„Bohemian Rhapsody” – Filmowy pomnik dla muzycznej legendy

Muszę rozczarować wszystkich tych, którzy tak zaparcie byli przekonani o nietrafionym angażu Ramiego Maleka w roli wokalisty zespołu Queen. Gwiazda serialu „Mr. Robot” okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Jasne, można spekulować o tym, czy inny aktorzy lepiej odnaleźliby się jako Freddie Mercury, jednak spójrzmy trzeźwym okiem na to, co mamy.

Przeciwnicy podawali przeróżne argumenty. Prym wśród nich wiódł zgryz Maleka, który przez wielu określany był jako zbyt uwydatnionym. Jak poradzono sobie z tym filmie? Najlepiej, jak można było, bowiem wcale tego nie ukrywano. Ba, nawet kilka razy główny bohater zmuszony jest wysłuchiwać od innych postaci nieprzyjemnych uwag na ten temat. Jednak za każdym razem wspaniałomyślnie odwracano ów charakterystyczną żuchwę w atut.

Bohemian Rhapsody - 1
Wysuwająca się górna warga i niemal zawsze widoczne przednie zęby. Tutaj Malek z kadru z „Mr. Robot”.
Źródło: filmweb.pl

W momencie, gdy filmowy Mercury decyduje się na nową fryzurę i żegna się z długą, falowaną grzywą, Remi Malek wygląda niemal kropla w kroplę jak wokalista Queenu. Charakterystyczny bujny wąs? Jest. Ostro zarysowana szczęka? Jak najbardziej. Bardziej kobiece niż męskie ruchy ciała? Również. Jeśli chodzi o ogólną aparycję i wcielenie się w rolę legendarnego muzyka, nie można niczego się przyczepić. Naprawdę.

Rozumiem, jeśli ktoś jest zwolennikiem innego aktora, którego widziałby w tej roli. Sztukę, a co za tym idzie i filmy, można przedstawiać na miliony sposobów. Dlatego jestem pewien, że sugerowany przez wielu Sacha Baron Cohen, czy też inni zawodowi odtwórcy ról, mogliby spisać się równie nienagannie na swój własny sposób. Tymczasem ogromny zaszczyt, ale i zarazem wyzwanie, stanęło przed Malekiem, który dotąd poza wspomnianym „Mr. Robot” nie brylował jakoś specjalnie. Może pochwalić się co najmniej kilkoma ciekawymi rolami, ale nie były one ani dużego formatu, ani zapadające w pamięć widzów.

Bohemian Rhapsody - 2
Musicie przyznać, czysty Mercury.
Źródło: filmweb.pl

W przypadku „Bohemian Rhapsody” będzie inaczej. Jestem o tym przekonany. Pozwolono mu stawić czoła odtworzenia prawdopodobnie jednego z zaledwie kilku największych „nazwisk” w historii muzyki. Słowo to użyłem w cudzysłowie, bo jak wiadomo, Freddie Mercury tak naprawdę Freddiem Mercurym nie był. A przynajmniej nie od urodzenia.

Na aktorze spoczywała nie lada presja. Główna rola w głośno zapowiadanym filmie, gdzie miał przedstawić kreację legendy nie tylko zeszłego stulecia, ale i obecnie. W efekcie wychodzi jednak na to, że Malek pod ciśnieniem radzi sobie rewelacyjnie. Podczas seansu uwiódł swoją mimiką, posturą i słowami nie tylko mnie, ale chyba wszystkich na sali. Nie są to czcze domysły, bo dało się to wyczytać z reakcji oglądających na przeróżne sceny w filmie. Śmiech, gdy Mercury rzucał ciętą ripostą w stronę tych, którzy nie wierzyli w jego szaleństwo. Cicha aprobata wyrażana pod nosem, gdy ostatecznie główny bohater stawiał na swoim i okazywało się, że było warto. Ciarki na całym ciele podczas procesów powstawania największych przebojów Queenu oraz samych koncertów. Tego wszystkiego na pewno nie doświadczyłem tylko ja.

Bohemian Rhapsody - 3
Tutaj z kolegą z zespołu – Brianem Mayem. W niego wcielił się Gwilym Lee.
Źródło: filmweb.pl

W dzisiejszym kinie nietrudno o to, by główna postać filmu zbierała sobie przychylność widzów i była co najmniej lubiana. Prawdziwą sztuką jest sprawić, że przekonuje się do siebie od pierwszych scen aż do samego końca, niezależnie od poczynanych w trakcie kroków. Tego, że Freddie Mercury jest wciąż uwielbiany przez miliony, nie trzeba udowadniać. Dla Maleka działało to z kolei pozytywnie, jaki i negatywnie. Było to o tyle trudne zadanie, że gdyby nie spełnił oczekiwań widzów, wytykano by mu to przez bardzo, bardzo długi czas. Na jego i nasze szczęście, udało mu się stworzyć kreację godną podziwu, przez co sympatia do byłego wokalisty brytyjskiego zespołu przelała się również na sympatię wobec odgrywanej przez aktora postaci.

Kiedy lubisz osobę i twórczość Mercury’ego, i spodoba Ci się ukazanie go w biograficznym filmie, kupisz go aż do ostatnich napisów końcowych, a nawet na dużo dłużej. Praca, poświęcenie i pot, które Remi Malek włożył w tej film, są widoczne gołym okiem i naprawdę nie jestem w stanie wyobrazić sobie, żeby ostatecznie komuś jego kreacja mogła nie przypaść do gustu. Choć mówi się, że gusta są różne i o nich się nie dyskutuje…

Bohemian Rhapsody - 4
A tu już w mniej scenicznym wydaniu.
Źródło: filmweb.pl

To jedna z dwóch najjaśniej świecących gwiazd w „Bohemian Rhapsody”. Druga? Oczywiście muzyka. Aspekt ten chyba od samej pierwszej zapowiedzi filmu był najpewniejszym gwarantem jakości tej produkcji. Byłeś przeciwnikiem przenoszenia historii życia Mercury’ego i działalności Queenu na wielki ekran? A może należałeś do dość sporej bazy niezadowolonych z obsadzenia głównej roli? Nieważne. Wówczas można było być pewnym chociaż tego, że usłyszenie z kinowych głośników hitów brytyjskiego zespołu będzie jednym z największych dotychczasowych przeżyć związanych z kinem.

W tym roku było już co najmniej kilka okazji na usłyszenie kultowej muzyki w kasowych produkcjach. Parę miesięcy temu powstał dokument „Whitney” (o kim opowiadał chyba nie trzeba tłumaczyć), a latem wielkie ekrany zostały podbite przez kontynuację „Mamma Mia!” przedstawiającą przeboje Abby. W każdym z tych przypadków, łącznie z „Bohemian Rhapsody”, mamy niebywałą okazję usłyszeć w niesamowitej jakości (i głośności) największe utwory konkretnych artystów, które już na stałe zapisały się na łamach historii muzyki światowej.

Bohemian Rhapsody - 5
Zgadniecie, jaki utwór powstawał w takich okolicznościach?
Źródło: filmweb.pl

Oj, czego w tym filmie nie ma? Przede wszystkim najwięcej czasu poświęcono na ukazanie prac nad piosenką, której tytuł zawarty jest w… tytule produkcji. Nic dziwnego, bowiem nie jest tajemnicą, że nagrywanie trwającego około sześć minut utworu z czwartego albumu studyjnego zespołu był piekielnym procesem. Przez bity tydzień wszyscy członkowie zespołu oraz pomagające im osoby dwoili się i troili, aby w końcu spełnić wyśrubowane oczekiwania Mercury’ego. Gdy w końcu całość brzmiała tak, jak ułożył sobie to w głowie, artyści byli gotowi na rewolucję światowej sceny muzycznej.

