po motyw dość popularny i jakby nie patrzeć – oklepany. Nie da się inaczej nazwać tematyk opętań i chrześcijaństwa, które w dreszczowcach są już czymś na porządku dziennym.

„Krucyfiks” nie odstaje od tego utartego szlaku i jako któryś z kolei horror opowiada swoją wersję tego, jak wyglądają diabelskie obłędy u niczego niewinnych osób, a w przeciągu całego seansu co najmniej raz sięga się po pomoc duchownego, który za pomocą krzyża i wody święconej chce wystraszyć demona. A tak, wróć… Czyli jednak nie jest to nowa wersja tego motywu, tylko dalej wałkowanie tego samego.

Halloween w kinie - Krucyfiks
Twórcy „Obecności” proponują nam motyw opętania po raz enty w historii kina.
Źródło: filmweb.pl

Głównym bohaterem obrazu jest ksiądz, który zostaje pozbawiony wolności i trafia za kratki. Przyczyną tak radykalnego posunięcia jest obwinianie go o śmierć jednej z zakonnic, która stała się ofiarą opętania. Ten, choć miał jej pomóc wyzbyć się złych mocy, potencjalnie sprawił, że kobieta zginęła. Więc co takiego oglądamy na ekranie przez półtorej godziny? Oczywiście to, jak w rzeczywistości wyglądał cały przebieg wydarzeń i jak zakończą się losy duchownego. A to okraszone zostaje ciemnościami, nagłymi i doniosłymi krzykami lub słabymi jumpscare’ami. Niewiele tu innowacji dla gatunku.

Zaś zwiastun filmu nominuję do tytułu najgorszego trailera tego roku. Zaraz obok „Mamusiek mających wychodne”.


„Potworna rodzinka”

W kinach od: 20 października
Gatunek: Animacja, komedia
Reżyseria: Holger Tappe

W porządku, bądźmy szczerzy – nie samymi horrorami człowiek żyje. Choć z pewnością mają one szerokie grono miłośników, to przecież Halloween nie jest okazją do obejrzenia jedynie naprawdę poważnych i przerażających produkcji o opętaniach, morderstwach i wszystkim co obrzydliwe. Może nawet lepiej poświęcić nieco czasu na coś bardziej… kolorowego, przyjaznego, zabawnego i rodzinnego?

Jeśli Waszym zdaniem również ma to sens, to jedną z najnowszych ofert kin jest komediowa animacja „Potworna rodzinka”, w której (jak sam tytuł mówi) zastaniemy wiele znanych nam halloweenowych stworów jako głównych bohaterów. Cóż, przynajmniej przez większość czasu seansu tak będzie, ale jednak nie od samego początku. A to dlatego, że akcja zaczyna się od poznania zwykłej amerykańskiej familii, która jednak nie jest aż tak szczęśliwa, jak mogłoby być. Rodzice są pracoholikami, nastolatka przeżywa buntowniczy okres, a najmłodszy podopieczny ma typowe szkolne problemy. Każdy z nich boryka się z trudnościami, a nawet niełatwo znaleźć jest czas, aby wspólnie wzmocnić rodzinne więzi, które coraz bardziej słabną. Wszystko jednak zmienia się, gdy przychodzi Halloween, a Fay – wspomniana buntowniczka, postanawia zabrać wszystkich na bal kostiumowy pomimo braku zapału u pozostałych domowników. To wtedy miejsce ma przełomowy i wyjątkowo magiczny moment, jako że za sprawą tajemniczego zaklęcia, każdy członek rodzinki przebrany za jakiegoś potwora autentycznie się nim staje.

Halloween w kinie - Potworna rodzinka
Gdy rodzina ma mało czasu dla siebie, z odsieczą przychodzi czarna magia!
Źródło: filmweb.pl

Ojciec staje się monstrum Frankensteina, matka wampirzycą, nastolatka mumią, a najmłodszy wilkołakiem. Jak można się domyślić, niecodzienne zjawisko przyniesie ze sobą wiele komicznych sytuacji, których oglądanie na wielkim ekranie z pewnością będzie skutkować miło spędzonym czasem. Jak to zwykle z animacjami tego typu bywa – nie ma co liczyć na kino najwyższych lotów, ale dobra rozrywka jest gwarantowana!


