„Hotel Transylwania 3” – O dziwo, wciąż trzyma równy poziom

„Film przedstawiający losy rodziny wampirów, mumii, wilkołaków i Bóg wie, kogo tam jeszcze, z premierą w czerwcu? Ale jak to tak?!”. W ten lub bardzo zbliżony sposób pomyśleli najpewniej polscy dystrybutorzy trzeciej części popularnej animacji „Hotel Transylwania”, gdy ta otrzymała swoją światową datę wejścia do kin. Z jednej strony to nic dziwnego. W końcu poprzednie odsłony trylogii ukazywały się na jesień, gdy powoli nadciągało lubiane w Stanach i nie tylko święto Halloween. Produkcja studia Sony Pictures Animation idealnie wpasowuje się w nastrój tego dnia. Dopiero przy zwieńczeniu trylogii zadziało się coś, co najwyraźniej na naszym rynku filmowym miejsca mieć nie może.

Hotel Transylwania - 1
Nasze potwory powróciły!
Źródło: filmweb.pl

„Hotel Transylvania 3: Summer Vacation”, jak sama oryginalna nazwa wskazuje, swoją tematyką i miejscem osadzenia akcji bardziej współgra z klimatem wakacyjnym aniżeli święta duchów. Pomimo tego, że głównymi bohaterami niezmiennie są znane „gatunki” potworów, to tym razem animacja nie skupia się na ostatnim dniu października, lecz letnim urlopie, który (jak się okazuje), był monstrom niezwykle potrzebny.

Stąd też na rynku amerykańskim, ale i nie tylko, „Hotel Transylwania 3” trafił do kin już na przełomie czerwca i lipca, aby zabrać rodziców i ich pociechy na relaksującą wycieczkę z Drakiem, Johnnym, Mavis i resztą postaci. My, biednie Polacy, w wyniku szaleńczej decyzji lokalnych dystrybutorów, musieliśmy poczekać aż do początku października. Byliśmy przedostatnim narodem, który w końcu doczekał się trzeciej części „Hotelu”. Gorzej było jedynie z Japonią, która dopiero tydzień po nas mogła wybrać się do kin. Nawet Korea Południowa, Filipiny, czy też Wietnam wyświetlały animację sporo wcześniej.

Hotel Transylwania - 2
Bohaterów czeka bardzo interesujący rejs statkiem.
Źródło: filmweb.pl

Ale może nie będę narzekał na błahe sprawy. W końcu październik był, jest i zawsze będzie sezonem na potwory, strachy i horrory. Nawet w naszym kraju, gdzie przecież Halloween nie święci takich tryumfów, jak na zachodzie. Najważniejsze, że w końcu doczekaliśmy się premiery „Hotelu Transylwania 3”, a jak po seansie mogę ocenić, nawet warto było czekać.

Pod warunkiem, że od animacji znamienitego Tartakovsky’ego oczekiwaliśmy tego samego, co zaprezentowały nam poprzednie części. Jest to jeden z chyba niewielu przypadków nie tylko w tym gatunku, ale i w kinie ogólnie, gdy cała trylogia serii trzyma naprawdę równy poziom. Gdy w 2012 roku ukazała się pierwsza odsłona, dzieci pokochały ją za zebranie razem wszystkich najpopularniejszych potworów zakorzenionych w kulturze popularnej na przestrzeni lat, a rodzicom spodobała się lekkość i przystępność filmu połączona z nie najgorszym poczuciem humoru objawiającym się na przykład w żartach sytuacyjnych.

Hotel Transylwania - 3
Ile stworów i upiorów znajduje się na obrazku?
Źródło: filmweb.pl

Sequel z premierą po trzech latach oczekiwania zaprezentował nam ciekawe, aczkolwiek dość przewidywalne rozszerzenie przygód bohaterów. Nie stracił jednak niczego, co w „jedynce” tak bardzo przypadło do gustu widzów. Pojawiły się nowe postacie dość logicznie wplecione w przedstawiony świat i jeszcze więcej dobrego komizmu. Ba, nawet patrząc stricte na finansowe wyniki, „Hotel Transylwania 2” poradził sobie jeszcze lepiej od poprzednika zgarniając ponad sto milionów dolarów więcej w ogólnoświatowym Box Office’ie.

Popularyzowanie i staranne budowanie marki najwidoczniej popłaca, bo teraz, gdy najnowsza część animacji jest już dobre cztery miesiące po globalnej premierze, ma ona na swoim koncie ponad pół miliarda w amerykańskiej walucie, co jest zdecydowanie największym dorobkiem z całej serii. Oznacza to, że na przestrzeni lat coraz więcej widzów zaznajamiało się z familijną serią, co zwiększyło grono odbiorców „trójki”.

Hotel Transylwania - 4
Rodzina i przyjaciele korzystają z czasu na relaks, póki jeszcze mogą…
Źródło: filmweb.pl

Czy nowi widzowie, którzy zdecydowali się odwiedzić kino dla ostatniej odsłony tej trylogii, mogli poczuć się zawiedzeni? I tak, i nie. Tak, jeśli liczyli na coś więcej niż w poprzednich dwóch filmach. Jednak wybierając się na animację dla dzieci, czym „Hotel Transylwania” jest, nie ma co liczyć na rewolucje i odejście od sprawdzonych wcześniej schematów. Jedne, co wówczas jest rozsądne do zrobienia przez twórców, to kontynuowanie specyfiki produkcji i rozszerzenie jej o nowe wątki, postacie i tym podobne. Gdy dochodzi się do trzeciej części serii, konieczne jest, aby nie odchodzić od tego, co zdążyło się już zrobić dotychczas, a dodatkowo należy dołożyć domknięcia lub odpowiednie rozwinięcia wątków, które albo zostały już poruszone wcześniej, albo wręcz wymagają poruszenia.

Tym tropem poszli reżyser i scenarzyści filmu. „Hotel Transylwania 3” zaczyna się od dwóch dających się we znaki problemów głowy rodziny – Drakuli. Wampir, po pierwsze, jest coraz bardziej zmęczony prowadzeniem zajazdu dla monstrów, jako że od lat nie miał choćby dnia wolnego od obowiązków związanych z pracą, a po drugie – doskwiera mu specyficzna samotność. Owszem, wciąż otoczony jest mnóstwem osób, w tym najważniejszej dla niego córki Mavis, jej męża Johnny’ego oraz wnuka Dennisa. Brakuje tu jednak życiowej partnerki, którą przed wieloma laty stracił. Po jej śmierci wampir nie wyobrażał sobie ułożenia życia z inną kobietą, przez co na długi czas wypierał się miłości. Aż do czasu.

Hotel Transylwania - 5
„Aż do czasu.”
Źródło: filmweb.pl

Trzecia część „Hotelu” zabiera nas daleko od tytułowego budynku, w którym to dotychczas rozgrywała się akcja. Mavis, dostrzegając problem przepracowania ojca, wpada na pomysł, aby urządzić mu zasłużony urlop. Bez jego wiedzy, namawia do tego również całą zgraję potworów przedstawionych nam na przestrzeni serii i wspólnie udają się na… rejs statkiem wycieczkowym. Ogromnym statkiem, który, jak słusznie zauważa Drakula, jest hotelem, tyle że na wodzie.

Choć wiele rzeczy może wydawać się głównemu bohaterowi znajomych, to najważniejszy jest fakt, że tym razem nie jest on właścicielem, lecz gościem. Po pokręceniu nieco nosem, dostrzega tę subtelną różnicę i nawet daje się ponieść magii wypoczynku.

Hotel Transylwania - 6
Kto powiedział, że wampiry nie lubią nurkować?
Źródło: filmweb.pl

Czy to oznacza, że następnie przez pozostałą godzinę będziemy przyglądać się potworom beztrosko bawiącym się i odpoczywającym na pokładzie ekskluzywnego wycieczkowca? Oczywiście, że nie. Nie na tym polegają filmy! Nawet te kierowane do najmłodszych. W animacji od samego początku przewija się wątek wieloletniego przeciwnika Drakuli, którego cel jest niezmiernie prosty – chce zgładzić upiory. Płytko i bez polotu, ale nie oczekujmy za wiele.

O całym pochodzeniu, rozwoju i znaczeniu postaci ów Van Helsinga nie chcę tutaj za dużo pisać, aby przypadkiem nie zdradzić zbyt wiele. W kontekście tego wątku łatwo o spoilery, a psuć zabawy nie warto. W każdym razie wróg wampira raczej nie zapisze się na kartach kinematografii, jako jeden z najlepszych czarnych charakterów, ale myślę, że w pełni wystarczy, jak na niewymagającą, rodzinną produkcję. Tym bardziej, że w to wszystko wplątany jest pewien zwrot akcji. Niestety, szybko zostaje nam zdradzony, co psuje nieco efekt zaskoczenia, ale twórcy pewnie wyszli z założenia, że starsi widzowie na pewno w mgnieniu oka rozszyfrowaliby zagadkę na własną rękę, więc po co udawać?

