„Jak wytresować smoka 3” – Dość przewidywalne, ale ściskające za serce zakończenie historii

Szybką opinię na Filmwebie tuż po seansie ostatniej części smoczej trylogii ubrałem następujące słowa: „Top 3 pełnometrażowych animacji: Cała trylogia ‚Jak wytresować smoka’.”. Dla wielu może być to kontrowersyjne stwierdzenie, jako że przez dziesiątki lat powstało mnóstwo filmów animowanych, które do dzisiaj brylują w ścisłej czołówce kinowych pozycji. Szczególnie mam tutaj na myśli disneyowskie perełki pokroju „Króla Lwa”, jak i współczesne fenomeny typu „Kraina lodu” lub „Zwierzogród”. Jednak moje zafascynowanie produkcją DreamWorks nie wzięło się znikąd.

Czytaj dalej „Jak wytresować smoka 3” – Dość przewidywalne, ale ściskające za serce zakończenie historii

„Mirai” – Ludzka opowieść w przyjemnym, japońskim stylu

Jak to dobrze, że istnieją kina studyjne i ich niszowy repertuar! Jako przeciętny zjadacz blockbusterów, na lwią część filmów wybieram się do multipleksów. Po prostu te wszystkie wysokobudżetowe produkcje trafiają w moje gusta. Jednak z drugiej strony jestem zdania, że nie powinno się ograniczać tylko do nich. Choć z pewnością dostarczą niezapomnianych wrażeń i rozrywki idealnej do zajadania popcornu, to jednak warto od czasu do czasu wybrać się na coś ambitnego. A takiego typu kina w multipleksach jest niestety coraz mniej. Dlatego jeśli tylko jest okazja, opłaca się przejść się do mniejszej instytucji, która oferuje bardziej niszowe tytuły.

Mirai (1)
Najlepsze rodzeństwo według Kuna? Psiak Yukko.
Źródło: filmweb.pl

Japońskim „Mirai” zainteresowałem się jeszcze przed nominacją do Oscarów w kategorii długometrażowych animacji. Zwiastun zachęcał do seansu, sama produkcja zbierała bardzo pozytywne oceny płynące z krajów, gdzie premiera miała miejsce szybciej niż u nas, a poza tym nie często w Polsce ma się możliwość obejrzenia anime na wielkim ekranie.

Zasmucił mnie jednak fakt, że gdy do pierwszych seansów zostało zaledwie parę dni, nowego filmu Mamoru Hosoda nie dało się odnaleźć w repertuarze Cinema-City. Pomyślałem, że to duża strata, ale jakoś będę musiał to przegryźć. Z pomocą przyszedł jednak Filmweb, w którym da się sprawdzić aktualne programy kin i to nie tylko tych komercyjnych. Uradowałem się, gdy w sekcji „Gdzie obejrzeć film?” wyświetliło mi się niewielkie Kino Centrum położone tuż przy toruńskiej starówce.

Bez namysłu udałem się na najbliższy pokaz z napisami. Tuż przed rozpoczęciem mojego seansu, z sali wyszło sporo dzieciaków z ich rodzicami, którzy wybrali wersję z polskim dubbingiem. Fajnie, że pojawiła się i taka możliwość. Zdecydowanie bardziej zachęciła ona do obejrzenia japońskiej produkcji kilkuosobowe rodziny niż oryginalna ścieżka dźwiękowa z tłumaczeniem u dołu ekranu. Na moim pokazie faktycznie młodych zabrakło, ale nie będę ukrywać, że mi to akurat pasowało.

Mirai (2)
A mówią, że z każdym kolejnym dzieckiem jest łatwiej…
Źródło: filmweb.pl

Patrząc całościowo na to, jakim filmem jest „Mirai”, uświadomiłem sobie, że młodsze grono odbiorców koniecznie powinno go zobaczyć. Niezwykle przyziemna tematyka sprowadzona do relacji rodzinnych w okresie powiększania się familii o nowego potomka w przystępny i ciekawy sposób pokazuje, jak rzeczywiście trudny jest to czas. Zarazem produkcja ta naucza swoją puentą, że niewiele potrzeba, aby z tymi wyzwaniami się zmierzyć.

Reżyser Hosoda, który na swoim koncie ma już parę długometrażowych i uznanych anime („Wilcze dzieci” lub „O dziewczynie skaczącej przez czas”), zapoznaje nas z kilkuletnim Kunem – jak dotąd jedynym dzieckiem młodego małżeństwa. Jednak szybko się to zmienia, gdy Mama i Tata wracają do swojego wymyślnego domu na peryferiach japońskiej metropolii. Stęskniony główny bohater poznaje wówczas nowo narodzoną siostrzyczkę, która otrzymuje tytułowe imię Mirai.

Mirai (3)
Nie łatwo będzie przywyknąć do młodszej siostry.
Źródło: filmweb.pl

Dalsze przygody czteroosobowej rodzinki to nic innego, jak z życia wyjęte perypetie, z którymi muszą się mierzyć. Ojciec stresuje się powrotem małżonki do pracy, przez co będzie musiał sam zająć się dwoma potomkami. Co najbardziej komiczne w tej sytuacji, więcej problemów sprawia młody Kun niż niemowlę. Ugodowemu tacie i zdecydowanej mamie przyjdzie nie raz zmierzyć się z objawami zazdrości chłopca względem siostrzyczki, przez co wielokrotnie będziemy nasłuchiwać ryku i płaczu. Przy tym wszystkim mała Mirai pozostaje spokojnym i względnie nieprzysparzającym kłopotów dzieckiem.

Film w głównej mierze pokazuje, jak trudne dla dotychczasowych jedynaków jest pogodzenie się z myślą, że od teraz uwaga rodziców nie jest skierowana wyłącznie na nich. Z tego też względu uważam, że animację koniecznie powinny obejrzeć rodziny z co najmniej dwójką dzieci lub tuż przed narodzinami nowego członka familii. Rodzice pośmieją się z komicznych, ale bardzo autentycznych sytuacji, do których zaraz będą musieli sami się dostosować, zaś młodociani mogą z seansu wynieść całkiem cenną lekcję wychowania.

