„Final Space” – Niepozorna animacja zbierająca tłumy fanów

O nowej animacji okraszonej mianem „Netflix Originals” dowiedziałem się dopiero po jej premierze. Mimo regularnych maili z ofertą serwisu, polubionego fanpage’a na Facebooku i zasubskrybowanego kanału na YouTube, nie natrafiłem na żadne wzmianki o „Final Space” do czasu, gdy od paru dni był już dostępny do obejrzenia. Szybkie ogarnięcie najważniejszych informacji o serialu, a więc liczby odcinków, długości ich trwania oraz (przede wszystkim) opisu fabuły, po czym byłem gotów odpalić pierwszy epizod.

Final Space (1)
Źródło: facebook.com/FinalSpaceTBSnetwork

Skończyło się na tym, że całość łyknąłem dosłownie w jeden wieczór. Dla największych koneserów nie jest to pewnie nic szczególnego, ale ja z reguły nie potrafię siedzieć kilka godzin i oglądać odcinek za odcinkiem. Nawet jeśli jakiś tytuł z miejsca mnie oczarował. W tym przypadku było inaczej, bo każde 20 minut mijało błyskawicznie i nim się obejrzałem byłem już w połowie sezonu. Na zegarze wciąż widniała w miarę młoda godzina, więc nie pozostało nic innego, jak dokończyć resztę.

Ani trochę nie żałuję, bo animacja stworzona przez Olana Rogersa i Davida Sacksa miała w sobie coś, co nie pozwalało wyłączyć Netfliksa przed poznaniem zakończenia kosmicznej historii. Dla tego pierwszego pana „Final Space” jest debiutem pod każdą postacią. Nigdy wcześniej nie pracował nad żadnym serialem lub filmem, ani telewizyjnymi, ani kinowymi. Za to Sacks od lat związany jest z kultowymi „Simpsonami”, więc mógł wnieść do projektu nieco swojego doświadczenia.

Final Space (2)
Poznajcie Gary’ego – samotnego więźnia kosmicznego statku.
Źródło: imdb.com

W ten sposób powstała opowieść o blondynie imieniem Gary, który na lata został zamknięty na statku kosmicznym będącym pewną formą więzienia. Astronautę poznajemy tuż pod koniec jego wyroku, gdy psychika bohatera drastycznie odbiega od normy. Przykładem tego może być upersonifikowanie przez niego różnych mebli bądź przedmiotów znajdujących się na pokładzie, którym nadał również imiona.

Doskwierająca Gary’emu samotność mimo wszystko nie przekładała się na najgorsze z możliwych uszczerbków na umyśle, bowiem towarzystwa dotrzymują mu HUE – sztuczna inteligencja odpowiedzialna za działanie statku i kontrolowanie wyroku głównego bohatera, która swoją obecność podkreśla wyłącznie głosem (jako, że ciała nie posiada), KVN – znienawidzony przez Gary’ego robot o bardzo nieprzyjemnych i natrętnych cechach charakteru, a także androidy, które wykonują polecenia HUE.

Final Space (3)
Jeśli polubicie tego żółtego, lewitującego natręta, to macie nierówno pod sufitem.
Źródło: imdb.com

Los jednak chce, aby końcówka wyroku astronauty nie przebiegła tak, jak poprzednie lata. W pewnych okolicznościach poznajemy przesłodkiego, zielonego i okrągłego kosmitę, który szybko skrada serce Gary’ego, a zarazem nasze – widzów. Niepotrafiąca mówić forma życia zostaje przez niego nazwana Ciastusiem, co jeszcze bardziej ma podkreślić jej niewinność i urok.

Wydawałoby się, że wszystko brzmi świetnie. Gary po kilkudziesięciu miesiącach samotności nareszcie poznaje prawdziwego przyjaciela, z którym do razu łapie wspólną więź, a jego wyrok ma zakończyć się lada moment. Haczyk w tym, że niewiele później po pojawieniu się zielonego kosmity, na statek więźnia przybywa także Avocato – uzdolniony w posługiwaniu się bronią palną kot-najemnik. Jak można łatwo się domyślić, jego głównym celem jest schwytanie Ciastusia i sprowadzenie go do zleceniodawcy.