Hotel Transylwania - 7
Typowy złoczyńca z animacji. Dziwna fryzura, duży brzuch, prosty cel.
Źródło: filmweb.pl

Dlatego zaznaczę po raz kolejny – swoje oczekiwania najlepiej zaniżyć, jak tylko się da. To wciąż animacja dla młodocianych!

Pozostaje jeszcze kwestia humoru. Przyznam się, że w całym półtoragodzinnym filmie było kilka momentów, gdzie szczerze się uśmiechnąłem lub w duchu zaśmiałem. W duchu, bo dwudziestotrzyletniej osobie raczej nie wypada śmiać się na całą salę kinową podczas emisji filmu animowanego. Faktycznie znaleźć można parę żartów słownych lub sytuacyjnych, które mogą rozbawić. Dzieci pewnie swojego śmiechu wstydzić się nie będą. I prawdopodobnie zaśmieją się przy zupełnie innych scenach niż starsze osoby, ale tak już z tym gatunkiem bywa. Szczególnie upodobałem sobie gag z finałowej potyczki, w którym usłyszeć mamy największy (i zarazem najbardziej żenujący) taneczny hit wszech czasów.

Hotel Transylwania - 8
Po co komu dobre nagłośnienie, gdy ma się ogromne monstrum potrafiące śpiewać?
Źródło: filmweb.pl

A skoro o tym mowa, „Hotel Transylwania” na przestrzeni trzech odsłon przyzwyczaił nas do sięgania po popularne kawałki, które są lubiane obecnie lub uznaje się je za kultowe. Stąd też nie dziwi obecność takich hitów, jak „Sexy and I Know It” od LMFAO, „Gangnam Style” od PSY lub „24K Magic” w wykonaniu Bruna Marsa.

Każda nowa część potwornej serii od Sony Pictures Animation ukazywała się w kinach systematycznie co trzy lata. Wszystko zaczęło się w 2012 roku. Sequel pojawił się w 2015, a teraz otrzymaliśmy pełną trylogię. Zastanawia mnie jednak, czy Tartakovsky i oddział Sony zajmujący się filmami animowanymi poprzestaną na tym. Niby co tu więcej należy dopowiadać? Było o miłości potwora ze zwykłym człowiekiem, o trudnym procesie wdrażania się w rolę ojca, a teraz o tym, czy odnalezienie swojej drugiej połówki to gwarancja szczęścia do końca życia.

Hotel Transylwania - 9
Nie mogłem się oprzeć wstawieniu tutaj tego kadru!
Źródło: filmweb.pl

Pewnie wielbiciele franczyzy chętnie jeszcze raz powróciliby do Transylwanii, aby ponownie udać się na przygodę z wampirzą rodzinką i popkulturowym przekrojem innych upiorów. „Trójka” finansowo też nie zawiodła, więc pytanie „co dalej?” chyba wciąż nie ma jasnej odpowiedzi, a jedyne, co pozostaje nam zrobić, to czekać na informacje od twórców.

Ode mnie „Hotel Transylwania 3” dostaje solidne siedem na dziesięć, tak jak każda poprzednia część serii. W moich oczach to wciąż równy poziom, który można by wykorzystać na kolejne kontynuacje, ale z drugiej strony – może lepiej tego nie zaprzepaścić?

Moja ocena: 7/10

„Final Space” – Niepozorna animacja zbierająca tłumy fanów

O nowej animacji okraszonej mianem „Netflix Originals” dowiedziałem się dopiero po jej premierze. Mimo regularnych maili z ofertą serwisu, polubionego fanpage’a na Facebooku i zasubskrybowanego kanału na YouTube, nie natrafiłem na żadne wzmianki o „Final Space” do czasu, gdy od paru dni był już dostępny do obejrzenia. Szybkie ogarnięcie najważniejszych informacji o serialu, a więc liczby odcinków, długości ich trwania oraz (przede wszystkim) opisu fabuły, po czym byłem gotów odpalić pierwszy epizod.

Final Space (1)
Źródło: facebook.com/FinalSpaceTBSnetwork

Skończyło się na tym, że całość łyknąłem dosłownie w jeden wieczór. Dla największych koneserów nie jest to pewnie nic szczególnego, ale ja z reguły nie potrafię siedzieć kilka godzin i oglądać odcinek za odcinkiem. Nawet jeśli jakiś tytuł z miejsca mnie oczarował. W tym przypadku było inaczej, bo każde 20 minut mijało błyskawicznie i nim się obejrzałem byłem już w połowie sezonu. Na zegarze wciąż widniała w miarę młoda godzina, więc nie pozostało nic innego, jak dokończyć resztę.

Ani trochę nie żałuję, bo animacja stworzona przez Olana Rogersa i Davida Sacksa miała w sobie coś, co nie pozwalało wyłączyć Netfliksa przed poznaniem zakończenia kosmicznej historii. Dla tego pierwszego pana „Final Space” jest debiutem pod każdą postacią. Nigdy wcześniej nie pracował nad żadnym serialem lub filmem, ani telewizyjnymi, ani kinowymi. Za to Sacks od lat związany jest z kultowymi „Simpsonami”, więc mógł wnieść do projektu nieco swojego doświadczenia.

Final Space (2)
Poznajcie Gary’ego – samotnego więźnia kosmicznego statku.
Źródło: imdb.com

W ten sposób powstała opowieść o blondynie imieniem Gary, który na lata został zamknięty na statku kosmicznym będącym pewną formą więzienia. Astronautę poznajemy tuż pod koniec jego wyroku, gdy psychika bohatera drastycznie odbiega od normy. Przykładem tego może być upersonifikowanie przez niego różnych mebli bądź przedmiotów znajdujących się na pokładzie, którym nadał również imiona.

Doskwierająca Gary’emu samotność mimo wszystko nie przekładała się na najgorsze z możliwych uszczerbków na umyśle, bowiem towarzystwa dotrzymują mu HUE – sztuczna inteligencja odpowiedzialna za działanie statku i kontrolowanie wyroku głównego bohatera, która swoją obecność podkreśla wyłącznie głosem (jako, że ciała nie posiada), KVN – znienawidzony przez Gary’ego robot o bardzo nieprzyjemnych i natrętnych cechach charakteru, a także androidy, które wykonują polecenia HUE.

Final Space (3)
Jeśli polubicie tego żółtego, lewitującego natręta, to macie nierówno pod sufitem.
Źródło: imdb.com

Los jednak chce, aby końcówka wyroku astronauty nie przebiegła tak, jak poprzednie lata. W pewnych okolicznościach poznajemy przesłodkiego, zielonego i okrągłego kosmitę, który szybko skrada serce Gary’ego, a zarazem nasze – widzów. Niepotrafiąca mówić forma życia zostaje przez niego nazwana Ciastusiem, co jeszcze bardziej ma podkreślić jej niewinność i urok.

Wydawałoby się, że wszystko brzmi świetnie. Gary po kilkudziesięciu miesiącach samotności nareszcie poznaje prawdziwego przyjaciela, z którym do razu łapie wspólną więź, a jego wyrok ma zakończyć się lada moment. Haczyk w tym, że niewiele później po pojawieniu się zielonego kosmity, na statek więźnia przybywa także Avocato – uzdolniony w posługiwaniu się bronią palną kot-najemnik. Jak można łatwo się domyślić, jego głównym celem jest schwytanie Ciastusia i sprowadzenie go do zleceniodawcy.

Final Space (4)
Rozbraja od pierwszej sceny, w której występuje – kosmita Ciastuś!
Źródło: imdb.com

Tak, jak chyba w każdej historii być musi, w „Final Space” znajdziemy czarny charakter z krwi i kości. Lorda Przywódcę poznajemy jeszcze w pierwszym odcinku i szybko okazuje się, że jego niski wzrost i raczej nieprzerażający wygląd są tylko pozorami. Władający potężną armią oraz posiadający nadprzyrodzone moce Lord jest w stanie zabijać za nieposłuszeństwo, kompletnie pustoszyć planety we wszech świecie i co najistotniejsze – za wszelką cenę osiągnąć swoje zamierzone cele. A z pewnych powodów najważniejszym z nich jest Ciastuś znajdujący się w rękach Gary’ego.

Skrót fabuły może brzmieć dość mało oryginalnie, jako że często byliśmy świadkami produkcji przedstawiających dobrą i złą stronę, które pojedynkują się w jednej intencji choć o różnych zamiarach. Daję Wam jednak słowo, że nie jest to nudna i przewidywalna historia, w której Gary, HUE i KVN za wszelką cenę jako jedna drużyna będą bronić nowo poznanego przyjaciela, a Avocato wraz z Lordem Przywódcą będą chcieli go odbić na wszelkie możliwe sposoby. „Final Space” jest wypchane ciekawymi rozwiązaniami fabularnymi, zwrotami akcji i sytuacjami wywołującymi w widzach skrajne emocje.