Mirai (4)
W przerwie od zajmowania się niemowlakiem, wypadałoby też nauczyć synka jeździć na rowerze.
Źródło: filmweb.pl

Jak przystało na większość japońskich animacji, „Mirai” ma w sobie sporo fantazji i przenośni. Choć wątki fabularne obracają się wokół przyziemnych i ludzkich spraw, to momentami są przedstawiane w sposób symboliczny lub z niemałą dozą wyobraźnią. Szczególnie objawia się to w motywie drzewa rosnącego po środku domu, które jest pomostem między codziennymi problemami Kuna a nierzeczywistymi lekcjami pokory, dzięki którym nabiera nowych perspektyw w kwestii radzenia sobie z zazdrością i odpowiedzialnością.

O pięknym aspekcie wizualnym nie ma co za dużo mówić. Chyba można już przywyknąć do tego, że projekty dużych rozmiarów powstające w japońskim stylu nie przestają zadziwiać swoją estetyką. Choć na pozór kreska wydaje się być banalna, to w połączeniu z przemyślanymi kadrami o tłach lokacji powstałych z rozmachem, całość potrafi zrobić na widzu niemałe wrażenie.

Mirai (5)
W filmie nieraz ujrzymy ładne kadry.
Źródło: filmweb.pl

Do tej pory w pamięci utkwiły mi widoki ogromnego japońskiego miasta pojawiające się przede wszystkim na początku i końcu filmu, spokojnie falujące na wietrze drzewa i trawa w scenach zabierających nas poza miejską aglomerację oraz sekwencja w tokijskim metrze. Gdy sami ujrzycie to na ekranie, to na pewno zrozumiecie, co mam na myśli.

Z biegiem wydarzeń poznajemy coraz więcej nowych bohaterów składających się na różne pokolenia japońskiej rodzinki. Dzięki bliskiemu ukazaniu dzieci, zapracowanych rodziców oraz troskliwych dziadków i pradziadków, jesteśmy w stanie zżyć się z przedstawianymi problemami, a nawet w prosty sposób przełożyć je później na własne rodzinne doświadczenia. Okazuje się, że choć film przedstawia japońskie realia, to jednak są one na tyle uniwersalne, że świetnie bronią się również w naszej rzeczywistości.

Mirai (6)
W japońskiej rodzinie też nie zawsze jest kolorowo.
Źródło: filmweb.pl

Przy tak licznych postaciach, które przewijają się w anime, wciąż udało się zachować logiczną ciągłość wydarzeń i ich wzajemnych powiązań. Jest to o tyle ważne, że w pewnym momencie takie zazębianie się wątków lub nawet niewielkich szczegółów odgrywa w całości znaczącą rolę. Jest to jeden z elementów produkcji, który wywarł na mnie największe wrażenie. Choć próżno szukać tu niespodziewanych plot twistów, to jednak ten prosty i sensowny przekaz idealnie wpasowuje się w całościowy wydźwięk „Mirai”.

Na domiar wszystkiego muszę jeszcze wspomnieć o muzyce przygrywającej w filmie. Oprócz uroczych dźwięków, do których przywykliśmy w obyczajowych anime, znajdziemy tutaj także piosenkę, w której dosłownie się zakochałem. Usłyszeć ją możemy przede wszystkim podczas końcowych napisów, kiedy to jako widz nie skończymy jeszcze przyswajać rychłego zakończenia filmu. „Mirai no Theme” od uznanego w Japonii muzyka Tatsuro Yamashita wprowadza niesamowicie nostalgiczny klimat w połączeniu z pozytywnym i chwytliwym tekstem. Tak, słowa piosenki w większej części są po japońsku, jednak ich melodyjność potrafi na jeszcze długi czas wbić się do głowy.

Doszukując się minusów w nowym tytule Hosody można mieć pewne wątpliwości co do głównego bohatera. Jego zachowanie w niektórych momentach potrafi być naprawdę irytujące. Szczególnie, gdy łącznie przez dobrych kilka minut nasłuchujemy jego głośnego płaczu. Z drugiej strony należy mieć na uwadze, że w roli wiodącej postawiono kilkuletniego chłopca. Czego więc innego należy od niego oczekiwać? Tym bardziej, że fabuła filmu opowiada o problemach byłego jedynaka związanych z młodszym rodzeństwem. Oczywiste są tutaj niekiedy błahe problemy, które dla młodocianych są jednak istotne. Szczególnie, gdy jest się dzieckiem domagającym atencji rodzica.

Mirai (7)
Przez nowo narodzoną siostrzyczkę, Kun będzie musiał szybko dorosnąć do roli starszego brata.
Źródło: filmweb.pl

Jeśli macie ochotę na dość niecodzienne kino (jakim z pewnością można nazwać wszelkie anime na polskim rynku kinowym), to gorąco zachęcam Was do przejrzenia repertuarów lokalnych instytucji studyjnych. W multipleksach „Mirai” niestety nie znalazłem. Ani w Cinema-City, ani w Multikinie, ani też w Heliosie. Pozostaje więc jedynie nadzieja, że parę seansów odbywa się w ramach niekomercyjnych pokazów. A naprawdę warto się wybrać, bo trwający nieco ponad półtorej godziny film to przyjemność dla oczu oraz ważny morał dla osób w każdym wieku. Czy to najmłodszych, świeżo upieczonych rodziców, czy też tych starszych, którzy chętnie zobaczą sceny wyjęte z życie.

Chyba, że tak samo jak Kun, jesteście miłośnikami shinkansenów. Superszybka japońska kolej niejednokrotnie przewija się w wypowiedziach chłopca.

Moja ocena: 7,5/10

„Titans” – Nie oceniaj superbohaterów po okładce

O odcinkowej produkcji z grupą superbohaterów od DC Comics pisałem już parę miesięcy temu, gdy w Stanach Zjednoczonych odbywał się coroczny Comic-Con. Zaprezentowano wówczas nowy zwiastun serialu, który swoją premierę miał mieć za parę tygodni od tamtego momentu. Doszło do niej 12 października ubiegłego roku, jednak jeszcze długo przed tą datą odczucia fanów na postawie zapowiedzi były dość… mieszane.