Final Space (4)
Rozbraja od pierwszej sceny, w której występuje – kosmita Ciastuś!
Źródło: imdb.com

Tak, jak chyba w każdej historii być musi, w „Final Space” znajdziemy czarny charakter z krwi i kości. Lorda Przywódcę poznajemy jeszcze w pierwszym odcinku i szybko okazuje się, że jego niski wzrost i raczej nieprzerażający wygląd są tylko pozorami. Władający potężną armią oraz posiadający nadprzyrodzone moce Lord jest w stanie zabijać za nieposłuszeństwo, kompletnie pustoszyć planety we wszech świecie i co najistotniejsze – za wszelką cenę osiągnąć swoje zamierzone cele. A z pewnych powodów najważniejszym z nich jest Ciastuś znajdujący się w rękach Gary’ego.

Skrót fabuły może brzmieć dość mało oryginalnie, jako że często byliśmy świadkami produkcji przedstawiających dobrą i złą stronę, które pojedynkują się w jednej intencji choć o różnych zamiarach. Daję Wam jednak słowo, że nie jest to nudna i przewidywalna historia, w której Gary, HUE i KVN za wszelką cenę jako jedna drużyna będą bronić nowo poznanego przyjaciela, a Avocato wraz z Lordem Przywódcą będą chcieli go odbić na wszelkie możliwe sposoby. „Final Space” jest wypchane ciekawymi rozwiązaniami fabularnymi, zwrotami akcji i sytuacjami wywołującymi w widzach skrajne emocje.

Final Space (5)
Wrogiem numer jeden naszych bohaterów jest zabójczy Lord Przywódca.
Źródło: imdb.com

Nie mam zamiaru zdradzać wiele więcej, bo jednak dziesięć odcinków po dwadzieścia minut to niewiele czasu na spokojne przedstawianie i rozwijanie historii, która wręcz pędzi od pierwszych minut, dlatego wychodzenie opisem poza choćby pierwszy epizod na pewno zakończyłoby się poważnymi spoilerami. Jednak jeśli zdecydujecie się poświęcić swoje 3-4 godziny na cały sezon netfliksowej animacji, to przygotujcie się na to, że nie wszystko jest białe i czarne. Nieraz zostaniecie zaskoczeni przez bohaterów lub bieg wydarzeń, co tak naprawdę wznosi serial na wyższy, nieprzeciętny poziom.

Mnóstwo tutaj akcji tak dopieszczonych wizualnie, że aż pierwsze wrażenie o prostocie tej animacji może kompletnie na to nie wskazywać. Jednak twórcy położyli spory nacisk na to, aby wykreować piękny dla oczu świat (a raczej wszech świat), na który bardzo miło się patrzy. Rozległe kadry na kosmiczną nicość to coś, czego nie spodziewalibyście się po dość cicho reklamowanym serialu, który ot tak trafił na Netfliksa i bez zainteresowania się nim, można by go łatwo pominąć.

Final Space (6)
Oto Gary i Avocato. Nic więcej nie napiszę.
Źródło: imdb.com

„Final Space” nie stoi wyłącznie przyjemną i ładną oprawą graficzną, ale przede wszystkim świetnie rozpisanymi i charakterystycznymi postaciami oraz wyjątkowym poczuciem humoru. Jeśli chodzi o bohaterów, to szybko załapiecie względem nich pewien stosunek. Gary ma być dzielnym, ale dość fajtłapowatym poszukiwaczem przygód, którego naiwność i dobre serce odnajdą w widzach zrozumienie, Ciastuś po prostu kradnie nasze serca swoich wyglądem, Avocato wywołuje podziw dzięki nabytym umiejętnościom, a Lord Przywódca to czarny charakter wykreowany niemal idealnie. Niejednokrotnie pokazuje, jak silny i bezlitosny potrafi być, przez co każde jego pojawianie się na ekranie sprawia, że jesteśmy pewni kłopotów, z którymi za chwilę spotkają się główni bohaterowie.

Koniecznie muszę zaznaczyć, że „Final Space”, pomimo bycia animacją, nie jest przeznaczona dla najmłodszych. Na Netfliksie otrzymała ograniczenie od 13 lat, co jest w pełni zrozumiałe ze względu na niektóre dialogi, żarty, czy też sceny. Wszystko to wykreowano tak, aby najlepiej trafiało do młodzieży lub dorosłych widzów. Ostatnimi czasy da się zauważyć narastający trend na animacje dla starszego odbiory. Niegdyś tak naprawdę istniało tylko „Miasteczko South Park” i „Simpsonowie”, a teraz wybór mamy prawie nieograniczony. I choć „Final Space” daleko do wręcz kuriozalnego stylu i humoru znanego z przywołanych tytułów, to wciąż świetnie sprawdzi się jako zabawna i angażująca rozrywka dla każdego starszego widza.

