„Titans” – Nie oceniaj superbohaterów po okładce

O odcinkowej produkcji z grupą superbohaterów od DC Comics pisałem już parę miesięcy temu, gdy w Stanach Zjednoczonych odbywał się coroczny Comic-Con. Zaprezentowano wówczas nowy zwiastun serialu, który swoją premierę miał mieć za parę tygodni od tamtego momentu. Doszło do niej 12 października ubiegłego roku, jednak jeszcze długo przed tą datą odczucia fanów na postawie zapowiedzi były dość… mieszane.

Trudno to przyznać, ale głównie rozchodziło się o angaż aktorów do poniektórych ról. Tak jak nikt nie narzekał na doświadczonego Brentona Thwaitesa wcielającego się w Robina lub debiutującą przed kamerami Teagan Croft (Raven), to dość głośne zgrzyty zaistniały przy postaci Starfire. Pochodząca z Senegalu Anna Diop otrzymała rolę pozaziemskiej księżniczki o charakterystycznym żółtym kolorze skóry, który przez twórców nowego serialu DC Entertainment i Warner Bros. Television został zignorowany. Postanowili bowiem zaangażować czarnoskórą aktorkę, co wśród zagorzałych wielbicieli komiksowego kanonu było niedopuszczalne. Doszło nawet do tego, że postanowili w ogóle nie dawać szans „Tytanom” i w ten sposób bojkotować produkcję. Słusznie?

Titans (1)
Źródło: filmweb.pl

Skąd! Jak wiadomo, ekranizacje różnego rodzaju dzieł często charakteryzują się pewną dowolnością interpretacyjną i artystyczną, czym w tym przypadku posłużyły się osoby odpowiedzialne za serial. Jasne, można w to wplątać poprawność polityczną i inne tego typu kwestie, ale póki będziemy mieć świadomość, że takie drobne odchodzenie od kanonów miało miejsce w kinematografii od dawna, to chociaż rozsądnie damy szansę tym zmianom na obronienie się. A najlepszym ku temu sposobem jest włączenie filmu bądź odcinka serialu i sprawdzenie, czy jest w stanie nas do siebie przekonać.

A „Titans” zdecydowanie do takiego grona należy. Na polskim Netfliksie cały pierwszy sezon zadebiutował 11 stycznia, a z braku interesujących mnie wtedy tytułów, postanowiłem rzucić okiem. Każdy, kto choć trochę zna mnie lub moje bajdurzenie na tym blogu, doskonale wie, że bardziej upodobałem sobie stadninę Marvela niż DC. Ale kurczę, zwiastun aktorskich „Tytanów” spodobał mi się już podczas Comic-Conu, a łatwy dostęp do tytuły za pomocą Netfliksa i chęć obejrzenia czegoś mroczniejszego sprawiły, że dałem produkcji szansę.

Titans (2)
Źródło: filmweb.pl

Teraz, gdy po paru dniach zakończyłem jedenastoodcinkowy pobyt z Robinem i spółką, cieszę się przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, że nie odpuściłem sobie serialu, który krytykowany był przez wielu jeszcze przed premierą. Po drugie, całość świetnie broni się przed niczym nie popartą negatywną opinią! A ta najprawdopodobniej bierze się od osób, które nie obejrzały chociaż jednego odcinka. Gusta mogą być różne, ale nie wydaje mi się, żeby ktoś, oceniając obiektywnie, był w stanie skrytykować każdy aspekt serialu. A już na pewno nie da się przyczepić do świetnego aktorstwa wśród głównych bohaterów oraz wciągającej fabuły. Pod tymi względami odtwórcy ról, scenarzyści i showrunnerzy stanęli na wysokości zadania!

Kwestia obsady, którą tuż przed startem serialu często podawało się jako jego największy minus, okazała się być najjaśniejszym punktem. I to nie tylko, gdy swoje obserwacje ograniczymy wyłącznie do czteroosobowego składu Tytanów (niestety zabrakło tu Cyborga, który już dużo wcześniej uciekał do kinowej części uniwersum). Oprócz Robina, Raven, Starfire i Bestii mamy tutaj mnóstwo innych postaci, które pełnią znaczące role i budują potężny, emocjonalny klimat.

Titans (3)
Źródło: filmweb.pl

Choć przyzwyczailiśmy się do superbohaterskich ksywek, w serialu wszyscy raczej zwracają się do siebie po imieniu. Była prawa ręka Batmana to po prostu Dick Grayson, który teraz próbuje zapomnieć o swoim alter ego jako jeden z gliniarzy w Detroit. Najmłodsza w grupie Raven jest niepotrafiącą okiełznać swoich demonicznych mocy Rachel Roth, a znikąd pojawiająca się na zmieni Starfire przedstawia się wszystkim jako Kori. Za to charyzmatyczny Beast Boy z komiksów to na srebrnym ekranie nastoletni Gar. Tak naprawdę wyłącznie sam Dick jest od czasu do czasu nazywany Robinem, jako że próba oderwania się od tego tytułu stanowi jeden z ważniejszych wątków produkcji.

Ale to nie wszyscy superbohaterowie znani nam z komiksowych łamów. Szybko poznajemy Hanka i Dawn, którzy również próbują walczyć przestępczością jako Hawk i Dove. Po nich przychodzi kolej na innych, którzy zaskakują nas pojawiając się w najmniej spodziewanych momentach. Nie będę wymieniał wszystkich, bo część z nich ma być po prostu niespodzianką. Jednak uwierzcie, że jeśli kojarzycie choć podstawy bohaterskiego świata DC, to ujawnienie się coraz większej liczby herosów w ciągu sezonu sprawi Wam nie lada ubaw!

Titans (4)
Źródło: filmweb.pl

Zaskakujące jest, jak jeszcze niedoświadczona aktorka Teagan Croft odnalazła się w trudnej roli mrocznej i opętanej ciemnymi mocami Raven. Odtwórcy ról Robina i Bestii również stają na wysokości zadania i nie da się ich nie lubić. Każdy na swój sposób wyróżnia się charakterem, ale wciąż pozostają niezwykle ludzcy, co w produkcjach superhero jest zazwyczaj trudne do osiągnięcia. Jednak największy szok dostajemy w przypadku character developmentu Starfire. Okazuje się, że twórcy „Titans” postanowili z nią poeksperymentować najbardziej. Nie tylko widocznie zmienił się jej wygląd względem komiksów lub choćby kreskówek sprzed lat, ale również jej osobowość. Zwykle bywała dość głupiutka, bardzo dziewczęca, ale i zarazem czarująca. Stanowiła wyraźny kontrast z mroczną Raven.

Teraz Starfire jest swojego rodzaju uosobieniem kobiecej siły oraz zjawiska emancypacji płci żeńskiej. Wiem, ponownie wkraczamy tutaj na niepewny polityczny grunt, jednak takie są fakty. Kosmiczna postać zyskała nowy, poważniejszy charakter, który naprawdę mi się spodobał. A z tego co wyczytałem niemal po każdym odcinku sezonu w aplikacji TV Time – przypadła do gustu również większości innych widzów.

Titans (5)
Źródło: filmweb.pl

Jednym z powodów, dla których twórcy prawdopodobnie zdecydowali się na przekształcenie profilu Starfire, jest pewnie mroczny, ciężki i, co za tym idzie, brutalny klimat serialu. To już nie są „Teen Titans”, którzy obecnie emitowani są w formie kreskówki na dziecięcym kanale Cartoon Network. Nie są to nawet Tytani ze starszej animacji z 2003 roku, gdzie i tak momentami bywało poważnie. Tutaj noc stanowi porę większości akcji każdego odcinka, wulgaryzmy płyną z ust herosów przy napotkanych przeszkodach, a krew leje się po chodnikach i ścianach za każdym razem, gdy ktoś oberwie pięścią w twarz.

Twórcy bardzo jasno ustanowili swoją grupę docelową. Osoby dorosłe, które wciąż interesują się tematyką superbohaterów. Stąd też do czynienia mamy z produkcją poważną i stawiającą na brutalność. Zresztą jak większość produkcji osadzonych w uniwersum DC, z czego do tej pory słyną. Nie oznacza to jednak, że w „Tytanach” brakuje momentów rozluźnienia, czy nawet dobrego humoru. I na to znaleziono czas pomiędzy kolejnymi ważnymi wątkami, głównie za sprawą Gara – Bestii. Zielonowłosy nastolatek wciąż pozostaje lekko zabawną postacią, która wprowadza w szeregach drużyny swobodniejszą atmosferę. Nie jest to jednak zasadą, bo jeśli chodzi o kwestie humorystyczne, to już sam zwiastun serialu pokazał, że żarty nie byle jakiego poziomu prezentują choćby Robin, gdy tuż po walce z kilkoma zbirami rzuca zdaniem „Fuck Batman”. Takich smaczków w całym sezonie znajduje się dużo więcej!

Titans (6)
Źródło: filmweb.pl

Fabularnie „Titans” również spisują się świetnie. Już pierwszy odcinek potrafi mocno zaintrygować swoim zarysem głównego wątku historii. Większość przygód krąży wokół młodej Raven, której nieposkromione moce są obiektem zainteresowania tajemniczej organizacji. Wprowadza to wiele naprawdę ciekawych postaci, jak wspomniani Hawk i Dove, ale też Nuclear Family, czyli na pozór szczęśliwa rodzinka, która jednak zdolna jest do wszystkiego. A więc i najgorszych posunięć niezbędnych do wykonania postawionych im celów. W szczegóły nie ma co się wdawać, aby nie zdradzać za wiele, jednak muszę przyznać, że już dość długo nie uświadczyłem w serialach tak interesująco wprowadzanych i rozwijanych postaci, jak większość w „Titans”.