Trudno to przyznać, ale głównie rozchodziło się o angaż aktorów do poniektórych ról. Tak jak nikt nie narzekał na doświadczonego Brentona Thwaitesa wcielającego się w Robina lub debiutującą przed kamerami Teagan Croft (Raven), to dość głośne zgrzyty zaistniały przy postaci Starfire. Pochodząca z Senegalu Anna Diop otrzymała rolę pozaziemskiej księżniczki o charakterystycznym żółtym kolorze skóry, który przez twórców nowego serialu DC Entertainment i Warner Bros. Television został zignorowany. Postanowili bowiem zaangażować czarnoskórą aktorkę, co wśród zagorzałych wielbicieli komiksowego kanonu było niedopuszczalne. Doszło nawet do tego, że postanowili w ogóle nie dawać szans „Tytanom” i w ten sposób bojkotować produkcję. Słusznie?

Titans (1)
Źródło: filmweb.pl

Skąd! Jak wiadomo, ekranizacje różnego rodzaju dzieł często charakteryzują się pewną dowolnością interpretacyjną i artystyczną, czym w tym przypadku posłużyły się osoby odpowiedzialne za serial. Jasne, można w to wplątać poprawność polityczną i inne tego typu kwestie, ale póki będziemy mieć świadomość, że takie drobne odchodzenie od kanonów miało miejsce w kinematografii od dawna, to chociaż rozsądnie damy szansę tym zmianom na obronienie się. A najlepszym ku temu sposobem jest włączenie filmu bądź odcinka serialu i sprawdzenie, czy jest w stanie nas do siebie przekonać.

A „Titans” zdecydowanie do takiego grona należy. Na polskim Netfliksie cały pierwszy sezon zadebiutował 11 stycznia, a z braku interesujących mnie wtedy tytułów, postanowiłem rzucić okiem. Każdy, kto choć trochę zna mnie lub moje bajdurzenie na tym blogu, doskonale wie, że bardziej upodobałem sobie stadninę Marvela niż DC. Ale kurczę, zwiastun aktorskich „Tytanów” spodobał mi się już podczas Comic-Conu, a łatwy dostęp do tytuły za pomocą Netfliksa i chęć obejrzenia czegoś mroczniejszego sprawiły, że dałem produkcji szansę.

Titans (2)
Źródło: filmweb.pl

Teraz, gdy po paru dniach zakończyłem jedenastoodcinkowy pobyt z Robinem i spółką, cieszę się przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, że nie odpuściłem sobie serialu, który krytykowany był przez wielu jeszcze przed premierą. Po drugie, całość świetnie broni się przed niczym nie popartą negatywną opinią! A ta najprawdopodobniej bierze się od osób, które nie obejrzały chociaż jednego odcinka. Gusta mogą być różne, ale nie wydaje mi się, żeby ktoś, oceniając obiektywnie, był w stanie skrytykować każdy aspekt serialu. A już na pewno nie da się przyczepić do świetnego aktorstwa wśród głównych bohaterów oraz wciągającej fabuły. Pod tymi względami odtwórcy ról, scenarzyści i showrunnerzy stanęli na wysokości zadania!

Kwestia obsady, którą tuż przed startem serialu często podawało się jako jego największy minus, okazała się być najjaśniejszym punktem. I to nie tylko, gdy swoje obserwacje ograniczymy wyłącznie do czteroosobowego składu Tytanów (niestety zabrakło tu Cyborga, który już dużo wcześniej uciekał do kinowej części uniwersum). Oprócz Robina, Raven, Starfire i Bestii mamy tutaj mnóstwo innych postaci, które pełnią znaczące role i budują potężny, emocjonalny klimat.

Titans (3)
Źródło: filmweb.pl

Choć przyzwyczailiśmy się do superbohaterskich ksywek, w serialu wszyscy raczej zwracają się do siebie po imieniu. Była prawa ręka Batmana to po prostu Dick Grayson, który teraz próbuje zapomnieć o swoim alter ego jako jeden z gliniarzy w Detroit. Najmłodsza w grupie Raven jest niepotrafiącą okiełznać swoich demonicznych mocy Rachel Roth, a znikąd pojawiająca się na zmieni Starfire przedstawia się wszystkim jako Kori. Za to charyzmatyczny Beast Boy z komiksów to na srebrnym ekranie nastoletni Gar. Tak naprawdę wyłącznie sam Dick jest od czasu do czasu nazywany Robinem, jako że próba oderwania się od tego tytułu stanowi jeden z ważniejszych wątków produkcji.

Ale to nie wszyscy superbohaterowie znani nam z komiksowych łamów. Szybko poznajemy Hanka i Dawn, którzy również próbują walczyć przestępczością jako Hawk i Dove. Po nich przychodzi kolej na innych, którzy zaskakują nas pojawiając się w najmniej spodziewanych momentach. Nie będę wymieniał wszystkich, bo część z nich ma być po prostu niespodzianką. Jednak uwierzcie, że jeśli kojarzycie choć podstawy bohaterskiego świata DC, to ujawnienie się coraz większej liczby herosów w ciągu sezonu sprawi Wam nie lada ubaw!

Titans (4)
Źródło: filmweb.pl

Zaskakujące jest, jak jeszcze niedoświadczona aktorka Teagan Croft odnalazła się w trudnej roli mrocznej i opętanej ciemnymi mocami Raven. Odtwórcy ról Robina i Bestii również stają na wysokości zadania i nie da się ich nie lubić. Każdy na swój sposób wyróżnia się charakterem, ale wciąż pozostają niezwykle ludzcy, co w produkcjach superhero jest zazwyczaj trudne do osiągnięcia. Jednak największy szok dostajemy w przypadku character developmentu Starfire. Okazuje się, że twórcy „Titans” postanowili z nią poeksperymentować najbardziej. Nie tylko widocznie zmienił się jej wygląd względem komiksów lub choćby kreskówek sprzed lat, ale również jej osobowość. Zwykle bywała dość głupiutka, bardzo dziewczęca, ale i zarazem czarująca. Stanowiła wyraźny kontrast z mroczną Raven.

Teraz Starfire jest swojego rodzaju uosobieniem kobiecej siły oraz zjawiska emancypacji płci żeńskiej. Wiem, ponownie wkraczamy tutaj na niepewny polityczny grunt, jednak takie są fakty. Kosmiczna postać zyskała nowy, poważniejszy charakter, który naprawdę mi się spodobał. A z tego co wyczytałem niemal po każdym odcinku sezonu w aplikacji TV Time – przypadła do gustu również większości innych widzów.

