„Czarna Pantera” – Walka o tron afrykańskiej utopii

Ten film to zupełny powiew świeżości dla kina superbohaterskiego ostatnich lat. Tak, wiem. Podobnym stwierdzeniem rzuciłem, o ile dobrze pamiętam, w przypadku „Thora: Ragnarok” w październiku zeszłego roku. Jednak tym razem seans jest zupełnie inny. W przywołanej trzeciej odsłonie solowych przygód boga piorunów swojego rodzaju wyjątkowością było ukierunkowanie się przede wszystkim w stronę humoru i nieco mniej poważne podejście do poważnego motywu, jakim był tytułowy zmierzch bogów. Było to oryginalne i z pewnością wykraczające poza to, czego pierwotnie można było oczekiwać.

Czarna Pantera - Recenzja

Po paru miesiącach przyszła pora na premierę kolejnego odcinka marvelowskiej serii wysokobudżetowych ekranizacji komiksów. Na tę zaś czekano z jeszcze większym zainteresowaniem niż na trzeciego „Thora” lub nawet „Spider-Mana: Homecoming”, który był swoistym powrotem człowieka-pająka do swojego prawowitego miejsca. Świadczą o tym choćby bilety wyprzedające się jak szalone na co najmniej kilka tygodni przed światową premierą widowiska. Na rezerwacje rzucili się dosłownie wszyscy. Przede wszystkim zamiłowani wielbiciele Marvela, ale także potężna reprezentacja Afroamerykanów.

Nie, nie jest to żadne rasistowskie stwierdzenie. Ogromną uwagę ze strony czarnoskórych osób zauważyć można było bez większego wysiłku. Szturmowali strony z biletami w przedsprzedaży i nakręcali niemały hype na całe widowisko. Ale nie ma co się dziwić. W końcu mowa tutaj o „Czarnej Panterze„!

Czarna Pantera - Pantera
T’Challa wyróżniał się już w „Wojnie bohaterów”. Czas na jego własny film!
Źródło: filmweb.pl

Tytułowy superbohater był pierwszym pełnoprawnym czarnoskórym herosem, który pojawił się na łamach komiksów Marvela. Zadebiutował w 1966 roku w jednym z zeszytów z serii „Fantastic Four” i już od tamtej pory przykuwał uwagę afroamerykańskiego odsetka czytelników. Teraz, gdy Marvel przeżywa złotą erę ekranizacji swoich papierowych dzieł, również może uchodzić za pioniera. Bowiem film „Czarna Pantera” jest pierwszą produkcją z gatunku superbohaterskiego na tak ogromną skalę, w której tytułową, główną rolę odgrywa czarnoskóry aktor. A co więcej – niemal cała obsada, z racji wątków fabularnych, jest mu podobna i dzięki temu zwraca na siebie jeszcze większą uwagę popkulturowego światka.

Wielki sukces i zainteresowanie „Czarną Panterą” można w pewien sposób porównać do niebagatelnego osiągnięcia, którym niecały rok temu cieszyła się ekranizacja „Wonder Woman” ze stajni DC Comics. Postać zagrana przez Gal Gadot była pionierką wśród żeńskich superbohaterek na wielkim ekranie, które otrzymały własny, solowy tytuł. W tej kwestii Marvel został wyprzedzony, bo choć pochwalić się może takimi paniami, jak Black Widow lub Scarlet Witch, to wciąż nigdy nie odegrały one roli wiodącej.

Czarna Pantera - T'Challa i Okoye
T’Challa ma za co walczyć. Honor, ojczyzna i miłość.
Źródło: filmweb.pl

DC we współpracy z Warner Bros. trafiło w niszę, jaką była damska reprezentacja miłośników komiksów i filmów, zaś Marvel i Disney nie pozostali dłużni ujawniając swoją tajną broń w postaci „Black Panther”, o którym tutaj mowa. Jednak jeden z najnowszych herosów w uniwersum cieszy się uznaniem nie tylko wśród osób podzielających jego kolor skóry, ale także i całej reszty miłośników blockbusterów czy też komiksów. Wynika to z tego, że nowa produkcja MCU jest po prostu wyśmienita pod wieloma względami.

O wyjątkowości filmu świadczyć może między innymi fakt, że spora części akcji osadzona zostaje w  Afryce, która dotąd pozostawała nam nieznana w realiach tego uniwersum. Przygody superbohaterów nieraz wykraczały poza terytoria Stanów Zjednoczonych, jednak nigdy na zbyt długo. Prędzej czy później chodziło o ratunek ludzkości w… Nowym Jorku. Teraz jednak przeniesiono nas do Wakandy – fikcyjnego państewka w ubogich terenach Czarnego Kontynentu. I właśnie za takie uchodzi ów kraj w pozostałej części świata. Nikt nie jest świadomy tego, że tak naprawdę nie kończy się ono na mało żyznych ziemiach i zacofanych metodach życia. W głębi afrykańskich lasów skryta jest prawdziwa Wakanda – wysokorozwinięta cywilizacja, która swój dobrobyt zawdzięcza vibranium. Ten kosmiczny materiał przewijający się już przez wiele filmów Marvela ma w końcu swoje największe zastosowanie właśnie w „Czarnej Panterze” i nareszcie możemy dowiedzieć się o nim dużo więcej. Nie zaledwie tyle, że to z niego powstała słynna tarcza Kapitana Ameryki.

Czarna Pantera - Wakanda
W Wakandzie niemal wszystko powstało z vibranium. Ten latający statek najpewniej również.
Źródło: filmweb.pl

Wakanda, choć bogata i rozwinięta, jak żadne inne miejsce na Ziemi, wciąż jednak pozostaje ściśle zakorzeniona z tradycjami i kulturą afrykańską, co w filmie jest aż nadto widoczne. Przygotujcie się na liczne sceny, które dla nas wyglądać mogą nietypowo, jednak dla tamtejszej ludności są codziennością. I działa to jak najbardziej na plus, bo nie dość, że buduje porządny klimat, to całość zyskuje wspomnianą przeze mnie świeżość i oryginalność dla tego gatunku kina.

Tradycyjne obrzędy, kolorowe stroje i tron, na którym zasiada król Wakandy i posiadacz mocy Czarnej Pantery w jednej osobie. To właśnie ten ostatni będzie niezwykle istotny dla wydarzeń ukazanych w „Black Panther”, jako że (co nie jest spoilerem) miejsce po swoim zmarłym ojcu objąć ma główny bohater T’Challa. Jednak, jak można się domyślać, władza nigdy nie przychodzi bezproblemowo, a to wiąże się z wieloma interesującymi dla widza następstwami w fabule.

Czarna Pantera - Kultura
Tronu nie da się tak łatwo objąć. Trzeba o niego zawalczyć.
Źródło: filmweb.pl

Chadwick Boseman w roli T’Challi – tytułowego bohatera, zadebiutował już nieco wcześniej podczas trzeciej części przygód Kapitana Ameryki, w której doszło do starcia między podzielonymi członkami ugrupowania Avengers. Pojawił się tam niespodziewanie i, jak często podkreślano, sam skradł całe show. Doceniano jego dopracowany wygląd, niemal kocie ruchy podczas scen pojedynków, a także samego aktora, który na medal spisał się pod względem wykreowania charakteru i stylu bycia swojej postaci.