Titans (7)
Źródło: filmweb.pl

Oprócz scen mających miejsce nocą, świetnych ujęć walki oraz mocno emocjonalnego podejścia bohaterów do napotkanych wydarzeń, spore piętno w kreowaniu klimatu serialu ma także ścieżka dźwiękowa. Oprócz mrocznej i dramatycznej muzyki przygrywającej w tle, gdy dochodzi do pojedynków lub poważnych decyzji bohaterów, nieraz uświadczymy mniej lub bardziej znanych nam piosenek. Już w pierwszym odcinku słyszymy kultowe „Heaven Must Be Missing an Angel” od Tavares lub „I Feel Love” w wykonaniu JORD. Przyjemnie jest oglądać herosów, którzy podczas jazdy samochodem nagle włączają AC/DC i sami przyznają, że to kawał dobrej muzyki.

Czy mimo tylu pochlebnych słów z mojej strony, „Titans” ma coś, co nie do końca zagrało? W pamięci najbardziej utrwaliły mi się słabe, jak na współczesne możliwości, efekty specjalne. Jasne, nie ma co porównywać budżetu serialowego do kinowych blockbusterów od DC, jednak mogłoby to wyglądać ciut lepiej. Szczególnie zapamiętuje się parę scen, gdy bohaterowie wykazują się nadludzką skocznością lub siłą odpychającą przeciwników na kilkanaście metrów. Albo w bardzo emocjonalnej sekwencji w jednym z ostatnich odcinków, która robi to, co zrobić miała,. Wywołuje szok u widza, jednak pod względami estetycznymi, wykorzystane efekty komputerowe mogłyby być bardziej dopieszczone. Mimo wszystko, warto przymknąć na to oko, usprawiedliwiając te błahostki ograniczeniami budżetowymi lub technologicznymi.

Titans (8)
Źródło: filmweb.pl

A tak poza tym, „Titans” to naprawdę solidny tytuł odcinkowy, któremu warto dać szansę. Sam utrzymywałem wobec nieco pewien dystans aż w końcu postanowiłem zaryzykować. Teraz sądzę, że to jedna z największych niespodzianek na Netfliksie, jakie miałem przyjemność obejrzeć w ciągu ostatnich miesięcy. Jak na produkcje superbohaterskie aktorsko i fabularnie jest świetnie, dlatego jeśli szukacie cięższego i bardziej emocjonalnego serialu, to po „Tytanów” na pewno sięgnijcie. Tym bardziej, że trwa sesja egzaminacyjna, a ta jest najlepszym okresem na telewizyjne eksperymentowanie, prawda? 😉

Moja ocena: 8/10

„Final Space” – Niepozorna animacja zbierająca tłumy fanów

O nowej animacji okraszonej mianem „Netflix Originals” dowiedziałem się dopiero po jej premierze. Mimo regularnych maili z ofertą serwisu, polubionego fanpage’a na Facebooku i zasubskrybowanego kanału na YouTube, nie natrafiłem na żadne wzmianki o „Final Space” do czasu, gdy od paru dni był już dostępny do obejrzenia. Szybkie ogarnięcie najważniejszych informacji o serialu, a więc liczby odcinków, długości ich trwania oraz (przede wszystkim) opisu fabuły, po czym byłem gotów odpalić pierwszy epizod.

Final Space (1)
Źródło: facebook.com/FinalSpaceTBSnetwork

Skończyło się na tym, że całość łyknąłem dosłownie w jeden wieczór. Dla największych koneserów nie jest to pewnie nic szczególnego, ale ja z reguły nie potrafię siedzieć kilka godzin i oglądać odcinek za odcinkiem. Nawet jeśli jakiś tytuł z miejsca mnie oczarował. W tym przypadku było inaczej, bo każde 20 minut mijało błyskawicznie i nim się obejrzałem byłem już w połowie sezonu. Na zegarze wciąż widniała w miarę młoda godzina, więc nie pozostało nic innego, jak dokończyć resztę.

Ani trochę nie żałuję, bo animacja stworzona przez Olana Rogersa i Davida Sacksa miała w sobie coś, co nie pozwalało wyłączyć Netfliksa przed poznaniem zakończenia kosmicznej historii. Dla tego pierwszego pana „Final Space” jest debiutem pod każdą postacią. Nigdy wcześniej nie pracował nad żadnym serialem lub filmem, ani telewizyjnymi, ani kinowymi. Za to Sacks od lat związany jest z kultowymi „Simpsonami”, więc mógł wnieść do projektu nieco swojego doświadczenia.

Final Space (2)
Poznajcie Gary’ego – samotnego więźnia kosmicznego statku.
Źródło: imdb.com

W ten sposób powstała opowieść o blondynie imieniem Gary, który na lata został zamknięty na statku kosmicznym będącym pewną formą więzienia. Astronautę poznajemy tuż pod koniec jego wyroku, gdy psychika bohatera drastycznie odbiega od normy. Przykładem tego może być upersonifikowanie przez niego różnych mebli bądź przedmiotów znajdujących się na pokładzie, którym nadał również imiona.

Doskwierająca Gary’emu samotność mimo wszystko nie przekładała się na najgorsze z możliwych uszczerbków na umyśle, bowiem towarzystwa dotrzymują mu HUE – sztuczna inteligencja odpowiedzialna za działanie statku i kontrolowanie wyroku głównego bohatera, która swoją obecność podkreśla wyłącznie głosem (jako, że ciała nie posiada), KVN – znienawidzony przez Gary’ego robot o bardzo nieprzyjemnych i natrętnych cechach charakteru, a także androidy, które wykonują polecenia HUE.

Final Space (3)
Jeśli polubicie tego żółtego, lewitującego natręta, to macie nierówno pod sufitem.
Źródło: imdb.com

Los jednak chce, aby końcówka wyroku astronauty nie przebiegła tak, jak poprzednie lata. W pewnych okolicznościach poznajemy przesłodkiego, zielonego i okrągłego kosmitę, który szybko skrada serce Gary’ego, a zarazem nasze – widzów. Niepotrafiąca mówić forma życia zostaje przez niego nazwana Ciastusiem, co jeszcze bardziej ma podkreślić jej niewinność i urok.

Wydawałoby się, że wszystko brzmi świetnie. Gary po kilkudziesięciu miesiącach samotności nareszcie poznaje prawdziwego przyjaciela, z którym do razu łapie wspólną więź, a jego wyrok ma zakończyć się lada moment. Haczyk w tym, że niewiele później po pojawieniu się zielonego kosmity, na statek więźnia przybywa także Avocato – uzdolniony w posługiwaniu się bronią palną kot-najemnik. Jak można łatwo się domyślić, jego głównym celem jest schwytanie Ciastusia i sprowadzenie go do zleceniodawcy.

Final Space (4)
Rozbraja od pierwszej sceny, w której występuje – kosmita Ciastuś!
Źródło: imdb.com

Tak, jak chyba w każdej historii być musi, w „Final Space” znajdziemy czarny charakter z krwi i kości. Lorda Przywódcę poznajemy jeszcze w pierwszym odcinku i szybko okazuje się, że jego niski wzrost i raczej nieprzerażający wygląd są tylko pozorami. Władający potężną armią oraz posiadający nadprzyrodzone moce Lord jest w stanie zabijać za nieposłuszeństwo, kompletnie pustoszyć planety we wszech świecie i co najistotniejsze – za wszelką cenę osiągnąć swoje zamierzone cele. A z pewnych powodów najważniejszym z nich jest Ciastuś znajdujący się w rękach Gary’ego.

Skrót fabuły może brzmieć dość mało oryginalnie, jako że często byliśmy świadkami produkcji przedstawiających dobrą i złą stronę, które pojedynkują się w jednej intencji choć o różnych zamiarach. Daję Wam jednak słowo, że nie jest to nudna i przewidywalna historia, w której Gary, HUE i KVN za wszelką cenę jako jedna drużyna będą bronić nowo poznanego przyjaciela, a Avocato wraz z Lordem Przywódcą będą chcieli go odbić na wszelkie możliwe sposoby. „Final Space” jest wypchane ciekawymi rozwiązaniami fabularnymi, zwrotami akcji i sytuacjami wywołującymi w widzach skrajne emocje.

Final Space (5)
Wrogiem numer jeden naszych bohaterów jest zabójczy Lord Przywódca.
Źródło: imdb.com

Nie mam zamiaru zdradzać wiele więcej, bo jednak dziesięć odcinków po dwadzieścia minut to niewiele czasu na spokojne przedstawianie i rozwijanie historii, która wręcz pędzi od pierwszych minut, dlatego wychodzenie opisem poza choćby pierwszy epizod na pewno zakończyłoby się poważnymi spoilerami. Jednak jeśli zdecydujecie się poświęcić swoje 3-4 godziny na cały sezon netfliksowej animacji, to przygotujcie się na to, że nie wszystko jest białe i czarne. Nieraz zostaniecie zaskoczeni przez bohaterów lub bieg wydarzeń, co tak naprawdę wznosi serial na wyższy, nieprzeciętny poziom.

Mnóstwo tutaj akcji tak dopieszczonych wizualnie, że aż pierwsze wrażenie o prostocie tej animacji może kompletnie na to nie wskazywać. Jednak twórcy położyli spory nacisk na to, aby wykreować piękny dla oczu świat (a raczej wszech świat), na który bardzo miło się patrzy. Rozległe kadry na kosmiczną nicość to coś, czego nie spodziewalibyście się po dość cicho reklamowanym serialu, który ot tak trafił na Netfliksa i bez zainteresowania się nim, można by go łatwo pominąć.