Titans (5)
Źródło: filmweb.pl

Jednym z powodów, dla których twórcy prawdopodobnie zdecydowali się na przekształcenie profilu Starfire, jest pewnie mroczny, ciężki i, co za tym idzie, brutalny klimat serialu. To już nie są „Teen Titans”, którzy obecnie emitowani są w formie kreskówki na dziecięcym kanale Cartoon Network. Nie są to nawet Tytani ze starszej animacji z 2003 roku, gdzie i tak momentami bywało poważnie. Tutaj noc stanowi porę większości akcji każdego odcinka, wulgaryzmy płyną z ust herosów przy napotkanych przeszkodach, a krew leje się po chodnikach i ścianach za każdym razem, gdy ktoś oberwie pięścią w twarz.

Twórcy bardzo jasno ustanowili swoją grupę docelową. Osoby dorosłe, które wciąż interesują się tematyką superbohaterów. Stąd też do czynienia mamy z produkcją poważną i stawiającą na brutalność. Zresztą jak większość produkcji osadzonych w uniwersum DC, z czego do tej pory słyną. Nie oznacza to jednak, że w „Tytanach” brakuje momentów rozluźnienia, czy nawet dobrego humoru. I na to znaleziono czas pomiędzy kolejnymi ważnymi wątkami, głównie za sprawą Gara – Bestii. Zielonowłosy nastolatek wciąż pozostaje lekko zabawną postacią, która wprowadza w szeregach drużyny swobodniejszą atmosferę. Nie jest to jednak zasadą, bo jeśli chodzi o kwestie humorystyczne, to już sam zwiastun serialu pokazał, że żarty nie byle jakiego poziomu prezentują choćby Robin, gdy tuż po walce z kilkoma zbirami rzuca zdaniem „Fuck Batman”. Takich smaczków w całym sezonie znajduje się dużo więcej!

Titans (6)
Źródło: filmweb.pl

Fabularnie „Titans” również spisują się świetnie. Już pierwszy odcinek potrafi mocno zaintrygować swoim zarysem głównego wątku historii. Większość przygód krąży wokół młodej Raven, której nieposkromione moce są obiektem zainteresowania tajemniczej organizacji. Wprowadza to wiele naprawdę ciekawych postaci, jak wspomniani Hawk i Dove, ale też Nuclear Family, czyli na pozór szczęśliwa rodzinka, która jednak zdolna jest do wszystkiego. A więc i najgorszych posunięć niezbędnych do wykonania postawionych im celów. W szczegóły nie ma co się wdawać, aby nie zdradzać za wiele, jednak muszę przyznać, że już dość długo nie uświadczyłem w serialach tak interesująco wprowadzanych i rozwijanych postaci, jak większość w „Titans”.

Titans (7)
Źródło: filmweb.pl

Oprócz scen mających miejsce nocą, świetnych ujęć walki oraz mocno emocjonalnego podejścia bohaterów do napotkanych wydarzeń, spore piętno w kreowaniu klimatu serialu ma także ścieżka dźwiękowa. Oprócz mrocznej i dramatycznej muzyki przygrywającej w tle, gdy dochodzi do pojedynków lub poważnych decyzji bohaterów, nieraz uświadczymy mniej lub bardziej znanych nam piosenek. Już w pierwszym odcinku słyszymy kultowe „Heaven Must Be Missing an Angel” od Tavares lub „I Feel Love” w wykonaniu JORD. Przyjemnie jest oglądać herosów, którzy podczas jazdy samochodem nagle włączają AC/DC i sami przyznają, że to kawał dobrej muzyki.

Czy mimo tylu pochlebnych słów z mojej strony, „Titans” ma coś, co nie do końca zagrało? W pamięci najbardziej utrwaliły mi się słabe, jak na współczesne możliwości, efekty specjalne. Jasne, nie ma co porównywać budżetu serialowego do kinowych blockbusterów od DC, jednak mogłoby to wyglądać ciut lepiej. Szczególnie zapamiętuje się parę scen, gdy bohaterowie wykazują się nadludzką skocznością lub siłą odpychającą przeciwników na kilkanaście metrów. Albo w bardzo emocjonalnej sekwencji w jednym z ostatnich odcinków, która robi to, co zrobić miała,. Wywołuje szok u widza, jednak pod względami estetycznymi, wykorzystane efekty komputerowe mogłyby być bardziej dopieszczone. Mimo wszystko, warto przymknąć na to oko, usprawiedliwiając te błahostki ograniczeniami budżetowymi lub technologicznymi.

Titans (8)
Źródło: filmweb.pl

A tak poza tym, „Titans” to naprawdę solidny tytuł odcinkowy, któremu warto dać szansę. Sam utrzymywałem wobec nieco pewien dystans aż w końcu postanowiłem zaryzykować. Teraz sądzę, że to jedna z największych niespodzianek na Netfliksie, jakie miałem przyjemność obejrzeć w ciągu ostatnich miesięcy. Jak na produkcje superbohaterskie aktorsko i fabularnie jest świetnie, dlatego jeśli szukacie cięższego i bardziej emocjonalnego serialu, to po „Tytanów” na pewno sięgnijcie. Tym bardziej, że trwa sesja egzaminacyjna, a ta jest najlepszym okresem na telewizyjne eksperymentowanie, prawda? 😉

Moja ocena: 8/10

„Bohemian Rhapsody” – Filmowy pomnik dla muzycznej legendy

Muszę rozczarować wszystkich tych, którzy tak zaparcie byli przekonani o nietrafionym angażu Ramiego Maleka w roli wokalisty zespołu Queen. Gwiazda serialu „Mr. Robot” okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Jasne, można spekulować o tym, czy inny aktorzy lepiej odnaleźliby się jako Freddie Mercury, jednak spójrzmy trzeźwym okiem na to, co mamy.

Przeciwnicy podawali przeróżne argumenty. Prym wśród nich wiódł zgryz Maleka, który przez wielu określany był jako zbyt uwydatnionym. Jak poradzono sobie z tym filmie? Najlepiej, jak można było, bowiem wcale tego nie ukrywano. Ba, nawet kilka razy główny bohater zmuszony jest wysłuchiwać od innych postaci nieprzyjemnych uwag na ten temat. Jednak za każdym razem wspaniałomyślnie odwracano ów charakterystyczną żuchwę w atut.