Nic dziwnego, że na wielki powrót T-Challi czekano z wypiekami na twarzy. Okazuje się, że było warto. Potwierdzają się wcześniejsze opinie widzów – Boseman jest urodzonym odtwórcą tej roli. Urzeka swoim sposobem wypowiadania się (język angielski z afrykańskim akcentem) oraz manierą, która nie pozwala nie polubić jego postaci i związać się z nią bliżej. Myślę, że równie kluczowy był tu jego pierwszy występ w „Wojnie bohaterów”, gdzie poprzeczkę zawiesił wysoko i na szczęście w swoim solowym filmie dał radę jej dorównać.

Czarna Pantera - T'Challa
Chadwick Boseman świetnie odnajduje się w roli afrykańskiego króla T’Challi.
Źródło: filmweb.pl

Jednak „Black Panther” to nie show jednego aktora. Ogromne uznanie należy się też stojącemu po przeciwnej stronie barykady złoczyńcy Killmongerowi, w którego wciela się niesamowity Michael B. Jordan. Tak jak Boseman był objawieniem w „Wojnie bohaterów”, tak ten aktor niewątpliwie jest najjaśniejszą perłą w najnowszej produkcji. Aktor ma już za sobą pokaźną liczbę ról, jednak głośniej zrobiło się o nim dopiero w przypadku dramatu sportowego „Creed: Narodziny legendy”. Mimo to nie można odjąć mu umiejętności, które widoczne są w każdej scenie z jego udziałem. Dzięki Jordanowi, Killmonger nie jest kolejnym miałkim łotrem, na co do pewnego czasu cierpiały niemal wszystkie filmy Marvela. Jest wyrazisty, czuć w nim siłę i pewność siebie.

Zaś po stronie samego scenariusza warto wypunktować jasne i zrozumiałe dla widza motywacje, które kierują wrogiem Czarnej Pantery, oraz wszystkie późniejsze poczynania Killmongera niebędące jedynie głupimi działaniami mającymi na celu pozbycie się T’Challi i zawładnięcie światem. Nie, tutaj chodzi o coś więcej. Ukryte są w tym idee, które po pewnej analizie wydają się niezwykle sensowne. Był moment, że nawet ja sam uznałem poglądy tej postaci za całkiem słuszne. Trzeba przyznać, że Erik Killmonger jest naprawdę świetnie rozpisaną i solidną kreacją.

Czarna Pantera - Killmonger
Gość nie tylko przeraża z wyglądu, ale naprawdę wie do czego dąży.
Źródło: filmweb.pl

I choć może trudno w to uwierzyć, takie wrażenie odnoszę również wobec wielu pozostałych postaci pierwszo- i drugoplanowych. Choć wiadomo, że dla części z nich nie znalazło się zbyt dużo czasu ekranowego, aby bardziej je przedstawić, to wciąż można docenić kilku naprawdę dobrze przemyślanych i odegranych bohaterów. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym wśród nich nie wymienił jeszcze Shuri, czyli młodszej siostry króla T’Challi, która odpowiedzialna jest za vibranium i co za tym idzie – cały technologiczny postęp Wakandy. Wcieliła się w nią młoda aktora Letitia Wright, która skradła mi serce (i jak później się dowiedziałem – nie tylko mi) dosłownie z miejsca w pierwszej scenie ze swoim udziałem.

Czarna Pantera - Shuri
Zabawna i inteligentna. Serduszko dla Shuri!
Źródło: filmweb.pl

Wśród długiej listy obsady nie doliczymy się zbyt wielu białoskórych aktorów. Jednak w fabule znalazło się miejsce przede wszystkim dla jednego z nich – Martina Freemana. Brytyjczyk świetnie znany z „Hobbita” oraz „Sherlocka” dostał w „Czarnej Panterze” niemałą rolę do odegrania, która w pewnych momentach jest naprawdę znacząca dla losów wydarzeń. Aktor kreuje tutaj postać Everetta Rossa będącego jednym z pracowników amerykańskiego rządu. W wyniku pewnych okoliczności, trafia do afrykańskiej Wakandy, która potrzebować będzie jego pomocy w nadchodzącym pojedynku. Osobiście niezmiernie cieszę się z jego sporego udziału w historii, jako że aktor w pełni na to zasługiwał. Wiedziałem, że może sporo wnieść do kinowego uniwersum Marvela i tak właśnie się stało. Pojawił się już wcześniej w „Wojnie bohaterów”, jednak tam jego rola została zepchnięta na drugi, a nawet trzeci plan. Teraz zaś zyskał dużo więcej niż własnych pięć minut.

Czarna Pantera - Ross
Everett Ross ma przyjemność na własnej skórze doświadczyć tego, czym naprawdę jest Wakanda.
Źródło: filmweb.pl

W fotel wgniata to, jak ten film wygląda, choć do tej kwestii chyba wszyscy powinniśmy być już przyzwyczajeni. Każda kolejna produkcja kooperacji Marvel-Disney to obraz wygenerowany komputerowo na najwyższym możliwym poziomie. Nie zmienia się to od lat, a jeśli już – to tylko na lepsze i lepsze. Afrykańskie krajobrazy wokół i w samej Wakandzie chwytają za serce. Oczy cieszą się, gdy na ekranie widać wielokilometrową sawannę, czy też ogromne wodospady lub bujną roślinność między szczytami. Zaś z drugiej strony szczęka potrafi opaść, gdy znajdziemy się w tej technologicznej części skrytego kraju, która wyprzedza realia reszty świata o dziesiątki, jak nie setki lat.

Podczas omawiania „Czarnej Pantery” grzechem byłoby nie wspomnieć o muzyce, która w przypadku tego filmu została przygotowana pieczołowicie. Choć nie od dziś wiadomo, że dźwięki w filmach są jednym z najważniejszych wyznaczników odbioru przekazu, a sam Marvel stara się za każdym razem jak najlepiej podejść do tematu soundtracku, to tym razem twórcy postanowili przejść samych siebie. Pieczę nad muzycznym projektem pełnił popularny amerykański raper Kendrick Lamar, który z pomocą wielu innych uzdolnionych artystów skompletował czternaście utworów będących stworzonymi specjalnie na potrzeby superbohaterskiego filmu. „Black Panther: The Album” miał swoją światową premierę 9 lutego, a więc na parę dni przed wejściem ekranizacji do kin. Dzięki temu można było już wcześniej wsiąknąć w klimat produkcji i z większą niecierpliwością wyczekiwać seansu.

Soundtrack, liczący sobie niemal 50 minut utworów, skomponowany został tak, aby idealnie wpasować się do konkretnych wydarzeń i scen w filmie, ale i być w pełni nadającymi się do odsłuchu bez obrazu. Single „All the Stars”, „King’s Dead” oraz „Pray for Me” szybko zdobyły serca fanów na długo przed premierą ekranizacji, a gdy krążek ostatecznie ukazał się na rynku – również krytycy byli wobec niego przychylni. Po cztery gwiazdki na pięć możliwych wystawiły takie profesjonalne media, jak „The Guardian” czy „Rolling Stone”. Zaś listy przebojów w USA, Norwegii, Danii i Kanadzie były jednogłośne – pierwsza lokata w ciągu kilku dni po ukazaniu się albumu.