„Między nami wampirami”

W kinach od: 27 października
Gatunek: Animacja, fantasy, komedia
Reżyseria: Richard Claus, Karsten Kiilerich

Jeden film dla całej rodziny z okazji Halloween to zdecydowanie za mało. Stąd też na wielkie ekrany trafia kolejna pełnometrażowa animacja, która jednak w starciu ze wspomnianą przed chwilą „Potworną rodzinką” prawdopodobnie nie ma większych szans na odniesienie wyraźniejszego sukcesu. To jednak tylko moje odczucia nabyte podczas przyglądania się zwiastunom i materiałom promocyjnym obu tytułów. Kto wie, może rzeczywistość będzie zupełnie inna?

W „Między nami wampirami” zostajemy wrzuceni do świata, w którym stwory wysysające ludzką krew są na porządku dziennym. Oczywiście nie dosłownie, jako że na słońce wyjść nie mogą, ale wiadomo o co chodzi. I tak oto podczas jednej z wycieczek młody Tony zupełnym przypadkiem natrafia na jednego z reprezentantów rasy wampirów. Los chciał, że obaj chłopcy są w podobnym wieku i szybko nawiązują ze sobą dobry kontakt. Dzięki temu rodzi się między nimi coraz silniejsza więź koleżeńska, co jednak nie wróży nic dobrego dla żadnej ze stron. Czy to ludzkiej, czy wampirzej.

Halloween w kinie - Między nami wampirami
Co złego może wyniknąć z przyjaźni człowieka z wampirem?
Źródło: filmweb.pl

Przyglądając się dotychczasowym poczynaniom dwójki reżyserów, nie trudno zauważyć, że do tej pory odpowiedzialni byli raczej za mało znane produkcje niepotrafiące dostatecznie się wybić. Cóż, z ich najnowszą animacją może być podobnie. Mimo tego, że Claus ewidentnie specjalizuje się w tematyce wampirów i innych potworów, a Kiilerich ma już na koncie trzy filmy rysunkowe. Jeśli decyzja miałaby należeć do mnie, to w animowanej batalii wybrałbym stronę „Potwornej rodzinki”, która wygląda na pewniejszą produkcję o dużo lepszej jakości.


„Piła: Dziedzictwo”

W kinach od: 27 października
Gatunek: Horror
Reżyseria: Michael Spierig, Peter Spierig

Aż siedem części tej filmowej serii powstało do tej pory, z czego ja osobiście widziałem bodajże trzy pierwsze. I to na tyle, że świetnie pamiętam wyłącznie „jedynkę”, a kolejne jak przez mgłę. Im większa była liczba przy tytule, tym mniej interesowałem się seansem tego (mimo wszystko) kultowego cyklu horrorów. Jak widać, „Piła” zdążyła już tak mocno zakorzenić się w światowej popkulturze, że nie prędko zostanie porzucona przez hollywoodzki świat. Stąd też kolejne podejście do niezwykle brutalnej i swego czasu przełomowej serii, a jak sam podtytuł sugeruje – prawdopodobnie wrócimy do korzeni.

Jak będzie w rzeczywistości, to się okaże, jednak twórcy tuż przed premierą wiele zapewniają, co tylko podsyca niecierpliwość u zainteresowanych nową odsłoną dreszczowca, a u tych bardziej sceptycznych potęguje zdystansowanie. Nie zmienia to faktu, że „Piła: Dziedzictwo” prawdopodobnie zostanie numerem jeden tegorocznego Halloween, jako że seria przez lata wyrobiła sobie dostatecznie odpowiednią renomę.

Sam film ma rozpocząć się z przytupem, jako że od razu zostaniemy skonfrontowani ze zjawiskiem licznych morderstwa na terenie amerykańskiego miasta. W różnych miejscach odnajdywane zostają ciała ofiar poddanych nieludzkim i przerażającym sytuacjom zakończonym tragediami. Zajmujące się tą sprawą siły porządkowe szybko odkrywają, że nie są to przypadkowe i niepowiązane ze sobą zgony, po czym przystępują do poszukiwania psychopatycznego sprawcy. Wszystkie zbierane dowody i poszlaki wskazują tylko na jednego winowajcę – nieżyjącego już Johna Kramera znanego lepiej jako Jigsaw.

Halloween w kinie - Piła: Dziedzictwo
Gra na śmierć i życie ponownie się rozpoczyna.
Źródło: filmweb.pl

Czego można być pewnym wybierając się na „Piłę: Dziedzictwo”? Prawdopodobnie średnio rozwiniętej fabuły, która będzie zaledwie tłem dla licznych okoliczności, w których znajdą się potencjalne ofiary mordercy. Ponownie najważniejsza będzie gra psychologiczna, brutalność i napięcie spowodowane ograniczonym czasem bohaterów na uratowanie siebie bądź innych. W skrócie pisząc – wszystko to, z czego słynie seria. Pytanie jednak brzmi, czy jest to odgrzewany kotlet, czy może choć lekki powiew świeżości?