Bohemian Rhapsody - 1
Wysuwająca się górna warga i niemal zawsze widoczne przednie zęby. Tutaj Malek z kadru z „Mr. Robot”.
Źródło: filmweb.pl

W momencie, gdy filmowy Mercury decyduje się na nową fryzurę i żegna się z długą, falowaną grzywą, Remi Malek wygląda niemal kropla w kroplę jak wokalista Queenu. Charakterystyczny bujny wąs? Jest. Ostro zarysowana szczęka? Jak najbardziej. Bardziej kobiece niż męskie ruchy ciała? Również. Jeśli chodzi o ogólną aparycję i wcielenie się w rolę legendarnego muzyka, nie można niczego się przyczepić. Naprawdę.

Rozumiem, jeśli ktoś jest zwolennikiem innego aktora, którego widziałby w tej roli. Sztukę, a co za tym idzie i filmy, można przedstawiać na miliony sposobów. Dlatego jestem pewien, że sugerowany przez wielu Sacha Baron Cohen, czy też inni zawodowi odtwórcy ról, mogliby spisać się równie nienagannie na swój własny sposób. Tymczasem ogromny zaszczyt, ale i zarazem wyzwanie, stanęło przed Malekiem, który dotąd poza wspomnianym „Mr. Robot” nie brylował jakoś specjalnie. Może pochwalić się co najmniej kilkoma ciekawymi rolami, ale nie były one ani dużego formatu, ani zapadające w pamięć widzów.

Bohemian Rhapsody - 2
Musicie przyznać, czysty Mercury.
Źródło: filmweb.pl

W przypadku „Bohemian Rhapsody” będzie inaczej. Jestem o tym przekonany. Pozwolono mu stawić czoła odtworzenia prawdopodobnie jednego z zaledwie kilku największych „nazwisk” w historii muzyki. Słowo to użyłem w cudzysłowie, bo jak wiadomo, Freddie Mercury tak naprawdę Freddiem Mercurym nie był. A przynajmniej nie od urodzenia.

Na aktorze spoczywała nie lada presja. Główna rola w głośno zapowiadanym filmie, gdzie miał przedstawić kreację legendy nie tylko zeszłego stulecia, ale i obecnie. W efekcie wychodzi jednak na to, że Malek pod ciśnieniem radzi sobie rewelacyjnie. Podczas seansu uwiódł swoją mimiką, posturą i słowami nie tylko mnie, ale chyba wszystkich na sali. Nie są to czcze domysły, bo dało się to wyczytać z reakcji oglądających na przeróżne sceny w filmie. Śmiech, gdy Mercury rzucał ciętą ripostą w stronę tych, którzy nie wierzyli w jego szaleństwo. Cicha aprobata wyrażana pod nosem, gdy ostatecznie główny bohater stawiał na swoim i okazywało się, że było warto. Ciarki na całym ciele podczas procesów powstawania największych przebojów Queenu oraz samych koncertów. Tego wszystkiego na pewno nie doświadczyłem tylko ja.

Bohemian Rhapsody - 3
Tutaj z kolegą z zespołu – Brianem Mayem. W niego wcielił się Gwilym Lee.
Źródło: filmweb.pl

W dzisiejszym kinie nietrudno o to, by główna postać filmu zbierała sobie przychylność widzów i była co najmniej lubiana. Prawdziwą sztuką jest sprawić, że przekonuje się do siebie od pierwszych scen aż do samego końca, niezależnie od poczynanych w trakcie kroków. Tego, że Freddie Mercury jest wciąż uwielbiany przez miliony, nie trzeba udowadniać. Dla Maleka działało to z kolei pozytywnie, jaki i negatywnie. Było to o tyle trudne zadanie, że gdyby nie spełnił oczekiwań widzów, wytykano by mu to przez bardzo, bardzo długi czas. Na jego i nasze szczęście, udało mu się stworzyć kreację godną podziwu, przez co sympatia do byłego wokalisty brytyjskiego zespołu przelała się również na sympatię wobec odgrywanej przez aktora postaci.

Kiedy lubisz osobę i twórczość Mercury’ego, i spodoba Ci się ukazanie go w biograficznym filmie, kupisz go aż do ostatnich napisów końcowych, a nawet na dużo dłużej. Praca, poświęcenie i pot, które Remi Malek włożył w tej film, są widoczne gołym okiem i naprawdę nie jestem w stanie wyobrazić sobie, żeby ostatecznie komuś jego kreacja mogła nie przypaść do gustu. Choć mówi się, że gusta są różne i o nich się nie dyskutuje…

Bohemian Rhapsody - 4
A tu już w mniej scenicznym wydaniu.
Źródło: filmweb.pl

To jedna z dwóch najjaśniej świecących gwiazd w „Bohemian Rhapsody”. Druga? Oczywiście muzyka. Aspekt ten chyba od samej pierwszej zapowiedzi filmu był najpewniejszym gwarantem jakości tej produkcji. Byłeś przeciwnikiem przenoszenia historii życia Mercury’ego i działalności Queenu na wielki ekran? A może należałeś do dość sporej bazy niezadowolonych z obsadzenia głównej roli? Nieważne. Wówczas można było być pewnym chociaż tego, że usłyszenie z kinowych głośników hitów brytyjskiego zespołu będzie jednym z największych dotychczasowych przeżyć związanych z kinem.

W tym roku było już co najmniej kilka okazji na usłyszenie kultowej muzyki w kasowych produkcjach. Parę miesięcy temu powstał dokument „Whitney” (o kim opowiadał chyba nie trzeba tłumaczyć), a latem wielkie ekrany zostały podbite przez kontynuację „Mamma Mia!” przedstawiającą przeboje Abby. W każdym z tych przypadków, łącznie z „Bohemian Rhapsody”, mamy niebywałą okazję usłyszeć w niesamowitej jakości (i głośności) największe utwory konkretnych artystów, które już na stałe zapisały się na łamach historii muzyki światowej.