Czarna Pantera - T'Challa i Killmonger
A tron tylko jeden…
Źródło: filmweb.pl

Mocny akcent położony na muzykę czuć za każdym razem, gdy jakiś motyw dźwiękowy rozbrzmiewa podczas seansu. Chciałoby się, aby wszyscy twórcy filmowi byli aż tak świadomi mocy, jaką niesie ze sobą odpowiednia ścieżka dźwiękowa. Ta, w „Czarnej Panterze”, w połączeniu ze świetnymi efektami specjalnymi godnymi kinowego blockbustera oraz bohaterami, których kreacje przekroczyły nawet moje najbardziej optymistyczne oczekiwania, tworzą naprawdę świeżą i solidną całość, w której próżno doszukiwać się jakichś bardziej znaczących minusów.

Okazuje się, że po dziesięciu latach od pierwszego „Iron Mana”, kinowe uniwersum Marvela wciąż ma się bardzo dobrze i nic nie zwiastuje pogorszenia się tego stanu. Można spać spokojnie, bo jeśli ma czekać nas jakiekolwiek zaskoczenie, to tylko w pełni pozytywne. A to bardzo dobrze nastraja przed „Avengers: Infinity War”, które jest już tuż za rogiem!

Moja ocena: 9/10

Reklamy

„Thor: Ragnarok” – Szukając swego ja we wszechświecie

Po raz pierwszy w życiu odczuwam niepohamowaną ochotę na obejrzenie w kinie jakiegoś filmu po raz drugi. Nigdy mi się to nie zdarzyło, ale teraz jestem przekonany, że nim „Thor: Ragnarok” zostanie zdjęty z wielkich ekranów w naszym kraju, zobaczę go ponownie. Panie i panowie, najnowsza wysokobudżetowa produkcja Marvel Studios przełamuje grube lody serii o Bogu Piorunów!

Thor: Ragnarok - recenzja

Ci, którzy na bieżąco śledzą kinowe uniwersum superbohaterów lub sukcesywnie nadrabiają zaległości w tej tematyce, na pewno zetknęli się już z dwoma solowymi tytułami o Thorze. Oba, choć jeśli chodzi o kino science-fiction pozostają dobre, to jednak nie zachwyciły większości widzów. Oczekiwano od nich więcej, a otrzymaliśmy produkcje bardziej przeciętne niż wciskające w fotel. O ile pierwsza odsłona z 2011 roku była ciekawym i przyjemnym przedstawieniem postaci oraz nakreśleniem jej kreacji, o tyle w „Mrocznym świecie” niestety nie wykorzystano potencjału drzemiącego w komiksowym bohaterze. Mimo tego, że predyspozycje do świetnego filmu były na wyciągnięcie ręki.

Teraz, gdy jestem już po seansie „Ragnaroka”, lubię wmawiać sobie, że dwie poprzednie produkcje o Thorze specjalnie nieco zaniżały poziom kinowego uniwersum Marvela tylko po to, aby trylogia zakończyła się fenomenalnym, widowiskowym i doskonałym w każdym detalu obrazem. Nie, nie piszę tego będąc wciąż oszołomiony po rychłym wyjściu z kina. Zdążyłem już ochłonąć, a wciąż nie potrafię wyjść z podziwu dla tych dwóch godzin, które spędziłem w samym środku sali kinowej.

Pech, z jakim mierzyła się seria o nordyckim bogu, zmusiła włodarzy filmowego studia Marvela do eksperymentowania z reżyserami odpowiedzialnymi za każdą z kontynuacji przygód herosa. Szybko zrezygnowano z Kennetha Branagha, spod którego skrzydeł sześć lat temu ukazała się origin story o Thorze. Postawiono wówczas na Alana Taylora, który o ile z kręceniem odcinków „Gry o tron” nie ma najmniejszego problemu, o tyle nie wykazał się na planie „Mrocznego świata” i zawiódł oczekiwania. Aż cztery lata musiały minąć, nim doczekaliśmy się wisienki na nordyckim torcie. Ciężkie brzemię przejął Nowozelandczyk Taika Waititi będący wciąż aktywnym aktorem i stale rozwijającym się reżyserem. Na miesiące przed premierą „Thora: Ragnaroka” można było mieć pewne obawy co do tego, jak poradzi sobie z zawieszoną wysoko poprzeczką przez zawiedzionych poprzednimi częściami fanów, jak i wszystkie pozostałe marvelowskie ekranizacje. Teraz jednak najszczerzej gratuluję i dziękuję za ten wybór.

Thor: Ragnarok - Thor
Blond Bóg Piorunów powraca w swoje rodzinne strony.
Źródło: filmweb.pl

Już materiały promocyjne na długi czas przed październikową premierą nie ukrywały, że najnowszy film o Thorze będzie posiadał bardzo wyjątkowy klimat, a co najważniejsze – odmienny od „jedynki” i „Mrocznego świata”. Postawiono tutaj na coś, co określa się jako psychodelię i motyw lat osiemdziesiątych. Zgadzali się z tym sami twórcy, którzy również podkreślali, że jest to swoisty ukłon w stronę wieloletnich prac rysownika Jacka Kirby’ego – legendarnego już w swoim kręgu twórcę wielu komiksowych bohaterów, w tym samego Thora.

Oglądając „Ragnarok” nie da się temu zaprzeczyć. Miłośnicy rysunkowych przygód sprzed dekad na pewno od razu zauważą liczne nawiązania do ówczesnej stylistyki i klimatu powstałych zeszytów, a jeśli ktoś nie miał z nimi bliższej styczności – i tak spostrzeże i najprawdopodobniej doceni wyjątkowość wizjonerstwa Waititiego. To, że udało mu się przenieść kolorowe, różnokształtne i nietypowe cechy świata przedstawionego z papieru na ekran, zasługuje na niemały szacunek nie tylko widzów, ale i osób na co dzień siedzących w jego branży.

Thor: Ragnarok - Statek
Nie ma co liczyć na spokojne odpoczywanie po ratowaniu Ziemi. Asgard też jest zagrożony.
Źródło: filmweb.pl

I tak też chyba jest. Nie tylko ja jestem oczarowany widowiskiem, jako że pozytywne recenzje na jego temat (czy to w sieci, czy w starszych mediach tematycznych) sypią się jak z rękawa i trzeba niemałych starań, aby znaleźć bardziej sensowe i uargumentowane opinie działające na niekorzyść produkcji. Wielu twierdziło, że wyciągnięcie serii o Thorze z głębokiego padołu, w którym znalazła się po „Mrocznym świecie”, będzie zadaniem niewykonalnym. Tymczasem widzowie nie skąpią słów uznania, a krytycy filmowi oraz znawcy dziedziny głośno stwierdzają, że z perspektywy rozrywkowych blockbusterów dokonano czegoś, czego w kinie jeszcze nie widziano.

Zajmijmy się jednak szczegółami, od których zdarza mi się odchodzić w przypływie pozytywnych przemyśleń. Co właściwie oznacza podtytuł najnowszej produkcji Marvela? Nie będzie niczym odkrywczym stwierdzenie, że cykl filmów o Thorze, jak i sama jego postać, czerpią garściami z motywów nordyckich, gdzie od wieków przywołuje się liczne boskie persony, wśród których możemy znaleźć między innymi władcę piorunów, jego największą nemezis Lokiego, czy też Odyna będącego najwyższym spośród wszystkich bogów. Ów mityczne postacie, jak i wiele ich losów, stały się niegdyś podwalinami dla wprowadzenia nowych, komiksowych superherosów. Tak w głowach rysowników narodził się „The Mighty Thor”, a w XXI wieku nareszcie mógł zostać również godnie zekranizowany i stać się jedną z największych ikon popkultury nowego tysiąclecia.