Final Space (5)
Wrogiem numer jeden naszych bohaterów jest zabójczy Lord Przywódca.
Źródło: imdb.com

Nie mam zamiaru zdradzać wiele więcej, bo jednak dziesięć odcinków po dwadzieścia minut to niewiele czasu na spokojne przedstawianie i rozwijanie historii, która wręcz pędzi od pierwszych minut, dlatego wychodzenie opisem poza choćby pierwszy epizod na pewno zakończyłoby się poważnymi spoilerami. Jednak jeśli zdecydujecie się poświęcić swoje 3-4 godziny na cały sezon netfliksowej animacji, to przygotujcie się na to, że nie wszystko jest białe i czarne. Nieraz zostaniecie zaskoczeni przez bohaterów lub bieg wydarzeń, co tak naprawdę wznosi serial na wyższy, nieprzeciętny poziom.

Mnóstwo tutaj akcji tak dopieszczonych wizualnie, że aż pierwsze wrażenie o prostocie tej animacji może kompletnie na to nie wskazywać. Jednak twórcy położyli spory nacisk na to, aby wykreować piękny dla oczu świat (a raczej wszech świat), na który bardzo miło się patrzy. Rozległe kadry na kosmiczną nicość to coś, czego nie spodziewalibyście się po dość cicho reklamowanym serialu, który ot tak trafił na Netfliksa i bez zainteresowania się nim, można by go łatwo pominąć.

Final Space (6)
Oto Gary i Avocato. Nic więcej nie napiszę.
Źródło: imdb.com

„Final Space” nie stoi wyłącznie przyjemną i ładną oprawą graficzną, ale przede wszystkim świetnie rozpisanymi i charakterystycznymi postaciami oraz wyjątkowym poczuciem humoru. Jeśli chodzi o bohaterów, to szybko załapiecie względem nich pewien stosunek. Gary ma być dzielnym, ale dość fajtłapowatym poszukiwaczem przygód, którego naiwność i dobre serce odnajdą w widzach zrozumienie, Ciastuś po prostu kradnie nasze serca swoich wyglądem, Avocato wywołuje podziw dzięki nabytym umiejętnościom, a Lord Przywódca to czarny charakter wykreowany niemal idealnie. Niejednokrotnie pokazuje, jak silny i bezlitosny potrafi być, przez co każde jego pojawianie się na ekranie sprawia, że jesteśmy pewni kłopotów, z którymi za chwilę spotkają się główni bohaterowie.

Koniecznie muszę zaznaczyć, że „Final Space”, pomimo bycia animacją, nie jest przeznaczona dla najmłodszych. Na Netfliksie otrzymała ograniczenie od 13 lat, co jest w pełni zrozumiałe ze względu na niektóre dialogi, żarty, czy też sceny. Wszystko to wykreowano tak, aby najlepiej trafiało do młodzieży lub dorosłych widzów. Ostatnimi czasy da się zauważyć narastający trend na animacje dla starszego odbiory. Niegdyś tak naprawdę istniało tylko „Miasteczko South Park” i „Simpsonowie”, a teraz wybór mamy prawie nieograniczony. I choć „Final Space” daleko do wręcz kuriozalnego stylu i humoru znanego z przywołanych tytułów, to wciąż świetnie sprawdzi się jako zabawna i angażująca rozrywka dla każdego starszego widza.

Final Space (7)
Ach tak, w „Final Space” mamy też ważny wątek miłosny z Gary’m i Quinn w głównych rolach.
Źródło: imdb.com

Animacja, która jest angażująca? Ależ oczywiście! Takie sformułowanie nie powinno nikogo dziwić po chociażby takim przykładzie, jak rewelacyjny „BoJack Horseman”, który również jest kreskówką, a gra na emocjach lepiej niż niejeden współczesny serial dramatyczny z górnej półki. Po części potrafi to także „Final Space”, które w całym pierwszym sezonie ma w sobie parę momentów ściskających za serce, poruszających łzy w oczach lub w zupełnie inną stronę – wywołujących zachwyt i trzymanie kciuków za bohaterów. Na myśli mam szczególnie jeden konkretny odcinek z około połowy sezonu, ale to musicie sprawdzić na własne oczy…

Final Space (8)
Serial niejednokrotnie raczy nas takimi widokami. A najlepiej prezentują się w scenach bitewnych lub ucieczek.
Źródło: imdb.com

W „Final Space” można spojrzeć także głębiej, jako że wydaje się być niepozorną odpowiedzią na wiele współczesnych filmów science-fiction. Znajdziemy tutaj mniej lub bardziej oczywiste odniesienia do takich tytułów, jak przede wszystkim „Gwiezdne Wojny” lub „Strażnicy Galaktyki”. Co do tego drugiego to już wyłącznie moje, pewnie zbyt wybujałe skojarzenia, jednak fani „Star Wars” na pewno odnajdą co najmniej parę nawiązań do kultowego uniwersum. W postaci Lorda Przywódcy można doszukiwać się odniesień do Snoke’a, zaś jego liczna armia to wręcz jeden do jednego szturmowcy (nie tylko pod względem uzbrojenia, ale i umiejętności – trafiają wszędzie, tylko nie w swój cel). Od siebie dodam, że postać okrągłego robota KVN-a wygląda mi na mieszankę dwóch świetnie znanych bohaterów gier – Wheatley’a z „Portalu” (głównie za sprawą kulistej, lewitującej formy) oraz Claptrapa z „Borderlands” (równie wygadanego, przygłupiego i niczego nieświadomego).

Final Space (10)
To spojrzenie zadziała na Quinn – miłość głównego bohatera?
Źródło; imdb.com

Teraz, gdy cały sezon animacji pochłonąłem wręcz w jeden wieczór, z ogromną niecierpliwością czekam na kontynuację, która przez twórców została już dawno zapowiedziana. Dawno, bowiem sam serial liczy sobie już parę miesięcy. Oryginalnie powstawał dla amerykańskiej stacji TBS i zadebiutował 26 lutego bieżącego roku. Dopiero po wyemitowaniu wszystkich epizodów i odczekaniu pewnego czasu, pojawił się na łamach Netfliksa i teraz możliwość obejrzenia go mają abonenci na całym świecie. Dzięki temu „Final Space” ma szansę, o ile już tego nie zrobił, zyskać potężniejsze grono wielbicieli, co z kolei przełoży się na jeszcze lepsza oglądalność drugiej serii. Tę zapowiedziano 10 maja, jednak trzeba liczyć się z tym, że nowe przygody Gary’ego ujrzą światło dziennie najwcześniej w pierwszej połowie 2019 roku.

Final Space (9)
Gotowi na przygodę z Gary’m?
Źródło: imdb.com

Cóż… Jeśli coś jest dobre, to warto na to czekać. A jeśli Wy nie mieliście jeszcze okazji obejrzeć „Final Space”, bo nie byliście pewni, czy warto, lub po prostu nie słyszeliście wcześniej o tym serialu, to teraz jest na to idealny moment. Nie stracicie nic poza zaledwie 3-4 godzinami seansu, a zyskać możecie naprawdę fajną, galaktyczną rozrywkę z świetnymi postaciami, które być może pokochacie. Dotychczasowi widzowie właśnie to zrobili i dzięki temu animacja zbiera co najmniej bardzo dobre oceny i plasuje się wysoko w rankingach netfliksowych nowości.

To co? Dziś wieczorem?

Moja ocena: 8/10

Na tę animację czekaliśmy 14 lat, czyli „Iniemamocni 2”

Doskonale pamiętam moje pierwsze zetknięcie z superbohaterską rodzinką w czerwonych trykotach. Był grudzień 2006 roku, choć sam film miał swoją premierę dwa lata wcześniej. To właśnie wtedy, po raz pierwszy w naszym kraju, zaczęto nadawać Disney Channel – kanał bezpośrednio skierowany do dzieci i młodzieży. Ramówkę wypchaną kreskówkami i serialami aktorskimi zainaugurowała emisja „Iniemamocnych” zaplanowana na godzinę 17 tego dnia.

Tak, wciąż piszę to z pamięci, bo dobrze utkwiło mi to w głowie. Wraz z rodzeństwem pełni ekscytacji siedzieliśmy na podłodze z dwa metry od telewizora, a animacja pochłonęła nas całkowicie. W przyszłości kultowe dzieło Pixara we współpracy ze wspomnianym Disneyem widziałem jeszcze co najmniej kilka razy, ale kto byłby w stanie to dokładnie zliczyć. Ważny jest fakt, że „Iniemamocnych” można już bez skrupułów uznać za wiekowy tytuł. W końcu 14 lat to nie byle liczba w okresie, gdy animacje tworzy się niemal hurtowo.