Bohemian Rhapsody - 5
Zgadniecie, jaki utwór powstawał w takich okolicznościach?
Źródło: filmweb.pl

Oj, czego w tym filmie nie ma? Przede wszystkim najwięcej czasu poświęcono na ukazanie prac nad piosenką, której tytuł zawarty jest w… tytule produkcji. Nic dziwnego, bowiem nie jest tajemnicą, że nagrywanie trwającego około sześć minut utworu z czwartego albumu studyjnego zespołu był piekielnym procesem. Przez bity tydzień wszyscy członkowie zespołu oraz pomagające im osoby dwoili się i troili, aby w końcu spełnić wyśrubowane oczekiwania Mercury’ego. Gdy w końcu całość brzmiała tak, jak ułożył sobie to w głowie, artyści byli gotowi na rewolucję światowej sceny muzycznej.

Z niejednym problemem po drodze. I właśnie całą tę podróż ukazuje film Bryana Singera. Choć często będziemy świadkami wzlotów kapeli, to równie często będziemy musieli wraz z nimi przechodzić przez cięższe okresy w karierze. Jak to zwykle w zespołach bywa, nie obeszło się bez kłótni, skandali i rozbieżnych wizji dalszego kierunku rozwoju Queenu. Nieraz trzeba było zaniedbać prywatne, rodzinne życie, aby osiągnąć jeszcze więcej na szczeblach kariery. Czy jednak film w dostateczny sposób pokazuje to, jak naprawdę wyglądały losy muzyków?

Bohemian Rhapsody - 6
Przemierzanie drogi ku sławie to godzenie się na trudne życiowe rozterki.
Źródło: filmweb.pl

Niekoniecznie. Jak można się domyślać, droga artystów będących na ścisłym topie nie jest usłana różami. Owszem, film pokazuje to najbardziej, jak tylko potrafi, ale nie zapominajmy, że to nadal jest jedynie dwugodzinny film. Przesyt wątków wprowadziłby tu bałagan nie do ogarnięcia, przez co tu i ówdzie scenarzyści musieli obrać drogę na skróty. Nie dlatego, że nie chcieli pokazywać stuprocentowej prawdy. Byli do tego zmuszeni, aby utrzymać koncepcję filmu fabularnego i dać widzom rozrywkę, za jaką zapłacili. Chcąc, nie chcąc, kino rządzi się swoimi prawami. Do tej pory chyba nie powstała biografia idealna, która z jednej strony obnażyłaby całą rzeczywistość jednostki, wokół której się skupia, a z drugiej nie znużyła widza i sprawiła, że na długo zapamięta ów film jako widowisko dla oczu i uszu.

W tej dziedzinie, jak w wielu innych, trzeba iść na kompromisy. A te w „Bohemian Rhapsody” zostały moim zdaniem dobrane idealnie. Najważniejsze losy członków zespołu, a przede wszystkim Mercury’ego, zostały zawarte i odpowiednio poprowadzone. Czasem może wydawać się, że można by niektóre wątki zgłębić nieco bardziej, ale twórców obowiązywały również ramy czasowe, w których musiał zmieścić się cały obraz. Nie zapomniano o istotnych kwestiach, opowiedziano o nich, a ostatecznie zakończono w wielkim finale.

Bohemian Rhapsody - 7
Ten tłum zrobił wrażenie nie tylko na filmowym zespole, ale i na widzach w kinie.
Źródło: filmweb.pl

O matko, wielki finał. Jeśli ta sekwencja poruszających, emocjonalnych i widowiskowych scen nie stanie się jedną z najbardziej kultowych w historii współczesnego kina, to tym bardziej umocnię się w przekonaniu, że o filmach niewiele wiem. Albo, że jestem zbyt łatwym widzem i w prosty sposób można mnie kupić.

W każdym razie na koniec dostajemy to, czego tak naprawdę oczekujemy. Spektakularny koncert dla setek tysięcy widzów zebranych w jednym miejscu, aby zobaczyć jedno z największych wydarzeń muzycznych w historii. Na takie kreuje się tutaj Live Aid, czyli dwa równoległe koncerty charytatywne zorganizowane w 1985 roku, podczas których wystąpiły największe gwiazdy ówczesnego rocka. W Stanach Zjednoczonych byli to między innymi Led Zeppelin, Bryan Adams i Black Sabbath. Zaś w Anglii, na stadionie Wembley, gdzie zabiera nas akcja filmu, zaprezentowali się na przykład David Bowie, Sting, Paul McCartney i oni… zespół Queen.

Bohemian Rhapsody - 8
Występ na Wembley był największym koncertowym osiągnięciem Queenu.
Źródło: filmweb.pl

W dialogach powiedziane jest jasno. Każdy wykonawca festiwalu otrzymuje do dyspozycji dwadzieścia minut na scenie. Co to znaczy dla nas? Film faktycznie poświęca tyle czasu na finałowy występ kapeli z Mercury’m na czele, podczas którego prezentują kilka swoich największych przebojów. I to nie w byle jakim stylu. Jest głośno, widowiskowo i, jak to określiła jedna osoba wychodząc przede mną z sali kinowej, „z jajem”.

Na moich rękach dosłownie pojawiły się ciarki, gdy Remi Malek, Ben Hardy, Joseph Mazzello i Gwilym Lee (wcielający się w czterech członków zespołu) zaprezentowali na wielkim ekranie tytułowe „Bohemian Rhapsody”, „We Are The Champions” i inne. Świetne zwieńczenie fabularnej biografii i filmu samego w sobie.

Bohemian Rhapsody - 9
Czterech szalonych zapaleńców, o których świat nigdy nie zapomni.
Źródło: filmweb.pl

Wręcz pedantycznie dokładne zdjęcia, oszałamiająca charakteryzacja, aktorstwo najwyższej klasy i muzyka, która przed laty zawiesiła poprzeczkę na niewyobrażalnym poziomie. Tutaj znajdziemy to wszystko. Wszelkie obawy przed premierą filmu były po prostu niepotrzebne. Stanięto na wysokości zadania, prawdopodobnie mając na uwadze, jak ważny był to projekt. Dlatego, jeśli interesuje Was postać charyzmatycznego Freddie’go Mercury’ego albo w jakich okolicznościach powstawały takie hity, jak „We Will Rock You”, „Don’t Stop Me Now”, czy „Another One Bites the Dust” – ten film Wam to przedstawi.