Thor: Ragnarok - Thor i Loki
Również w „Ragnaroku” wrócimy na moment na Ziemię.
Źródło: filmweb.pl

W każdym razie ragnarok. Według nordyckich wierzeń, jest to zmierzch bogów, podczas którego do walki naprzeciwko siebie stają nadludzcy reprezentanci dobra i zła. W długiej, brutalnej wojnie na śmierć i życie unicestwiony zostaje cały boski świat, którego spopielenie ma zwiastować uwolnienie się od dotychczasowych grzechów i mankamentów obecnego świata, po czym następuje odbudowa zupełnie nowego i lepszego całkowicie od zera. Oczywiście to tylko uogólniony zarys motywu ragnaroku, jednak już samo to wprowadza niemałe zainteresowanie, prawda? I właśnie tę tematykę postanowiono przenieść na wielkie ekrany w trzeciej części przygód Thora, który tym razem staje naprzeciwko prawdopodobnie największym niebezpieczeństwom, jakie dotychczas czekały go, jak i wielu mu towarzyszących.

A trzeba pamiętać, że ma na koncie wiele bojów odbytych nie tylko w swoim rodzinnym, mitycznym Asgardzie, ale i Midgardzie (tak naszą Ziemię nazywają bogowie). Najwidoczniej wielotysięczne armie Lokiego oraz Ultrona to nic w porównaniu do tego, z czym mierzy się Thor w najnowszym filmie.

Thor: Ragnarok - Ragnarok
Gdy Hela pojawia się w Asgardzie, nikt nie jest bezpieczny.
Źródło: imdb.com

W ten oto sposób poznajemy Helę – grany przez Cate Blanchett najpotężniejszy czarny charakter, który do tej pory pojawił się w kinowym uniwersum Marvela. Według tego, co z niepokojem mówią o niej wszyscy dookoła naszego głównego bohatera, faktycznie ma być ona największą zmorą, jaka tylko może przytrafić się całemu Asgardowi. Uchodzi za niepowstrzymaną i zawsze zdobywającą to, czego pragnie. A teraz ma na celu zawładnięcie samym światem bogów, którego dotychczasowym władcą był ojciec Thora i Lokiego – Odyn. Pojawia się jednak drobny fakt, który umożliwia Heli przejście do działania, a Asgardowi zwiastuje poważne problemy. Największy z bogów, w którego wciela się sam Anthony Hopkins, zaginął już jakiś czas temu i nikt nie ma pojęcia, gdzie mógł się udać.

Tak oto Thor, który wraca jako zwycięzca z kolejnej bitwy przeciwko wrogim kreaturom, od razu zmierzyć się musi z nowym niebezpieczeństwem. Choć chciałbym nakreślić fabułę jeszcze bardziej, bo to, o czym teraz wspomniałem to zaledwie kilkanaście pierwszych minut seansu, to koniecznie muszę zważać na słowa, aby nie zdradzić Wam istotnych szczegółów fabularnych. A że ważne wydarzenia odbywają się na ekranie niemal co rusz, na tym muszę poprzestać.

Thor: Ragnarok - Loki
Film o Thorze bez Lokiego nie mógłby istnieć.
Źródło: filmweb.pl

Z czystym sumieniem gwarantuję Wam, że jest co oglądać. Mamy gościnny występ innego superbohatera poznanego już jakiś czas temu, który pomaga w odnalezieniu Odyna, stajemy się gośćmi niezwykle odległej i charakterystycznej planety Sakaar, na której rządzi wyjątkowo charyzmatyczny Arcymistrz, a potem dzieją się takie rzeczy, że aż trudno wystarczająco godnie nakreślić je słowami.

Bohaterowie filmu – to oni robią tutaj kawał dobrej roboty. Thora granego przez Chrisa Hemswortha nie muszę na pewno przedstawiać. Nie zmienił się nic (poza fryzurą w pewnym momencie seansu), bo nadal jest zapatrzony w siebie, pyszałkowaty, a do tego dysponuje potężnymi mocami i jeszcze większym potencjałem na miano najsilniejszego z Avengerów. A ten tytuł będzie pretekstem do niejednej zabawnej scenki między nim a Hulkiem. Ogromnego, zielonego potwora, a także jego ludzką wersję znaną jako Bruce Banner, gra ponownie Mark Ruffalo, który na szczęście nie zostaje zepchnięty do drugoplanowej roli mającej na celu wyłącznie zachęcić widzów do liczniejszego przybycia do kin. Hulk dostaje swoich nie pięć, a kilkanaście minut i faktycznie jest kluczowy dla całej historii. Choć pojawia się w mało spodziewanym momencie (no, chyba że oglądało się zwiastuny). Dodatkowo swój czas na ekranie bardzo dobrze wykorzystuje, bo mamy okazję poznać monstrum jeszcze bliżej, między innymi dzięki temu, że coraz śmielej używa mowy zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej. Może Hulk nie jest już tylko maszyną do rozwałki?

Thor: Ragnarok - Thor i Banner
Swój udział w przygodzie ma również Bruce Banner i jego monstrualny Hulk.
Źródło: filmweb.pl

W kolejnym filmie o Thorze nie mogłoby zabraknąć samego Lokiego, który stał się najbardziej lubianym spośród wszystkich czarnych charakterów przedstawionych dotąd w MCU. Przebiegły, sprytny i w dodatku utalentowany w boju brat Boga Piorunów dalej jest taki, jakim go zapamiętaliśmy. Potrafi sprzymierzyć się z pozytywnymi bohaterami, gdy zagrożenie również dotyka i jego, ale nigdy nie zapomina o jak najlepszym spożytkowaniu ów sojuszy na swoją korzyść. To za to cwaniactwo polubiono go już w pierwszym „Thorze”, a fakt, że Loki odgrywany jest przez genialnego Toma Hiddlestona, jeszcze pozytywniej wpływa na całą kreację.

Czym byłby jednak film superbohaterski Marvela bez wprowadzenia nowych postaci, prawda? O Heli już wspominałem, która jest tu zdecydowanie najmroczniejszą kreacją. Cate Blanchett stanęła na wysokości zadania i fantastycznie oddała tę komiksową postać swoją fenomenalną grą aktorską, własnym wyglądem i głosem potrafiącym momentami wywołać niemałe ciarki. I choć przeszłość Heli może wydawać się niezbyt odpowiednio przedstawiona, a jej złowrogie motywy dość płytkie, to jednak najważniejsze, że wszystko ma ręce i nogi, a gdy nareszcie pojawia się na ekranie (a nie tylko o niej słyszymy), to budzi podziw i szybko zgłębia się jej osobę.