Z niejednym problemem po drodze. I właśnie całą tę podróż ukazuje film Bryana Singera. Choć często będziemy świadkami wzlotów kapeli, to równie często będziemy musieli wraz z nimi przechodzić przez cięższe okresy w karierze. Jak to zwykle w zespołach bywa, nie obeszło się bez kłótni, skandali i rozbieżnych wizji dalszego kierunku rozwoju Queenu. Nieraz trzeba było zaniedbać prywatne, rodzinne życie, aby osiągnąć jeszcze więcej na szczeblach kariery. Czy jednak film w dostateczny sposób pokazuje to, jak naprawdę wyglądały losy muzyków?

Bohemian Rhapsody - 6
Przemierzanie drogi ku sławie to godzenie się na trudne życiowe rozterki.
Źródło: filmweb.pl

Niekoniecznie. Jak można się domyślać, droga artystów będących na ścisłym topie nie jest usłana różami. Owszem, film pokazuje to najbardziej, jak tylko potrafi, ale nie zapominajmy, że to nadal jest jedynie dwugodzinny film. Przesyt wątków wprowadziłby tu bałagan nie do ogarnięcia, przez co tu i ówdzie scenarzyści musieli obrać drogę na skróty. Nie dlatego, że nie chcieli pokazywać stuprocentowej prawdy. Byli do tego zmuszeni, aby utrzymać koncepcję filmu fabularnego i dać widzom rozrywkę, za jaką zapłacili. Chcąc, nie chcąc, kino rządzi się swoimi prawami. Do tej pory chyba nie powstała biografia idealna, która z jednej strony obnażyłaby całą rzeczywistość jednostki, wokół której się skupia, a z drugiej nie znużyła widza i sprawiła, że na długo zapamięta ów film jako widowisko dla oczu i uszu.

W tej dziedzinie, jak w wielu innych, trzeba iść na kompromisy. A te w „Bohemian Rhapsody” zostały moim zdaniem dobrane idealnie. Najważniejsze losy członków zespołu, a przede wszystkim Mercury’ego, zostały zawarte i odpowiednio poprowadzone. Czasem może wydawać się, że można by niektóre wątki zgłębić nieco bardziej, ale twórców obowiązywały również ramy czasowe, w których musiał zmieścić się cały obraz. Nie zapomniano o istotnych kwestiach, opowiedziano o nich, a ostatecznie zakończono w wielkim finale.

Bohemian Rhapsody - 7
Ten tłum zrobił wrażenie nie tylko na filmowym zespole, ale i na widzach w kinie.
Źródło: filmweb.pl

O matko, wielki finał. Jeśli ta sekwencja poruszających, emocjonalnych i widowiskowych scen nie stanie się jedną z najbardziej kultowych w historii współczesnego kina, to tym bardziej umocnię się w przekonaniu, że o filmach niewiele wiem. Albo, że jestem zbyt łatwym widzem i w prosty sposób można mnie kupić.

W każdym razie na koniec dostajemy to, czego tak naprawdę oczekujemy. Spektakularny koncert dla setek tysięcy widzów zebranych w jednym miejscu, aby zobaczyć jedno z największych wydarzeń muzycznych w historii. Na takie kreuje się tutaj Live Aid, czyli dwa równoległe koncerty charytatywne zorganizowane w 1985 roku, podczas których wystąpiły największe gwiazdy ówczesnego rocka. W Stanach Zjednoczonych byli to między innymi Led Zeppelin, Bryan Adams i Black Sabbath. Zaś w Anglii, na stadionie Wembley, gdzie zabiera nas akcja filmu, zaprezentowali się na przykład David Bowie, Sting, Paul McCartney i oni… zespół Queen.

Bohemian Rhapsody - 8
Występ na Wembley był największym koncertowym osiągnięciem Queenu.
Źródło: filmweb.pl

W dialogach powiedziane jest jasno. Każdy wykonawca festiwalu otrzymuje do dyspozycji dwadzieścia minut na scenie. Co to znaczy dla nas? Film faktycznie poświęca tyle czasu na finałowy występ kapeli z Mercury’m na czele, podczas którego prezentują kilka swoich największych przebojów. I to nie w byle jakim stylu. Jest głośno, widowiskowo i, jak to określiła jedna osoba wychodząc przede mną z sali kinowej, „z jajem”.

Na moich rękach dosłownie pojawiły się ciarki, gdy Remi Malek, Ben Hardy, Joseph Mazzello i Gwilym Lee (wcielający się w czterech członków zespołu) zaprezentowali na wielkim ekranie tytułowe „Bohemian Rhapsody”, „We Are The Champions” i inne. Świetne zwieńczenie fabularnej biografii i filmu samego w sobie.

Bohemian Rhapsody - 9
Czterech szalonych zapaleńców, o których świat nigdy nie zapomni.
Źródło: filmweb.pl

Wręcz pedantycznie dokładne zdjęcia, oszałamiająca charakteryzacja, aktorstwo najwyższej klasy i muzyka, która przed laty zawiesiła poprzeczkę na niewyobrażalnym poziomie. Tutaj znajdziemy to wszystko. Wszelkie obawy przed premierą filmu były po prostu niepotrzebne. Stanięto na wysokości zadania, prawdopodobnie mając na uwadze, jak ważny był to projekt. Dlatego, jeśli interesuje Was postać charyzmatycznego Freddie’go Mercury’ego albo w jakich okolicznościach powstawały takie hity, jak „We Will Rock You”, „Don’t Stop Me Now”, czy „Another One Bites the Dust” – ten film Wam to przedstawi.

Moja ocena: 9/10 ❤️

Reklamy

„Soma 0,5 mg”, czyli co zrodziło się z połączenia Taco i Quebo

Każdy, kto choć trochę mnie zna, wie, jak bardzo zafascynowany jestem twórczością Filipa Szcześniaka. Jego muzyką zainteresowałem się jeszcze, gdy najnowszym projektem rapera była „Umowa o dzieło”. Potem przyszedł czas na wysłuchanie Taco na żywo na Hali Stulecia we Wrocławiu i jakoś już tak się potoczyło. W efekcie na mojej półce znaleźć można wszystkie wydane przez niego płyty, łącznie z anglojęzycznym „Young Hems”, które ukazało się w fizycznej formie dopiero wraz z debiutem epki „Wosk” w lipcu 2016 roku.

Taconafide - Taco Hemingway
Źródło: youtube.com

Działalność Kuby Grabowskiego również nie jest mi obca. Chyba jak każdemu, kto choć od czasu do czasu posłucha polskiego hip-hopu. Quebonafide jest aktualnie prawdopodobniej najbardziej charakterystycznym raperem na naszej rodzimej scenie, na co zasłużył sobie nie tyle wizerunkiem (choć z pewnością również), co faktycznie wyjątkowym dorobkiem płytowym. „Ezoteryka” będąca pierwszym solowym albumem oraz sporych rozmiarów projekt „Egzotyka”, którego piosenki i teledyski do nich przedstawiają najróżniejsze miejsca i kultury świata, zapisały Quebo na stałe w bujnej historii polskiego rapu.

Taconafide - Quebonafide
Źródło: youtube.com

Grabowski już od lat buduje swój image w branży i od równie długiego czasu jest rozpoznawalny wśród miłośników gatunku, zaś Szcześniak względnie niedawno zdołał wybić się spośród gęstego tłumów nowych i mniej lub bardziej obiecujących raperów, dzięki czemu od co najmniej miesięcy jest o nim wszędzie głośno. Ta różnica w doświadczeniu na scenie nie przeszkodziła jednak obu panom w zrealizowaniu projektu, który zrewolucjonizował polski rap i stał się ogromnym fenomenem.