Iniemamocni (1)
Tak rodzina herosów prezentowała się aż 14 lat temu!
Źródło: filmweb.pl

W międzyczasie dzieciaki, takie jak wówczas ja, zdążyły stać się w pełni dorosłe, a sama wytwórnia Pixar nakręciła trzynaście kolejnych filmów. Nie przeszkadzało to jednak w tym, aby do tematyki powrócić, a ten kuriozalny odstęp między pierwszą a drugą częścią stał się jeszcze lepszym gwarantem zyskania uwagi publiczności na premierze sequela. W końcu co oddziałuje na nas lepiej niż sama nostalgia? A każdy, kto „Iniemamocnych” obejrzał choć raz lub dwa, na pewno przyzna, że główni bohaterowie zadomowili się gdzieś tam w pamięci.

Po kilkuletniej posusze informacyjnej, a następnie pierwszym wzmiankom i zapowiedziom, w końcu nadeszli! Obdarzona nadzwyczajnymi mocami rodzinka wróciła na wielkie ekrany, aby nie tylko dostarczyć nam świetną, animowaną rozrywkę, ale i uderzyć prosto w uczucia, których wywołanie przez tak wyczekiwany powrót było tylko formalnością. „Iniemamocni 2” to jubileuszowa, dwudziesta produkcja Pixara, do amerykańskich kin trafiła w połowie czerwca i z miejsca stała się hitem lata. W miniony piątek doczekaliśmy się jej również w naszych lokalnych multipleksach. Tak więc najwyższa pora przekonać się, co u Pana Iniemamocnego, Elastyny i ich podopiecznych słychać.

Iniemamocni (2)
A tak wyglądają teraz. Trochę… wyładnieli 😉
Źródło: filmweb.pl

Warto mieć w pamięci, jaką sceną zakończyła się pierwsza część przygód animowanych superbohaterów. Zostaliśmy zarzuceni cliffhangerem w postaci nowego zagrożenia dla metropolii, któremu czoła miała stawić tytułowi Iniemamocni. Po wzlotach i upadkach w potyczce z głównym czarnym charakterem filmu – Syndromem, zgrana familia ruszyła na Człowieka Szpadla. Jakkolwiek fantazyjny nie byłby to przeciwnik, pamiętajcie o nim zasiadając w kinowej sali na kontynuacji, bo właśnie w tym miejscu rozpoczyna się akcja filmu!

Już w pierwszej minucie uciszeni zostają ci, którzy mniej lub bardziej ironicznie krytykowali drugą część „Iniemamocnych”. Pytania typu „Minęło 14 lat, a dzieciaki nic nie urosły?” znaleźć można było nie tylko na polskich, ale i zagranicznych (nawet oficjalnych!) stronach i forach poruszających tematykę nowej animacji Pixara. Rozsądniejsze osoby pozostawały spokojne, gdyż nie trudno było domyślić się, że bohaterowie nie zmienili ze względu na osadzenie fabuły sequela zaraz po wydarzeniach z „jedynki”. Początek seansu tylko to potwierdza – na dobry start możemy ujrzeć uzdolnionych krewnych walczących w centrum miasta z villainem zaprezentowanym nam jeszcze 14 lat temu.

Iniemamocni (3)
Co oni zrobiliby bez siebie nawzajem?
Źródło: filmweb.pl

Mimo wszystko heroiczna batalia jest tylko kilkuminutowym wprowadzeniem do głównej osi fabularnej „Iniemamocnych 2”, bowiem w wyniku potyczek z Człowiekiem Szpadlem w metropolii doszło do poważnych strat. Zburzone budynki, wyniszczona infrastruktura miejska i poważne zagrożenie dla mieszkańców sprawiły, że władze szybko obarczyły winą tytułowych herosów. Jest to problem dość znany z wielu dzieł poruszających tematykę superbohaterską. Pierwszy lepszy przykład to „Civil War” od Marvela. Nie zmienia to faktu, że tym samym jest to problem bardzo życiowym i rozsądnym, co tylko podbudowuje realizm wykreowanego świata. Co tyczy się nawet filmu animowanego!

Pięcioosobowa rodzina i ich bliski przyjaciel Mrożon muszą odsunąć się w cień i kompletnie porzucić bohaterski tryb życia. Nie jest to łatwe, gdy nagle trzeba zderzyć się z codziennymi, szarymi trudnościami, które nie były odczuwalne podczas ratowania świata zapewniającego chwałę i godną przyszłość. Nic dziwnego, że Bob i Helen, w trosce o dobro swoich wciąż młodych dzieci, próbują znaleźć najlepsze wyjście ze swojej kiepskiej sytuacji. A dzięki zupełnie nowym postaciom zaprezentowanym w filmie, pojawia się dla nich iskierka nadziei.

Iniemamocni (4)
Bez obaw fani Mrożona! Zobaczycie go tutaj nieraz!
Źródło: filmweb.pl

Z fabuły nie chcę zdradzać wiele więcej, ale możecie być pewni, że zachowuje ona pewien stopień oryginalności pomimo tego, że zarys głównego wątku może wydawać się już niejednokrotnie przerabiany. Wszystko jednak jest uszyte nićmi świetnie znanymi nam sprzed 14 lat, gdy poznawaliśmy naszych superbohaterów.

Miło jest wrócić do tych wręcz karykaturalnych postaci, które tak bardzo polubiliśmy. Olbrzymi i supersilny Pan Iniemamocny nadal jest zmęczonym życiem, ale i chcącym wykazać się ojcem, rozciągliwa Elastyna nadopiekuńczą i twardo stąpającą po ziemi matką, a dzieciaki wciąż potrafią dokopać swoimi zwykłymi, codziennymi utrapieniami. Sęk w tym, że wzbogacają je o swoje nadnaturalne zdolności. Potrafiąca znikać Wiola przeżywa pierwsze załamanie miłosne względem swojego kolegi ze szkoły Tony’ego, superszybki Maks nadal ma problemy z matematyką, a niemowlak Jack-Jack… jest po prostu niemowlakiem, co już doprowadza do obłędu.

Iniemamocni (5)
Chyba prościej byłoby pobić kilkunastu bandytów niż uśpić jedno super-dziecko.
Źródło: filmweb.pl

Żadna z głównych postaci nie straciła swojego charakteru, do czego prawdopodobnie twórcy bardzo usilnie dążyli. A nie mogło być to proste po tak wielu latach zajmowania się licznymi innymi animacjami spod szyldu Pixara i Disneya. Niemniej jednak stanięto na wysokości zadania i podczas „Iniemamocnych 2” czujemy do postaci te same wartości, jak przy pierwszym ich poznawaniu. Tyle, że protagonistów znamy już bardzo dobrze i tylko czekamy, co jeszcze może się im przytrafić. A szczególnie najmłodszemu członkowi rodziny, którego rozwoju postaci chyba wszyscy byli najbardziej ciekawi.

Nie brakuje także powracających bohaterów drugoplanowych. Potrafiącego władać lodem Mrożona jest chyba jeszcze więcej niż w poprzedniej odsłonie. Za to specyficzna i szykowana Edna Mode, odpowiedzialna za trykoty uzdolnionej familii, pomimo dwóch niedługich scen ze swoim udziałem, otrzymuje niezwykle ważne zadanie. Trudno byłoby jednak znaleźć jej więcej czasu ekranowego, gdy potrzebuje go też garstka nowych kreacji napędzających fabułę.

Iniemamocni (6)
Ciocia Edna zawsze pomoże.
Źródło: filmweb.pl

Tak oto do kanonu głównych postaci dołącza rodzeństwo Deavorów – super zamożny Winston oraz informatycznie uzdolniona Evelyn. Ten pierwszy jest właścicielem jednej z najlepiej prosperujących firm w świecie „Iniemamocnych” i oferuje wiodącym bohaterom szanse na powrót do ratowania świata. Z tym, że teraz będą robić to lepiej, sprawniej i w pełni zgodnie z panującym prawem. Siostra miliardera jest za to jego prawą ręką, bez której byłby nikim. To ona odpowiada za technologiczne funkcjonowanie firmy, a znajdującej się w kłopotach rodzinie Parr proponuje pełne wsparcie techniczne i gadżetowe. Nic tylko korzystać, prawda?