Thor: Ragnarok - Hela
Sieje strach i zamęt. Hela po latach wraca do Asgardu.
Źródło: filmweb.pl

Duży plus warto postawić także obok Arcymistrza oraz Walkirii. Ten pierwszy jest wyjątkowo kolorowym, zabawnym i nieco szalonym władcą planety Sakaar, na której w pewnym momencie ląduje nasz główny bohater. To, w jaki sposób funkcjonuje owe miejsce, jest świetnym przykład na to, jak egoistyczną i zapatrzoną w siebie postacią jest filmowa kreacja Jeffa Goldbluma. Cały teren pokryty jest odpadami, po których żerują dziwaczni śmieciarze, a jedyną izolacją jest ogromny budynek dla mieszkańców z wyżej klasy, którym dowodzi sam Arcymistrz. Co równie ważne, czas pokaże, że raczej nikt na tej planecie nie posiada piątej klepki, co na pewno sami zauważycie. Sakaar to bardzo dziwne miejsce…

I to na nim urzęduje również Walkiria grana przez Tessę Thompson. Samotniczka, która poluje na ciekawe istoty i handluje nimi z Arcymistrzem, natrafia w końcu na Thora, którego życie ratuje, a następnie od razu sprzedaje. Tak dotychczas wyglądał każdy jej dzień – pojmowanie, wydawanie za pieniądze, a następnie kupowanie niezliczonej ilości alkoholu, który doprowadzał ją do niemal niekończącego się stanu upojenia. Jak na marvelowskie kino jest to postać wyjątkowo nowa, wyróżniająca się, a co za tym idzie – zapadająca w pamięci. Jednak czuję, że jest to typ, który przez jednych zostanie szybko polubiony, a przez drugich nie zdobędzie sympatii.

Thor: Ragnarok - Arcymistrz i Walkiria
Na pierwszym planie siedzi Arcymistrz – władca planety Sakaar, a za nim po lewej stoi sama Walkiria.
Źródło: filmweb.pl

Do całej obsady dorzućmy jeszcze Idrisa Elbę, który po raz kolejny przywdziewa strój Heimdalla – wartownika Asgardu. Coś jednak okazuje się być nie tak i porzuca on swoje dotychczasowe powołanie, aby skupić się na innych sprawach. Jak się okazuje – wyjątkowo ważnych. Szkoda jednak, że ciemnoskóry wojownik nie dostał nieco więcej czasu ekranowego, aby bardziej zaistnieć w boskim świecie. Już więcej scen otrzymała kolejna nowa postać w serii – Skurge. W nad wyraz pewnego siebie, ale i niezdecydowanego żołnierza wcielił się Karl Urban i pełni tu rolę zagubionego cwaniaka, który najpierw z dobrej drogi schodzi na tę złą, gdzie teoretycznie obiecuje mu się lepszą przyszłość, aby później móc nauczyć się paru życiowych lekcji.

Szeroki wachlarz komiksowych postaci przeniesionych na kinowe ekrany jest tym, co najlepsze w „Ragnaroku”. Chemia między niektórymi bohaterami, ich dialogi oraz sytuacje, w których nieraz się znajdują, sprawiają, że film nie zawiewa nudą ani przez minutę, a stale zgłębianie ich psychiki lub zachowania gwarantuje dodatkowe rozszerzenie doświadczeń w zestawieniu z całymi niemal dziesięcioma latami MCU.

Thor: Ragnarok - Heimdall
Heimdall miał spory udział w poprzednich częściach „Thora”, więc i teraz ma ważne zadanie.
Źródło: filmweb.pl

O charakterystycznym klimacie produkcji zdążyłem już wspomnieć, a jest to zdecydowanie istotny czynnik trzeciego „Thora”. Gdyby próbowano utrzymać go w poważnym, mrocznym tonie, jak usiłowano z „Mrocznym światem” (stąd też po części tytuł tamtej odsłony), to wiele rzeczy mogłoby ostatecznie nie wypalić. Tymczasem dostajemy barwne widowisko z niemałą dawką świetnego humoru. Sprzeczki między bohaterami niejednokrotnie wywołują uśmiech na twarzy, czy nawet głośniejszy śmiech. Również w sytuacjach na pozór poważnych i wyniosłych znajdzie się odpowiedni moment na rozluźnienie atmosfery. Marvel robi tak już od lat i od lat jest to sprawdzone. Dodatni humor jest już częścią charakterystyczną tych produkcji, a fakt, że jest on zawierany w bardzo mądry i przemyślany sposób, w zupełności nie odstrasza.

Thor: Ragnarok - Walkiria, Thor i Banner
Relacje z Walkirią nie zawsze układają się po myśli…
Źródło: filmweb.pl

Konkretnym atutem filmu jest także muzyka, którą nasze uszy są karmione przez dwie godziny seansu. Ścieżka dźwiękowa stworzona specjalnie na potrzeby filmu stoi na naprawdę wysokim poziomie i łączy ze sobą nie tylko klimat psychodeliczny oraz retro z lat osiemdziesiątych, ale także odpowiednio wpasowuje się w ukazywane nam scenerie oraz wydarzenia. Trudno jest mi teraz wyobrazić sobie inne dźwięki ogrywane na rozległych śmietniskach Sakaaru albo piosenkę graną podczas jednej z najbardziej efektownych scen walki w całym filmie. Mam na myśli kawałek, który zasłyszeć mogliśmy już w zwiastunie. „Immigrant Song” od Led Zeppelin jest niemal jak ideał dla koncepcji tej produkcji.

Jeśli macie ochotę przesłuchać cały oryginalny soundtrack stworzony do „Thora: Ragnaroka”, to wystarczy odpalić tę playlistę na Spotify. Warto zapoznać się z całością, która jest świetna zarówno w budowaniu klimatu przed wyjściem do kina, jak i w utrzymaniu go zaraz po powrocie z seansu.

Niełatwo jest mi wypowiadać się na temat efektów specjalnych, które zobaczyć można w nowym „Thorze”, jako że przy każdej produkcji Marvela jest już tak samo – zawsze na najwyższym poziomie technologicznym. Widać gołym okiem, że twórcy kinowego uniwersum herosów pompują w coraz to nowsze filmy ogromne pokłady finansowe, z których niezmierzona część poświęcana jest na CGI. I nic dziwnego, bo bez komputerowo wygenerowanego świata oraz efektów nie można by wydać co najmniej dobrej produkcji opartej na komiksach. Całe szczęście, że współczesne możliwości są tak szerokie, dzięki czemu możemy nacieszyć oczy projektami pokroju „Ragnaroka”. Efektowne sceny walki, eksplozje, światła, loty po galaktyce i tym podobne to już standard dzisiejszego kina.

Thor: Ragnarok - Revengers
W zespole siła!
Źródło: cinemablend.com

Co tu więcej pisać? I tak wyszło tego sporo, a chciałem jak najbardziej zawęzić swoje przemyślenia i informacje na temat produkcji. Jak widać, jej doskonałość (przynajmniej dla mnie) zupełnie mi na to nie pozwoliła. W tej chwili mogę jedynie stwierdzić, że po prostu musicie wybrać się do kina i zobaczyć to na własne oczy. Nawet, jeśli za kinem superbohaterskim nie przepadacie, bo „Thor: Ragnarok” jest czymś rewolucyjnym, co, mam nadzieję, zostanie na długo zapamiętane. Podobnego widowiska uszytego z najlepszych możliwych nici nie widzieliście i być może długo nie zobaczycie. Na tę chwilę jedyne na to szanse ma „Infinity War” w maju przyszłego roku. Ale to też będzie już zupełnie inny rodzaj kina inspirowanego komiksami…

Moja ocena: 10/10

Seriale, których tej jesieni nie pominę. A Ty?