Final Space (7)
Ach tak, w „Final Space” mamy też ważny wątek miłosny z Gary’m i Quinn w głównych rolach.
Źródło: imdb.com

Animacja, która jest angażująca? Ależ oczywiście! Takie sformułowanie nie powinno nikogo dziwić po chociażby takim przykładzie, jak rewelacyjny „BoJack Horseman”, który również jest kreskówką, a gra na emocjach lepiej niż niejeden współczesny serial dramatyczny z górnej półki. Po części potrafi to także „Final Space”, które w całym pierwszym sezonie ma w sobie parę momentów ściskających za serce, poruszających łzy w oczach lub w zupełnie inną stronę – wywołujących zachwyt i trzymanie kciuków za bohaterów. Na myśli mam szczególnie jeden konkretny odcinek z około połowy sezonu, ale to musicie sprawdzić na własne oczy…

Final Space (8)
Serial niejednokrotnie raczy nas takimi widokami. A najlepiej prezentują się w scenach bitewnych lub ucieczek.
Źródło: imdb.com

W „Final Space” można spojrzeć także głębiej, jako że wydaje się być niepozorną odpowiedzią na wiele współczesnych filmów science-fiction. Znajdziemy tutaj mniej lub bardziej oczywiste odniesienia do takich tytułów, jak przede wszystkim „Gwiezdne Wojny” lub „Strażnicy Galaktyki”. Co do tego drugiego to już wyłącznie moje, pewnie zbyt wybujałe skojarzenia, jednak fani „Star Wars” na pewno odnajdą co najmniej parę nawiązań do kultowego uniwersum. W postaci Lorda Przywódcy można doszukiwać się odniesień do Snoke’a, zaś jego liczna armia to wręcz jeden do jednego szturmowcy (nie tylko pod względem uzbrojenia, ale i umiejętności – trafiają wszędzie, tylko nie w swój cel). Od siebie dodam, że postać okrągłego robota KVN-a wygląda mi na mieszankę dwóch świetnie znanych bohaterów gier – Wheatley’a z „Portalu” (głównie za sprawą kulistej, lewitującej formy) oraz Claptrapa z „Borderlands” (równie wygadanego, przygłupiego i niczego nieświadomego).

Final Space (10)
To spojrzenie zadziała na Quinn – miłość głównego bohatera?
Źródło; imdb.com

Teraz, gdy cały sezon animacji pochłonąłem wręcz w jeden wieczór, z ogromną niecierpliwością czekam na kontynuację, która przez twórców została już dawno zapowiedziana. Dawno, bowiem sam serial liczy sobie już parę miesięcy. Oryginalnie powstawał dla amerykańskiej stacji TBS i zadebiutował 26 lutego bieżącego roku. Dopiero po wyemitowaniu wszystkich epizodów i odczekaniu pewnego czasu, pojawił się na łamach Netfliksa i teraz możliwość obejrzenia go mają abonenci na całym świecie. Dzięki temu „Final Space” ma szansę, o ile już tego nie zrobił, zyskać potężniejsze grono wielbicieli, co z kolei przełoży się na jeszcze lepsza oglądalność drugiej serii. Tę zapowiedziano 10 maja, jednak trzeba liczyć się z tym, że nowe przygody Gary’ego ujrzą światło dziennie najwcześniej w pierwszej połowie 2019 roku.

Final Space (9)
Gotowi na przygodę z Gary’m?
Źródło: imdb.com

Cóż… Jeśli coś jest dobre, to warto na to czekać. A jeśli Wy nie mieliście jeszcze okazji obejrzeć „Final Space”, bo nie byliście pewni, czy warto, lub po prostu nie słyszeliście wcześniej o tym serialu, to teraz jest na to idealny moment. Nie stracicie nic poza zaledwie 3-4 godzinami seansu, a zyskać możecie naprawdę fajną, galaktyczną rozrywkę z świetnymi postaciami, które być może pokochacie. Dotychczasowi widzowie właśnie to zrobili i dzięki temu animacja zbiera co najmniej bardzo dobre oceny i plasuje się wysoko w rankingach netfliksowych nowości.