Final Space (6)
Oto Gary i Avocato. Nic więcej nie napiszę.
Źródło: imdb.com

„Final Space” nie stoi wyłącznie przyjemną i ładną oprawą graficzną, ale przede wszystkim świetnie rozpisanymi i charakterystycznymi postaciami oraz wyjątkowym poczuciem humoru. Jeśli chodzi o bohaterów, to szybko załapiecie względem nich pewien stosunek. Gary ma być dzielnym, ale dość fajtłapowatym poszukiwaczem przygód, którego naiwność i dobre serce odnajdą w widzach zrozumienie, Ciastuś po prostu kradnie nasze serca swoich wyglądem, Avocato wywołuje podziw dzięki nabytym umiejętnościom, a Lord Przywódca to czarny charakter wykreowany niemal idealnie. Niejednokrotnie pokazuje, jak silny i bezlitosny potrafi być, przez co każde jego pojawianie się na ekranie sprawia, że jesteśmy pewni kłopotów, z którymi za chwilę spotkają się główni bohaterowie.

Koniecznie muszę zaznaczyć, że „Final Space”, pomimo bycia animacją, nie jest przeznaczona dla najmłodszych. Na Netfliksie otrzymała ograniczenie od 13 lat, co jest w pełni zrozumiałe ze względu na niektóre dialogi, żarty, czy też sceny. Wszystko to wykreowano tak, aby najlepiej trafiało do młodzieży lub dorosłych widzów. Ostatnimi czasy da się zauważyć narastający trend na animacje dla starszego odbiory. Niegdyś tak naprawdę istniało tylko „Miasteczko South Park” i „Simpsonowie”, a teraz wybór mamy prawie nieograniczony. I choć „Final Space” daleko do wręcz kuriozalnego stylu i humoru znanego z przywołanych tytułów, to wciąż świetnie sprawdzi się jako zabawna i angażująca rozrywka dla każdego starszego widza.

Final Space (7)
Ach tak, w „Final Space” mamy też ważny wątek miłosny z Gary’m i Quinn w głównych rolach.
Źródło: imdb.com

Animacja, która jest angażująca? Ależ oczywiście! Takie sformułowanie nie powinno nikogo dziwić po chociażby takim przykładzie, jak rewelacyjny „BoJack Horseman”, który również jest kreskówką, a gra na emocjach lepiej niż niejeden współczesny serial dramatyczny z górnej półki. Po części potrafi to także „Final Space”, które w całym pierwszym sezonie ma w sobie parę momentów ściskających za serce, poruszających łzy w oczach lub w zupełnie inną stronę – wywołujących zachwyt i trzymanie kciuków za bohaterów. Na myśli mam szczególnie jeden konkretny odcinek z około połowy sezonu, ale to musicie sprawdzić na własne oczy…

Final Space (8)
Serial niejednokrotnie raczy nas takimi widokami. A najlepiej prezentują się w scenach bitewnych lub ucieczek.
Źródło: imdb.com

W „Final Space” można spojrzeć także głębiej, jako że wydaje się być niepozorną odpowiedzią na wiele współczesnych filmów science-fiction. Znajdziemy tutaj mniej lub bardziej oczywiste odniesienia do takich tytułów, jak przede wszystkim „Gwiezdne Wojny” lub „Strażnicy Galaktyki”. Co do tego drugiego to już wyłącznie moje, pewnie zbyt wybujałe skojarzenia, jednak fani „Star Wars” na pewno odnajdą co najmniej parę nawiązań do kultowego uniwersum. W postaci Lorda Przywódcy można doszukiwać się odniesień do Snoke’a, zaś jego liczna armia to wręcz jeden do jednego szturmowcy (nie tylko pod względem uzbrojenia, ale i umiejętności – trafiają wszędzie, tylko nie w swój cel). Od siebie dodam, że postać okrągłego robota KVN-a wygląda mi na mieszankę dwóch świetnie znanych bohaterów gier – Wheatley’a z „Portalu” (głównie za sprawą kulistej, lewitującej formy) oraz Claptrapa z „Borderlands” (równie wygadanego, przygłupiego i niczego nieświadomego).

Final Space (10)
To spojrzenie zadziała na Quinn – miłość głównego bohatera?
Źródło; imdb.com

Teraz, gdy cały sezon animacji pochłonąłem wręcz w jeden wieczór, z ogromną niecierpliwością czekam na kontynuację, która przez twórców została już dawno zapowiedziana. Dawno, bowiem sam serial liczy sobie już parę miesięcy. Oryginalnie powstawał dla amerykańskiej stacji TBS i zadebiutował 26 lutego bieżącego roku. Dopiero po wyemitowaniu wszystkich epizodów i odczekaniu pewnego czasu, pojawił się na łamach Netfliksa i teraz możliwość obejrzenia go mają abonenci na całym świecie. Dzięki temu „Final Space” ma szansę, o ile już tego nie zrobił, zyskać potężniejsze grono wielbicieli, co z kolei przełoży się na jeszcze lepsza oglądalność drugiej serii. Tę zapowiedziano 10 maja, jednak trzeba liczyć się z tym, że nowe przygody Gary’ego ujrzą światło dziennie najwcześniej w pierwszej połowie 2019 roku.

Final Space (9)
Gotowi na przygodę z Gary’m?
Źródło: imdb.com

Cóż… Jeśli coś jest dobre, to warto na to czekać. A jeśli Wy nie mieliście jeszcze okazji obejrzeć „Final Space”, bo nie byliście pewni, czy warto, lub po prostu nie słyszeliście wcześniej o tym serialu, to teraz jest na to idealny moment. Nie stracicie nic poza zaledwie 3-4 godzinami seansu, a zyskać możecie naprawdę fajną, galaktyczną rozrywkę z świetnymi postaciami, które być może pokochacie. Dotychczasowi widzowie właśnie to zrobili i dzięki temu animacja zbiera co najmniej bardzo dobre oceny i plasuje się wysoko w rankingach netfliksowych nowości.

To co? Dziś wieczorem?

Moja ocena: 8/10

Co urzekło mnie w pierwszym sezonie „Serii niefortunnych zdarzeń”?

Dzisiejszego poranka platforma streamingowa Netflix uraczyła nas nowym, drugim sezonem jednego ze swoich najpopularniejszych seriali. „Seria niefortunnych zdarzeń”, czyli opowieść garściami czerpiąca z literackiego pierwowzoru spod pióra Daniela Handlera (podpisującego się jako Lemony Snicket) zadebiutowała nieco ponad rok temu. Zainteresowali się nią nie tylko wielbiciele powieści liczącej trzynaście tomów, czy też ci, którzy powoli zapominali już o ekranizacji z 2004 roku, w której wystąpili tacy aktorzy, jak Jim Carrey i Meryl Streep.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 1
Źródło: netflix.com

„A Series of Unfortunate Events” trafiło także do osób, które wcześniej nie były jakkolwiek zaznajomione z historią, w tym do mnie. Za dzieciaka książki Handlera nie trafiły do moich rąk, a wcześniej wspomniany film jakoś umknął mojej uwadze. Ba, nawet sam netfliksowy serial obejrzałem bardzo późno, bo dopiero po kilkunastu miesiącach – zaledwie parę tygodni temu. Wstyd i hańba, a teraz wiem o tym i ja, bo ostatecznie zachwyciłem się losami sierot Baudelaire.

Dzisiaj, w oczekiwaniu na drugi sezon, chciałbym w pewien sposób podsumować moje odczucia względem pierwszych ośmiu odcinków „Serii niefortunnych zdarzeń”. Robię to na ostatnią chwilę, bo znając życie, gdy ten tekst ujrzy światło dzienne, nowe epizody będą już dostępne do obejrzenia.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 2
Tak wyglądali główni bohaterowie w ekranizacji z 2004 roku.
Źródło: whats-on-netflix.com

Chcę jednak naprawić błąd, którym było niewspomnienie o serialu rok temu, gdy ten debiutował na Netfliksie. A jest o czym pisać, bo kilkudniowy seans po dwa lub trzy odcinki dziennie był przyjemnym oderwaniem się od rzeczywistości i wspaniałą rozrywką dla oczu oraz duszy.

Rozpływam się być może nieco za bardzo, ale już spieszę wymienić kilka elementów, które najbardziej wpłynęły na to, że „Seria niefortunnych zdarzeń” stała się jedną z moich ulubionych odcinkowych produkcji. Jeszcze raz biję się w pierś, że dopiero teraz!


Cudna, klimatyczna scenografia

Pierwszą ogromną zaletę serialu da się zauważyć już w pierwszych minutach, gdy tylko skupimy swoje oczy na wizualnym aspekcie przedstawionego świata. Nie wiem jak Wy, ale ja szybko odczułem wrażenie, jakbym oglądał coś na wzór spektaklu teatralnego. Z pewnym przymrużeniem oka, oczywiście.

Otoczenie wokół bohaterów historii jest z jednej strony skromne i dość odrealnione od znanego nam na co dzień, ale z drugiej wygląda niezwykle przekonująco i drobiazgowo. Ruchy kamery oraz dokładne i precyzyjne rozmieszczenie scenografii sprawiają, że całość zyskuje swój własny, specyficzny charakter, który udało mi się porównać jedynie do teatru.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 3
Czasem skromnie i malowniczo, innym razem drobiazgowo i ponuro. Scenografia robi robotę.
Źródło: filmweb.pl

Choć w „Serii niefortunnych zdarzeń” otoczenie jest o wiele bogatsze od tego, jakie zazwyczaj widuje się na teatralnych deskach, to ma się poczucie obecności w ściśle zamkniętej lokacji, na której mamy się skupić. To w niej dzieją się najważniejsze rzeczy, a dalszy plan tylko by nas rozpraszał. Tak więc kadry skupiają się na pobliskim obszarze (i postaciach, rzecz jasna), a reszta ma nas nie obchodzić.

