„Czarna Pantera” – Walka o tron afrykańskiej utopii

Ten film to zupełny powiew świeżości dla kina superbohaterskiego ostatnich lat. Tak, wiem. Podobnym stwierdzeniem rzuciłem, o ile dobrze pamiętam, w przypadku „Thora: Ragnarok” w październiku zeszłego roku. Jednak tym razem seans jest zupełnie inny. W przywołanej trzeciej odsłonie solowych przygód boga piorunów swojego rodzaju wyjątkowością było ukierunkowanie się przede wszystkim w stronę humoru i nieco mniej poważne podejście do poważnego motywu, jakim był tytułowy zmierzch bogów. Było to oryginalne i z pewnością wykraczające poza to, czego pierwotnie można było oczekiwać.

Czarna Pantera - Recenzja

Po paru miesiącach przyszła pora na premierę kolejnego odcinka marvelowskiej serii wysokobudżetowych ekranizacji komiksów. Na tę zaś czekano z jeszcze większym zainteresowaniem niż na trzeciego „Thora” lub nawet „Spider-Mana: Homecoming”, który był swoistym powrotem człowieka-pająka do swojego prawowitego miejsca. Świadczą o tym choćby bilety wyprzedające się jak szalone na co najmniej kilka tygodni przed światową premierą widowiska. Na rezerwacje rzucili się dosłownie wszyscy. Przede wszystkim zamiłowani wielbiciele Marvela, ale także potężna reprezentacja Afroamerykanów.

Czytaj dalej „Czarna Pantera” – Walka o tron afrykańskiej utopii

„Coco” – O rodzinie, muzyce i przemijaniu grając na emocjach

Znowu to zrobili. Nie jest niczym zaskakującym, że każda kolejna pozycja wywodząca się spod skrzydeł amerykańskiego studia Pixar jest niecierpliwie wyczekiwana przez fanów form animowanych oraz znawców bądź miłośników kina wszelako rozumianego. Zadziałała na to wieloletnia reputacja wytwórni, która słynie ze staranności i dopieszczania każdego ze swoich dzieł. I choć sceptycy mogli przypuszczać, że fenomenalne początki z „Toy Story”, „Dawno temu w trawie” lub „Potworami i spółką” były tylko debiutancką skrupulatnością nowicjuszy wśród światowych wytwórni, to teraz po latach chyba nikt nie ma wątpliwości, że na Pixara zawsze można liczyć, bo jeśli nawet poprzeczki nie podniesie, to z pewnością ją wyrówna.

Coco - Recenzja

Nie da się również pominąć faktu, że Pixar od lat wchodzi w skład giganta, jakim jest Disney. Oczywiste jest więc, że nie są już na tyle niezależni, co wcześniej. Mimo to wciąż czuć w ich projektach tego wyjątkowego ducha, który obecny był nawet kilkanaście lat temu, gdy studio nabierało tempa. Ostatnio zauważalne są powroty do stałych tytułów w postaci kontynuacji. Rok temu dostaliśmy „Gdzie jest Dory?”, w czerwcu „Auta 3”, a na horyzoncie jest nawet druga część „Iniemamocnych”. Jednak całe szczęście, że Pixar wciąż próbuje czegoś nowego, aby nie przyszyć sobie nowej łatki tak zwanych odgrzewaczy kotletów. Ich „W głowie się nie mieści” było przyjęte co najmniej świetnie, a teraz przyszła kolej na kolejny powiew świeżości, czyli bardzo długo wyczekiwane i bogato promowane „Coco„.

Czytaj dalej „Coco” – O rodzinie, muzyce i przemijaniu grając na emocjach

„Listy do M. 3” – O nietypowo romantycznych świętach raz jeszcze

Kury znoszącej złote jaja podobno się nie pozbywa. Prawdopodobnie właśnie z takim założeniem wychodzą twórcy jednej z najbardziej kasowych polskich serii filmowych ostatnich lat. „Listy do M.” z 2011 roku zostały bardzo ciepło przyjęte i szybko stały się naszym szlagierowym odpowiednikiem na kultowe brytyjskie „Love Actually”, które uchodzi za coroczny must-watch zaraz obok przygód Kevina pozostawionego samego w domu. Nie da się zanegować tego, że polska świąteczna produkcja garściami czerpała inspiracje od wspomnianego filmu zza granicy. Jednak tylko nieliczni widzowie lub krytycy mieli z tym problem, bo każdy, kto zdecydował się na seans z czystą kartą, szybko stwierdził, że był to tytuł wyjątkowo udany jak na polski rynek komedii romantycznych.