„A Ghost Story”

W kinach od: 27 października
Gatunek: Dramat, fantasy, romans
Reżyseria: David Lowery

Półtorej godzinna produkcja od realizatora disneyowskiego „Mojego przyjaciela smoka” to jedna z dwóch pozycji na tej liście, na którą czekam z zapartym tchem. Żaden z powyższych filmów nie zainteresował mnie tak bardzo, jak opisywane właśnie „A Ghost Story” oraz ostatni tytuł nieco niżej. Skąd taka ciekawość związana akurat z tym obrazem? Prawdopodobnie z kilku przyczyn. Przede wszystkim sam zarys fabularny i kategorie filmowe, do jakich przydzielona została produkcja, napawają mnie niemałą nadzieją na naprawdę przyjemny i niebłahy seans. W zalewie poważnych horrorów wypełnionych napięciem, sympatycznie będzie zasiąść w kinowym fotelu i obejrzeć dramat fantasy o zabarwieniu miłosnym. Tym bardziej, że grają tutaj nikt inny, jak Casey Affleck, którego uwielbiam między innymi za tegoroczne „Manchester by the Sea”, a także Rooney Mara, która zasłynęła przede wszystkim z głównej roli w kultowej „Dziewczynie z tatuażem”. Jest interesujący gatunek filmowy, jest niezawodna obsada, co jeszcze?

Tak jak wspomniałem – fabuła. Ta, na pierwszy rzut oka (a raczej po pierwszym przeczytaniu jej zarysu) może nie powalać. Szczególnie, gdy posiłkujemy się jednym zdaniem zamieszczonym na portalach typu Filmweb lub IMDb. Jednak z drugiej strony ma to swój urok pod kątem tajemnicy i niewiadomej co do bardziej szczegółowego przebiegu filmu. A opowiada on o pewnym małżeństwie, w którym dochodzi do największej możliwej tragedii. Umiera mężczyzna przedstawiany jako C, co doprowadza jego żonę M do rozpaczy i żałoby. Po pewnym czasie, pod postacią ducha, zmarły mąż powraca do swojego rodzinnego domu i próbuje nawiązać kontakt z pogrążoną w smutku ukochaną.

Halloween w kinie - A Ghost Story
Dramat romantyczny z duchem w roli głównej. Co powiecie na to?
Źródło: imdb.com

Wynika z tego niewiele, co tylko jeszcze bardziej sprawia, że mam ochotę jak najprędzej udać się do kina na ten seans. Dotychczasowy dorobek dwóch głównych aktorów pokazuje, że pod względem obsadowym nie można mieć żadnych obaw. Teraz pozostaje tylko sprawdzenie tego, jak zrealizowany został film pod względem fabularnym i audiowizualnym. A czuję, że może to być naprawdę ponadprzeciętne kino dla każdego.


„Śmierć nadejdzie dziś”

W kinach od: 27 października
Gatunek: Horror
Reżyseria: Christopher Landon

Ostatnia halloweenowa propozycja kinowa to produkcja, która zaciekawiła mnie najbardziej spośród wszystkich tutaj wymienionych. A dowiedziałem się o niej ze zwiastuna przed jednym z seansów w kinie. I tak na dobrą sprawę, ów trailer jest jedynym materiałem promocyjnym (wyłączając plakat), który widziałem. Do tej chwili, oczywiście, bo potrzebowałem paru dodatkowych informacji, aby móc Wam przedstawić ten horror. Jednak już na kilka dni przed premierą czekałem na niego z niemałą niecierpliwością, bo choć może okazać się typowym średniakiem, to jednak fabularnie bardzo zachęca do odwiedzenia sali kinowej.