W ten sposób los uśmiecha się w stronę Boba i Helen. Rodzeństwo Deavorów chce ponownie wspiąć herosów na wyżyny chwały i poszanowania, a pierwszym krokiem mają być śmiałe wyczyny Elastyny. Jak się okazuje, to ona działa najsprawniej ze wszystkich znanych nam uzdolnionych postaci, a więc jest furtką do ponownego zyskania uznania wśród społeczeństwa, władz i mediów. Tymczasem na Pana Iniemamocnego czekać będzie inne, wielkie wyzwanie – opieka nad dziećmi i domem. W tym przypadku trudno stwierdzić, co może być trudniejsze…

Iniemamocni (7)
Evelyn i Winston Deavor wyciągają herosom pomocną dłoń.
Źródło: filmweb.pl

Szybko okazuje się, że drobne uliczne występki kieszonkowców to nie to, z czym przyjdzie zmierzyć się Elastynie. W metropolii zaczyna grasować nowy arcywróg podający się jako Ekrantyran. Jego motywacje i zdolności potrafią zjeżyć włosy na głowie, bowiem bez większych problemów potrafi włamać się do systemów elektronicznych i dowolnie nimi sterować. Najczęściej jego celem padają monitory, przez które nadaje hipnotyzujące sygnały omamiające umysły tych, którzy akurat na nie spoglądali.

Jak bohaterowie poradzą sobie z nowym zagrożeniem koniecznie musicie zobaczyć sami w kinie, bo na pewno warto to zrobić. Dwugodzinny seans kompletnie nie nuży, co jest zasługą świetnie dobranych proporcji scen akcji z tymi bardziej przegadanymi, które mają znaczącą wagę dla formowania fabuły lub po prostu dostarczenia humoru. Te pierwsze to szczególnie dialogi uzdolnionej rodziny z Deavorami, podczas których poznajemy nowych bohaterów i realia, w których wszyscy będą się znajdować. To już nie jest działanie na własną rękę, jak w przypadku „jedynki”. Teraz ekipa się rozszerza, a uwagę należy zwracać na wiele więcej czynników.

Iniemamocni (8)
Chcąc wrócić na panteon bohaterów, trzeba rozważyć wiele kwestii.
Źródło: filmweb.pl

Zaś tempo filmu zwalnia równie często podczas sekwencji w rodzinnym domu Iniemamocnych. Podczas gdy Elastyna ratuje świat, Bob musi naprawiać kiepską sytuację sercową Wioli (albo przynajmniej sam uważa, że należy to zrobić), a z Maksem spędza godziny przy rozwiązywaniu matematycznych równań. To jednak nic w porównaniu do niemowlaka Jack-Jacka. Każdy rodzic jest w stanie potwierdzić, że zwykłe brzdące są już nad wyraz kłopotliwe. Co innego, jeśli jest to dziecko superbohaterów i również ma w sobie ukryte moce. W tym przypadku nie są to jedna lub dwie konkretne umiejętności, jak to miejsce ma u pozostałych członków rodziny. Jack-Jack potrafi… dużo więcej. Przekonaliśmy się o tym po części w zwiastunie, jednak bądźcie gotowi na to, że film przyniesie Wam wiele więcej komicznych i szalonych sytuacji z niemowlakiem niepotrafiącym kontrolować swoich zdolności.

Jakbym miał ocenić na oko, sama postać Jack-Jacka wywoływała u widzów więcej śmiechu niż wszystkie pozostałe kreacje razem wzięte. Ale nie ma się czemu dziwić – młodociany był pełną gammą możliwości humorystycznych dla twórców „Iniemamocnych 2”.

Iniemamocni (9)
Pierwsza do akcji rusza ulubienica mieszkańców – Elastyna!
Źródło: filmweb.pl

Fantastyczne jest również to, że choć pierwsza odsłona zadebiutowała już kilkanaście lat temu, to stylistyka tej animacji przełożona jeden do jednego na drugą część zupełnie nie budzi niesmaku. Jasne, widać, że „dwójka” jest dużo bardziej dopieszczona i szczegółowa, w końcu należało wykorzystać współczesne możliwości, jednak w zestawieniu z animacją z 2004 roku wciąż wygląda do niej podobnie. Wychowani na oryginalnych „Iniemamocnych” dostaną to, co widzieli za dzieciaka, a nowi widzowie bez problemów polubią formę stylistyczną cyklu.

Nie potrafię opisać uczucia, które towarzyszyło mi w każdym momencie wykorzystującym motyw muzyczny filmu. Na pewno świetnie go znacie, a nostalgia, którą sobą przywoływał, jeszcze bardziej formowała moją pozytywną ocenę dla tej animacji. Sceny akcji dopełnione są porywającymi utworami, które dodają wszystkiemu doniosłości. Melodie niczym wyjęte z kultowych filmów szpiegowskich to coś, co doskonale budowało klimat „jedynki”, ale robi to również teraz. Nie wyobrażam sobie motocyklowego pościgu Elastyny lub bijatyki Pana Iniemamocnego bez dynamicznej i podkreślającej dramaturgię muzyki. Aż nie chciało się mrugać, aby nie przegapić żadnego ruchu uwydatnionego nagłymi skokami dźwiękowymi.

Iniemamocni (10)
Dodajcie do tego ujęcia brawurową muzykę rodem z filmów szpiegowskich i macie klimat „Iniemamocnych”.
Źródło: filmweb.pl

Czy „Iniemamocni 2” to animacja-kontynuacja wręcz idealna? Niekoniecznie. Jest świetna, a nawet rewelacyjna. Tego na pewno nie można jej odebrać. Jednak nawet ja odczułem pewne bolączki podczas jej oglądania. Nie są one jakieś wielkie, bowiem dzieciaki nawet nie zwrócą na nie uwagi, a dorośli fani bez problemów przełkną ślinę i je przeboleją, ale zrealizowanie filmu perfekcyjnego to w większości przypadków marzenie nie do spełnienia. Choć niewiele brakowało!

Jak każda produkcja akcji, tutaj również doświadczymy co najmniej kilku większych lub mniejszych plot twistów. O ile te drobne nie były zbyt przewidywalne, o tyle jeden kluczowy zwrot pozostawił u mnie pewien niesmak. Przywoływać go oczywiście nie będę, bo z pewnością zrujnowałby Wam zabawę podczas seansu, ale myślę, że po obejrzeniu filmu będziecie wiedzieć, o co chodzi.

Iniemamocni (11)
Ach tak, zapomniałbym. Pojawia się też paru nowych, drugoplanowych superbohaterów!
Źródło: filmweb.pl

Niemniej jednak współczesne kino przyzwyczaiło nas już do nieco obniżonego poziomu oryginalności scenariuszowych. Nie zawsze chodzenie utartymi ścieżkami jest złe, szczególnie gdy ubiera się je w nowe, własne szaty, jednak premiera wyczekiwana przez tyle lat mogłaby pokusić się o coś więcej niż taki lekko rozczarowujący zwrot akcji.

W każdym razie nie niszczy on seansu na tyle, aby nie dostrzec wspaniałości pozostałych elementów składowych „Iniemamocnych 2”. Animacja jest wręcz bardzo dobra i takie kontynuacje chciałbym oglądać częściej. Potwierdza się opinia, że Pixar to jednak wie, co robi. Każdy następny film tego studia utrzymuje wysoki poziom i zabawia miliony dzieci oraz dorosłych. Myślę, że w tym przypadku szczególnie tych drugich, którzy wraz z pierwowzorem z 2004 roku dorastali.

Iniemamocni (12)
Źródło: giphy.com

Teraz mam tylko cichą nadzieję, że kiedyś historia ta stanie się trylogią. Może za kolejne 14 lat, może szybciej, ale byłoby miło i na pewno bym obejrzał!

Moja ocena: 8/10

„Wyspa psów” – Naturalistyczny obraz więzi człowieka z psem

Amerykański reżyser Wes Anderson postanowił nie walczyć z czasem i poświęcił go na zrealizowanie kolejnego filmu tyle, ile tylko było potrzebne. Ostatnia jego produkcja sprzed czterech lat – „Grand Budapest Hotel”, została ozłocona licznymi cennymi nagrodami branży filmowej, jak przede wszystkim czterema Oscarami, w tym za najlepszą muzykę oryginalną oraz kostiumy. Nie dziwi więc fakt, że o Andersonie zrobiło się głośno mimo jego dość kontrastowej działalności.

Wyspa psów (1)
Źródło: filmweb.pl

Skąd takie określenie? Z jednej strony w reżyserii siedzi już względnie długo, bo od 1994 roku, kiedy to zadebiutował z krótkometrażówką „Bottle Rocket”, a po niej przyszła pora na półtoragodzinny obraz obarczony tym samym tytułem. Wynika z tego, że filmami zajmuje się już od dobrych 24 lat, jednak jego dorobek liczy sobie „zaledwie” dwanaście pozycji.