To co? Dziś wieczorem?

Moja ocena: 8/10

Reklamy

Na tę animację czekaliśmy 14 lat, czyli „Iniemamocni 2”

Doskonale pamiętam moje pierwsze zetknięcie z superbohaterską rodzinką w czerwonych trykotach. Był grudzień 2006 roku, choć sam film miał swoją premierę dwa lata wcześniej. To właśnie wtedy, po raz pierwszy w naszym kraju, zaczęto nadawać Disney Channel – kanał bezpośrednio skierowany do dzieci i młodzieży. Ramówkę wypchaną kreskówkami i serialami aktorskimi zainaugurowała emisja „Iniemamocnych” zaplanowana na godzinę 17 tego dnia.

Tak, wciąż piszę to z pamięci, bo dobrze utkwiło mi to w głowie. Wraz z rodzeństwem pełni ekscytacji siedzieliśmy na podłodze z dwa metry od telewizora, a animacja pochłonęła nas całkowicie. W przyszłości kultowe dzieło Pixara we współpracy ze wspomnianym Disneyem widziałem jeszcze co najmniej kilka razy, ale kto byłby w stanie to dokładnie zliczyć. Ważny jest fakt, że „Iniemamocnych” można już bez skrupułów uznać za wiekowy tytuł. W końcu 14 lat to nie byle liczba w okresie, gdy animacje tworzy się niemal hurtowo.

Iniemamocni (1)
Tak rodzina herosów prezentowała się aż 14 lat temu!
Źródło: filmweb.pl

W międzyczasie dzieciaki, takie jak wówczas ja, zdążyły stać się w pełni dorosłe, a sama wytwórnia Pixar nakręciła trzynaście kolejnych filmów. Nie przeszkadzało to jednak w tym, aby do tematyki powrócić, a ten kuriozalny odstęp między pierwszą a drugą częścią stał się jeszcze lepszym gwarantem zyskania uwagi publiczności na premierze sequela. W końcu co oddziałuje na nas lepiej niż sama nostalgia? A każdy, kto „Iniemamocnych” obejrzał choć raz lub dwa, na pewno przyzna, że główni bohaterowie zadomowili się gdzieś tam w pamięci.

Po kilkuletniej posusze informacyjnej, a następnie pierwszym wzmiankom i zapowiedziom, w końcu nadeszli! Obdarzona nadzwyczajnymi mocami rodzinka wróciła na wielkie ekrany, aby nie tylko dostarczyć nam świetną, animowaną rozrywkę, ale i uderzyć prosto w uczucia, których wywołanie przez tak wyczekiwany powrót było tylko formalnością. „Iniemamocni 2” to jubileuszowa, dwudziesta produkcja Pixara, do amerykańskich kin trafiła w połowie czerwca i z miejsca stała się hitem lata. W miniony piątek doczekaliśmy się jej również w naszych lokalnych multipleksach. Tak więc najwyższa pora przekonać się, co u Pana Iniemamocnego, Elastyny i ich podopiecznych słychać.

Iniemamocni (2)
A tak wyglądają teraz. Trochę… wyładnieli 😉
Źródło: filmweb.pl

Warto mieć w pamięci, jaką sceną zakończyła się pierwsza część przygód animowanych superbohaterów. Zostaliśmy zarzuceni cliffhangerem w postaci nowego zagrożenia dla metropolii, któremu czoła miała stawić tytułowi Iniemamocni. Po wzlotach i upadkach w potyczce z głównym czarnym charakterem filmu – Syndromem, zgrana familia ruszyła na Człowieka Szpadla. Jakkolwiek fantazyjny nie byłby to przeciwnik, pamiętajcie o nim zasiadając w kinowej sali na kontynuacji, bo właśnie w tym miejscu rozpoczyna się akcja filmu!

Już w pierwszej minucie uciszeni zostają ci, którzy mniej lub bardziej ironicznie krytykowali drugą część „Iniemamocnych”. Pytania typu „Minęło 14 lat, a dzieciaki nic nie urosły?” znaleźć można było nie tylko na polskich, ale i zagranicznych (nawet oficjalnych!) stronach i forach poruszających tematykę nowej animacji Pixara. Rozsądniejsze osoby pozostawały spokojne, gdyż nie trudno było domyślić się, że bohaterowie nie zmienili ze względu na osadzenie fabuły sequela zaraz po wydarzeniach z „jedynki”. Początek seansu tylko to potwierdza – na dobry start możemy ujrzeć uzdolnionych krewnych walczących w centrum miasta z villainem zaprezentowanym nam jeszcze 14 lat temu.