Główną bohaterką filmu jest Tree Gelbman, którą poznajemy przy porannym budzeniu się w dniu swoich urodzin. Teoretycznie powinien być to jeden z najprzyjemniejszych dni w całym roku, jednak miejsce ma pewne wręcz niemożliwe zdarzenie sprawiające, że kobieta swój jubileusz obchodzi… w nieskończoność. Za każdym razem wygląda to tak samo. Budzi się w tym samym miejscu, dokładnie tego samego dnia, a po kilku godzinach zostaje zamordowana przez tajemniczego psychopatę w humorystycznej masce. Nieważne, co robiłaby pomiędzy pobudką a śmiercią – ten dzień zawsze kończy się tak samo. Oznacza to, że Tree trafia do błędnego koła, z którego teoretycznie nie ma ucieczki. Cały czas doświadczać musi swojej własnej śmierci. W kółko, dzień w dzień. Jak jednak dowiadujemy się choćby w samym zwiastunie – istnieje drobna nadzieja na wyjście z pętli. Tree musi odnaleźć mordercę nim ten odnajdzie ją.

Halloween w kinie - Śmierć nadejdzie dziś
Czego życzyć osobie, która nie może uciec od własnej śmierci?
Źródło: filmweb.pl

Co sądzicie? Warto zobaczyć? Nie jestem specjalistą w kwestii horrorów, ale prawdopodobnie podobny motyw fabularny w kinie pojawił się już wcześniej niejednokrotnie. Niemniej jednak nie miałem okazji go zobaczyć w takiej formie, jaką proponuje „Śmierć nadejdzie dziś”, dlatego koniecznie  się skuszę. W roli reżysera znalazł się Christopher Landon, który odpowiedzialny jest za cztery części „Paranormal Activity” (od 2 do 5), więc pewnego doświadczenia w tym gatunku już nabrał. Oby co najmniej przyzwoitego!

„Thor: Ragnarok” – Szukając swego ja we wszechświecie

Po raz pierwszy w życiu odczuwam niepohamowaną ochotę na obejrzenie w kinie jakiegoś filmu po raz drugi. Nigdy mi się to nie zdarzyło, ale teraz jestem przekonany, że nim „Thor: Ragnarok” zostanie zdjęty z wielkich ekranów w naszym kraju, zobaczę go ponownie. Panie i panowie, najnowsza wysokobudżetowa produkcja Marvel Studios przełamuje grube lody serii o Bogu Piorunów!

Thor: Ragnarok - recenzja

Ci, którzy na bieżąco śledzą kinowe uniwersum superbohaterów lub sukcesywnie nadrabiają zaległości w tej tematyce, na pewno zetknęli się już z dwoma solowymi tytułami o Thorze. Oba, choć jeśli chodzi o kino science-fiction pozostają dobre, to jednak nie zachwyciły większości widzów. Oczekiwano od nich więcej, a otrzymaliśmy produkcje bardziej przeciętne niż wciskające w fotel. O ile pierwsza odsłona z 2011 roku była ciekawym i przyjemnym przedstawieniem postaci oraz nakreśleniem jej kreacji, o tyle w „Mrocznym świecie” niestety nie wykorzystano potencjału drzemiącego w komiksowym bohaterze. Mimo tego, że predyspozycje do świetnego filmu były na wyciągnięcie ręki.

Teraz, gdy jestem już po seansie „Ragnaroka”, lubię wmawiać sobie, że dwie poprzednie produkcje o Thorze specjalnie nieco zaniżały poziom kinowego uniwersum Marvela tylko po to, aby trylogia zakończyła się fenomenalnym, widowiskowym i doskonałym w każdym detalu obrazem. Nie, nie piszę tego będąc wciąż oszołomiony po rychłym wyjściu z kina. Zdążyłem już ochłonąć, a wciąż nie potrafię wyjść z podziwu dla tych dwóch godzin, które spędziłem w samym środku sali kinowej.

Pech, z jakim mierzyła się seria o nordyckim bogu, zmusiła włodarzy filmowego studia Marvela do eksperymentowania z reżyserami odpowiedzialnymi za każdą z kontynuacji przygód herosa. Szybko zrezygnowano z Kennetha Branagha, spod którego skrzydeł sześć lat temu ukazała się origin story o Thorze. Postawiono wówczas na Alana Taylora, który o ile z kręceniem odcinków „Gry o tron” nie ma najmniejszego problemu, o tyle nie wykazał się na planie „Mrocznego świata” i zawiódł oczekiwania. Aż cztery lata musiały minąć, nim doczekaliśmy się wisienki na nordyckim torcie. Ciężkie brzemię przejął Nowozelandczyk Taika Waititi będący wciąż aktywnym aktorem i stale rozwijającym się reżyserem. Na miesiące przed premierą „Thora: Ragnaroka” można było mieć pewne obawy co do tego, jak poradzi sobie z zawieszoną wysoko poprzeczką przez zawiedzionych poprzednimi częściami fanów, jak i wszystkie pozostałe marvelowskie ekranizacje. Teraz jednak najszczerzej gratuluję i dziękuję za ten wybór.