Choć co do pierwszego stwierdzenia niektórzy mogą mieć odmienne zdanie i zarzucać mi, że nadto wyolbrzymiam, to jednak przyznać należy, że ogłoszona dość niedawno kolaboracja tych dwóch polskich raperów jest krokiem milowym dla wszystkiego tego, co dotychczas działo się na scenie tego gatunku muzyki.

Taconafide - Soma 0,5 mg
To zdjęcie znajdziemy na okładce płyty „Soma 0,5 mg”.
Źródło: taconafide.pl

Nam, słuchaczom, może wydawać się, że Taconafide – jak postanowili nazwać swój duet Szcześniak i Grabowski, zrodziło się zaledwie miesiąc temu, gdy swoją premierę miał pierwszy singiel łączący te dwa głosy. Owszem, „Art-B” z 16 marca jest pierwszym przejawem nadchodzącej wówczas płyty powstałej we współpracy Taco z Quebo, jednak prace nad nią trwały już dużo wcześniej. Jak dowiedzieć się mogli nabywcy przedsprzedażowych egzemplarzy albumu – pomysł i pierwsze roki w kierunku „Somy 0,5 mg” pojawiły się już wiele miesięcy temu.

O tym, dlaczego kupujący preordery mają lepiej, napiszę za chwilę.

Wiele podejść, prób i czasu kosztowało obu raperów przedsięwzięcie, które od paru dni wojuje w polskim internecie (i nie tylko!). Na całe szczęście mamy do czynienia z twórcami, którzy nie poddają się przy pierwszych lepszych przeszkodach napotkanych na swojej drodze i z uparciem osła dociągnęli projekt do samego końca. Tylko proszę nie interpretować tego sformułowania, jakoby „Soma” powstała na siłę i bez pasji. Jak utrzymują Taco i Quebo – nie brakowało ani ambicji, ani dobrej zabawy, jako że rap jest dla nich zarówno pracą, jak i hobby.

Taconafide - Taco i Quebo
Od tego wyjątkowego duetu oczekiwano naprawdę dużo. Podołali?
Źródło: youtube.com

Jak już wspomniałem, album długogrający „Soma 0,5 mg” został zapowiedziany w samej połowie marca, gdy ni stąd ni zowąd w serwisie YouTube ukazała się piosenka „Art-B” na kanale QueQuality należącym do Kuby. Na rozgłos i wysokie statystyki obejrzeń nie trzeba było długo czekać. Informacja o nadchodzącej płycie rozprzestrzeniła się w tak zatrważającym tempie, że w niecałą dobę singiel dobił do zawsze napawającego dumą miliona wyświetleń. Teraz, gdy piszę ten tekst, debiutancki utwór Taconafide liczy sobie już ponad jedenaście i pół miliona odsłon. Świadczy to tylko o tym, jak wielkie zasięgi mają obaj raperzy i jak ogromnymi rzeszami ludzi są ich wielbiciele. Oraz jak dużo jest tych pozostałych, którzy trafili tam wyłącznie ze względu na popularność kawałka i tym podobne.

Od premiery „Art-B” odliczano ze zniecierpliwieniem dni do premiery pełnego albumu kooperacyjnego nazwanego nieprzeciętnie „Soma 0,5 mg”. Jednocześnie rozpoczęto przedsprzedaż krążka na specjalnej stronie taconafide.pl, gdzie za niecałe pięćdziesiąt złotych plus koszty dostawy można było nabyć nie tylko gwóźdź programu, ale także dodatkową płytę z pozostałymi utworami Taconafide (w tym z gościnnymi występami) oraz kilku kartkową broszurę. Ot, takie wydanie specjalne dla najwierniejszych słuchaczy.

Ale o tym wciąż za chwilę, żeby nie zaburzać mojego skrupulatnego planu na ten post.

Taconafide - Mural
Od jakiegoś czasu Spotify reklamuje nowe albumy na warszawskich budynkach.
Nic dziwnego, że „Soma” też znalazła się na jednym z nich.
Źródło: antyradio.pl

Choć można było myśleć, że „Art-B” rozbiło już bank popularności, to jednak najlepsze wciąż miało dopiero nadejść. I nadeszło już kilka dni później – 22 marca. To wówczas opublikowano kolejny singiel, który tym razem trafił na kanał Taco Hemingwaya. Późna, wieczora godzina publikacji nie przeszkodziła temu, aby w ciągu dosłownie paru godzin, jeszcze tego samego dnia, liczba wyświetleń mocno zbliżyła się do okrągłego miliona. Następnego dnia było ich już tylko więcej, aż na kilka dobrych dób „Tamagotchi” ulokowało się na pierwszym miejscu listy „Na czasie” na polskim YouTube’ie.

Za tak ogromnym sukcesem drugiego utworu stały przede wszystkim dwie rzeczy. Po pierwsze, ludzie byli głodni większej porcji materiału od Taconafide. Po wsłuchaniu się w „Art-B” i złapaniu bakcyla, byli ciekawi, co będzie dalej. W ten oto sposób narodził się sporawych rozmiarów hype na zbliżającą się wielkimi krokami płytę duetu Szcześniak-Grabowski. Jednak po drugie (i chyba kluczowe), „Tamagotchi” nie było możliwe tylko do odsłuchu, jak w przypadku pierwszego singla, ale również zaoferowało nam teledysk. I to nie byle jaki! Z pomysłem, profesjonalną realizacją i przede wszystkim z nimi – Taco i Quebo w rolach głównych.

Zagwarantowało to o wiele większe zainteresowaniem klipem niż poprzednio, a „Tamagotchi” zaczęło pojawiać się niemal wszędzie. Udostępniała go większość stron branżowych, fanpage’e na Facebooku, a przede wszystkim słuchacze na swoich wallach, instastory i innych snapach. Piosenka rozprzestrzeniła się jak wirus, jednak całkowicie zasłużenie. Jest niezwykle chwytliwa, rytmiczna i z bardzo ciekawym oraz niebanalnym tekstem. Do tego wizualnie przystępny teledysk i tak oto na dzień dzisiejszy Taconafide może cieszyć się rewelacyjnym wynikiem dwudziestu jeden milionów odsłon.

Do premiery „Somy” wciąż pozostawało parę tygodni, więc oczywistym było, że na tych dwóch utworach nie zakończy się jej zapowiadanie. Po wielkanocnej przerwie, 4 kwietnia, ukazała się „Metallica 808”, ponownie na kanale Taco. Tym razem już bez teledysku i z nieco słabszym zasięgiem niż wcześniejsze utwory. Dzisiaj singiel ma ponad cztery miliony wyświetleń, ale warto odnotować fakt, że nie każdemu pomysł na piosenkę przypasował. W komentarzach znalazło się dość pokaźne grono osób twierdzących, że porównywanie się raperów do kultowego heavymetalowego zespołu Metallica lub polskiej Republiki to przegięcie. Twardo utrzymywali, że Taconafide nie dorasta im do pięt, jednak na szczęście wśród wszystkich słuchających znalazło się równie sporo osób, które rozumieją koncepcję metafor i odniesień, dzięki czemu „Metallica 808” mimo wszystko znalazła należyte uznanie.