Gdzie tu zaleta? Zostajemy wrzuceni do zamkniętego, ale zarazem dbale przygotowanego świata, który sercem wydarzeń. Dzięki temu czujemy też komfort swojskości, przyjemności dla oczu i braku przytłoczenia. Faktycznie to, w jaki sposób ukazane są miejsca dzięki pracy kamery i kadrom nadaje specyficznego klimatu oraz estetyki.


Kontrolowana schematyczność

Jak już wspomniałem na początku, serial od Netfliksa inspirowany jest serią powieści Daniela Handlera publikowaną od 1999 do 2006 roku. Tych trzynaście tomów jest głównym źródłem scenariusza dla produkcji, co widać gołym okiem. I nikt nie ma temu za złe, jako że właśnie na tego typu ekranizację liczono.

Już przy pracach nad pierwszym sezonem założono, że serial składać się będzie z trzech sezonów, a w każdym z nich po dwa odcinki przeznaczone będą na każdy jeden tom powieści. Jak się okazuje już w pierwszych ośmiu odcinkach z zeszłego roku – twórcy faktycznie trzymają się tego postanowienia i będą to robić dalej.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 4
Narratorem całej opowieści jest Lemony Snicket. Gra go aktor Patrick Warburton.
Źródło: filmweb.pl

Dla mnie jest to decyzja wręcz świetna, jako że każda część literackiej „Serii niefortunnych zdarzeń” otrzyma swoje należyte „pięć minut”. Dla porównania, ekranizacja z 2004 roku ograniczyła się zaledwie do trzech pierwszych tomów, które zamknięte zostały w jednej godzinie i czterdziestu minutach seansu. Serial zaś poświęca po dwa czterdziestopięciominutowe epizody na każdy rozdział serii, dzięki czemu czytelnicy powieści otrzymują godną adaptację całego literackiego dzieła, a nowi fani w łatwy i przystępny sposób zostaną zaznajomieni ze słownym pierwowzorem i, co za tym idzie, całym fikcyjnym światem.

Schematyczność serialu objawia się również w biegu wydarzeń każdego z rozdziałów (uznajmy, że rozdział to dwa odcinki zainspirowane jednym tomem powieści). Choć okoliczności, szczegóły i niektóre inne elementy różnią się w każdym z nich, to zazwyczaj wygląda to podobnie. Sieroty Baudelaire trafiają do swojego nowego opiekuna, który okazuje się być nie do końca normalny, próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a gdy w końcu nabierają optymizmu, to w końcu zjawia się Hrabia Olaf chcący położyć łapy na fortunie dzieciaków odziedziczonej po zmarłych rodzicach. Następują wówczas różnego rodzaju perypetie, w których zaczyna górować Hrabia, lecz pod koniec rozdziału, w mniej lub bardziej nieprzyjemnych okolicznościach, udaje się dzieciom zdemaskować szalonego krewnego lub chociaż tymczasowo od niego uciec.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 5
Jedną z osób, które mają największy wpływ na losy sierot, jest Pan Poe z Mecenatu Mnożenia Mamony.
Źródło: filmweb.pl

Można by pomyśleć, że taki schemat każdego z rozdziałów może zniechęcić i szybko znudzić. Być może, jako że wiele jest typów widzów i wszyscy cechujemy się różnym stopniem cierpliwości i zrozumienia. Jednak gwarantuję Wam, że warto prześledzić całość, bo mimo wszystko trudno o monotonnie, gdy za każdym razem zmienia się otoczenie historii, bieg wydarzeń, a przede wszystkim – na jaw wychodzą nowe fakty i tajemnice, których jest więcej niż można by się spodziewać.


Niby schematy, a jednak zwroty akcji

O tak, kto nie lubi porządnych i tak nieoczywistych plot twistów zarówno w filmach, jak i serialach? Czasem łatwo ich się domyślić, co jest jedynie winą nie do końca trafnie sformułowanego scenariusza, jednak okazuje się, że równie często udaje się twórcom zaskoczyć widzów.

W przypadku „Serii niefortunnych zdarzeń” może być o to nieco trudno, jeśli weźmie się pod uwagę, że część widzów świetnie zna powieści Handlera. Serial jest naprawdę staranną ekranizacją książek, co wiernych fanów literatury powinno teoretycznie cieszyć. Jednak jeśli za dzieciaka (a może nawet i będąc starszymi) zaczytywaliście się w dzieła Lemony’ego Snicketa, to o zaskakujące zwroty akcji może być trudno. Chociaż jestem święcie przekonany, że i dla takich osób znajdą się fabularne niespodzianki.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 6
Serial jest pełen fabularnych twistów. I to już od pierwszego odcinka.
Źródło: filmweb.pl

Wspominałem, że w rozdziałach serialu łatwo jest wyodrębnić następujące po sobie etapy fabuły. Na szczęście wplątano w to wszystko tak liczne i ciekawe wątki, że za każdym razem oglądamy zupełnie inne wydarzenia. Twórcy, posiłkując się książkami, zaskakują nas niektórymi rozwiązaniami kiepskich sytuacji Baudelierów, czy też decyzjami i działaniami pozostałych bohaterów produkcji. Na pewno to zauważycie, gdy tylko sami będziecie pochłaniać odcinki „Serii niefortunnych zdarzeń”.

Już dwa ostatnie epizody są pewnym odejściem od sztywnych schematów. Zwiastuje to brak sensu trwania w przekonaniu, że co odcinek będziemy oglądać to samo. Sieroty czeka wiele mniej lub bardziej przygnębiających sytuacji, którym trzeba stawić czoło, a te potrafią widzów zainteresować, rozemocjonować, czy nawet zirytować.

Ale jak co rusz powtarza narrator całej opowieści – serial oglądacie na własną odpowiedzialność.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 7
Ta scena rozbroiła mnie emocjonalnie. Każdy, kto oglądał, na pewno wie dlaczego.
Źródło: filmweb.pl

Rodzeństwo Baudelaire (Słoneczko!)

Serial bez lubianych i charyzmatycznych głównych bohaterów nie może okazać się sukcesem. Na szczęście w przypadku „Serii niefortunnych zdarzeń” udało się twórcom obsadzić i rozpisać role tak, że trójka dzieciaków z łatwością zdobywa sympatię widzów i szybko zaczyna nam zależeć na ich losach. A te, jak sam tytuł mówi, nigdy nie polepszają się na dłużej niż krótką chwilę.

Najstarsza Wioletka i średni wiekowo Klaus (odgrywani kolejno przez Malinę Weissman oraz Louisa Hynesa) są już całkiem zaradnymi i na pewno niegłupimi nastolatkami, którym kibicować będziemy przy każdej napotkanej przeszkodzie w ich niefortunnym życiu. Okazuje się jednak, że nie ma dla nich sytuacji bez wyjścia. Jasne, są takie, co przyprawiają o niepokój i stres, ale wynalazczy zapęd Wioletki i oczytanie u Klausa są mieszanką wręcz idealną w każdym niebezpieczeństwie.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 8
Wszystko zaczyna się od śmierci rodziców. Sytuacja rodzeństwa Baudelaire pogarsza się z odcinka na odcinek.
Źródło: filmweb.pl

Za to chyba najwięcej uroku oraz sympatii u widzów zgarnia najmłodsza reprezentantka rodziny Baudelaire – Słoneczko. Niepotrafiąca jeszcze chodzić ani wypowiadać jakichkolwiek, nawet najprostszych słów dziewczynka nie tylko rozbraja swoim słodkim wyglądem i ruchową bezradnością, ale także zyskuje dużo uznania dzięki swojej „super-mocy”. Nie pozostaje w tyle za starszym rodzeństwem i sama niejednokrotnie pomaga w wyjściu z opresji dzięki ostrym zębom wprost nie do złamania. Pogryzie wszystko i ze wszystkiego zrobi… wszystko. A przy tym powydaje z siebie odgłosy, które, jak się okazuje dzięki dołączonej transkrypcji, nie są nic nieznaczącymi mruknięciami, a faktycznymi zdaniami. Choć potrafi zrozumieć ją jedynie rodzeństwo.


Hrabia Olaf

Przy tym wszystkim nie sposób zapomnieć o głównym czarnym charakterze całej serii. Zarówno w książkach, jaki i w filmie lub omawianym tutaj serialu, Hrabia Olaf pozostaje wyjątkowo charakterystycznym bohaterem, który chyba bez problemu zdążył zapisać się już na łamach historii fikcyjnych postaci, tuż obok takich sław, jak Joker lub Darth Vader.

Ma niezwykle oryginalny i specyficzny wygląd, dzięki któremu da się go rozpoznać zawsze i wszędzie. O ile nie postanowi akurat zmienić tożsamości wykorzystując przebrania i umiejętności aktorskie. A robi to często po to, aby pozostać anonimowym i zbliżyć się do sierot Baudeliare. Tak naprawdę, to w każdym rozdziale zobaczymy choć jedno jego nowe wcielenie.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 9
Hrabia Olaf to fikcyjna postać kultowa. A Neil Patrick Harris świetnie się w nią wciela.
Źródło: filmweb.pl

W tym właśnie tkwi piękno tej postaci. Jest szalony, zdeterminowany i posunie się do wszystkiego, aby tylko zdobyć majątek osieroconego rodzeństwa. Lecz pozostaje przy tym niezwykle cwany i pomysłowy, co ostatecznie obrazuje się w jego przebraniach i ogrywanych rolach.