Thor: Ragnarok - Thor
Blond Bóg Piorunów powraca w swoje rodzinne strony.
Źródło: filmweb.pl

Już materiały promocyjne na długi czas przed październikową premierą nie ukrywały, że najnowszy film o Thorze będzie posiadał bardzo wyjątkowy klimat, a co najważniejsze – odmienny od „jedynki” i „Mrocznego świata”. Postawiono tutaj na coś, co określa się jako psychodelię i motyw lat osiemdziesiątych. Zgadzali się z tym sami twórcy, którzy również podkreślali, że jest to swoisty ukłon w stronę wieloletnich prac rysownika Jacka Kirby’ego – legendarnego już w swoim kręgu twórcę wielu komiksowych bohaterów, w tym samego Thora.

Oglądając „Ragnarok” nie da się temu zaprzeczyć. Miłośnicy rysunkowych przygód sprzed dekad na pewno od razu zauważą liczne nawiązania do ówczesnej stylistyki i klimatu powstałych zeszytów, a jeśli ktoś nie miał z nimi bliższej styczności – i tak spostrzeże i najprawdopodobniej doceni wyjątkowość wizjonerstwa Waititiego. To, że udało mu się przenieść kolorowe, różnokształtne i nietypowe cechy świata przedstawionego z papieru na ekran, zasługuje na niemały szacunek nie tylko widzów, ale i osób na co dzień siedzących w jego branży.

Thor: Ragnarok - Statek
Nie ma co liczyć na spokojne odpoczywanie po ratowaniu Ziemi. Asgard też jest zagrożony.
Źródło: filmweb.pl

I tak też chyba jest. Nie tylko ja jestem oczarowany widowiskiem, jako że pozytywne recenzje na jego temat (czy to w sieci, czy w starszych mediach tematycznych) sypią się jak z rękawa i trzeba niemałych starań, aby znaleźć bardziej sensowe i uargumentowane opinie działające na niekorzyść produkcji. Wielu twierdziło, że wyciągnięcie serii o Thorze z głębokiego padołu, w którym znalazła się po „Mrocznym świecie”, będzie zadaniem niewykonalnym. Tymczasem widzowie nie skąpią słów uznania, a krytycy filmowi oraz znawcy dziedziny głośno stwierdzają, że z perspektywy rozrywkowych blockbusterów dokonano czegoś, czego w kinie jeszcze nie widziano.

Zajmijmy się jednak szczegółami, od których zdarza mi się odchodzić w przypływie pozytywnych przemyśleń. Co właściwie oznacza podtytuł najnowszej produkcji Marvela? Nie będzie niczym odkrywczym stwierdzenie, że cykl filmów o Thorze, jak i sama jego postać, czerpią garściami z motywów nordyckich, gdzie od wieków przywołuje się liczne boskie persony, wśród których możemy znaleźć między innymi władcę piorunów, jego największą nemezis Lokiego, czy też Odyna będącego najwyższym spośród wszystkich bogów. Ów mityczne postacie, jak i wiele ich losów, stały się niegdyś podwalinami dla wprowadzenia nowych, komiksowych superherosów. Tak w głowach rysowników narodził się „The Mighty Thor”, a w XXI wieku nareszcie mógł zostać również godnie zekranizowany i stać się jedną z największych ikon popkultury nowego tysiąclecia.

Thor: Ragnarok - Thor i Loki
Również w „Ragnaroku” wrócimy na moment na Ziemię.
Źródło: filmweb.pl

W każdym razie ragnarok. Według nordyckich wierzeń, jest to zmierzch bogów, podczas którego do walki naprzeciwko siebie stają nadludzcy reprezentanci dobra i zła. W długiej, brutalnej wojnie na śmierć i życie unicestwiony zostaje cały boski świat, którego spopielenie ma zwiastować uwolnienie się od dotychczasowych grzechów i mankamentów obecnego świata, po czym następuje odbudowa zupełnie nowego i lepszego całkowicie od zera. Oczywiście to tylko uogólniony zarys motywu ragnaroku, jednak już samo to wprowadza niemałe zainteresowanie, prawda? I właśnie tę tematykę postanowiono przenieść na wielkie ekrany w trzeciej części przygód Thora, który tym razem staje naprzeciwko prawdopodobnie największym niebezpieczeństwom, jakie dotychczas czekały go, jak i wielu mu towarzyszących.