Ostatnim słowem Taco i Quebo przed premierą kolaboracyjnego projektu były „Kryptowaluty”, które na YouTube pojawiły się 9 kwietnia i ponownie uraczyły nas świetnym teledyskiem. Utwór trafił na kanał Kuby, jednak mimo to nie zdołał powtórzyć niebywałego sukcesu „Tamagotchi”, a obecnie licznik wyświetleń powoli dąży do pięciu milionów. Nie oznacza to jednak, że „Kruptowaluty” nie są dobrym utworem, który na pewno warto odsłuchać. Teledysk jest tutaj jasnym dowodem na to, że raperzy nie szli po najniższej linii oporu, kiedy pracowali nas „Somą”, bo nawet klipy do ich piosenek pozostają na wysokim, profesjonalnym poziomie. Może trudno mi jednoznacznie ocenić, ale wydaje mi się, że teledysk do „Kryptowalut” pochłonął jeszcze więcej pieniędzy, czasu i pracy niż „Tamagotchi”, a to naprawdę widać.

Gdy raperski duet powoli wykręcał wyświetlenia pod ostatnim z singli nawijając o ubraniach i bitcoinach, fani przygotowywali się już na wizyty kurierów z ich przedpremierowymi egzemplarzami „Somy”. Jeśli chodzi o mnie – nie podchodziłem zbyt optymistycznie co do dnia, w którym przesyłka dotrze do moich rąk. Nie ze względu na jakieś błędy ze strony wydawców płyty lecz wątpliwą sprawność polskich firm dostawczych. Dzięki temu jeszcze większe było moje zdziwienie, gdy otrzymałem informację, że mogę odebrać swoją paczkę już w czwartek, 12 kwietnia, gdy oficjalna data premiery krążka ustanowiona była na dzień następny.

Taconafide - Preorder
Tak prezentuje się cała zawartość preorderu projektu Taconafide.

Wiadomo, w końcu zamówiłem go w preorderze, więc logiczne i miłe byłoby, gdybym stał się jednym z pierwszych jego posiadaczy. Na szczęście w tym przypadku nie było mowy o żadnym zawodzie i faktycznie „Soma” dotarła do większości nabywców na dzień przed oficjalną premierą. Zaowocowało to tym, że czwartkowy poranek umiliło mi wyjątkowe uczucie otwierania swojej paczki (za każdym razem to uwielbiam, nieważne co zamówiłem) oraz pierwszego przesłuchiwania płyt.

Płyt? Liczba mnoga? Nie inaczej, wszystko się zgadza! Jak pewnie wiecie lub możecie się domyślać – „Soma 0,5 mg” dostępna jest jak każdy inny tradycyjnie wydawany album w wielu sklepach internetowych i stacjonarnych, jak między innymi Empik. Niemniej jednak za podobną cenę (49,99 zł) w przedsprzedaży na stronie taconafide.com można było nabyć wydanie specjalnie krążka, które nie kończyło się tylko na jednej, głównej płycie.

Taconafide - Soma 0,5 mg
Okładka i tył płyty „Soma 0,5 mg”.

Choć to ona jest tutaj najważniejsza, to do kupujących preorder dotarły także dwa obiecane gratisy. Pierwszym z nich jest druga, dodatkowa płyta nazwana „0,25 mg”. Jak sama nazwa wskazuje – jest to swojego rodzaju rozszerzenie do głównego longplaya, na którym znajdziemy aż jedenaście bonusowych utworów. Sześć z nich to zupełnie nowe kawałki, dla których miejsca nie starczyło na „Somie 0,5 mg”. Raperzy jednak nie chcieli skazać ich na zapomnienie, dlatego udostępnili je w owej formie. Pozostałych pięć piosenek również zasługuje na nieco uwagi. Są to utwory, które znajdują się na głównej płycie projektu Taconafide, ale urozmaicono je o gościnne zwrotki kilku znanych wykonawców z branży muzycznej.

Tak oto posłuchać możemy, jak swoich kilka groszy do „8 kobiet” dorzuca Bedoes, swojego głosu w „Visie” udziela Kękę, „Ekodiesel” wzbogaca Paluch, do „Wiem” przyczynił się nieco Kaz Bałagane, a także jak Dawid Podsiadło próbuje odnaleźć się w „Tamagotchi”. Trzeba przyznać, że dla tych paru wyjątkowych zwrotek naprawdę warto nabyć bonusowy krążek!

Taconafide - 0,25 mg
Przód i tył epki „0,25 mg” dołączanej gratisowo do zamówienia przedsprzedażowego.

Preorder został uzupełniony także o nieduży zeszyt z trzema niezwykle ciekawymi publikacjami. Ta kilkunastostronicowa broszura, nazwa „Instrukcją obsługi”, to miłe dopełnienie całego projektu i interesujące źródło informacja na jego temat. Na samym początku możemy przeczytać list od Filipa Szcześniaka, który podsumowuje dokonanie raperów, jakim jest wspólne wydanie płyty, po czym przez kilka kartek możemy zapoznawać się z fragmentami rozmów Taco i Quebo z… Messengera. Pewnym można być, że przytoczone cytaty nie są kompletnymi konwersacjami obu panów, jednak wybrane urywki są prawdziwą gratką dla wielbicieli ich twórczości i małą ciekawostką co do tego, jak wiele czasu i zapału kosztowało raperów dopięcie swojego projektu. Niemniej interesujący jest ostatni dział publikacji, w którym to znajdziemy dziewiętnaście pytań do Filipa i Kuby odnośnie piosenek na „Somie” lub ich starszych dzieł. Dzięki temu mamy szansę dowiedzieć się, jakie zdanie na swoje tematy mają obaj panowie, jak wspólnie im się pracowało i co uważają za hity oraz wtopy nowego projektu.

Taconafide - Instrukcja obsługi
W broszurze znajdzie się więcej przykładowych rozmów raperów i nie tylko.

Taki preorder składający się z trzech elementów brzmi świetnie tym bardziej, że nic, oprócz głównej płyty „Soma 0,5 mg”, nie jest dostępne w sprzedaży oddzielnej. Zarówno epka „0,25 mg”, jak i broszura są ekskluzywnymi wydaniami dla nabywców wersji przedsprzedażowej. Co ciekawe, utworów z bonusowego krążka nie przesłuchacie nawet w sieci, w przeciwieństwie do „Somy 0,5 mg”! Wydaje mi się, że to ostateczny dowód na to, że warto było miesiąc wcześniej uwierzyć i zainwestować w twór Taconafide.

A o ile się nie mylę i strona taconafide.com nie wprowadza w błąd, to wciąż ów wydanie preorderowe da się zakupić.

Taconafide - Taconafide
Pobili dobowy rekord wyświetleń raperskiego utworu na YouTube oraz znokautowali Eda Sheerana na Spotify. Złoto!
Źródło: glamour.pl

Moje końcowe odczucie odnośnie „Somy” i połączenia sił Taco Hemingwaya oraz Quebonafide? Jak najbardziej pozytywne i jestem pewien, że przez najbliższy czas ich utwory będę puszczał zapętlone zarówno na głośnikach, jak i w słuchawkach. Moje serce zostało podbite nie tylko przez wydane wcześniej single „Tamagotchi” i „Metallica 808” (ten drugi szczególnie dzięki świetnym licznym nawiązaniom do kultury popularnej), ale też takie kawałki, jak „Wiem”, 8 Kobiet” i przede wszystkim „Visa”.

Żałuję, że nie będzie mi dane pojawić się na choć jednym z koncertów Taconafide w kilku miastach w Polsce, które odbędą się w najbliższych tygodniach. Trochę mi nie po drodze, a same bilety rozeszły się w kilka godzin. Niemniej jednak mogę przyznać, że jestem wielbicielem tej kolaboracji i jeśli w przyszłości Taco i Quebo postanowią ponownie zmajstrować coś wspólnymi siłami – mają mnie jak w banku.

Taconafide
Ciekawe, czy w przyszłości panowie jeszcze razem coś stworzą…
Źródło: cgm.pl

Mój zapał wobec „Somy” nie pogorszyło nawet nieco porysowane pudełko od głównego krążka, które w takim stanie otrzymałem od pana kuriera. Zawsze lepsze kilka rys niż pęknięta w pół płyta CD.