Stąd też jestem przekonany, że w obsadzie znalazł się aktor wręcz idealny do kreacji Hrabiego Olafa. Neil Patrick Harris, znany przede wszystkim z przebojowej roli w serialu „Jak poznałem waszą matkę”, potrafi wcielić się w dosłownie każdą postać i daje ku temu dowody w „Serii niefortunnych zdarzeń”. Tu sytuacja jest o tyle złożona, że wpierw musiał odnaleźć się jako kultowy czarny charakter, a następnie, będąc nim, wchodzić w coraz to różniejsze role na potrzeby danego odcinka.

Seria niefortunnych zdarzeń - sezon 1 - 10
Hrabia co rusz zmienia swój wizerunek. Co najmniej raz na rozdział.
Źródło: filmweb.pl

W pierwszym sezonie pokazał się jako specjalista od gadów Stefano, odważny kapitan Szlam oraz… recepcjonistka Shirley w dwóch ostatnich epizodach. To właśnie tą ostatnią kreacją najbardziej dowodzi, że jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Nie straszna mu żadna rola, a co najważniejsze – w każdej doskonale się odnajduje i nadaje swojego charakteru.

Neil Patrick Harris przebierający się za kolejne postacie w drugim sezonie „Serii niefortunnych zdarzeń” jest jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie zalet serialu. I choć kreacja Jima Carrey’ego w ekranizacji z 2004 roku owiała się już tytułem kultowej, to mimo wszystko sądzę, że Harris robi w serialu doskonałą robotę.


Drugi sezon „A Series of Unfortunate Events” jest już dostępny na Netfliksie, a u mnie na dniach pojawi się jego recenzja. Jak tylko uda mi się obejrzeć wszystkie dziesięć odcinków ;)

Netflix wie, jak się promować. Polscy youtuberzy stworzyli „Czarne lusterko”

Wydawać by się mogło, że taki serial, jak „Black Mirror”, jest już na tyle znany szerszej publiczności, że nie potrzebuje jeszcze większego rozgłosu. Tymczasem jednak wygląda na to, że wciąż warto o nim przypominać i próbować dotrzeć do, o dziwo, istniejących jeszcze widzów, którzy o produkcji Netfliksa wciąż nie słyszeli lub odkładają ją na dalszy plan.

Okazuje się, że o amerykańska platforma wciąż musi walczyć o nasz lokalny rynek, na co może wskazywać wyjątkowy i niezwykle ciekawy ruch marketingowy ze strony polskiego oddziału Netfliksa, który oficjalnie nazwany został „Czarnym lusterkiem”. Brzmi znajomo? Tym, którzy choć w niewielkim stopniu obcują w świecie seriali, na pewno. Już jakiś czas temu serwis otrzymał w końcu lokalizację w w naszym kraju, a co za tym idzie – coraz śmielej i odważniej zaczyna się promować w sposób specjalnie spersonalizowany do otaczającego nas środowiska, które niewątpliwie różni się między innymi od tych zachodnich, jak Niemcy, Wielka Brytania, a już w ogóle Stany Zjednoczone.

Czarne lusterko - Czarne lustro

Reklamy produkcji Netfliksa pojawiają się już w telewizji, na murach i budynkach większych miast, a teraz zdecydowano się pójść o krok dalej i zorganizować naprawdę ambitną i jedyną w swoim rodzaju kampanię promocyjną prawdopodobnie najpopularniejszego obecnie serialu spod netfliksowego szyldu – „Czarnego lustra”.

Jego czwarty sezon miał swoją premierę wraz z końcem roku – 29 grudnia. Oznacza to, że „Black Mirror” nie jest wcale nowym i świeżym serialem, który dopiero raczkuje i powoli zdobywa odbiorców. Znany jest na całym świecie i nie gorzej sytuacja ma się w Polsce, jednak mimo to targnięto się na jego szerszą promocję w sposób niezwykle oryginalny, który nie miał jeszcze miejsca w żadnym innym kraju na świecie. Naprawdę, sam polski oddział Netfliksa pochwalił się tym, że ich najnowszy projekt jest rewelacją na skalę całego globu!

Czarne lusterko - Promocja w Polsce
Takie banery promujące nowy sezon „House of Cards” można było zobaczyć w Warszawie.
Źródło: warszawa.naszemiasto.pl

Do realizacji kampanii potrzebni byli tylko rozpoznawalni i lubiani twórcy, którzy pomogliby dotrzeć do odpowiednio szerokiego grona odbiorców. Sięgnięto po autorów internetowych, co niejako mieści się w technologicznej idei samego serialu „Black Mirror”. Ściślej mówiąc – wybrano osoby odpowiedzialne za cztery bardzo popularne kanały na YouTube, które cieszą się sporymi zasięgami i jeszcze większym profesjonalizmem w tym, co publikują. Znani są wielu użytkownikom internetu, w szczególności ich młodym reprezentantom, dzięki czemu projekt Netfliksa trafia tam, gdzie powinien. To właśnie młodzież i młodzi dorośli są tymi, których „Czarne lustro” teoretycznie najbardziej powinno interesować.

Ale żeby było jasne – to tylko główny cel, który oczywiście nie jest jedynym! Świetnie wiem, że serial oglądany jest z zafascynowaniem przez miłośników niemal w każdym wieku. Mimo to, jakąś konkretną grupę docelową zawsze trzeba obrać, prawda? Potwierdzi to każdy PR-owiec, nawet dopiero rozpoczynający swoją przygodę ze światem marketingu.

Emce Kwadrat (Huyen Pham), Grupa Filmowa Darwin, Krzysztof Gonciarz i Martin Stankiewicz. To ci znani i cenieni twórcy polskiego YouTube’a zostali zaproszeni przez nasz lokalny oddział Netfliksa do współpracy przy promocji jednego z serialu serwisu. Sam projekt nazwano „Czarnym lusterkiem”, co jest wręcz oczywistym nawiązaniem do oryginalnego tytułu produkcji. Jak przeczytać możemy za każdym razem, gdy wspomina się tę akcję marketingową – miniseria to historie garściami czerpiące z oryginalnego serialu.

Nie oznacza to jednak, że projekt jest jeden do jednego tym, co zobaczymy w czterech sezonach „Black Mirror”. Postawiono duży nacisk na oryginalność. Stworzono cztery osobne fabuły, po jednej dla każdego z kanałów youtube’owych. W sporej mierze to sami twórcy internetowi mieli duże pole do popisu przy pomysłach i bardziej szczegółowych rozwiązaniach w realizacji miniodcinków. Zespół Netfliksa zapewnił jednak odpowiedni sztab ludzi, którzy pomogli rozpisać, nakręcić i finalnie stworzyć każdą z opowieści w taki sposób, aby wycisnąć z projektu jak najwięcej i osiągnąć oszałamiający efekt.

Czarne lusterko - Youtuberzy
Stankiewicz, emce, Gonciarz i G.F. Darwin – twórcy miniserii „Czarne lusterko”.
Źródło: antyradio.pl

Udało się? Jak najbardziej! Wszystkie cztery filmy różnią się w widoczny sposób nie tylko od siebie samych, ale i oryginalnych odcinków „Black Mirror”, co jednak nie przeszkadzało w tym, aby przywołać ducha i atmosferę netfliksowego serialu. Osią wszystkich kilkunastominutowych produkcji jest technologia z mniej lub bardziej odległej przyszłości. Ukazane zostają pewnego rodzaju wizje tego, jak kiedyś może wyglądać i działać świat.

Tak jak „Czarne lustro”, projekt promocyjny ma za zadanie (poza reklamą samą w sobie, oczywiście) otworzyć choć trochę oczy na to, jak współczesna technika odgrywa coraz większe znaczenie w naszym otoczeniu i ostrzegać przed tym, do czego może doprowadzić. Sytuacje przedstawiane zostają na bardzo konkretnych przykładach, dzięki czemu widzom łatwiej jest wsiąknąć w świat przedstawiony i złapać bliższy kontakt z postaciami. A te, w głównej mierze, odgrywane są oczywiście przez wcześniej wspomnianych youtuberów oraz innych aktorów pomagających im i będących niezbędnymi do realizacji projektu.

Nagłówek - Czarne lusterko
Plansza z czołówki „Czarnego lusterka”.

„Czarne lusterko” promowane było już od dobrych kilku dni różnymi zwiastunami w mediach społecznościowych Netfliksa, a sama realizacja miniserii trwała co najmniej kilka tygodni, choć pomysł z pewnością narodził się jeszcze dużo wcześniej. Ja dowiedziałem się o całym zamieszaniu oglądając vlogi Krzysztofa Gonciarza, który swój odcinek realizował w okresie świątecznym między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Wtedy jednak całość była jeszcze owiana tajemnicą, która trwała jeszcze przez kilka dobrych dni nim sam polski Netflix nie ogłosił projektu i osób biorących w nim udział.

Dużo opisywania, ale pora w końcu zobaczyć, z czym to się je! Wszystkie cztery odcinki, które powstały w ramach „Czarnego lusterka”, obejrzałem w piątek wieczorem za jednym tchem. Wielkie wyzwanie to nie było, ponieważ razem trwają około godziny. Jednak jest to czas jak najbardziej warty poświęcenia, bo każda historia została zrealizowana na najwyższym możliwym poziomie, intrygują swoimi pomysłami i rozwiązaniami fabularnymi, a także mniej lub bardziej aktorstwem oraz efektami żywcem wyjętymi z fikcyjnych realiów „Black Mirror”.