A trzeba pamiętać, że ma na koncie wiele bojów odbytych nie tylko w swoim rodzinnym, mitycznym Asgardzie, ale i Midgardzie (tak naszą Ziemię nazywają bogowie). Najwidoczniej wielotysięczne armie Lokiego oraz Ultrona to nic w porównaniu do tego, z czym mierzy się Thor w najnowszym filmie.

Thor: Ragnarok - Ragnarok
Gdy Hela pojawia się w Asgardzie, nikt nie jest bezpieczny.
Źródło: imdb.com

W ten oto sposób poznajemy Helę – grany przez Cate Blanchett najpotężniejszy czarny charakter, który do tej pory pojawił się w kinowym uniwersum Marvela. Według tego, co z niepokojem mówią o niej wszyscy dookoła naszego głównego bohatera, faktycznie ma być ona największą zmorą, jaka tylko może przytrafić się całemu Asgardowi. Uchodzi za niepowstrzymaną i zawsze zdobywającą to, czego pragnie. A teraz ma na celu zawładnięcie samym światem bogów, którego dotychczasowym władcą był ojciec Thora i Lokiego – Odyn. Pojawia się jednak drobny fakt, który umożliwia Heli przejście do działania, a Asgardowi zwiastuje poważne problemy. Największy z bogów, w którego wciela się sam Anthony Hopkins, zaginął już jakiś czas temu i nikt nie ma pojęcia, gdzie mógł się udać.

Tak oto Thor, który wraca jako zwycięzca z kolejnej bitwy przeciwko wrogim kreaturom, od razu zmierzyć się musi z nowym niebezpieczeństwem. Choć chciałbym nakreślić fabułę jeszcze bardziej, bo to, o czym teraz wspomniałem to zaledwie kilkanaście pierwszych minut seansu, to koniecznie muszę zważać na słowa, aby nie zdradzić Wam istotnych szczegółów fabularnych. A że ważne wydarzenia odbywają się na ekranie niemal co rusz, na tym muszę poprzestać.

Thor: Ragnarok - Loki
Film o Thorze bez Lokiego nie mógłby istnieć.
Źródło: filmweb.pl

Z czystym sumieniem gwarantuję Wam, że jest co oglądać. Mamy gościnny występ innego superbohatera poznanego już jakiś czas temu, który pomaga w odnalezieniu Odyna, stajemy się gośćmi niezwykle odległej i charakterystycznej planety Sakaar, na której rządzi wyjątkowo charyzmatyczny Arcymistrz, a potem dzieją się takie rzeczy, że aż trudno wystarczająco godnie nakreślić je słowami.

Bohaterowie filmu – to oni robią tutaj kawał dobrej roboty. Thora granego przez Chrisa Hemswortha nie muszę na pewno przedstawiać. Nie zmienił się nic (poza fryzurą w pewnym momencie seansu), bo nadal jest zapatrzony w siebie, pyszałkowaty, a do tego dysponuje potężnymi mocami i jeszcze większym potencjałem na miano najsilniejszego z Avengerów. A ten tytuł będzie pretekstem do niejednej zabawnej scenki między nim a Hulkiem. Ogromnego, zielonego potwora, a także jego ludzką wersję znaną jako Bruce Banner, gra ponownie Mark Ruffalo, który na szczęście nie zostaje zepchnięty do drugoplanowej roli mającej na celu wyłącznie zachęcić widzów do liczniejszego przybycia do kin. Hulk dostaje swoich nie pięć, a kilkanaście minut i faktycznie jest kluczowy dla całej historii. Choć pojawia się w mało spodziewanym momencie (no, chyba że oglądało się zwiastuny). Dodatkowo swój czas na ekranie bardzo dobrze wykorzystuje, bo mamy okazję poznać monstrum jeszcze bliżej, między innymi dzięki temu, że coraz śmielej używa mowy zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej. Może Hulk nie jest już tylko maszyną do rozwałki?

Thor: Ragnarok - Thor i Banner
Swój udział w przygodzie ma również Bruce Banner i jego monstrualny Hulk.
Źródło: filmweb.pl

W kolejnym filmie o Thorze nie mogłoby zabraknąć samego Lokiego, który stał się najbardziej lubianym spośród wszystkich czarnych charakterów przedstawionych dotąd w MCU. Przebiegły, sprytny i w dodatku utalentowany w boju brat Boga Piorunów dalej jest taki, jakim go zapamiętaliśmy. Potrafi sprzymierzyć się z pozytywnymi bohaterami, gdy zagrożenie również dotyka i jego, ale nigdy nie zapomina o jak najlepszym spożytkowaniu ów sojuszy na swoją korzyść. To za to cwaniactwo polubiono go już w pierwszym „Thorze”, a fakt, że Loki odgrywany jest przez genialnego Toma Hiddlestona, jeszcze pozytywniej wpływa na całą kreację.