Moja ocena: 9/10 ❤️

„Hotel Transylwania 3” – O dziwo, wciąż trzyma równy poziom

„Film przedstawiający losy rodziny wampirów, mumii, wilkołaków i Bóg wie, kogo tam jeszcze, z premierą w czerwcu? Ale jak to tak?!”. W ten lub bardzo zbliżony sposób pomyśleli najpewniej polscy dystrybutorzy trzeciej części popularnej animacji „Hotel Transylwania”, gdy ta otrzymała swoją światową datę wejścia do kin. Z jednej strony to nic dziwnego. W końcu poprzednie odsłony trylogii ukazywały się na jesień, gdy powoli nadciągało lubiane w Stanach i nie tylko święto Halloween. Produkcja studia Sony Pictures Animation idealnie wpasowuje się w nastrój tego dnia. Dopiero przy zwieńczeniu trylogii zadziało się coś, co najwyraźniej na naszym rynku filmowym miejsca mieć nie może.

Hotel Transylwania - 1
Nasze potwory powróciły!
Źródło: filmweb.pl

„Hotel Transylvania 3: Summer Vacation”, jak sama oryginalna nazwa wskazuje, swoją tematyką i miejscem osadzenia akcji bardziej współgra z klimatem wakacyjnym aniżeli święta duchów. Pomimo tego, że głównymi bohaterami niezmiennie są znane „gatunki” potworów, to tym razem animacja nie skupia się na ostatnim dniu października, lecz letnim urlopie, który (jak się okazuje), był monstrom niezwykle potrzebny.

Stąd też na rynku amerykańskim, ale i nie tylko, „Hotel Transylwania 3” trafił do kin już na przełomie czerwca i lipca, aby zabrać rodziców i ich pociechy na relaksującą wycieczkę z Drakiem, Johnnym, Mavis i resztą postaci. My, biednie Polacy, w wyniku szaleńczej decyzji lokalnych dystrybutorów, musieliśmy poczekać aż do początku października. Byliśmy przedostatnim narodem, który w końcu doczekał się trzeciej części „Hotelu”. Gorzej było jedynie z Japonią, która dopiero tydzień po nas mogła wybrać się do kin. Nawet Korea Południowa, Filipiny, czy też Wietnam wyświetlały animację sporo wcześniej.

Hotel Transylwania - 2
Bohaterów czeka bardzo interesujący rejs statkiem.
Źródło: filmweb.pl

Ale może nie będę narzekał na błahe sprawy. W końcu październik był, jest i zawsze będzie sezonem na potwory, strachy i horrory. Nawet w naszym kraju, gdzie przecież Halloween nie święci takich tryumfów, jak na zachodzie. Najważniejsze, że w końcu doczekaliśmy się premiery „Hotelu Transylwania 3”, a jak po seansie mogę ocenić, nawet warto było czekać.

Pod warunkiem, że od animacji znamienitego Tartakovsky’ego oczekiwaliśmy tego samego, co zaprezentowały nam poprzednie części. Jest to jeden z chyba niewielu przypadków nie tylko w tym gatunku, ale i w kinie ogólnie, gdy cała trylogia serii trzyma naprawdę równy poziom. Gdy w 2012 roku ukazała się pierwsza odsłona, dzieci pokochały ją za zebranie razem wszystkich najpopularniejszych potworów zakorzenionych w kulturze popularnej na przestrzeni lat, a rodzicom spodobała się lekkość i przystępność filmu połączona z nie najgorszym poczuciem humoru objawiającym się na przykład w żartach sytuacyjnych.

Hotel Transylwania - 3
Ile stworów i upiorów znajduje się na obrazku?
Źródło: filmweb.pl

Sequel z premierą po trzech latach oczekiwania zaprezentował nam ciekawe, aczkolwiek dość przewidywalne rozszerzenie przygód bohaterów. Nie stracił jednak niczego, co w „jedynce” tak bardzo przypadło do gustu widzów. Pojawiły się nowe postacie dość logicznie wplecione w przedstawiony świat i jeszcze więcej dobrego komizmu. Ba, nawet patrząc stricte na finansowe wyniki, „Hotel Transylwania 2” poradził sobie jeszcze lepiej od poprzednika zgarniając ponad sto milionów dolarów więcej w ogólnoświatowym Box Office’ie.

Popularyzowanie i staranne budowanie marki najwidoczniej popłaca, bo teraz, gdy najnowsza część animacji jest już dobre cztery miesiące po globalnej premierze, ma ona na swoim koncie ponad pół miliarda w amerykańskiej walucie, co jest zdecydowanie największym dorobkiem z całej serii. Oznacza to, że na przestrzeni lat coraz więcej widzów zaznajamiało się z familijną serią, co zwiększyło grono odbiorców „trójki”.

Hotel Transylwania - 4
Rodzina i przyjaciele korzystają z czasu na relaks, póki jeszcze mogą…
Źródło: filmweb.pl

Czy nowi widzowie, którzy zdecydowali się odwiedzić kino dla ostatniej odsłony tej trylogii, mogli poczuć się zawiedzeni? I tak, i nie. Tak, jeśli liczyli na coś więcej niż w poprzednich dwóch filmach. Jednak wybierając się na animację dla dzieci, czym „Hotel Transylwania” jest, nie ma co liczyć na rewolucje i odejście od sprawdzonych wcześniej schematów. Jedne, co wówczas jest rozsądne do zrobienia przez twórców, to kontynuowanie specyfiki produkcji i rozszerzenie jej o nowe wątki, postacie i tym podobne. Gdy dochodzi się do trzeciej części serii, konieczne jest, aby nie odchodzić od tego, co zdążyło się już zrobić dotychczas, a dodatkowo należy dołożyć domknięcia lub odpowiednie rozwinięcia wątków, które albo zostały już poruszone wcześniej, albo wręcz wymagają poruszenia.