Jedna z najlepszych recept na deszczową pogodę za oknem? Oprócz zagrywania się w gry komputerowe, planszowe, wyjścia do kina lub czytania książek? Oczywiście włączenie telewizora, komputera, laptopa bądź urządzenia przenośnego i zatracenie się w kolejnym serialu. Jednak najważniejsze jest to, aby dokonać rozsądnego wyboru. Nie ma chyba lepszego uczucia niż to, które towarzyszy nam podczas uświadamiania sobie, jak dobrą decyzję podjęliśmy. A szczególnie, gdy czujemy to już po pierwszym odcinku sezonu.

Na szczęście żyjemy w czasach, w których ulewa, gradobicie i burze mogłyby występować przez 365 dni w roku, a my i tak mielibyśmy co oglądać. Seriali powstaje mnóstwo. Nawet samych amerykańskich, uchodzących za te o najwyższym poziomie jakości, pojawia się coraz więcej z każdym miesiącem, tygodniem lub nawet dniem. Duża w tym zasługa platformy Netflix, ale i wielu innych stacji telewizyjnych lub internetowych.

Seriale na jesień

W obliczu rychło nadciągającej jesieni, warto zrobić mały research i wypisać sobie wszystkie serialowe tytułu, na które chcielibyśmy znaleźć czas w ciągu najbliższych miesięcy. Propozycji jest sporo, więc żeby we wszystkim się połapać, stworzenie ów spisu jest najrozsądniejszym wyjściem. Stąd też poniżej zaprezentuję Wam mój, który jakiś czas temu sporządziłem. Wypisałem sobie najbardziej interesujące mnie seriale, które tej jesieni powracają lub będą miały swoją premierę. Może to nieco zainspiruje także Was do stworzenia własnej listy albo przynajmniej jakieś konkretny tytuły przyciąganą Waszą uwagę i sami zdecydujecie się je obejrzeć 🙂


„Narcos” – 3. sezon (Netflix)

Już dostępny

Jeden z moich grzeszków wśród seriali. Produkcja opowiadająca o największym kartelu narkotykowym w historii jest prawdopodobnie jedną z najbardziej uznanych spośród wszystkich kiedykolwiek zrealizowanych. Tuż obok „Gry o tron” od HBO, „Narcos” uchodzi za must-see każdego widza nie tylko seriali kryminalnych i akcji, ale w ogóle wszelakiej maści. A ja, choć trudno mi się do tego przyznawać, nie widziałem więcej niż pierwszych dziesięć minut premierowego epizodu.

Seriale na jesień - Narcos
Kto nie wypiłby z Pablo Escobarem?
Grafika: filmweb.pl

Czy żałuję? Oczywiście. A nawet mam zamiar zadośćuczynić swojej winie i czym prędzej nadrobić braki. Również z tego względu, że dosłownie na początku września opublikowany został cały trzeci sezon produkcji, o którym głośno było jeszcze długo przed jego premierą. Z wielu przyczyn, wśród których spokojnie wymienić można bogatą kampanię promocyjną Netfliksa, ale i samo wcześniej zdobyte zainteresowanie widzów. Trudno uciec od spoilerów na temat tego, co wydarzyło się w serialu przed trzecią serią, a także o czym ona sama będzie opowiadać. Niemniej jednak istotna zmiana, do której dochodzi w najnowszym sezonie, jeszcze bardziej podsyca moje zainteresowanie. Chyba w końcu pora znaleźć trochę wolnego czasu dla Pabla Escobara i jego działalności.


„South Park” – 21. sezon (Comedy Central)

Już emitowany

O tym, jak kultowa jest to animacja, nikogo chyba przekonywać nie muszę. Początkowo dwóch twórców i pomysłodawców na serię – Trey Parker i Matt Stone, nie było do końca pewnych, czy wyjątkowo specyficzny charakter kreskówki ma szansę na powodzenie. Ordynarny humor, wyśmiewanie się ze wszystkich i wszystkiego, a do tego kreska, która za dzieło sztuki uważana być nie może. Na ich szczęście – z pomysłem trafili w dziesiątkę i tak oto kilka dni temu rozpoczęła się emisja już dwudziestego pierwszego sezonu. Mało który serial, w tym animowany, doczekał się tak pokaźnej liczby.

Seriale na jesień - South Park
Pokażcie mi bardziej kultowy kadr z animacji.
Grafika: filmweb.pl

Niecodzienne losy czwórki dzieciaków z miasteczka South Park oglądałem wyrywkowo. Wszystkich odcinków na pewno nie obejrzałem, a co gorsza – widziałem dosłownie różne, więc trudno mi nawet określić, co powinienem nadrobić. Raz w telewizji natykałem się na jeden odcinek, a kolejnym razem na zupełnie inny. Dlatego chcąc wiedzieć wszystko na temat animowanego uniwersum absurdu, musiałbym zacząć od samego początku. A to zajęłoby sporo czasu. Ale kto wie, może kiedyś się skuszę? Im szybciej tym lepiej, bo nie wiadomo, jak wiele sezonów jeszcze nas czeka!


„The Gifted: Naznaczeni” (FOX)

2 października

Pierwszy z kilku seriali opowiadających przygody bohaterów z łam komiksów Marvela. Tak jest, dobrze czytacie. Oto kolejna propozycja ze świata herosów. Do tej chwili powstało ich wiele, a jeszcze sporo przed nami. Śledząc branżę filmową i serialową pod kątem komiksowych ekranizacji dość łatwo jest zauważyć, że wszystko dopiero się rozkręca i za kilka lat możemy być zasypani produkcjami o tej tematyce jeszcze bardziej niż obecnie. Ale czy to powód do narzekania? Skąd! Jeśli ktoś przepada za superbohaterami, to otrzyma wachlarz możliwych wyborów. A jeśli kogoś to nie interesuje – wystarczy nie oglądać. Życie od razu staje się prostsze!

Seriale na jesień - The Gifted
Rodzinne problemy nabywają zupełnie nowego znaczenia.
Grafika: imdb.com

„The Gifted” ma być zaledwie pięcioodcinkową propozycją wydaną we współpracy Marvela ze stacją telewizyjną FOX. Opis serialu nie brzmi zbyt oryginalnie, ale być może to tylko pierwsze wrażenie. Głównymi bohaterami są członkowie rodziny, wśród której młodociani mogą pochwalić się niezwykłymi i ponadprzeciętnymi zdolnościami. Aby uniknąć kłopotów z rządem, uciekają z domowego zacisza i wstępują do podziemnego społeczeństwa zrzeszającego innych mutantów. Jak jednak nie trudno się domyślić – ucieczka i dalsze życie nie będą takie proste.

Serial nie kupił mojej uwagi ponownym skupieniem się na motywie zmutowanych ludzi, o których było już sporo w poprzednich produkcjach, lecz przede wszystkim wspomnianymi pięcioma epizodami. Wydaje się, jakby było ich wyjątkowo mało, co przysporzyć może kłopotów z dostatecznym opowiedzeniem marvelowskiej historii, ale liczę na miłe zaskoczenie. Poświęcenie pięciu godzin na całą serię nie będzie dużym wyrzeczeniem, więc na pewno dam szansę.