Czym byłby jednak film superbohaterski Marvela bez wprowadzenia nowych postaci, prawda? O Heli już wspominałem, która jest tu zdecydowanie najmroczniejszą kreacją. Cate Blanchett stanęła na wysokości zadania i fantastycznie oddała tę komiksową postać swoją fenomenalną grą aktorską, własnym wyglądem i głosem potrafiącym momentami wywołać niemałe ciarki. I choć przeszłość Heli może wydawać się niezbyt odpowiednio przedstawiona, a jej złowrogie motywy dość płytkie, to jednak najważniejsze, że wszystko ma ręce i nogi, a gdy nareszcie pojawia się na ekranie (a nie tylko o niej słyszymy), to budzi podziw i szybko zgłębia się jej osobę.

Thor: Ragnarok - Hela
Sieje strach i zamęt. Hela po latach wraca do Asgardu.
Źródło: filmweb.pl

Duży plus warto postawić także obok Arcymistrza oraz Walkirii. Ten pierwszy jest wyjątkowo kolorowym, zabawnym i nieco szalonym władcą planety Sakaar, na której w pewnym momencie ląduje nasz główny bohater. To, w jaki sposób funkcjonuje owe miejsce, jest świetnym przykład na to, jak egoistyczną i zapatrzoną w siebie postacią jest filmowa kreacja Jeffa Goldbluma. Cały teren pokryty jest odpadami, po których żerują dziwaczni śmieciarze, a jedyną izolacją jest ogromny budynek dla mieszkańców z wyżej klasy, którym dowodzi sam Arcymistrz. Co równie ważne, czas pokaże, że raczej nikt na tej planecie nie posiada piątej klepki, co na pewno sami zauważycie. Sakaar to bardzo dziwne miejsce…

I to na nim urzęduje również Walkiria grana przez Tessę Thompson. Samotniczka, która poluje na ciekawe istoty i handluje nimi z Arcymistrzem, natrafia w końcu na Thora, którego życie ratuje, a następnie od razu sprzedaje. Tak dotychczas wyglądał każdy jej dzień – pojmowanie, wydawanie za pieniądze, a następnie kupowanie niezliczonej ilości alkoholu, który doprowadzał ją do niemal niekończącego się stanu upojenia. Jak na marvelowskie kino jest to postać wyjątkowo nowa, wyróżniająca się, a co za tym idzie – zapadająca w pamięci. Jednak czuję, że jest to typ, który przez jednych zostanie szybko polubiony, a przez drugich nie zdobędzie sympatii.

Thor: Ragnarok - Arcymistrz i Walkiria
Na pierwszym planie siedzi Arcymistrz – władca planety Sakaar, a za nim po lewej stoi sama Walkiria.
Źródło: filmweb.pl

Do całej obsady dorzućmy jeszcze Idrisa Elbę, który po raz kolejny przywdziewa strój Heimdalla – wartownika Asgardu. Coś jednak okazuje się być nie tak i porzuca on swoje dotychczasowe powołanie, aby skupić się na innych sprawach. Jak się okazuje – wyjątkowo ważnych. Szkoda jednak, że ciemnoskóry wojownik nie dostał nieco więcej czasu ekranowego, aby bardziej zaistnieć w boskim świecie. Już więcej scen otrzymała kolejna nowa postać w serii – Skurge. W nad wyraz pewnego siebie, ale i niezdecydowanego żołnierza wcielił się Karl Urban i pełni tu rolę zagubionego cwaniaka, który najpierw z dobrej drogi schodzi na tę złą, gdzie teoretycznie obiecuje mu się lepszą przyszłość, aby później móc nauczyć się paru życiowych lekcji.

Szeroki wachlarz komiksowych postaci przeniesionych na kinowe ekrany jest tym, co najlepsze w „Ragnaroku”. Chemia między niektórymi bohaterami, ich dialogi oraz sytuacje, w których nieraz się znajdują, sprawiają, że film nie zawiewa nudą ani przez minutę, a stale zgłębianie ich psychiki lub zachowania gwarantuje dodatkowe rozszerzenie doświadczeń w zestawieniu z całymi niemal dziesięcioma latami MCU.