„69.90” – Emce kwadrat

W ramach researchu wyczytałem, że polska youtuberka pochodząca z Wietnamu często jest określana jako Radek Kotarski z Polimatów w spódnicy. Prawdopodobnie z racji tego, że na swoim kanale zamieszcza bardzo ciekawe materiały o tematyce naukowej, podane w luźny i niezwykle przystępny sposób, dzięki czemu serwowana przez nią wiedza jest łatwo wchłaniana przed widzów, a do tego dostarcza dobrej rozrywki dla oczu i uszu. Jej najpopularniejsze filmy dotyczą na przykład sposobu widzenia świata przez psy, podatności ludzkiego mózgu na sugestie i podatności naszych organizmów na alkohol. Tego wszystkiego jest o wiele więcej, a większość poruszanych tematów sugerowanych jest przez widzów Emce, dzięki czemu często trafiamy na coś, co gryzie nasze myśli, ale raczej nie pokusilibyśmy się o zapytanie drugiej osoby.

Czarne lusterko - 69,90

We współpracy z Netfliksem Huyen Pham, bo tak nazywa się youtuberka, podjęła tematykę wirtualnej rzeczywistości z wykorzystaniem gier wideo. W „69.90” pokazuje, jak w niedalekiej przyszłości może wyglądać życie towarzyskie osób, które za bardzo zatracają się w nierealnym świecie i nie są świadome tego, jakie skutki nieść może zbyt duża immersja do wirtualnego środowiska. Internetowa twórczyni bierze dość znaczący udział w produkcji, choć sama nie odgrywa tu głównej roli. Ta należy do pewnego młodego chłopaka, który często swój wolny czas spędza z goglami VR założonymi na oczy. Film ukazuje go podczas próby swojej własnej siły psychicznej, podczas której musi wyznaczyć osobistą granicę między światem rzeczywistym a wirtualnym. Co tak naprawdę będzie ważne dla człowieka za kilka bądź kilkanaście lat? Kontakt z prawdziwą, drugą osobą, czy wygenerowaną komputerowo postacią?

Czarne lusterko - 69,90
Źródło: youtube.com/watch?v=z1o1kvjTzG8

„69.90”, choć zrealizowane na dobrym poziomie, spodobało mi się najmniej spośród wszystkich czterech produkcji. Jasne, trzyma solidną jakość i kompletnie nie można wątpić w słuszność współpracy Netfliksa z Emce, jednak prawdopodobnie na moją ocenę wpłynął fakt, że jest to najkrótszy odcinek, którego potencjał mógłby z pewnością być wykorzystany jeszcze lepiej. Tymczasem pozostał pewien niedosyt i odczucie powierzchownego zajęcia się obraną tematyką. Mimo to, koniecznie sprawdźcie!


„1%” – G.F. Darwin

Chyba wszystko, za co biorą się Jan Jurkowski i Marek Hucz, staje się najbardziej profesjonalnym i wysoko jakościowym projektem na całym polskim YouTube’ie. Nie przemawia tutaj za tym moje osobiste uwielbienie ich całej działalności, ale najzwyczajniej fakty, które trudno jest podważyć. Choć Grupa Filmowa Darwin zyskała niedawno „zaledwie” pół miliona subskrybentów, to jej produkcje są prawdopodobnie jednymi z najchętniej oglądanych przez setki tysięcy widzów. Choć czasem przychodzi sporo poczekać na ich nowy film, to za każdym razem ląduje na karcie „Na czasie” i zdobywa przytłaczająco pozytywnie opinie w komentarzach. Sam skład odpowiedzialnych za kanał nie kończy się na tych dwóch panach. Choć odgrywają zazwyczaj główne role, to bez sporego sztabu ludzi u swojego boku, taki sukces nie byłby możliwy. Są tu osoby pomagające w reżyserii, scenariuszu, scenografii, efektach specjalnych i wizualnych, a także inni, których długo można by wymieniać. Oraz oczywiście pozostali sprawdzeni aktorzy, dzięki którym poziom produkcji rośnie z filmu na film podnosząc poprzeczkę sami sobie.

Czarne lusterko - 1%

Kilkunastominutowy „1%” jest chyba najprostszą historią spośród wszystkich czterech, które wypuszczono w ramach „Czarnego lusterka”. Jednak w żadnym wypadku nie mam tu na myśli banalności i powierzchowności. Chodzi raczej o sam zamysł, scenerię i sposób poprowadzenia fabuły, która mnie osobiście oczarowała. Obsada ograniczona jest przede wszystkim do trzech aktorów – pary spodziewającej się dziecka oraz lekarza w klinice. Na całość składają się w sumie jedynie dwie sytuacje. Szczęśliwe małżeństwo odwiedza gabinet lekarski w ramach specjalnej wizyty tuż przed narodzinami niemowlaka. Tam dowiadujemy się, że w przyszłości ludzkość będzie w stanie stwierdzić z niemal zerowym prawdopodobieństwem błędów, kim za swojego życia będzie jeszcze nienarodzone dziecko. Dzięki obowiązkowym badaniom, rodzice zostają uświadomieni, jakie będzie ich przyszłe dziecko i jaki los czeka je z biegiem lat. O tym, jak przebiega wizyta nie chcę Wam wspominać, ale zdecydowanie jest to historia wyjątkowo poruszająca, emocjonalne i dramatyczna.

Czarne lusterko - 1%
Źródło: youtube.com/watch?v=MFUUydRo-OQ

Film od G.F. Darwin jest po prostu fenomenalny w każdym aspekcie, ale trudno jest spodziewać się po nich czegoś innego. Swoimi produkcjami przyzwyczaili nas do kinowego poziomu. Efekty specjalne oczarowują i genialnie oddają ducha „Black Mirror”. Pomysł i poprowadzenie wątku są niezwykle przemyślane, oryginalne i przemawiające w każdym calu. Oglądając „1%” autentycznie przeżywałem każdą minutę filmu wraz z bohaterami i niejednokrotnie poczułem na swoich rękach gęsią skórkę. Jest to odcinek zdecydowanie najbardziej przypadający mi do gustu i po raz kolejny jestem pod wielkim wrażeniem Darwinów.


„Rozstanie” – Krzysztof Gonciarz

Obecnie jest prawdopodobnie najpopularniejszym i najbardziej profesjonalnym polskim vlogerem. Swoje filmy, w których ukazuje przede wszystkim życie w Japonii oraz nagrania z wyjazdów po całym świecie, publikuje niemal codziennie na jednym z dwóch swoich kanałów. Drugi jest projektem czysto komediowym, na którym ukazuje się przede wszystkim kultowa już seria „Zapytaj Beczkę”, w ramach której Krzysztof Gonciarz w humorystyczny sposób odpowiada i reaguje na komentarze widzów. Jednak przez ostatnie miesiące jego aktywność w internecie najbardziej skupiona jest na kanale vlogowym, który odnosi coraz to większy i szerszy sukces. W minionym roku był między innymi na Grenlandii, w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Wszystko to zamieszcza w swoich filmach, które oglądają setki tysięcy widzów. Swego czasu był również najchętniej wspieranym finansowo youtuberem w serwisie Patronite. Nagrody zgarnia hurtowo, angażuje się w coraz to nowsze projekty reklamowe, a nawiązanie współpracy z Netfliksem jeszcze bardziej podkreśla to, jaką rozpoznawalność udało mu się zbudować na własnym wizerunku.

Czarne lusterko - Rozstanie

W „Rozstaniu” wraz z Kasią Mecinski, która towarzyszy Gonciarzowi na co dzień w Japonii oraz przy większości podróży po świecie, zdecydowano się podjąć temat oscylujący wokół jednego z największych pytań, jakie widzowie Krzysztofa do dzisiaj zadają mu w komentarzach – „czy on i Kasia są parą?”. Historia opowiada o tym, jak dwójka youtuberów pozostaje ze sobą w związku, który również zapewnia im świetny odbiór w internecie. Jednak zbyt częste przebywanie w swoim towarzystwie i presja internetowej twórczości wpływają negatywnie na ich relacje, które szybko doprowadzają do poważnej nagonki z obu stron. Dochodzi do niej nie tylko między Krzysiem a Kasią, dla których teoretycznie ich sytuacja w związku powinna być prywatnym problemem, ale w zamieszanie angażują się przede wszystkim widzowie obu twórców. „Rozstanie” prezentuje, w mojej ocenie, niedaleką (a może już nawet aktualną?) wizję zjawiska hejtu i przemocy werbalnej w sieci. Do tego całość odebrałem jako nieprzypadkowy i przemyślany komunikat ze strony Krzysztofa i Kasi w stronę zbyt ciekawskich widzów. Historia świetnie obrazuje to, dlaczego warto niektóre prywatne kwestie zachować wyłącznie dla siebie i nie dzielić się nimi w internecie. Nigdy nie wiadomo, do czego może doprowadzić zbyt nieostrożne afiszowanie się w tym praktycznie nieograniczonym i pozornie anonimowym „świecie”.

Czarne lusterko - Rozstanie
Źródło: youtube.com/watch?v=LN_eEJFtQtE

Doświadczenie Gonciarza w technologii i posługiwaniu się aparatami oraz kamerami na co dzień z pewnością przyczyniły się do tego, że jego część „Czarnego lusterka” również gwarantuje solidną jakość. Choć nie można też zapomnieć o zasługach innych realizatorów, którzy wspomogli go i Kasię podczas procesu twórczego. Widać nieco, że występujący tu youtuberzy nie mają częstszego kontaktu z aktorstwem, jak na przykład G.F. Darwin, jednak ewidentnie postarali się, aby dać z siebie wszystko. Dla widzów Krzysztofa i Kasi jest to zdecydowanie pochłaniająca i zadowalająca produkcja, którą ogląda się z przyjemnością. O ile można mówić o takim odczuciu w obliczu powagi obserwowanej fabuły. Niemniej jednak – kawał świetnej roboty.