Na sam koniec przyczynię się do rozsiania plotki – w zeszycie dołączonym do płyty Taco zdradza, że w tym roku pojawią się jeszcze dwa jego solowe projekty! Czekam!

Sia i paru innych wykonawców, którzy wprowadzają atmosferę świąt

Ja przepraszam bardzo, ale czy to nie za wcześnie na przedświąteczną gorączkę? Ależ skąd! Dobrnęliśmy już do drugiej połowy listopada, a do świąt Bożego Narodzenia pozostał nam zaledwie miesiąc. Można oczywiście się sprzeczać, czy to już na tyle odpowiedni moment, aby oglądać gwiazdkowe filmy, słuchać nastrojowej muzyki i powoli dekorować mniej lub bardziej publiczne miejsca, jednak współcześnie owe święta nie są zaledwie trzema dniami pod koniec grudnia, a wręcz kilkoma tygodniami nakręcania wyjątkowej atmosfery. Czy tego chcemy, czy też nie.

Świąteczne albumy

Impulsem, aby już teraz podjąć tematykę około świąteczną, było wydanie specjalnego albumu muzycznego przez popularną australijską piosenkarkę Sia. Zaledwie kilka dni temu premierę miał jej nowy krążek, który zdecydowanie nie jest jak wszystkie inne mu podobne. Tym razem wokalistka postanowiła dołączyć do ekskluzywnego grona artystów, którzy zapisali się w historii bożonarodzeniowych kompozycji muzycznych. Wiele z nich zostało okraszonych mianem kultowych i co roku rozbrzmiewają w radiach, na ulicach lub naszych domowych głośnikach. Inne popularne są mniej, ale wciąż tworzą zaskakująco bogatą ofertę świątecznych melodii.

Skąd określenie „zaskakująco”? Osobiście nie miałem świadomości, że powstało już tak wiele albumów o motywie bożonarodzeniowym i to całkiem nie byle jakich artystów. Niektóre z nich sięgają czasów sprzed kilku dekad, zaś pozostałe są współczesnymi próbami wbicia się w ów gatunek muzyczny. Przekonałem się o tym, gdy po prostu wygooglowałem frazę „Christmas albums”, aby przygotować ten właśnie tekst. Chciałem zaczerpnąć większej ilości informacji na temat typowo świątecznych płyt, aby wyodrębnić parę tych, które stanowią dla mnie najważniejsze pozycje spośród wszystkich. Zaskoczyło mnie to, jak wiele wyników ujrzałem. I choć wybranie najbardziej kultowych nie stanowiło problemu, bo od lat towarzyszą mi każdego grudnia, to niespodziewanie stałem się bardziej świadomy skali zjawiska powstawania gwiazdkowych albumów. Kolejny dowód na istotność researchu!

Świąteczne albumy - Piosenki

Tak więc poniższych parę tytułów to zaledwie kropla w morzu świątecznych propozycji od wokalistów z całego świata. Obecnych, jak i tych, którzy odeszli, ale przyczynili się do wyjątkowego dorobku muzycznego. Nie ukrywam, że prawdopodobnie nie znajdziecie tutaj żadnej zaskakującej lub odmieniającej życie pozycji, bowiem bądźmy szczerzy – świątecznych piosenek słuchamy co roku, więc trudno byłoby czegoś nie znać. Mimo to, może warto dowiedzieć się nieco więcej o paru kultowych wydaniach?


„Merry Christmas” – Mariah Carey

Posłuchaj!

Tak jak przed chwilą napisałem – bez większych zaskoczeń. Teledysk, w którym młoda wówczas (bo zaledwie 24-letnia) amerykańska piosenkarka szaleje w białym puchu wraz ze świętym Mikołajem, jest prawdopodobnie znany Wam wszystkim. Piosenka, która wówczas przygrywa – tym bardziej. Przebój „All I Want for Christmas Is You” to zaledwie jedna z wielu pozycji specjalnego albumu od Mariah Carey, który wydany został wraz z początkiem listopada w 1994 roku. Płyta tworzy swoiste zestawienie kultowych kolęd bożonarodzeniowych odśpiewanych przez wokalistkę, a także jej własne autorskie utwory, z których ów album jest najbardziej znany.

Świąteczne albumy - Mariah Carey
Źródło: youtube.com/watch?v=qI26fs3Lfgc

Wspomniane „All I Want for Christmas Is You”, „Santa Claus Is Comin’ to Town” i kilka innych dzieł Carey przeplata się z takimi piosenkami, jak dobrze wszystkim znana „Silent Night” czy „Joy to the World”. Projekt, który powstawał przez około rok pomiędzy pracami nad dwoma innymi sukcesywnymi albumami artystki – „Music Box” oraz „Daydream”, prawdopodobnie odniósł o wiele lepszy rezultat niż można byłoby wówczas przypuszczać. Im bliżej było do świąt w 1994 roku, tym sprzedaż płyty coraz bardziej wzrastała, aż w końcu tuż przed Wigilią osiągnęła pułap połowy miliona sprzedanych egzemplarzy oraz trzeciej pozycji na liście U.S. Billboard 200.

Fakt, iż „Merry Christmas” jest typowo świątecznym albumem, co jest rzeczą wręcz oczywistą, sprawił, że największą popularnością cieszył się tylko w ostatnich dwóch miesiącach roku. Co z drugiej strony jest plusem, jako że dotyczy to każdego roku od czasu wydania krążka. Słuchacze bardzo chętnie powracają do niego nawet współcześnie, dzięki czemu szacuje się, że do tej chwili na całym świecie sprzedano aż 16 milionów egzemplarzy, a w samych Stanach Zjednoczonych album został utytułowany pięciokrotną platyną. Nie sądzę, aby nawet teraz kogokolwiek to dziwiło. Szlagierowy utwór „All I Want for Christmas Is You” każdego roku jest pierwszą piosenką, którą ludzie na całym świecie włączają, aby rozpocząć świąteczne odliczanie.


„Elvis’ Christmas Album” – Elvis Presley

Posłuchaj!

A może by tak sięgnąć po jeszcze starsze szlagiery i wsłuchać się w tym roku w głos niepowtarzalnego króla rock’n’rolla? Trudno byłoby mi uwierzyć, że znajdą się osoby, które nie słyszały jeszcze „Santa Claus Is Back in Town” lub „White Christmas” w wykonaniu Elvisa. Chcąc nie chcąc, jego wersje tych i wielu innych bożonarodzeniowych kawałków cieszą się nieprzerwaną popularnością już od kilkudziesięciu lat i jestem pewien, że podczas tegorocznej przedświątecznej gorączki nieraz zostaną puszczone w polskich i światowych rozgłośniach radiowych.

Świąteczne albumy - Elvis Presley
Źródło: elvis-news.com

Powód? Są niezwykle klimatyczne i ponadczasowe. O tym, jak większość kolęd i bożonarodzeniowych utworów wciąż jest aktualnych, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Świadczy o tym między innymi fakt, że spory ich odsetek doskonale pamięta wczesne lata zeszłego stulecia. O ile nie dalej! Mimo to nadal słuchamy ich po dziś dzień, a artyści chętnie próbują swoich sił w wykonywaniu ich na nowo. „Elvis’ Christmas Album” był pierwszą z dwóch świątecznych propozycji Presleya. Ta wydana została w październiku 1957 roku, a kolejna czternaście lat później. Niemniej jednak to debiutancka płyta o tematyce bożonarodzeniowej trwalej zapisała się w sercach słuchaczy.