Iniemamocni (3)
Co oni zrobiliby bez siebie nawzajem?
Źródło: filmweb.pl

Mimo wszystko heroiczna batalia jest tylko kilkuminutowym wprowadzeniem do głównej osi fabularnej „Iniemamocnych 2”, bowiem w wyniku potyczek z Człowiekiem Szpadlem w metropolii doszło do poważnych strat. Zburzone budynki, wyniszczona infrastruktura miejska i poważne zagrożenie dla mieszkańców sprawiły, że władze szybko obarczyły winą tytułowych herosów. Jest to problem dość znany z wielu dzieł poruszających tematykę superbohaterską. Pierwszy lepszy przykład to „Civil War” od Marvela. Nie zmienia to faktu, że tym samym jest to problem bardzo życiowym i rozsądnym, co tylko podbudowuje realizm wykreowanego świata. Co tyczy się nawet filmu animowanego!

Pięcioosobowa rodzina i ich bliski przyjaciel Mrożon muszą odsunąć się w cień i kompletnie porzucić bohaterski tryb życia. Nie jest to łatwe, gdy nagle trzeba zderzyć się z codziennymi, szarymi trudnościami, które nie były odczuwalne podczas ratowania świata zapewniającego chwałę i godną przyszłość. Nic dziwnego, że Bob i Helen, w trosce o dobro swoich wciąż młodych dzieci, próbują znaleźć najlepsze wyjście ze swojej kiepskiej sytuacji. A dzięki zupełnie nowym postaciom zaprezentowanym w filmie, pojawia się dla nich iskierka nadziei.

Iniemamocni (4)
Bez obaw fani Mrożona! Zobaczycie go tutaj nieraz!
Źródło: filmweb.pl

Z fabuły nie chcę zdradzać wiele więcej, ale możecie być pewni, że zachowuje ona pewien stopień oryginalności pomimo tego, że zarys głównego wątku może wydawać się już niejednokrotnie przerabiany. Wszystko jednak jest uszyte nićmi świetnie znanymi nam sprzed 14 lat, gdy poznawaliśmy naszych superbohaterów.

Miło jest wrócić do tych wręcz karykaturalnych postaci, które tak bardzo polubiliśmy. Olbrzymi i supersilny Pan Iniemamocny nadal jest zmęczonym życiem, ale i chcącym wykazać się ojcem, rozciągliwa Elastyna nadopiekuńczą i twardo stąpającą po ziemi matką, a dzieciaki wciąż potrafią dokopać swoimi zwykłymi, codziennymi utrapieniami. Sęk w tym, że wzbogacają je o swoje nadnaturalne zdolności. Potrafiąca znikać Wiola przeżywa pierwsze załamanie miłosne względem swojego kolegi ze szkoły Tony’ego, superszybki Maks nadal ma problemy z matematyką, a niemowlak Jack-Jack… jest po prostu niemowlakiem, co już doprowadza do obłędu.

Iniemamocni (5)
Chyba prościej byłoby pobić kilkunastu bandytów niż uśpić jedno super-dziecko.
Źródło: filmweb.pl

Żadna z głównych postaci nie straciła swojego charakteru, do czego prawdopodobnie twórcy bardzo usilnie dążyli. A nie mogło być to proste po tak wielu latach zajmowania się licznymi innymi animacjami spod szyldu Pixara i Disneya. Niemniej jednak stanięto na wysokości zadania i podczas „Iniemamocnych 2” czujemy do postaci te same wartości, jak przy pierwszym ich poznawaniu. Tyle, że protagonistów znamy już bardzo dobrze i tylko czekamy, co jeszcze może się im przytrafić. A szczególnie najmłodszemu członkowi rodziny, którego rozwoju postaci chyba wszyscy byli najbardziej ciekawi.