„Inhumans” (ABC)

6 października (1 września premiera w IMAX)

Pierwsze wrażenia widzów z kolejnego nowego serialu Marvela nie są najlepsze, ale być może wszystko rozkręci się w kolejnych odcinkach. Niektórzy szczęśliwcy mieli okazję widzieć już dwa pierwsze epizody w wielkim formacie w kinach IMAX, w tym w Polsce. Jednak ich opinie niezbyt różnią się od tych, które krążyły jeszcze podczas publikowania zwiastunów lub innych grafik promocyjnych „Inhumans”. Myślę jednak, że warto wyrobić własną opinię, a szansa ku temu nadarzy się już niebawem, gdy dwa premierowe odcinki zostaną udostępnione wszystkim widzom na całym świecie w tradycyjny sposób. A potem każdy kolejny tydzień po tygodniu.

Seriale na jesień - Inhumans
Niby nadludzka rasa, a wciąż ludzkie zagrożenia.
Grafika: imdb.com

Sama produkcja opowiadać ma o losach reprezentantów tytułowych nadludzi. Na ich czele stoi enigmatyczny król Black Bolt, który obdarowany jest wyjątkowo nieprzeciętnym darem. Swoim głosem potrafi niszczyć niemal wszystko, co tylko stanie się jego celem. Jednak wśród głównych bohaterów znajduje się też kilka innych kultowych postaci, jak posiadająca ożywione włosy Medusa oraz buntowniczy Maximus. Wszyscy będą wmieszani w zaistniały bunt wśród gatunku nadludzi. Postacie będą musiały zmierzyć się z nowymi wyzwaniami zagrażającymi nie tylko im, ale i całemu światu.

Fabularnie wydaje się ciekawie, ale pod względem wizualnym nie przekonuje. Wciąż jednak żywię nadzieję, że od zwiastunów do finalnej wersji poprawiono to i owo.


„The Walking Dead” – 8 sezon (AMC)

22 października

Gdy pytają mnie, jaki serial śledzę nieprzerwanie od lat, to bez zastanowienia się podaję ekranizację serii komiksów Roberta Kirkmana. Gdy „The Walking Dead” debiutowało w amerykańskiej telewizji, z miejsca zyskało spore grono fanów i z odcinka na odcinek robiło się o nim głośno. Później serial rozprzestrzeniał się tak szybko, jak zaraza zombie, która jest w nim przedstawiona. W tej chwili „Żywe trupy” uchodzą za jeden ze szlagierowych seriali pod względem stałej liczby wielbicieli oraz obejrzeń każdego kolejnego odcinka. Choć od paru ostatnich sezonów opinie na jego temat są mieszane (coraz więcej osób stwierdza, że poziom produkcji spada), to wciąż odnotowuje się wysoki wskaźnik zainteresowania kolejnymi przygodami Ricka i jego grupy ocalałych.

Seriale na jesień - The Walking Dead
Przygody Ricka, Michonne i reszty śledzę na bieżąco. Nieprzerwanie.
Grafika: imdb.com

Nie wiem, co musiałoby się stać, abym przestał na bieżąco oglądać „The Walking Dead”. Choć nie ukrywam, że niektóre epizody serialu naprawdę zawiewają nudą i mogłyby zostać pominięte lub ciekawiej rozpisane, to jednak wciąż z zapartym tchem podziwiam poczynania głównych bohaterów. Przede wszystkim z tego faktu, że na przestrzeni siedmiu lat zdążyłem się z nimi zżyć i po prostu przyzwyczaić do ich bycia. Zapowiedzi i moje domysły na temat ósmego sezonu serialu sprawiają, że na drugą połowę października czekam jak małe dziecko. I nawet jeśli nieco się zawiodę (choć liczę na poprawę ze strony scenarzystów), to tylko ostateczne zdjęcie serialu z anteny zakończyłoby moje aktywne śledzenie produkcji.

P.S. Pierwszy odcinek ósmego sezonu będzie zarówno setnym epizodem całej adaptacji komiksu!


„Stranger Things” – 2 sezon (Netflix)

27 października

W sam raz na Halloween powraca serial, który w zeszłe wakacje podbił serca setek tysięcy. Swoim klimatem bije na głowę wiele produkcji uważanych dotychczas za naprawdę dobre w swojej dziedzinie, a doliczając do tego nieprzeciętną fabułę i wyjątkową obsadę, którą głównie tworzą kilkunastoletnie dzieciaki, można mówić o prawdziwym fenomenie wśród współczesnych seriali. Aż dziwne, że początkowo twórcy nie wiązali ze swoim projektem wielkich nadziei, a już na pewno nie spodziewali się tak pozytywnych opinii jak te tuż po premierze na Netfliksie. Okazuje się, że „Stranger Things” to kolejny dowód na niemal stuprocentową niezawodność największej międzynarodowej wypożyczalni wideo.

Seriale na jesień - Stranger Things
Równoległy świat nie da o sobie zapomnieć tym czterem młodocianym.
Grafika: imdb.com

Zaledwie osiem odcinków liczyła sobie pierwsza seria przygód osadzonych w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Atmosfera ów czasów była odczuwalna nie tylko ze względu na odniesienia w dialogach między bohaterami, ale przede wszystkim za sprawą całego otoczenia. Postarano się, aby tamtejsza rzeczywistość aż biła nas przez ekrany swoją autentycznością, dzięki czemu można było poczuć się jak na wycieczce do przeszłość. Jednak należało wciąż pamiętać, że był to porządny kawałek science-fiction z elementami horroru, co w niektórych scenach aż nad wyraz dawało o sobie znać. Ale właśnie dzięki temu pokochaliśmy „Stranger Things”!

Teraz serial powraca, a czeka się na niego z wielką niecierpliwość. Liczę na to, że nasze oczekiwania zostaną zaspokojone, o co na pewno nie będzie łatwo, ale patrząc na wybitny pierwszy sezon – należy póki co być spokojnym. Tym bardziej, że zwiastun, grafiki promocyjne i inne zapowiedzi robią zadowalające wrażenie!


„Runaways” (Hulu)

21 listopada

Choć do premiery pierwszego odcinka tego serialu Marvela pozostały zaledwie dwa miesiące, to tak naprawdę niewiele wiadomo o całym projekcie. Oczywiście jakieś plakaty, informacje lub opisy zostały ujawnione przez twórców, ale to wciąż mało w porównaniu do innych przedsięwzięć z superbohaterami tego studia. Być może na większą promocję serialu przyjdzie jeszcze czas, a na tę chwilę wiadomo, że produkcja może być pewnego rodzaju powiewem świeżości w swoim gatunku. Głównie ze względu na fabułę, która mnie zdecydowanie zainteresowała.

Seriale na jesień - Runaways
By odciąć się od złowrogich rodziców, nastolatkowie opuszczą swoje domy.
Grafika: latimes.com

Role wiodące przypadły gronu nastolatków, najprawdopodobniej dość dobrze ze sobą zżytych. Trudno stwierdzić, czy wszyscy to wieloletni przyjaciele, ale sądząc po nakierowaniu serialu na młodszych, raczej niepełnoletnich widzów – paczka najbliższych kumpli jest więcej niż prawdopodobna. Jednak najciekawsze w tym wszystkim jest pochodzenie każdego z bohaterów. Okazuje się bowiem, że ich rodzice są skrywającymi się super-złoczyńcami, co nie do końca odpowiada podopiecznym. Niezgadzający się z drogą występku nastolatkowie postanawiają opuścić swoje rodzinne domy i spróbować swoich własnych sił w świecie zdominowanym przez heroicznych bohaterów oraz zepsutych zbrodniarzy.