Thor: Ragnarok - Heimdall
Heimdall miał spory udział w poprzednich częściach „Thora”, więc i teraz ma ważne zadanie.
Źródło: filmweb.pl

O charakterystycznym klimacie produkcji zdążyłem już wspomnieć, a jest to zdecydowanie istotny czynnik trzeciego „Thora”. Gdyby próbowano utrzymać go w poważnym, mrocznym tonie, jak usiłowano z „Mrocznym światem” (stąd też po części tytuł tamtej odsłony), to wiele rzeczy mogłoby ostatecznie nie wypalić. Tymczasem dostajemy barwne widowisko z niemałą dawką świetnego humoru. Sprzeczki między bohaterami niejednokrotnie wywołują uśmiech na twarzy, czy nawet głośniejszy śmiech. Również w sytuacjach na pozór poważnych i wyniosłych znajdzie się odpowiedni moment na rozluźnienie atmosfery. Marvel robi tak już od lat i od lat jest to sprawdzone. Dodatni humor jest już częścią charakterystyczną tych produkcji, a fakt, że jest on zawierany w bardzo mądry i przemyślany sposób, w zupełności nie odstrasza.

Thor: Ragnarok - Walkiria, Thor i Banner
Relacje z Walkirią nie zawsze układają się po myśli…
Źródło: filmweb.pl

Konkretnym atutem filmu jest także muzyka, którą nasze uszy są karmione przez dwie godziny seansu. Ścieżka dźwiękowa stworzona specjalnie na potrzeby filmu stoi na naprawdę wysokim poziomie i łączy ze sobą nie tylko klimat psychodeliczny oraz retro z lat osiemdziesiątych, ale także odpowiednio wpasowuje się w ukazywane nam scenerie oraz wydarzenia. Trudno jest mi teraz wyobrazić sobie inne dźwięki ogrywane na rozległych śmietniskach Sakaaru albo piosenkę graną podczas jednej z najbardziej efektownych scen walki w całym filmie. Mam na myśli kawałek, który zasłyszeć mogliśmy już w zwiastunie. „Immigrant Song” od Led Zeppelin jest niemal jak ideał dla koncepcji tej produkcji.

Jeśli macie ochotę przesłuchać cały oryginalny soundtrack stworzony do „Thora: Ragnaroka”, to wystarczy odpalić tę playlistę na Spotify. Warto zapoznać się z całością, która jest świetna zarówno w budowaniu klimatu przed wyjściem do kina, jak i w utrzymaniu go zaraz po powrocie z seansu.

Niełatwo jest mi wypowiadać się na temat efektów specjalnych, które zobaczyć można w nowym „Thorze”, jako że przy każdej produkcji Marvela jest już tak samo – zawsze na najwyższym poziomie technologicznym. Widać gołym okiem, że twórcy kinowego uniwersum herosów pompują w coraz to nowsze filmy ogromne pokłady finansowe, z których niezmierzona część poświęcana jest na CGI. I nic dziwnego, bo bez komputerowo wygenerowanego świata oraz efektów nie można by wydać co najmniej dobrej produkcji opartej na komiksach. Całe szczęście, że współczesne możliwości są tak szerokie, dzięki czemu możemy nacieszyć oczy projektami pokroju „Ragnaroka”. Efektowne sceny walki, eksplozje, światła, loty po galaktyce i tym podobne to już standard dzisiejszego kina.

Thor: Ragnarok - Revengers
W zespole siła!
Źródło: cinemablend.com

Co tu więcej pisać? I tak wyszło tego sporo, a chciałem jak najbardziej zawęzić swoje przemyślenia i informacje na temat produkcji. Jak widać, jej doskonałość (przynajmniej dla mnie) zupełnie mi na to nie pozwoliła. W tej chwili mogę jedynie stwierdzić, że po prostu musicie wybrać się do kina i zobaczyć to na własne oczy. Nawet, jeśli za kinem superbohaterskim nie przepadacie, bo „Thor: Ragnarok” jest czymś rewolucyjnym, co, mam nadzieję, zostanie na długo zapamiętane. Podobnego widowiska uszytego z najlepszych możliwych nici nie widzieliście i być może długo nie zobaczycie. Na tę chwilę jedyne na to szanse ma „Infinity War” w maju przyszłego roku. Ale to też będzie już zupełnie inny rodzaj kina inspirowanego komiksami…

Moja ocena: 10/10