Nie brakuje także powracających bohaterów drugoplanowych. Potrafiącego władać lodem Mrożona jest chyba jeszcze więcej niż w poprzedniej odsłonie. Za to specyficzna i szykowana Edna Mode, odpowiedzialna za trykoty uzdolnionej familii, pomimo dwóch niedługich scen ze swoim udziałem, otrzymuje niezwykle ważne zadanie. Trudno byłoby jednak znaleźć jej więcej czasu ekranowego, gdy potrzebuje go też garstka nowych kreacji napędzających fabułę.

Iniemamocni (6)
Ciocia Edna zawsze pomoże.
Źródło: filmweb.pl

Tak oto do kanonu głównych postaci dołącza rodzeństwo Deavorów – super zamożny Winston oraz informatycznie uzdolniona Evelyn. Ten pierwszy jest właścicielem jednej z najlepiej prosperujących firm w świecie „Iniemamocnych” i oferuje wiodącym bohaterom szanse na powrót do ratowania świata. Z tym, że teraz będą robić to lepiej, sprawniej i w pełni zgodnie z panującym prawem. Siostra miliardera jest za to jego prawą ręką, bez której byłby nikim. To ona odpowiada za technologiczne funkcjonowanie firmy, a znajdującej się w kłopotach rodzinie Parr proponuje pełne wsparcie techniczne i gadżetowe. Nic tylko korzystać, prawda?

W ten sposób los uśmiecha się w stronę Boba i Helen. Rodzeństwo Deavorów chce ponownie wspiąć herosów na wyżyny chwały i poszanowania, a pierwszym krokiem mają być śmiałe wyczyny Elastyny. Jak się okazuje, to ona działa najsprawniej ze wszystkich znanych nam uzdolnionych postaci, a więc jest furtką do ponownego zyskania uznania wśród społeczeństwa, władz i mediów. Tymczasem na Pana Iniemamocnego czekać będzie inne, wielkie wyzwanie – opieka nad dziećmi i domem. W tym przypadku trudno stwierdzić, co może być trudniejsze…

Iniemamocni (7)
Evelyn i Winston Deavor wyciągają herosom pomocną dłoń.
Źródło: filmweb.pl

Szybko okazuje się, że drobne uliczne występki kieszonkowców to nie to, z czym przyjdzie zmierzyć się Elastynie. W metropolii zaczyna grasować nowy arcywróg podający się jako Ekrantyran. Jego motywacje i zdolności potrafią zjeżyć włosy na głowie, bowiem bez większych problemów potrafi włamać się do systemów elektronicznych i dowolnie nimi sterować. Najczęściej jego celem padają monitory, przez które nadaje hipnotyzujące sygnały omamiające umysły tych, którzy akurat na nie spoglądali.

Jak bohaterowie poradzą sobie z nowym zagrożeniem koniecznie musicie zobaczyć sami w kinie, bo na pewno warto to zrobić. Dwugodzinny seans kompletnie nie nuży, co jest zasługą świetnie dobranych proporcji scen akcji z tymi bardziej przegadanymi, które mają znaczącą wagę dla formowania fabuły lub po prostu dostarczenia humoru. Te pierwsze to szczególnie dialogi uzdolnionej rodziny z Deavorami, podczas których poznajemy nowych bohaterów i realia, w których wszyscy będą się znajdować. To już nie jest działanie na własną rękę, jak w przypadku „jedynki”. Teraz ekipa się rozszerza, a uwagę należy zwracać na wiele więcej czynników.

Iniemamocni (8)
Chcąc wrócić na panteon bohaterów, trzeba rozważyć wiele kwestii.
Źródło: filmweb.pl

Zaś tempo filmu zwalnia równie często podczas sekwencji w rodzinnym domu Iniemamocnych. Podczas gdy Elastyna ratuje świat, Bob musi naprawiać kiepską sytuację sercową Wioli (albo przynajmniej sam uważa, że należy to zrobić), a z Maksem spędza godziny przy rozwiązywaniu matematycznych równań. To jednak nic w porównaniu do niemowlaka Jack-Jacka. Każdy rodzic jest w stanie potwierdzić, że zwykłe brzdące są już nad wyraz kłopotliwe. Co innego, jeśli jest to dziecko superbohaterów i również ma w sobie ukryte moce. W tym przypadku nie są to jedna lub dwie konkretne umiejętności, jak to miejsce ma u pozostałych członków rodziny. Jack-Jack potrafi… dużo więcej. Przekonaliśmy się o tym po części w zwiastunie, jednak bądźcie gotowi na to, że film przyniesie Wam wiele więcej komicznych i szalonych sytuacji z niemowlakiem niepotrafiącym kontrolować swoich zdolności.