Została ona wówczas podzielona na dwie części. Pierwsza z nich zawierała sześć utworów świeckich, w które mógł się wsłuchiwać każdy niezależnie od wyznania lub stosunku względem chrześcijańskiego Bożego Narodzenia. Zaś na odwrocie przygotowano zestaw kolęd skierowanych głównie do wiernych katolików. Tak oto oprócz wspomnianych dwóch piosenek, usłyszeć można również elvisowe wykonania „Silent Night” lub „O Little Town of Bethlehem”. Jako, że album wydany został równe 60 lat temu, nie omieszkano się wydawać coraz to nowszych jego wersji na przestrzeni lat. Szczególnie w okresach Bożego Narodzenia.


„Kylie Christmas” – Kylie Minogue

Posłuchaj!

Skaczemy mocno w czasie, bo teraz przenosimy się do bardziej współczesności, w której to tworzy między innymi Kylie Minogue. Australijska piosenkarka również uległa modzie na tworzenie specjalnych, świątecznych albumów ku uciesze tłumów miłujących ten wyjątkowy czas w roku. Jej projekt jest zdecydowanie młodszy od tego, którym uraczył nas w latach pięćdziesiątych Elvis Presley, jako że krążek „Kylie Christmas” został wydany zaledwie dwa lata temu – w pierwszej połowie listopada 2015 roku. Jak można się domyślać (i być może wiedzieć dzięki usłyszeniu choć kilku pozycji z tracklisty), wokalistka zdecydowała się głównie na covery znanych i lubianych świątecznych utworów, choć również nie zabrakło jej autorskiego wkładu w całość przedsięwzięcia.

Świąteczne albumy - Kylie Minogue
Źródło: officialcharts.com

Album otwiera nowa wersja „It’s the Most Wonderful Time of the Year”, po którym następuje odtworzenie jeszcze bardziej kultowego „Santa Claus is Coming to Town” z wykorzystaniem oryginalnych nagrań Franka Sinatry. Nieco więcej swojej artystycznej wizji Minogue przelała w „White Christmas” oraz „Christmas Isn’t Christmas ‚Til You Get Here”, gdzie jest współodpowiedzialna za teksty ów piosenek. Łącznie pozycji na dwuletniej płycie piosenkarki jest aż trzynaście, co po zsumowaniu daje aż czterdzieści minut niezwykłej świątecznej atmosfery w sam raz na każdy dzień grudnia.

Warto zaznaczyć, że na płycie gościnnie usłyszymy również między innymi Jamesa Cordena znanego z prowadzenia wyjątkowo popularnego amerykańskiego programu „The Late Late Show”. Razem z Kylie odśpiewali „Only You”. Takie i inne niespodzianki zawarte w albumie nie przełożyły się niestety na przychylne oceny ze strony krytyków, którzy w czasie premiery powystawiali w swoich recenzjach średnio trzy gwiazdki na pięć możliwych. Na listach przebojów również trudno doszukiwać się dużych sukcesów (poza rodzinną Australią), ale nie da się ukryć faktu, że „Kylie Christmas” jest nieodłączną częścią świątecznych propozycji muzycznych.


„Christmas” – Michael Buble

Posłuchaj!

Największa legenda wśród wszelkich legend bożonarodzeniowych albumów. To nazwisko zna każdy, kto choć raz zainteresował się świątecznymi utworami na przynajmniej jeden grudniowy wieczór. A że mało jest osób, które tak rzadko słuchają tego gatunku muzyki w ostatnich tygodniach roku (niezależnie czy tego się chce, czy nie, bo grane są na każdym kroku), to jestem w stanie stwierdzić, że każdemu z nas zapali się choć niewielka żarówka w głowie, gdy wspomni się o Michaelu Buble’u. Zdecydowanie zasługa w tym jego znakomitego albumu, który stworzył zaledwie sześć lat temu i szturmem wbił się do najbardziej ścisłej elity odtwarzanych maniakalnie świątecznych utworów.

Świąteczne albumy - Michael Buble
Źródło: eliteticket.co.uk

Chcecie dowodów zamiast pustych słów z mojej strony? Za fenomenalnymi wynikami przemawiają liczne osiągnięcia całego albumu, który doczekał się pozycji lidera na popularnej liście Billboard 200 jako najlepiej sprzedająca się płyta w bożonarodzeniowym okresie, a także zdobycie tytułu Juno Award za najlepszy album roku. Zaznaczyć należy fakt, że był to pierwszy przypadek, gdy statuetkę tę zgarnął projekt wyłącznie oscylujący wokół tematyki świątecznej!

Wrażenie może robić też tracklista, która posiada aż szesnaście pozycji w większości będących zapożyczeniami oryginalnych i kultowych numerów. „Jingle Bells”, „All I Want for Christmas Is You” (tak, to od Mariah Carey!), czy też „Have Yourself a Merry Little Christmas” to tylko trzy spośród tych wszystkich, które postanowił nagrać Buble we własnym, indywidualnym wykonaniu. A spodobało się ono słuchaczom na tyle, że już po roku od premiery zdecydowano się na dorzucenie czterech dodatkowych piosenek w specjalnej reedycji. Na projekt przychylnie spojrzeli również krytycy rzadko wystawiając w swoich recenzjach gorsze oceny niż cztery punkty na pięć możliwych.  A fanom ze Stanów Zjednoczonych wystarczył zaledwie rok, aby wykupić „Christmas” w nakładzie sięgającym prawie dwóch i pół miliona egzemplarzy.


„Everyday Is Christmas” – Sia

Posłuchaj!

To skromne świąteczne zestawienie albumów muzycznych wypada zakończyć najświeższą z możliwych propozycji, którą już teraz bez problemu możecie wysłuchać na swoich komputerach (wykorzystując na przykład Spotify lub YouTube). Najwidoczniej nie ma roku, w którym nie powstałby choć jeden bardzo mocno nagłaśniany projekt o charakterze bożonarodzeniowym. Tym razem całą naszą uwagę skupiła na sobie Australijka Sia, która od dobrych kilku lat bryluje w świecie muzyki popularnej. Tym razem, ku zaskoczeniu milionów, zdecydowała się sprawdzić swoje siły w bardzo wąskim i charakterystycznym gatunku. Od kilku dni, a dokładnie minionego piątku (17 listopada) możemy wysłuchiwać, jak sobie poradziła z tym wyzwaniem.

Świąteczne albumy - Sia
Źródło: billboard.com

„Everyday Is Christmas” to album, który składa się z dziesięciu autorskich utworów napisanych i skomponowanych we współpracy z amerykańskim producentem Gregiem Kurstinem. Zdecydowanie najpopularniejszymi piosenkami w chwili obecnej są dwa single, które w celach promocyjnych zostały zaprezentowane światu na kilka dni przed oficjalną premierą płyty. Najpierw ukazało się „Santa’s Coming for Us” na dzień przed Halloween. Nieco później, bo 9 listopada, wypuszczono kawałek „Snowman”, który jeszcze bardziej podsycił oczekiwanie fanów wokalistki oraz miłośników atmosfery świąt. Po ośmiu dniach od wydania drugiego singla, cały projekt został zamieszczony w internecie, a do sklepów branżowych na całym świecie trafiły namacalne wersje „Everyday Is Christmas”.

Jak oficjalnie ujawnili odpowiedzialni za album, nagrywanie wokalu odbywało się przez dwa tygodnie maja, co prawdopodobnie musi być nie lada wyzwaniem, aby odpowiednio oddać ducha świąt. Niemniej jednak zarówno Sia, jak i Kurstin przyznali, że nad płytą pracowało im się znakomicie, czego efekty można dostrzec (a raczej usłyszeć) podczas odtwarzania całej tracklisty. Zaś co na to krytycy? Różnie, jednak większość podziela entuzjazm tłumów i wypowiada się co najmniej pozytywnie. Jedynie brytyjski dziennik „The Guardian” surowo wystawił dwie gwiazdki na pięć, ale podobno oni już słyną z nieprzychylnych ocen.