Listy do M. 3

Kwestią czasu była kontynuacja, której zrealizowanie zajęło cztery lata. W drugiej części „Listów do M.” powróciły te same postacie, które polubiliśmy za pierwszym razem, a ich świąteczno-miłośne wątki zostały jeszcze bardziej zgłębione. I choć opinie były nieco mniej przychylne, to wciąż Polakom podobało się to, co na wielkim ekranie zobaczyli. Dobrze jest mieć świadomość, że i my mamy naszą własną bożonarodzeniową produkcję, która wcale nie zahacza o stereotypowy kicz lub tandetę.

Czytaj dalej „Listy do M. 3” – O nietypowo romantycznych świętach raz jeszcze

Wysyp (nie)horrorów, czyli na co do kina w Halloween?

Kinowy repertuar ostatnich trzech miesięcy roku od lat wygląda bardzo specyficznie. Nie potrzeba nadludzkich umiejętności detektywistycznych pokroju tych, jakie posiadał Sherlock Holmes, aby zauważyć, że w tym czasie wyróżnić można dwa ciekawe etapy. Najpierw to, co obecnie nam bliższe, czyli październik. Z racji Halloween, które odbywa się ostatniego dnia tego miesiąca, kina świadczą bogatszą ofertę thrillerów i horrorów, co pozostaje oczywiście logiczne. Taka jest już specyfika tego coraz popularniejszego święta. Jednak gdy szał na dynie, duchy i wiedźmy minie, a tym samym rozpocznie się listopad, na wielkie ekrany zaczynają trafiać premiery około-świąteczne. Choć wówczas do Bożego Narodzenia pozostaje jakieś półtorej miesiąca, to produkcje animowane, rodzinne lub romantyczne z zabarwieniem grudniowej magii wstrzeliwują się do kin jak najszybciej tylko mogą.

Halloween w kinie

Porzućmy jednak rozważania na temat świąt, choć nie ukrywam, że bardzo bym chciał, aby były bliżej. Na to przyjdzie czas, a teraz, póki za oknem o godzinie 16 jeszcze jest widno, a na ziemi leżą pomarańczowe liście zamiast białego puchu, skupmy się na halloweenowym repertuarze kinowym. Po raz kolejny jest on zasobny w mniej, jak i bardziej interesujące tytuły, z których niektórych grzech byłoby nie zobaczyć.

Sugerując się spisami premier polskich multipleksów, przygotowałem parę propozycji (dla Was i po części też dla siebie) na spędzenie ostatniego wieczoru października. A warto zrobić to wyjątkowo, bo w sumie następny dzień i tak jest wolny od szkoły, uczelni i pracy.

Czytaj dalej Wysyp (nie)horrorów, czyli na co do kina w Halloween?

„Thor: Ragnarok” – Szukając swego ja we wszechświecie

Po raz pierwszy w życiu odczuwam niepohamowaną ochotę na obejrzenie w kinie jakiegoś filmu po raz drugi. Nigdy mi się to nie zdarzyło, ale teraz jestem przekonany, że nim „Thor: Ragnarok” zostanie zdjęty z wielkich ekranów w naszym kraju, zobaczę go ponownie. Panie i panowie, najnowsza wysokobudżetowa produkcja Marvel Studios przełamuje grube lody serii o Bogu Piorunów!

Thor: Ragnarok - recenzja

Ci, którzy na bieżąco śledzą kinowe uniwersum superbohaterów lub sukcesywnie nadrabiają zaległości w tej tematyce, na pewno zetknęli się już z dwoma solowymi tytułami o Thorze. Oba, choć jeśli chodzi o kino science-fiction pozostają dobre, to jednak nie zachwyciły większości widzów. Oczekiwano od nich więcej, a otrzymaliśmy produkcje bardziej przeciętne niż wciskające w fotel. O ile pierwsza odsłona z 2011 roku była ciekawym i przyjemnym przedstawieniem postaci oraz nakreśleniem jej kreacji, o tyle w „Mrocznym świecie” niestety nie wykorzystano potencjału drzemiącego w komiksowym bohaterze. Mimo tego, że predyspozycje do świetnego filmu były na wyciągnięcie ręki.

Czytaj dalej „Thor: Ragnarok” – Szukając swego ja we wszechświecie