„Suma szczęścia” – Martin Stankiewicz

Trudno nie stwierdzić, że do projektu „Czarnego lusterka” Netflix zwołał samą śmietankę najbardziej profesjonalnych polskich twórców internetowych, gdy wśród nich znajduje się również Martin Stankiewicz. Youtuber jest aktywny już od wielu lat, podczas których skrupulatnie zdobywał coraz większą rzeszę wiernych oraz nowych widzów, a zawdzięcza to między innymi coraz większym umiejętnościom w dziedzinie realizacji filmowej. Jak twierdzi, reżyserem chciał zostać od dziecka, a teraz nieprzerwanie szlifuje swój zmysł twórczy publikując solidne jakościowo produkcje, których nikt by się nie powstydził. W sporej mierze zachowują one humorystyczne podejście, które w połączeniu z niebanalnymi sytuacjami czerpanymi prosto z życia, zapewniają niezawodną mieszankę co najmniej zadowalającą jego widownię. Choć ostatnio publikuje nowe filmy dość rzadko, to za każdym razem można być pewnym staranności i profesjonalizmu.

Czarne lusterko - Suma szczęścia

Nie inaczej jest w przypadku „Sumy szczęścia” będącej jednym z odcinków projektu we współpracy z Netfliksem. Tuż obok Grupy Filmowej Darwin, Martin Stankiewicz stworzył najbardziej wygórowaną jakościowo produkcję, której efekty wizualne, fabuła i sam sposób narracji nie pozostawiają żadnych niedociągnięć. Głównymi bohaterami są pozostający w związku młodzi ludzie, których relacje z czasem nieco przygaszają. On, pewny swoich uczuć wobec ukochanej, chce zrobić wszystko, aby pokazać, jak naprawdę zależy mu na relacji. Stąd też, za namową znajomego (w tej roli Stankiewicz), sięga po usługi pewnej nowatorskiej i zaawansowanej technologii, która w ukryciu przed drugą połówką sugeruje użytkownikowi, w jaki sposób powinien działać, aby zaspokajać potrzeby ukochanej osoby. W końcu, jak usłyszeć możemy w jednym z dialogów – jej szczęście, to i jego szczęście.

Czarne lusterko - Suma szczęścia
Źródło: youtube.com/watch?v=Y_igsGHD7Hg

Odcinek ten jest najdłuższy ze wszystkich czterech, jednak zupełnie to nie dziwi. W tym przypadku pomysłowa historia została opowiedziana w należyty sobie sposób. Akcja rozwija się we właściwym tempie, gdzie najpierw mamy okazję dobrze poznać zachwiane relacje między ukochanymi, motywy chłopaka decydującego się na pomoc technologii oraz stopniowo wszystko to, do czego prowadzi jej używanie. Oprócz tego, wyróżnić można świetne aktorstwo i naprawdę staranne efekty wizualne, które w tym przypadku są nieodłączną częścią opowieści. Wykonaną perfekcyjnie.


Jak się okazuje, projekt „Czarne lusterko” okazał się chyba strzałem w dziesiątkę. Dobór internetowych twórców oraz profesjonalna realizacja zaowocowały ogromem wyświetleń każdej z produkcji, a także niemałym echem wśród branżowych portali. Na chwilę obecną (21 stycznia, godzina 1 w nocy) najwięcej widowni zebrał mój ulubiony „1%” odtworzony 430 tysięcy razem. Na kolejnych miejscach planują się „Rozstanie” z 334 tysiącami, „Suma szczęścia” mając na koncie 324 tysiące i oczywiście „69,90” z wynikiem 221 tysięcy. Jednak nie indywidualne, a łączne statystyki są tutaj dużo ważniejsze. Te zaś świadczą o o sporym sukcesie, jako że odcinki w nieco ponad dobę zostały wyświetlone ponad 1,3 miliona razy. A na tym na pewno się nie skończy!

„The End of the F***ing World” – Niecodzienna historia osobliwych samotników

Nie ma to jak uczucie wypełniające duszę miłośnika filmów i seriali, gdy niemal całkowitym przypadkiem trafi się na produkcję niespodziewanie okazującą się być jedną z najlepszych, jakie widziało się w ostatnim czasie. Jest to pewne skromne samozadowolenie z faktu, że udało się na własną rękę znaleźć malutką perełkę wśród licznych o wiele popularniejszych tytułów, które zachwalane są na lewo i prawo przez znajomych, anonimowych komentatorów w sieci i wysublimowanych krytyków posiadających mniej lub bardziej liczący się autorytet.

Ostatnio miałem tę przyjemność znowu tego doświadczyć. A wszystko za sprawą pewnego krótkiego serialu pod wdzięcznym tytułem „The End of the F***ing World”.

Nie, to nie żadna przymusowa cenzura ze strony używanego przeze mnie WordPressa, lecz faktyczna nazwa produkcji, która sama sobie pozwoliła na pewne zatajenie niezbyt kulturalnego wyrazu. Co to oznacza? Że widząc lub słysząc sam tytuł, od razu jesteśmy choć trochę zaintrygowani, jeśli nie zupełnie pochłonięci przez ciekawość, której jedynym sposobem na zaspokojenie jest odpalenie pierwszego odcinka w trybie natychmiastowym.

Jakże wyjątkowe uczucie, o którym przed chwilą wspominałem, napiętnował u mnie dodatkowo fakt, że o serialu dowiedziałem się zaledwie na parę dni przed premierą. Wcześniej był mi zupełnie nieznany i prawdopodobnie byłoby tak dłużej, gdyby nie pierwsza istotna rzecz, której dokonałem w Nowym Roku – wykupienie konta na Netfliksie. Szybki przegląd oferty i zapoznanie się z najbliższymi premierami nakierowały mnie między innymi na „The End of the F***ing World”, którego zwiastun kupił mnie od razu. Wystarczyło poczekać parę dni do premiery w piątek, 5 stycznia, aby oddać się seansowi.

The End of the F***ing World - Bohaterowie
Jeden z pierwszy kadrów dzielonych wspólnie przez dwójkę głównych bohaterów.
Źródło: filmweb.pl

Włączając pierwszy odcinek doznałem pewnego zaskoczenia. „Jak to tylko 20 minut?!” – pomyślałem, gdy ujrzałem czas trwania wstępnego epizodu. Zaś z drugiej strony odczułem pewną satysfakcję wywołaną moim niezbyt przychylnym nastawieniem wobec zbyt ciągnących się i przydługich produkcji. Męczę się, gdy emisja filmu przekracza grubo ponad dwie godziny, a sześćdziesiąt minut odcinka serialu jest dla mnie absolutnym maksimum. I choć takiego „Sherlocka” uważam za świetnego, to jednak w moim przypadku nie nadaje się na wchłonięcie całego sezonu przy jednym posiedzeniu. Zazwyczaj w jego przypadku dawkowałem sobie doznania na jakiś (dużo) dłuższy czas.

W porządku, kogo obchodzą moje przemyślenia na temat odnajdywania serialowych perełek i problematyki długich odcinków? Skupmy się na samym „Końcu pie***lonego świata” (jak pozwolę sobie autorsko przetłumaczyć tytuł produkcji). Ten, choć obecnie podlega serwisowi Netflix i jest nazywany jego serialem oryginalnym, to swoją pierwszą premierę miał jeszcze w październiku zeszłego roku. Obejrzeć ośmioodcinkowy cykl mieli wówczas przyjemność Brytyjczycy, dla których wyemitowany został w stacjach telewizyjnych Channel 4 oraz All 4. Jednak dopiero Netflix otworzył furtkę wszystkim pozostałym ciekawskim na całym świecie, którzy w jednym momencie otrzymali dostęp do całego sezonu i mogli łyknąć go w niecałe trzy wieczorne godziny.

The End of the F***ing World - Koniec świata
Wiesz, że Twój świat się wali, gdy nawet uciec od niego nie potrafisz.
Źródło: filmweb.pl

Z formalnych kwestii pozostaje jeszcze wyróżnić osoby, które stały za powstaniem tytułu. Pieczę nad produkcją pełniła dwójka raczej średnio doświadczonych, a tym bardziej mało znanych reżyserów. Pierwszych pięć odcinków wyreżyserował 34-letni Jonathan Entwistle, a ostatnie trzy (i epizod piąty we współpracy) wzięła na swoje barki Lucy Tcherniak, o której większej ilości informacji szukać można ze świecą. Także, jeśli wśród Was znajdują się osoby, które przykładają wagę do reżyserskich nazwisk – tutaj raczej nie będą opowiadać się one za poleceniem dzieła. Ale hej, takie kierowanie się jest jak najbardziej nieodpowiednie i niejednokrotnie zdarzyło się, że nowicjusze przebijali sukcesy weteranów!

Jednak najważniejszą rolę dla samego widza pełni dwójka głównych bohaterów, których poczynania śledzimy przez cały dwuipółgodzinny serial. Już na samym starcie zostajemy zaznajomieni z pewnym Jamesem, w którego wciela się Alex Lewther – dwudziestotrzyletni brytyjski aktor, którego twarz zobaczyć mogliśmy między innymi w serialu „Czarne lustro” (również należącym do Netfliksa) oraz filmie pełnometrażowym „Gra tajemnic”, gdzie stał się Alanem Turingiem z jego młodzieńczych lat.