Jasne, można stwierdzić, że to przecież nie jest tak mała liczba, jednak trzeba mieć na uwadze fakt, że trzy z nich to kilkunastominutowe produkcje, a w przeciwieństwie do wielu innych współczesnych cenionych reżyserów, Amerykanin nie działa hurtowo. I chwała mu za to, bo dzięki temu zdołał wyrobić swoją indywidualną i charakterystyczną pozycję, a coraz to nowsze tytuły okazują się być co najmniej naprawdę dobre.

Wyspa psów (2)
Źródło: qz.com

Najnowsza „Wyspa psów” nie jest pierwszym zetknięciem się reżysera z animacją. Najpierw swoich sił spróbował dziewięć lat temu, gdy premierę miał „Fantastyczny Pan Lis”, który po dziś dzień uchodzi za jedną z najlepszych familijnych propozycji nowego stulecia. Widać jednak wyraźnie, że miniony czas wiele wniósł do świata filmów animowanych oraz samego doświadczenia nabranego przez Andersona, bo jego świeży projekt idzie co najmniej o kilka kroków dalej na różnych możliwych płaszczyznach.

Każdy, kto przepada za twórczością Amerykanina, na pewno przez co najmniej ostatnich kilka miesięcy z zapartym tchem śledził poczynania względem „Wyspy psów”, a co za tym idzie – wszelkie zapowiedzi premiery. Pierwszy oficjalny zwiastun pojawił się jeszcze we wrześniu zeszłego roku i na dobrą sprawę był pierwszym porządnym przybliżeniem tego, czym właściwie będzie film, który obecnie wyświetlany jest już w polskich kinach.

Nie było żadnej wątpliwości, że twórcy zdecydowali się położyć spory nacisk na specyficzny i wyróżniający się styl animacji. Nie jest to nic, co znamy z Disneya czy DreamWorksa, jako że nasze oczy zostają uraczone techniką poklatkową. I choć metoda ta jest obecna w kinematografii od dziesiątek lat, to mimo to wciąż za każdym razem docenia się jej porządne i skrupulatne wykonanie. A tego ująć „Wyspie psów” nie można, bo naprawdę została zrealizowana z najdrobniejszą szczegółowością i jak najbardziej możliwą ambicją. Przez cały półtoragodzinny seans widać, że ludzie odpowiedzialni za wizualną stronę przedsięwzięcia nie szli ani razu po najniższej linii oporu dostarczając nam poklatkową animację najwyższych lotów.

Dostrzec to można przede wszystkim na przykładach głównych bohaterów, a więc zarówno ludzi, jak i przede wszystkim psów, których wygląd został pieczołowicie zaprojektowany z dbałością o najmniejsze detale. Czym byłby psiaki bez powiewającego na wietrze futra lub najdrobniejszych ran odniesionych na swoich ciałach musząc dzień w dzień stawiać czoła dzikiemu życiu na wygnaniu?

Wyspa psów (3)
Źródło: filmweb.pl

To postacie wyraźnie grają tu pierwsze skrzypce, stąd też tło zostało zepchnięte do roli… tła. I choć brzmi to kuriozalnie, to faktycznie najlepiej opisuje to, co przedstawia film. Plener większości scen nie jest wielce rozbudowany i zarazem przytłaczający, jednak nadaje to całości odpowiedniego klimatu i przede wszystkim nie odwraca naszego wzroku od rzeczy najważniejszych. Wciąż nie ma jednak problemu z rozpoznawaniem lokalizacji (nawet na tytułowej wyspie, której to otoczenie stanowią rozległe pustkowia), a niekiedy ich ubogość daje nam sporo informacji co do tego, w jakiej sytuacji znajdują się aktualnie bohaterowie i jaka atmosfera wśród nich panuje.

Aspekt wizualny „Wyspy psów” automatycznie wysuwa się przed szereg pozostałych kwestii wartych kilku słów. Wiedząc już, w jakim stylu zrealizowano opowieść, warto wyjaśnić nieco, o co w niej tak właściwie chodzi. Wiemy tyle, że przede wszystkim śledzimy poczynania ludzkich mieszkańców kraju azjatyckiego (a dokładniej Japonii) oraz miejscowych psów. Mowa jest też nieraz o drugich z dwóch najpopularniejszych zwierzaków domowych – kotach, choć te odgrywają tutaj drugoplanową rolę.

Wyspa psów (4)
Źródło: filmweb.pl

Mógłby nie zgodzić się z tym główny antagonista filmu – Burmistrz Kobayashi, który, jak każde pokolenie jego rodu, wprost wielbi kociaki i tym samym jest wrogo nastawiony wobec psów. Jednak nie jest to niechęć typu „nigdy nie pogłaskam żadnego z tych pchlarzy, a tym bardziej ich łapa nigdy nie postanie w progach mojej rezydencji”. Facet uważa psy za problem najcięższej wagi, argumentując go między innymi wymykającą się spod kontroli stale rosnącą populacją. Twierdzi, że należy pozbyć się każdego z tych zwierzaków zamieszkujących fikcyjną prefekturę Megasaki, w której Burmistrz dzierży władzę, a jedynym sposobem na to jest wygnanie ich na opustoszałą wyspę znajdującą się kilka kilometrów w głąb oceanu. Żeby było jeszcze zabawniej – ów teren to wypełnione po brzegi wysypisko śmieci, a pomysł Kobayashiego popiera zdecydowana większość mieszkańców okręgu miasta.

Wyspa psów (5)
Źródło: filmweb.pl

Już w samym prologu filmu (który został podzielony na kilka części, ale nie będę nawet zdradzał ile konkretnie – przekonajcie się sami) widzimy, jak plan Burmistrza natychmiastowo wchodzi w życie, a psy raz po raz transportowane są na pustkowia sąsiedniej wysepki. Tam muszą porzucić swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i stać się dzikie. Łączyć w watahy, walczyć o każdy, nawet najbardziej obrzydliwy pokarm i nie dać się zagryźć przez wrogie ugrupowania.

W dodatku wśród mieszkańców japońskiej prefektury rozniosła się informacja o rozprzestrzeniającej się psiej grypie, która na chwilę obecną dotyka jedynie zwierzaki, ale ma również prawdopodobieństwo zaatakowania ludzi. To najpewniej stąd tak ochoczo Japończycy zdecydowali się porzucić swoich pupili bez większych protestów.

Wyspa psów (6)
Źródło: filmweb.pl

Choć, skoro o przeciwdziałaniu mowa, wciąż znalazły się niewielkie grupy chcące na różne sposoby zatrzymać radykalne działania Kobayashiego. Naukowcy usilnie zaczęli szukać skutecznego leku na psią grypę, młodzież doszukiwać się spiskowych teorii (wśród nich jest Tracy Walker – Amerykanka z wymiany studenckiej, która w całości odgrywa bardzo ważną rolę), a przede wszystkim dwunastoletni Atari. Tak, mi również jego imię od razu skojarzyło się z popularnymi w latach osiemdziesiątych konsolami.

Chłopiec, wbrew wszelkim zakazom i wrogim nastawieniom wobec czworonogów odizolowanych na wyspie, udaje się na nią, aby odnaleźć swojego ukochanego psa-ochroniarza. Ten, o imieniu Spots, został wysłany na byłe śmietnisko jako pierwszy ze wszystkich zwierzaków. Spowodowane było to tym, że przed przypieczętowaniem ustawy był pupilem samego Burmistrza, a zarazem (i przede wszystkim) małego Atariego, który jest z politykiem spokrewniony. Jak dobrze wiemy, więź dzieci z czworonogami jest niebywale silna, co w tym przypadku doskonale obrazuje desperacki ruch młodzieńca.

Wyspa psów (7)
Źródło: filmweb.pl

Nieletni krewny Kobayashiego pomimo małego incydentu trafia na psią wyspę, gdzie natrafia na piątkę psików, które w filmie odgrywają wiodące role. Chief, Rex, King, Boss i Duke (w polskiej wersji z przetłumaczonymi imionami, choć nie jestem w stanie dokładnie ich przytoczyć, a nie chcę ryzykować drobnymi pomyłkami) są watahą z pewnymi nieporozumieniami w szeregach. Pomimo braku możliwości porozumiewania się z Atarim, szybko załapują w jakim celu chłopiec do nich trafił i ruszają na pomoc w odnalezieniu zagubionego psa.

Tak praktycznie w dużym skrócie przedstawia się pierwszych 15-20 minut seansu, jednak reszty nie będę przytaczać, abyście nie stracili przyjemności z obejrzenia „Wyspy psów” na własne oczy. Niemniej jednak gwarantuję, że warto wybrać się do kina i zobaczyć, jak dalej potoczą się losy głównych postaci oraz jak rozwiąże się cała napięta i dość kontrowersyjna postawa ludzi wobec psów.