„Runaways” to największa niewiadoma na mojej jesiennej liście seriali. I prawdopodobnie nie tylko mojej, bo tak jak do rozgłaszanych „Inhumans” lub „The Gifted” można mieć pewne bardziej oszlifowane wymagania, tak w tym przypadku wszystko stoi pod znakiem zapytania. Ale może takie niespodzianki są właśnie najlepsze?


„The Punisher” (Netflix)

listopad/grudzień 2017

Współpraca Marvela z Netfliksem nie kończy się na „Defenders”, którzy swoją premierę mieli w sierpniu. Choć był to pewien punkt kulminacyjny dotychczasowych seriali superbohaterskich tej kooperacji, to sukces ów produkcji, który można zaobserwować od kilku ostatnich lat, dodaje skrzydeł twórcom. Coraz śmielej decydują się na kontynuowanie przygód Daredevila, Jessiki Jones, Luke’a Cage’a i Iron Fista w kolejnych sezonach ich solowych seriali (tak, zapowiedziano oficjalnie nowe odcinki o każdym z tych bohaterów), ale wygląda na to, że nie tylko na nich poprzestają. Bowiem tuż za rogiem jest projekt, który jeszcze jakiś czas temu nie był brany pod uwagę przez włodarzy Netfliksa, ale głośne nawoływanie widzów sprawiło, że musieli ulec naciskom. Oczywiście takim o pozytywnym charakterze.

Seriale na jesień - The Punisher
Frank Castle nie spocznie nim nie dopełni swojej wendety.
Grafika: imdb.com

Tak oto jeszcze w tym roku wydany zostanie „The Punisher”, czyli nowa ekranizacja losów kultowego już antybohatera. Anty, bowiem znacząco różni się od herosów, których znamy z większości filmów lub komiksów. Nie posiada żadnych nadprzyrodzonych zdolności, ale ma jeden konkretny cel – zemstę na tych, którzy pozbawili go najbliższych osób. I cóż, brnie w to jak tylko może i nie straszne jest mu nawet wybijanie dziesiątek bądź setek przeciwników. Liczbą ofiar prawdopodobnie mógłby ustanawiać rekordy świata.

Postać Franka Castle’a pojawiła się już w drugim sezonie „Daredevila”, gdzie zdobyła wielkie uznanie widzów. To oni domagali się solowej produkcji o Punisherze i jak się okazuje – chcieć to móc. Czekam z wielką niecierpliwością, bo takiego morza krwi, przemocy i widowiskowości prawdopodobnie już dawno nie było.

Moje podsumowanie San Diego Comic-Con 2017. Na to czekam!

Dla prawdziwego kinomana, miłośnika seriali i gier komputerowych, a jednym słowem pisząc – po prostu geeka, nie ma chyba lepszego uczucia niż to podczas dwóch konkretnych sytuacji. Najważniejsza z nich to oczywiście premiera długo wyczekiwanego tytułu. Nieważne jakiego typu. Ważne, że w końcu można go doświadczyć! Pójść do kina, odpalić odtwarzacz na Netfliksie lub zainstalować na komputerze. A druga okoliczność? Zapowiedzi do tych produkcji. Zwiastuny, plotki, zdjęcia, plakaty i innego rodzaju materiały promocyjne, które tylko stopniowo podsycają ciekawość. Taki delikwent zaczyna wówczas odliczać dni do wielkiego dnia premiery oraz doszukiwać się wśród ogłoszeń pewnych niuansów, które przydadzą się podczas spekulacji z innymi fanami. A twórcy i producenci cieszą się, że zainteresowanie rośnie, co później przekłada się na sukces (w tym finansowy).

Jest kilka momentów w roku, kiedy to największe koncerny, firmy i wydawcy szczególnie upodobali sobie promowanie swoich projektów zbliżających się ku upublicznieniu. Dzisiaj nie mam zamiaru wspominać o przedświątecznych gorączkach, kiedy to ludzie na całym świecie sugerują się reklamami, aby wybrać te odpowiednie prezenty dla bliskich. Pragnę przywołać Comic-Con w San Diego w Stanach Zjednoczonych.

Czytaj dalej Moje podsumowanie San Diego Comic-Con 2017. Na to czekam!

Spider-Man Homecoming: Nie taki zwykły bohater z sąsiedztwa

Spider-Man: HomecomingDo problemu ukazania kultowego superbohatera z komiksów na ekranach kinowych podchodzono już kilkakrotnie. A co najciekawsze, w samym XXI wieku Spider-Man pojawił się już w pięciu długometrażowych filmach, w których to wcielało się w niego dwóch różnych aktorów. Najpierw, w 2002 roku, japońskie studio Sony dzierżące prawa do zobrazowanego Człowieka-Pająka, przedstawiło nam cieszącą się bardzo dobrą opinią adaptację z niezapomnianym Tobey’em Maguirem wcielającym się w postać Petera Parkera. Dwa lata później ukazała się równie dobra kontynuacja jego losów, aby w 2007 roku zakończyć trylogię z wykorzystaniem bardzo znanej komiksowej kreacji Venoma.

Od dzieciątek lat Spider-Man jest „kurą znoszącą złote jaja”. Zainteresowaniem cieszą się nie tylko rysunkowe opowieści, produkcje kinowe, ale i wszelkie inne produkty okraszone czerwono-niebieskim herosem z niezwykłymi zmysłami. Stąd też, w 2012 roku, postanowiono zobrazować na nowo przygody Parkera zmieniając całą obsadę. Główna rola przypadła 28-letniemu wówczas Andrewowi Garfieldowi, który Spidey’m był dwa razy, również po dwóch latach. Choć w planach była trzecia odsłona „Niesamowitego Spider-Mana”, to ostatecznie realizacja została zaniechana.

Spider-Man: Homecoming - Dotychczas
15 lat temu Maguire, 5 lat temu Garfield, a od teraz Holland. Źródło: imdb.com

Wydaje się Wam, że ta skrócona metryczka filmowych adaptacji superbohatera i tak jest nadzwyczajnie bogata? Może i tak, ale jestem pewien, że dobrze zdajecie sobie sprawę z tego, że Człowiek-Pająk powrócił ponownie i po raz kolejny odmieniony. Wszystko dlatego, że na warsztat wzięło go nic innego, jak studio Marvel, a więc rzec można, że heros wrócił do prawowitych, matczynych rąk. Oczywiście wciąż będąc pod kontrolą Sony, które jedynie poszło nieco na ugodę i nie zrzeka się swoich udziałów. Mimo tego, Peter Parker i jego alter-ego ponownie uderzyli do kin w najświeższej ekranizacji okraszonej tytułem „Spider-Man: Homecoming„. Ku zrzędzeniu tych, którzy nie są miłośnikami częstych spin-offów różnych serii, ale i uciesze fanów komiksowych adaptacji, dla których nie liczą się tego typu drobne szczegóły.

W kinach rządzi od 7 lipca, a w Polsce zawitał oficjalnie w ostatni piątek. Ja na seans udałem się dzień później, w sobotę. Na pokaz dwuwymiarowy z polskimi napisami. Bawiłem się świetnie. Jak zawsze, gdy mowa o produkcji Marvel Studios.

Czytaj dalej Spider-Man Homecoming: Nie taki zwykły bohater z sąsiedztwa