Tym tropem poszli reżyser i scenarzyści filmu. „Hotel Transylwania 3” zaczyna się od dwóch dających się we znaki problemów głowy rodziny – Drakuli. Wampir, po pierwsze, jest coraz bardziej zmęczony prowadzeniem zajazdu dla monstrów, jako że od lat nie miał choćby dnia wolnego od obowiązków związanych z pracą, a po drugie – doskwiera mu specyficzna samotność. Owszem, wciąż otoczony jest mnóstwem osób, w tym najważniejszej dla niego córki Mavis, jej męża Johnny’ego oraz wnuka Dennisa. Brakuje tu jednak życiowej partnerki, którą przed wieloma laty stracił. Po jej śmierci wampir nie wyobrażał sobie ułożenia życia z inną kobietą, przez co na długi czas wypierał się miłości. Aż do czasu.

Hotel Transylwania - 5
„Aż do czasu.”
Źródło: filmweb.pl

Trzecia część „Hotelu” zabiera nas daleko od tytułowego budynku, w którym to dotychczas rozgrywała się akcja. Mavis, dostrzegając problem przepracowania ojca, wpada na pomysł, aby urządzić mu zasłużony urlop. Bez jego wiedzy, namawia do tego również całą zgraję potworów przedstawionych nam na przestrzeni serii i wspólnie udają się na… rejs statkiem wycieczkowym. Ogromnym statkiem, który, jak słusznie zauważa Drakula, jest hotelem, tyle że na wodzie.

Choć wiele rzeczy może wydawać się głównemu bohaterowi znajomych, to najważniejszy jest fakt, że tym razem nie jest on właścicielem, lecz gościem. Po pokręceniu nieco nosem, dostrzega tę subtelną różnicę i nawet daje się ponieść magii wypoczynku.

Hotel Transylwania - 6
Kto powiedział, że wampiry nie lubią nurkować?
Źródło: filmweb.pl

Czy to oznacza, że następnie przez pozostałą godzinę będziemy przyglądać się potworom beztrosko bawiącym się i odpoczywającym na pokładzie ekskluzywnego wycieczkowca? Oczywiście, że nie. Nie na tym polegają filmy! Nawet te kierowane do najmłodszych. W animacji od samego początku przewija się wątek wieloletniego przeciwnika Drakuli, którego cel jest niezmiernie prosty – chce zgładzić upiory. Płytko i bez polotu, ale nie oczekujmy za wiele.

O całym pochodzeniu, rozwoju i znaczeniu postaci ów Van Helsinga nie chcę tutaj za dużo pisać, aby przypadkiem nie zdradzić zbyt wiele. W kontekście tego wątku łatwo o spoilery, a psuć zabawy nie warto. W każdym razie wróg wampira raczej nie zapisze się na kartach kinematografii, jako jeden z najlepszych czarnych charakterów, ale myślę, że w pełni wystarczy, jak na niewymagającą, rodzinną produkcję. Tym bardziej, że w to wszystko wplątany jest pewien zwrot akcji. Niestety, szybko zostaje nam zdradzony, co psuje nieco efekt zaskoczenia, ale twórcy pewnie wyszli z założenia, że starsi widzowie na pewno w mgnieniu oka rozszyfrowaliby zagadkę na własną rękę, więc po co udawać?

Hotel Transylwania - 7
Typowy złoczyńca z animacji. Dziwna fryzura, duży brzuch, prosty cel.
Źródło: filmweb.pl

Dlatego zaznaczę po raz kolejny – swoje oczekiwania najlepiej zaniżyć, jak tylko się da. To wciąż animacja dla młodocianych!

Pozostaje jeszcze kwestia humoru. Przyznam się, że w całym półtoragodzinnym filmie było kilka momentów, gdzie szczerze się uśmiechnąłem lub w duchu zaśmiałem. W duchu, bo dwudziestotrzyletniej osobie raczej nie wypada śmiać się na całą salę kinową podczas emisji filmu animowanego. Faktycznie znaleźć można parę żartów słownych lub sytuacyjnych, które mogą rozbawić. Dzieci pewnie swojego śmiechu wstydzić się nie będą. I prawdopodobnie zaśmieją się przy zupełnie innych scenach niż starsze osoby, ale tak już z tym gatunkiem bywa. Szczególnie upodobałem sobie gag z finałowej potyczki, w którym usłyszeć mamy największy (i zarazem najbardziej żenujący) taneczny hit wszech czasów.

Hotel Transylwania - 8
Po co komu dobre nagłośnienie, gdy ma się ogromne monstrum potrafiące śpiewać?
Źródło: filmweb.pl

A skoro o tym mowa, „Hotel Transylwania” na przestrzeni trzech odsłon przyzwyczaił nas do sięgania po popularne kawałki, które są lubiane obecnie lub uznaje się je za kultowe. Stąd też nie dziwi obecność takich hitów, jak „Sexy and I Know It” od LMFAO, „Gangnam Style” od PSY lub „24K Magic” w wykonaniu Bruna Marsa.

Każda nowa część potwornej serii od Sony Pictures Animation ukazywała się w kinach systematycznie co trzy lata. Wszystko zaczęło się w 2012 roku. Sequel pojawił się w 2015, a teraz otrzymaliśmy pełną trylogię. Zastanawia mnie jednak, czy Tartakovsky i oddział Sony zajmujący się filmami animowanymi poprzestaną na tym. Niby co tu więcej należy dopowiadać? Było o miłości potwora ze zwykłym człowiekiem, o trudnym procesie wdrażania się w rolę ojca, a teraz o tym, czy odnalezienie swojej drugiej połówki to gwarancja szczęścia do końca życia.

Hotel Transylwania - 9
Nie mogłem się oprzeć wstawieniu tutaj tego kadru!
Źródło: filmweb.pl

Pewnie wielbiciele franczyzy chętnie jeszcze raz powróciliby do Transylwanii, aby ponownie udać się na przygodę z wampirzą rodzinką i popkulturowym przekrojem innych upiorów. „Trójka” finansowo też nie zawiodła, więc pytanie „co dalej?” chyba wciąż nie ma jasnej odpowiedzi, a jedyne, co pozostaje nam zrobić, to czekać na informacje od twórców.

Ode mnie „Hotel Transylwania 3” dostaje solidne siedem na dziesięć, tak jak każda poprzednia część serii. W moich oczach to wciąż równy poziom, który można by wykorzystać na kolejne kontynuacje, ale z drugiej strony – może lepiej tego nie zaprzepaścić?

Moja ocena: 7/10