Ja szczerze polecam. Może nie znajdziemy tam znanych i lubianych rytmów, jak w wielu coverach wcześniej przytoczonych artystów, ale Sia zdecydowanie chciała dać coś od siebie i udało jej się. A klimat świąt czuć na tyle, że szybko podłapuje się odpowiedni nastrój 😉

Pograj i posłuchaj #4 | Grand Theft Auto: Vice City

Czas - 10


Świetna ścieżka dźwiękowa każdego rodzaju produkcji ma to do siebie, że zapamiętuje się ją na bardzo długi czas. Często mam tak, że po obejrzeniu filmu, serialu lub przejściu gry komputerowej szukam w sieci listy piosenek, które zostały w nich użyte i odsłuchuje je po raz kolejny, na spokojnie, w domowym zaciszu. Wtedy zaczyna się prawdziwy test dobrego soundtracku. Jeśli po miesiącach lub latach słysząc dany kawałek szybko i bezproblemowo kojarzysz go z jakąś sytuacją lub elementem produkcji, w której się znalazł, to oznacza, że utwór spełnił swoją rolę. Zapadł w pamięć na wystarczająco długo, więc po prostu jest częścią wyśmienicie wyselekcjonowanej oprawy audio. Proste i logiczne!

Pograj i posłuchaj - Vice City #1
Źródło: rockstargames.com/grandtheftautovicecity

Zawężając środowisko rozrywkowe wyłącznie do gier wideo, jednym z przykładów takiego zjawiska jest nieco leciwy tytuł, w którego niegdyś zagrywano się przez dziesiątki, jak nie setki godzin – „Grand Theft Auto: Vice City”. I choć zgodnie z oznaczeniami na pudełku powinien być on dostępny wyłącznie dla dorosłych graczy, to swój czas spędzało w nim też wiele młodszych osób. I co z tego wynikło? Nieuleczalne szkody na psychice obecnych dwudziestokilkulatków? Skądże znowu. Teraz przynajmniej mamy wspomnienia, które utkwiły w pamięci już chyba na zawsze.


Podstawowe informacje

Serii tej nie trzeba chyba przedstawiać nawet tym, którzy z grami komputerowymi niewiele mają wspólnego. Kultowe już „GTA” niewątpliwie znajduje się w czołówce najpopularniejszych wieloletnich cykli, których odsłony do dziś wypuszczane są na komputery osobiste i konsole. Chętnie poznałbym choć jedną osobę, która nigdy w życiu, ani razu, nie położyła swój palców na klawiaturze lub padzie, gdy na ekranie odpalała się któraś z licznych wersji „Grand Theft Auto”.

Dzisiaj jednak chcę przytoczyć odsłonę z 2003 roku, czyli czasu, gdy ja sam miałem zaledwie osiem lat. Dokładnie, podczas mojego pierwszego kontaktu z tą grą w zupełności nieprzeznaczoną dla dzieciaków, byłem uczniem drugiej klasy szkoły podstawowej. I nie byłem wyjątkiem, bo w omawiane „Vice City” zagrywało się także wielu moich rówieśników. O starszych osobach już nie wspominając.

Pograj i posłuchaj - Vice City #2
Witaj w Vice City!
Źródło: rockstargames.com/grandtheftautovicecity

Spośród wszystkich wydanych ówcześnie edycji „Grand Theft Auto” od amerykańskiego studia Rockstar Games (chyba mojego drugiego ulubionego zaraz po Telltale Games), to z florydzkim klimatem lat osiemdziesiątych było szóstą. I zaledwie drugą, która oferowała nam widok z trzeciej osoby zza pleców głównego protagonisty oraz świat wygenerowany w trójwymiarze. Przedtem wszystko śledzić można było z lotu ptaka, a bohaterowie, samochody i budynki były niczym innym, jak niewielkimi obiektami zbudowanymi ze sporych rozmiarów pikseli.

„Vice City”, tak jak wszystkie przeszłe i przyszłe odsłony serii, to tak zwany sandbox, a w dosłownym tłumaczeniu piaskownica. Chodzi o to, że gra oferuje nam dostęp do całego wirtualnego świata, a więc w tym przypadku miasta rozdzielonego na parę wysp otoczonych oceanem, a my sami możemy decydować, co chcemy robić. Mamy możliwość podążania za fabułą dostępną w coraz to nowszych misjach do wykonania, ale jeśli nabierzemy ochoty na zwiedzanie okolic, zabawę z otoczeniem lub próbowanie sił w pobocznych zadaniach – droga wolna. W „GTA” można robić co się żywnie podoba i taka jest idea serii.

Pograj i posłuchaj - Vice City #3
Jak w każdym „GTA”, pojazdów do wyboru jest mnóstwo. Tylko od Ciebie zależy, który skradniesz.
Źródło: rockstargames.com/grandtheftautovicecity

Rozgrywka

Przejdźmy jednak szczegółowo do tego, co oferuje nam „Vice City”. Każda odsłona cyklu przedstawia nowych głównych bohaterów, nad którymi zyskujemy kontrolę. W tym przypadku przyszła kolej na Toma Vercettiego. Zasłynął on nie tylko ze swojej standardowej niebieskiej koszuli w palmy (idealnie dopasowane do klimatu gry), ale także z umiejętności mówienia. Czemu? Po pozbawionym głosu protagoniście z poprzedniej części „GTA”, odzywający się Tom był miłym akcentem.

Motywy przewodnie produkcji nie odbiegają od wszystkich pozostałych. Zostajemy wrzuceni do przestępczego światka, w którym nasza postać musi jakoś się odnaleźć, a następnie wspiąć na jak najwyższy szczebel panującej tu hierarchii. Jak już wspomniałem – wszystko rozgrywa się w bardzo nastrojowych latach osiemdziesiątych, co jest jednym z największych atutów gry zapewniających jej ogromny sukces. A to dlatego, że klimat został odwzorowany na piątkę z plusem i bije od pierwszych minut rozgrywki do samych napisów końcowych.

Pograj i posłuchaj - Vice City #4
W grze nie brakuje przyjemnych widoków. Choćby na rozciągającej się na kilometry plaży.
Źródło: rockstargames.com/grandtheftautovicecity

Kontrolowany przez nas bohater ma na głowie porachunki z różnymi gangami i grupami żyjącymi w Vice City, które stopniowo poznajemy w ciągu misji fabularnych. Są one niemal znakiem rozpoznawczym serii. Na wszechobecnej mapie miasta w rogu ekranu ulokowane są inicjały zleceniodawców, do których należy się wybrać, aby pchnąć główny wątek dalej. Jednak jeśli nie mamy w obecnej chwili ochoty na konkretne rozkazy i wykonywanie ich z jak najlepszym efektem – zawsze pozostaje moc innych funkcji gry do odkrycia.

Prawy brzeg jednej z wysp to istna niekończąca się plaża, na której można podziwiać wylegujące się skąpo ubrane wirtualne panie, biegać w blasku zachodzącego słońca lub… urządzać polowania z bronią palną na tutejszych turystów. W innych częściach mapy nie brakuje miejskich krajobrazów, nietypowych mieszkańców do spotkania, a przede wszystkim samochodów do skradnięcia i rozbijania się nimi tu i ówdzie.