Teraz przyszło mu sportretować postać kilkunastoletniego psychopaty z poważnymi problemami w nawiązywaniu społecznych kontaktów. James jest cichy, stanowczo zamknięty w sobie, a w jego głowie siedzą myśli, które do normalnych nie należą. Lubi na własnej skórze przekonywać się o zagrażającym niebezpieczeństwie, okaleczać się dość szalonymi sposobami (czego przykład poznajemy już w pierwszych minutach produkcji), a jego największym marzeniem jest… zabicie kogoś. Ot tak, aby przekonać się, jakie to uczucie.

The End of the F***ing World - James
Oto James. Samotnik-psychopata. Marzy o dokonaniu morderstwa.
Źródło: filmweb.pl

Osamotniony i nielubiany przez nikogo James staje się niespodziewanie obiektem zainteresowania jego rówieśniczki – rudowłosej Alyssy. W tę siedemnastolatkę wciela się o „jedynie” osiem lat starsza aktorka Jessica Barden mogąca pochwalić się przede wszystkim obsadą w filmie „Lobster” z 2015 roku, gdzie znalazła się na planie między innymi z Colinem Farrellem. Jej postać również nie należy do społecznie ocenianych jako normalne. Można by spekulować, czy zwyczajność jest w cenie, jednak należy pamiętać, że w „The End of the F***ing World” mówimy o pewnych wyraźnie skrajnych przypadkach.

Alyssa również należy do osób skrytych, trzymających się na uboczu i niekoniecznie wychylających nos poza swoją strefę komfortu. Czasem jednak, gdy sytuacja tego wymaga, stara się nie okazywać swoich słabości przybierając maskę pyskatej, zadziornej, a nawet wulgarnej dziewuchy, aby podkreślić swoją niezależność i siłę. Jak z biegiem wydarzeń się okazuje, nie do końca jest to jej naturalne zachowanie.

The End of the F***ing World - Alyssa
A to Alyssa. Bezczelną bezpośredniością maskuje słabości i ma dość dotychczasowego życia.
Źródło: filmweb.pl

Dwie wyjątkowe kreacje głównych bohaterów są tym, co na pewno najbardziej może zachwycić w całym serialu. Choć można by pomyśleć, że rozpisane są dość nierealnie i trzymając się kurczowo pewnych konkretnych, z góry założonych cech, to jednak szybko przekonujemy się, że nie ma w tym krzty prawdy. Zewnętrzny wizerunek Alyssy i Jamesa, który przedstawiają otoczeniu, nie jest tym, co naprawdę w nich tkwi. I choć nie można odjąć tej dwójce aspołecznych i szalonych cech, którymi wykazują się nawet w swoich skromnym, dwuosobowym towarzystwie, to jednak wewnętrznie borykają się z poważnymi rozterkami o indywidualnym zarysie, ale także tymi typowymi dla osób w ich wieku.

Z czasem poznajemy ich coraz lepiej, bo sytuacje, które ich spotykają, wymuszają na nich pewne zmiany w zachowaniu i postrzeganiu otaczającego świata. Muszą w końcu przestać żyć w swoich wyimaginowanych bańkach bezpieczeństwa odgradzających ich od świata zewnętrznego i zastanowić się nad tym, co robić, jak się zachować, a nawet kim właściwie są dla siebie samych, jak i siebie nawzajem.

The End of the F***ing World - Alyssa 2
Zdecydowanie ma dość dotychczasowego życia…
Źródło: filmweb.pl

„The End of the F***ing World” to produkcja niejednoznaczna gatunkowo. Doszukiwać się tutaj można motywów historii miłosnych, które w pewien sposób objawiają się między Alyssą i Jamesem, jednak w wyraźnie niekonwencjonalny sposób. Ich mieszane uczucia co do siebie (ona chce w końcu poczuć się istotna dla kogoś, on szuka materiału na morderstwo) owocują wieloma zabawnymi scenkami, którymi cały serial jest przesiąknięty w sporej ilości, jednak wciąż pozostającej na przemyślanym i wyważonym poziomie, tak, aby produkcja nie została zdominowana przez aspekty komediowe. Dlaczego tego unikano? Aby zostawić jeszcze wystarczająco miejsca na motywy dramatyczne i kryminalne. Tak jest, to nie tylko niewinna opowieść o wyalienowanych nastolatkach z rodzącymi się uczuciami wobec siebie. Tutaj znajdziemy również poważną, wręcz dorosłą problematykę zahaczającą o naturalizm i makabrę.

Aby lepiej przedstawić tę kwestię, trzeba przynajmniej lekko zarysować to, co w serialu się dzieje. Dwójka bohaterów szybko nawiązuje ze sobą kontakt lepszy niż z kimkolwiek innym w swoim życiu. Co prawda z różnych powodów, ale ostatecznie stają się dla siebie istotni. W pewnym momencie porywczo decydują się na rzucenie całego swojego dotychczasowego życia i ucieczkę z rodzinnego miasteczka, aby poczuć zew wolności i stać się w końcu dorosłymi oraz niezależnymi osobami. Wiecie, siedemnaście lat to ten wiek, gdy zbijamy się z rzeczywistością i uświadamiamy sobie, że nie jesteśmy już dziećmi, ale do dojrzałych również wciąż nam daleko.

The End of the F***ing World - Alyssa i James
Poznając Jamesa, Alyssa nareszcie znajduje sposób na zmienienie swojej codzienności.
Źródło: filmweb.pl

Po mniejszych lub większych zawahaniach, Alyssa i James w widowiskowy sposób zdobywają samochód, dzięki któremu ruszają w przygodę swojego życia. To, co dzieje się dalej, nie jest dobrym materiałem na opisywanie w tym miejscu, bo najzwyczajniej w świecie stracilibyście solidny powód ku temu, aby czym prędzej włączyć serial. Muszę jednak napomknąć, że wszystkie osiem dwudziestominutowych odcinków jest wypchanych pomysłowymi, ciekawymi i dostarczającymi solidnej dawki emocji sytuacjami, w których każdy z nas chciałby kiedyś się znaleźć i ich zasmakować, ale i takich, których unikać należy jak ognia. Zobaczcie to na własne oczy, bo kradzieże i włamania będące jedynymi wyjściami z opresji, których dokonuje dwójka bohaterów, to jedynie pikuś w porównaniu do tego, co przyjdzie Wam zobaczyć w połowie sezonu.

Jeśli miałbym wymienić trzy elementy, za które głównie urzekł mnie „The End of the F***ing World”, to zdecydowanie są to wspomniane kreacje głównych postaci, ale także muzyka będąca największym wyznacznikiem klimatu produkcji, a także zaskakująco doskonałe kadry i praca kamery, które sprawiają, że czujemy się, jakbyśmy oglądali kino wysokiego (i nietaniego) poziomu. Tymczasem okazuje się, że więcej w tym umiejętności reżyserów, producentów i operatorów, aniżeli środków finansowych. Co do atmosfery panującej w serialu – przedstawione lokalizacje, czyli raczej niewielkie miasteczka, przydrożne bary, czy też pustkowia z kempingowcami nadają odczucia znajdowania się w odciętych od wielkomiejskiego świata peryferiach Stanów Zjednoczonych, mimo tego, że za produkcją stoi grono Brytyjczyków. Jednak zabieg ten działa jak najbardziej korzystnie na odbiór całego serialu, jako że dodaje mu pewnej autentyczności, wyjątkowości i swojego rodzaju odpowiednio wpasowanego realizmu względem opowiadanej historii.

The End of the F***ing World - Ujęcia
Przy tym kadrze zbierałem szczękę z podłogi.
Źródło: filmweb.pl

Czego chcieć tu więcej poza dłuższymi odcinkami lub większą ich liczbą? Otrzymujemy wręcz genialnych bohaterów, którzy na długo utkwią w Waszych głowach, co zawdzięcza się ich nietypowości, wyraźnym odchyłom behawioralnym i urokowi, jakim mimo wszystko dysponują. Sama fabuła nie jest, jak mogłoby się niektórym wydawać, kolejną płytką i głupkowatą opowieścią o nastoletnich problemach. Choć te oczywiście występują, bo jakżeby mogła istnieć jakakolwiek fabuła bez trudności u wiodących bohaterów, to ukazane są w niespotykany dotąd sposób i ciągną się za postaciami aż do samego końca, co wywołuje coraz to więcej kłopotów, z którymi muszą się mierzyć w wyjątkowych warunkach i sytuacjach.

Dodajmy do tego miłe dla oczu i bardzo profesjonalne kadry, starannie dobrane otoczenie do zdjęć, co najmniej świetne i błyskotliwe dialogi, zwroty akcji i starannie wkomponowaną ścieżkę dźwiękową, a otrzymamy dokonały serialowy początek Nowego Roku!

The End of the F***ing World - Ucieczka
Plaża, towarzystwo wyjątkowej osoby i całkowita wolność. Czego chcieć więcej?
Źródło: filmweb.pl

Jeśli jesteście zainteresowani „The End of the F***ing World” i chcecie poświęcić nieco ponad dwie i pół godziny ze swojego dnia na łyknięcie całego sezonu, to gorąco polecam odwiedzenie Netfliksa już teraz. Nie ma mowy, żebyście byli zawiedzeni, a jeśli na tyle wsiąkniecie w świat przedstawiony w produkcji, to zawsze możecie sięgnąć potem do korzeni, a więc oryginału w postaci komiksu o tym samym tytule z 2013 roku autorstwa Charlesa Forsamana. Alyssa i James są obecni i tam!

Moja ocena: 8/10