Wyspa psów (8)
Źródło: filmweb.pl

Napisać mogę ogólnikowo, że fabularnie nie zobaczymy tutaj żadnych rewolucji i nowości. Jak w zdecydowanej większości filmów, w „Wyspie psów” śledzimy potyczkę między tymi nielicznymi reprezentującymi dobre i słuszne wartości a tymi, którzy prawnie dzierżą władzę i chcą wykorzystać ją do swoich indywidualnych celów. Jest to dobrze znana nam od lat koncepcja walki Dawida z Goliatem, jednak przyznać trzeba, że od równie długiego czasu świetnie sprawdza się na kinowych ekranach i lubimy oglądać, jak potencjalnie słabsi i bezbronni (będący nam bliżsi) postanawiają zawalczyć w imię dobra.

„Wyspa psów”, choć jest w stu procentach produkcją animowaną, nie zawodzi również na linii obsadowej. Swoich głosów postaciom użyczają liczni świetnie nam znani aktorzy prosto z Hollywood. Usłyszeć jest nam dane między innymi Edwarda Nortona („Podziemny krąg”, „The Incredible Hulk”), Billa Murraya („Dzień świstaka”, „Pogromcy duchów”), Jeffa Goldbluma („Jurassic Park”, „Thor: Ragnarok”), Frances McDormand (tegoroczną zdobywczynię Oscara za rolę pierwszoplanową w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri”), czy też Scarlett Johansson („Lucy”, „Avengers”). Ba, nieco linijek wypowie również Yoko Ono – żona samego Johna Lennona, która w filmie dubbinguje postać nazwaną jej imieniem. Cóż, wymieniać można by jeszcze dłużej, bo to chyba zaledwie połowa nazwisk, które najbardziej rzuciły mi się w oczy, a gdzie tu dopiero przytaczać pełną obsadę głosów.

Wyspa psów (9)
Źródło: abcnews.go.com

W każdym razie, jak da się wyczytać, w projekt Wesa Andersona zaangażowało się wielu znakomitych współczesnych aktorów, którzy na stałe zapisali się na kartach historii kina, a teraz do swoich dokonań dołożyli jeszcze cegiełkę z tak wyjątkowej i niezwykłej animacji.

Oprócz wspomnianej charakterystycznej stylistyce, interesującej fabule osadzonej w Japonii z niedalekiej przyszłości oraz gwiazdorskiej obsadzie użyczającej swoich głosów, „Wyspa psów” wybija się wysoko również dzięki świetnemu klimatowi, który panuje od początku aż do końca obrazu. A przez koniec rozumiem ostatnie sekundy napisów, bo również i podczas nich usłyszeć możemy znamienną dla japońskiej kultury muzykę, która na różne sposoby przewija się przez rozmaite sekwencje filmu. Ścieżka dźwiękowa wprowadza nas natychmiastowo do azjatyckiego świata, który pozostaje dla nas dość egzotyczny, ale zarazem interesujący i zachęcający do odkrycia.

Najnowszy projekt Wesa Andersona, na który przyszło czekać nam cztery lata, kompletnie nie zawodzi. Wypowiadają się o nim pozytywnie krytycy i recenzenci na całym świecie, a sami widzowie odwiedzający kina nie skąpią słów uznania. Nie wiem, jak długo „Wyspa psów” będzie wyświetlana w naszym kraju (w końcu nie jest to przynoszący zniewalające dochody blockbuster), ale jestem przekonany co do jednego. Wykorzystajcie fakt, że film miał swoją premierę zaledwie parę dni temu i zobaczcie go jak najszybciej, póki jest okazja. Żałować na pewno nie będzie, bo „Isle of Dogs” jest animowanym doznaniem, który nie często pojawia się w repertuarach powszechnie dostępnych multipleksów.

Moja ocena: 9/10

„Disaster Artist” – Fabularnie o powstawaniu najgorszego filmu wszech czasów

Miano fenomenu „The Room” jest niezaprzeczalne. Pomimo tego, że gdy w 2003 roku film miał swoją oficjalną premierę, okazał się totalną klapą finansową i kinematograficzną, to dzisiaj spokojnie wpisuje się w ścisłą listę najbardziej kultowych produkcji wszech czasów. A już na pewno tych powstałych w nowym milenium.

Disaster Artist

W ciągu pierwszych dwunastu miesięcy film zarobił zaledwie nieco ponad 1800 dolarów, co przy całkowitym koszcie jego realizacji (wynoszącym niebagatelne sześć milionów w amerykańskiej walucie), było niewyobrażalną katastrofą. Jednak los chciał, by sława „The Room” nie nadeszła od raz. Potrzebny był na to czas. Teraz, gdy od premiery melodramatu mija okrągłe piętnaście lat, produkcja legendarnego już Tommy’ego Wiseau znana jest co najmniej milionom kinomanów na całym świecie. Lecz przyczyna daleko mija się z pierwotnymi założeniami reżysera. To nie jego kunszt realizatorski, poruszająca fabuła i wysokich lotów aktorstwo są odpowiedzialne za sukces. „The Room” okrzyknięte zostało najlepszym spośród najgorszych filmów świata, a to wystarczyło, aby przyciągnąć uwagę tłumów.

Disaster Artist - The Room
„Ha ha. What a story, Mark!” ~Johnny (Tommy Wiseau)
Źródło: antyradio.pl

Kuriozalny wpływ, jaki miał ów tytuł na branżę filmową, objawia się od lat na coraz to nowsze sposoby. Z początku wyśmiewany i krytykowany, po czasie stał się guilty pleasure dla najbardziej wyrozumiałych i zdystansowanych miłośników kina. Doprowadziło to do tego, że produkcją zaczęto interesować się niekiedy wręcz maniakalnie. Kwestią czasu było pojawienie się książki na temat „The Room” (która została wydana między innymi przez jednego z głównych aktorów dramatu) oraz innych dzieł nawiązujących do niego. Aż wreszcie przyszła pora na prawdziwą wisienkę na torcie. Fabularny film z prawdziwego zdarzenia.

Okazuje się, że postać Tommy’ego Wiseau, odpowiedzialnego za owiany złą sławą „The Room”, jest na tyle ciekawa, że stała się poważną inspiracją do nakręcenia porządnej hollywoodzkiej produkcji. Bo w sumie czemu by tego nie zrobić? Na świecie są miliony osób, które wręcz ubóstwiają dzieło tego pseudo-reżysera, a jego najciekawsze kwestie i sceny znają na pamięć. Dzięki temu nie trudno byłoby o niszę, do której nowy filmy mógłby trafić. Problem scenariuszowy rozwiązała książka Grega Sestero i Toma Bissella, którą wydano w 2013 roku, dokładnie opisująca proces powstawania osławionej produkcji. Potrzebny był tylko ktoś, kto zainteresowałby się tematem, opracował i skleił całość w coś sensownego, a potem jedynie to wyreżyserował.

Disaster Artist - Wiseau i Franco
Jak widać, Wiseau jest chyba zadowolony ze swojego filmowego wcielenia.
Źródło: filmweb.pl

Tym kimś okazał się sam James Franco. A zrobił nawet dużo więcej, bo nie tylko zainicjował i poprowadził swój najnowszy projekt, ale i sam w nim czynnie wystąpił. I to w głównej roli! Można powiedzieć, że dosłownie poszedł w ślady Tommy’ego Wiseau sprzed piętnastu lat, gdy ten sam napisał scenariusz „The Room”, stanął za kamerą, a także wcielił się w postać Johnny’ego – jedną z trzech wiodących kreacji. Skoro na to samo szarpnął się Franco, to czego jeszcze więcej potrzeba było nam, widzom, by być spokojnymi o świetną realizację filmu przywołującego najgorszą produkcję w historii kina?

Długo do tego zmierzałem, ale tak – właśnie o tym jest „Disaster Artist”, który swoje pierwsze pokazy przedpremierowe miał jeszcze na wiosnę zeszłego roku, ale dopiero teraz, dziewiątego lutego, został on w pełni udostępniony cierpliwym polskim kinomanom. Tytuł produkcji spod skrzydeł wspomnianego Jamesa Franco został zapożyczony od fragmentu nazwy książki, na której bazuje.

Disaster Artist - James Franco
Franco musiał wcielić się w rolę niespełnionego wyrzutka Hollywoodu.
Źródło: filmweb.pl

W skrócie można powiedzieć, że najnowsze dzieło Amerykanina to nic innego, jak zobrazowanie i przybliżenie nam początków relacji Tommy’ego Wiseau z Gregiem Sestero. Tych dwóch dżentelmenów poznaje się dość przypadkowo, ale szybko łączą ich wielkie ambicje związane z branżą filmową. Chcąc zostać sławnymi aktorami, mężczyźni przeżywają wiele wzlotów i upadków w świecie Hollywood, aż w końcu, w przypływie chwili, decydują się wziąć sprawy we własne ręce i nakręcić swój film – niezależnie i według osobistych widzimisię.