Pograj i posłuchaj - Vice City #5
( ͡° ͜ʖ ͡°)
Źródło: rockstargames.com/grandtheftautovicecity

A skoro wspomniałem już o broniach i kradzieżach – dostępna gama jednych, jak i drugich nie jest może tak imponująca jak w przyszłych odsłonach serii, ale wciąż daje mnóstwo możliwości do zabawy. Należy zapamiętać, że „GTA: Vice City” to przede wszystkim shooter, a więc bez strzelania nie ma tutaj rozgrywki. Nawet jeśli zdecydujemy się być prawymi obywatelami po godzinach „pracy” (między innymi zatrzymując się na każdym czerwonym świetle), to w czasie wykonywania powierzonych zadań i tak będziemy zmuszeni do rozstrzelania kilku…set losowych przeciwników. Funny!

Pograj i posłuchaj - Vice City #6
Florydzka masakra piłą mechaniczną.
Źródło: rockstargames.com/grandtheftautovicecity

Do tej pory pamiętam misję, w której napadłem otyłego mężczyznę na basenie znajdującym się na dachu jednego z budynków. Nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że trzeba było zabić go piłą łańcuchową poprzedzając ten czyn chwilą pogoni.

Lotniska, pola golfowe, stadiony lub centra handlowe to tylko kilka lokalizacji z całego wirtualnego świata, w które możemy się udać i spędzić miło czas. Ponadto warto uważnie poruszać się po całym mieście, gdzie dosłownie co krok ukryte są różne ciekawe przedmioty lub ciekawostki. W niektórych zaułkach spotkać się można z orężem gotowym do użycia w każdej chwili, a w innych czekać będą ukryte paczki, których kompletne zebranie (a jest ich ze sto) wymagane jest do ukończenia gry na 100%. Nie lada wyzwanie.

Czemu „Vice City” zawdzięcza takie uznanie oraz zachwyt nad idealnym klimatem oceanicznych wysp lat osiemdziesiątych? Grafika na dzisiejsze czasy pozostawia wiele do życzenia, jednak tytuł nadal ujmuje ze względu na świetnie zaprojektowany świat przedstawiony i elementy w nim usytuowane. Liczne palmy nawet w centrum miasta, różowe niebo o zachodzie słońca nad piaszczystymi plażami, dobrze rozpisany wątek fabularny wykorzystujący możliwości nadane przez miejsce osadzenia akcji i… soundtrack.

Pograj i posłuchaj - Vice City #7
Takie cudne zestawy wciąż można kupić na Amazonie. Pięknie poszerzą muzyczną biblioteczkę.
Źródło: erlat.blogspot.com

Ścieżka dźwiękowa

Ponad 14 lat minęło, odkąd „Grand Theft Auto: Vice City” ujrzało światło dzienne i miłośnicy gatunku zaczęli rozkoszować się kultową produkcją studia Rockstar Games. Pośród tego wszystkiego największym fenomenem, według mnie, jest fakt, że piosenki, które towarzyszyły przez niemal całą rozgrywkę, są pamiętane do dzisiaj. Można powiedzieć, że zapisały się na łamach historii gier komputerowych jako jedna z najlepszych i najdłużej zapamiętanych opraw dźwiękowych. Stały się po prostu kultowe.

Czego to zasługa? Radia. W „GTA” głównym odtwarzaczem jakiejkolwiek muzyki są radioodbiorniki ulokowane w samochodach, do których wsiadamy naszym bohaterem niezliczoną liczbę razy. Zmieniamy je jak rękawiczki, jednak samych stacji radiowych w grze jest dostępnych kilka, a w każdej z nich znajduje się co najmniej kilkanaście utworów. A te, odtwarzane na okrągło, zdołały zadomowić się w naszej pamięci długotrwałej.

Osoby, które wówczas były odpowiedzialne za dobór piosenek do gry, zrobiły kawał dobrej roboty. Twórcy z pewnością świetnie zdają sobie sprawę, jak ważnym elementem ich serii jest ścieżka dźwiękowa, o czym świadczą chyba wszystkie części „GTA”, bo w każdej (nawet najnowszej) znajduje się co najmniej kilka kawałków, które po czasie automatycznie kojarzą nam się z danym tytułem.

Przykłady w „Vice City”? Proszę, jest ich mnóstwo. Stacji radiowych dostępnych do odsłuchu jest tam dziewięć, z czego dwie bazują na rozmowach i wywiadach, więc próżno szukać w nich muzyki. Jednak pozostałych siedem wystarczy, aby nakarmić nas, graczy, porządną dawką klimatycznych utworów. Mi najbardziej w pamięci utkwiła radiostacja „Emotion 98.3”, gdzie latynoski prowadzący częstuje licznymi kawałkami z gatunku soft rock i pop-rock. Wysłuchamy tam takich kultowych hitów, jak „Africa” od Toto, „I Just Died in Your Arms” w wykonaniu Cutting Crew lub „Crockett’s Theme” Jana Hammera. Każdy, kto miał choć minimalną styczność z tą grą, po usłyszeniu paru pierwszych sekund tych nagrań natychmiast sobie je przypomni i uświadomi, jak świetnie zna je po latach 😊

A to zaledwie jedna z siedmiu muzycznych stacji. Na „V-Rock” wysłuchamy cięższe utwory, pośród których znajdziemy tak popularne, jak „Bark at the Moon” samego Ozzy’ego Osbourne’a lub „2 Minutes to Midnight” grane przez Iron Maiden. Idąc dalej warto wymienić jeszcze „Flash FM”, gdzie swoje miejsce znaleźli między innymi Micheal Jackson wraz z „Billie Jean” oraz Bryan Adams wykonujący „Run to You”. Obie te piosenki, jak i kilkanaście pozostałych, utrzymane są głównie w nurcie popowym i nowej fali.

Jest jeszcze muzyka latynoska, funkowo-soulowa, hip-hopowa oraz post-punkowa. Dla każdego coś dobrego. Między innymi z tego względu uważam, że ścieżka dźwiękowa do „Vice City” aż tak pozytywnie została przyjęta – każdy z graczy mógł ustawić w wirtualnym samochodzie stację radiową, która najbardziej do niego przemawia i przez wiele godzin rozgrywki podśpiewywać razem z nią. Nic dziwnego, że potem te utwory na długo osiedliły się w głowach i pamięta się o nich po dziś dzień.

Może to głupio zabrzmi, ale wdzięczny jestem za to, że za dzieciaka mogłem zagrywać się w „GTA”. Dla niektórych może to niemoralne, nieodpowiedzialne i naganne, ale cóż… dzisiaj mam same pozytywne wspomnienia i całkiem normalną psychikę 😉

10 kultowych piosenek Disneya, od których poczujesz się jak w bajce

Dziwię się za każdym razem, gdy słyszę od rówieśników, że są już za starzy na oglądanie animacji. Kreskówek, filmów pełnometrażowych, wszystkich. Wychodzę z założenia, że tego typu produkcje nie mają swoich ograniczeń wiekowych. A już na pewno nie na tyle sztywnych, żeby mając dwadzieścia kilka lat twierdzić, że to dziecinada nieprzystająca dorosłemu człowiekowi. Nierzadko zdarza się, że z filmu animowanego można wynieść dużo więcej pożytku niż z wielu innych poważnych tytułów skierowanych do wyrafinowanego widza. Zarówno pod względem rozrywkowym, jak i edukacyjnym. A wiadomo, że dobrej zabawy potrzebuje osoba w każdym wieku. Nauki? Tym bardziej, przez całe życie. Z drugiej strony okazuje się, że nie tylko ja lubię poświęcić wieczór lub wyjście do kina na nową animację. Tym bardziej, jeśli są to zawsze dobre produkcje Disneya, Pixara, DreamWorks czy innych im podobnych.

Czytaj dalej 10 kultowych piosenek Disneya, od których poczujesz się jak w bajce