„Disaster Artist” ukazuje całą drogę, jaką Wiseau i Sestero przeszli od nieposiadających żadnych kwalifikacji małomiasteczkowych marzycieli do kinowych twórców, którzy krok po kroku, z wieloma perypetiami, realizujących własne marzenie. Pierwsza, nieco krótsza część filmu, to wgląd na początki ich burzliwej relacji oraz nieśmiałe kroki w branży. Zaś druga, znacznie dłuższa i jeszcze ciekawsza, a przede wszystkim zabawniejsza faza „Disaster Artist” dokładnie ukazuje, jak wyglądało tworzenie samego „The Room”. Poznajemy liczne koncepcje i pomysły na realizację filmu, które nierzadko poróżniały osoby zaangażowane w projekt, mniejsze oraz większe trudności, które uwydatniały się dopiero w praktyce, a przede wszystkim, co najbardziej cieszy widza, to dosłowne przywoływania scen niemal żywcem wziętych z „The Room”.

Disaster Artist - Bracia Franco
Główna obsada iście… braterska. Dave Franco został najlepszym przyjacielem Tommy’ego Wiseau.
Źródło: filmweb.pl

James Franco w swojej roli jest genialny. Od samego początku widać, jak bardzo zainteresował się swoją postacią i oddał się jej bezgranicznie. Nie dość, że aktor już z wyglądu został ucharakteryzowany tak, aby jak najbardziej przypominać Wiseau, to zupełnie onieśmiela swoją grą aktorską. Wczucie się w bohatera oraz oddanie jego największych zalet i wad to coś niezwykle trudnego do osiągnięcia nawet dla najwybitniejszych aktorów. Zaś Franco poradził sobie z tym znakomicie i do złudzenia przypomina reżysera „The Room”. A robi to przede wszystkim mową ciała, sposobem wypowiadania się (udało mu się wypracować niemal identyczną barwę głosu i akcent), a także stylem bycia. Stał się po prostu żywym sobowtórem Tommy’ego Wiseau.

Choć bardzo bym chciał, nie mogę zaprzeczyć stwierdzeniu, że „Disaster Artist” to przede wszystkim pokaz umiejętności Jamesa Franco. Nie dość, że stanął za kamerą całej produkcji, to jeszcze swoją kreacją wzniósł się na wyżyny. Świeci najjaśniej z całej obsady, ale nie da się ukryć, że po prostu musiało tak być. W końcu to losy Wiseau sprzed kilkunastu lat odgrywają tutaj najważniejszą rolę. I choć na ekranie przewija się wiele innych postaci – równie istotnych dla fabuły, to właśnie Tommy od początku skupiał zainteresowanie widzów. Jeszcze na długo przed premierą można było odnotować, że oczekujących kinomanów najbardziej zaintrygowało ukazanie właśnie tej postaci.

Disaster Artist - Tommy Wiseau
Nie da się ukryć, że Wiseau był dość nietypową osobą.
Źródło: filmweb.pl

Jednak nie mniejsze uznanie należy się bratu reżysera „Disaster Artist” – Dave’owi Franco. Ten wcielił się we wspominanego przeze mnie nie raz Grega Sestero, który swego czasu był drugim ojcem „The Room”. Choć największe zasługi przypisał sobie Wiseau, to bez swojego najbliższego przyjaciela w ogóle nie wpadłby na pomysł realizacji własnej produkcji kinowej. Sestero został wówczas obsadzony jako drugi z głównych bohaterów – Mark, który w fabule również otrzymuje tytuł najbliższego kumpla, ale i zarazem – ukrywającego się zdrajcy, jako że potajemnie spotyka się (i nie tylko) z narzeczoną przyjaciela.

Kreacja Dave’a Franco zdecydowanie różni się od tej, którą ogrywa jego brat reżyser. Zachodzi tu pewien kontrast między postaciami, który jeszcze bardziej uatrakcyjnia widowisko. Sestero z biegiem wydarzeń przechodzi przemianę z niepewnego siebie i mało zdecydowanego młodego chłopaka w nabierającego rozpędu i doświadczenia faceta pieczołowicie rozkręcającego swoją karierę w Hollywood. Można powiedzieć, że nierzadko Sestero jest odwrotnością tego, co aktualnie reprezentuje postać Wiseau. Gdy ten pierwszy miewa wątpliwości, to drugi nakłania go do wiary w siebie. Jednak kiedy Greg zbiera się w sobie i jest gotów do zawładnięcia światem, to w pewien sposób skrzydła podcina mu Tommy.

Disaster Artist - Greg Sestero
Greg marzył o karierze aktorskiej. Czy przeprowadzka do Hollywood była dobrym krokiem?
Źródło: filmweb.pl

Oznacza to, że dwóch głównych bohaterów „Disaster Artist” świetnie się dopełnia, a co za tym idzie – dobrze ze sobą współgrają i uatrakcyjniają seans. Ważne jest to, aby postacie różniły się od siebie w widoczny sposób, co staje się podwaliną do szerokiego wachlarza możliwości scenariuszowych na dalszych etapach oglądanej produkcji. A nie da się ukryć, że w tym przypadku jest naprawdę zaskakująco i ciekawie.

Film Jamesa Franco poszedł przede wszystkim w dramaturgię bardzo śmiało zmieszaną z komedią. Są momenty, które chwytają nas za serce. Głównie wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że takie sytuacje faktycznie mogły mieć miejsce kilkanaście lat temu, gdy Wiseau i Sestero rozpoczynali podbój Hollywood. Jak zwykle bywa w relacjach międzyludzkich – między tym dwojgiem nieraz uwypuklały się różnego rodzaju zatarcia, które faktycznie mogą teraz wywoływać czułe emocje u wiernych widzów. Nie chcę przywoływać konkretnych przykładów, jednak zapewniam, że tak jak w życiu bywa, w „Disaster Artist” nieraz ukazano problemy, z jakimi mierzyć muszą się ambitni ludzie, aby sięgnąć po spełnienie marzeń.

Disaster Artist - Reżyseria
Jeśli nie możesz czegoś dostać, zrób to sam!
Źródło: filmweb.pl

Jednak aby nie było zbyt poważnie, dramatycznie i przygnębiająco, film zapewnia także solidną dawkę dobrej rozrywki składającej się przede wszystkim z żartów słownych i sytuacyjnych. Nie można było spodziewać się innego rozwiązania, skoro głównym motywem „Disaster Artist” jest ukazanie procesu powstawania najlepszego z najgorszych filmów wszech czasów. Sceny, które zobaczyć można w pierwowzorze, same w sobie są już na tyle komiczne i wywołujące uśmiech na twarzy (o ile nie nawet salwę śmiechu), że łącząc je z luźnym i zdystansowanym podejściem, jakim cechuje się „Disaster Artist”, otrzymujemy wręcz kulminację absurdu, komedii i litościwego współczucia wobec bohaterów.

W filmie przewija się co najmniej kilka kultowych scen z „The Room”, które na nowo odgrywane są przez braci Franco i pozostałych aktorów. Zamierzonym efektem było aż do złudzenia sparodiowanie powszechnie znanych fragmentów pierwowzoru z 2003 roku, aby w widzach przywołać nieco nostalgii związanej z pierwszym seansem melodramatu, który kiedy musieli przeżyć. Nostalgia ta zaś jest rozumiana w pełni pozytywnie, bo i takie odczucia wiąże się z „The Room”. Choć film sprzed lat jest totalną porażką scenariuszową i aktorską, to do dzisiaj jest miłowany przez miliony. Niektórzy nawet wręcz obsesyjnie znają większość najbardziej kiepskich (a zarazem najzabawniejszych) kwestii, monologów lub też całych dialogów z dzieła Wiseau. Możliwość ponownego usłyszenia ich na wielkim ekranie dzięki „Disaster Artist” jest komediowym spełnieniem marzeń niejednego wielbiciela kina.

Disaster Artist - I did not
„Disaster Artist” przywołuje wiele kultowych scen z „The Room”.
Źródło: filmweb.pl

Co tu dużo więcej pisać. Aktorsko film Jamesa Franco jest o niebo lepszy od „The Room”. Scenariuszowo – tak samo. Pod względem realizacyjnym – nie inaczej. Po prostu można stwierdzić, że wszystko jest w nim jak najbardziej w porządku, podczas gdy dzieło Tommy’ego Wiseau to z kinematograficznego punktu widzenia dno i dwa metry mułu. Ale właśnie dzięki temu pokochaliśmy „The Room”, a „Disaster Artist” pokochamy za świetne pogłębienie naszej wiedzy na temat „the best worst movie ever” oraz idealne sparodiowanie go, które jest jak miód na serce kinomana.

I za Jamesa Franco. Ten to dopiero odwalił kawał dobrej roboty.

The Room - I did not