Jakbym miał ocenić na oko, sama postać Jack-Jacka wywoływała u widzów więcej śmiechu niż wszystkie pozostałe kreacje razem wzięte. Ale nie ma się czemu dziwić – młodociany był pełną gammą możliwości humorystycznych dla twórców „Iniemamocnych 2”.

Iniemamocni (9)
Pierwsza do akcji rusza ulubienica mieszkańców – Elastyna!
Źródło: filmweb.pl

Fantastyczne jest również to, że choć pierwsza odsłona zadebiutowała już kilkanaście lat temu, to stylistyka tej animacji przełożona jeden do jednego na drugą część zupełnie nie budzi niesmaku. Jasne, widać, że „dwójka” jest dużo bardziej dopieszczona i szczegółowa, w końcu należało wykorzystać współczesne możliwości, jednak w zestawieniu z animacją z 2004 roku wciąż wygląda do niej podobnie. Wychowani na oryginalnych „Iniemamocnych” dostaną to, co widzieli za dzieciaka, a nowi widzowie bez problemów polubią formę stylistyczną cyklu.

Nie potrafię opisać uczucia, które towarzyszyło mi w każdym momencie wykorzystującym motyw muzyczny filmu. Na pewno świetnie go znacie, a nostalgia, którą sobą przywoływał, jeszcze bardziej formowała moją pozytywną ocenę dla tej animacji. Sceny akcji dopełnione są porywającymi utworami, które dodają wszystkiemu doniosłości. Melodie niczym wyjęte z kultowych filmów szpiegowskich to coś, co doskonale budowało klimat „jedynki”, ale robi to również teraz. Nie wyobrażam sobie motocyklowego pościgu Elastyny lub bijatyki Pana Iniemamocnego bez dynamicznej i podkreślającej dramaturgię muzyki. Aż nie chciało się mrugać, aby nie przegapić żadnego ruchu uwydatnionego nagłymi skokami dźwiękowymi.

Iniemamocni (10)
Dodajcie do tego ujęcia brawurową muzykę rodem z filmów szpiegowskich i macie klimat „Iniemamocnych”.
Źródło: filmweb.pl

Czy „Iniemamocni 2” to animacja-kontynuacja wręcz idealna? Niekoniecznie. Jest świetna, a nawet rewelacyjna. Tego na pewno nie można jej odebrać. Jednak nawet ja odczułem pewne bolączki podczas jej oglądania. Nie są one jakieś wielkie, bowiem dzieciaki nawet nie zwrócą na nie uwagi, a dorośli fani bez problemów przełkną ślinę i je przeboleją, ale zrealizowanie filmu perfekcyjnego to w większości przypadków marzenie nie do spełnienia. Choć niewiele brakowało!

Jak każda produkcja akcji, tutaj również doświadczymy co najmniej kilku większych lub mniejszych plot twistów. O ile te drobne nie były zbyt przewidywalne, o tyle jeden kluczowy zwrot pozostawił u mnie pewien niesmak. Przywoływać go oczywiście nie będę, bo z pewnością zrujnowałby Wam zabawę podczas seansu, ale myślę, że po obejrzeniu filmu będziecie wiedzieć, o co chodzi.

Iniemamocni (11)
Ach tak, zapomniałbym. Pojawia się też paru nowych, drugoplanowych superbohaterów!
Źródło: filmweb.pl

Niemniej jednak współczesne kino przyzwyczaiło nas już do nieco obniżonego poziomu oryginalności scenariuszowych. Nie zawsze chodzenie utartymi ścieżkami jest złe, szczególnie gdy ubiera się je w nowe, własne szaty, jednak premiera wyczekiwana przez tyle lat mogłaby pokusić się o coś więcej niż taki lekko rozczarowujący zwrot akcji.

W każdym razie nie niszczy on seansu na tyle, aby nie dostrzec wspaniałości pozostałych elementów składowych „Iniemamocnych 2”. Animacja jest wręcz bardzo dobra i takie kontynuacje chciałbym oglądać częściej. Potwierdza się opinia, że Pixar to jednak wie, co robi. Każdy następny film tego studia utrzymuje wysoki poziom i zabawia miliony dzieci oraz dorosłych. Myślę, że w tym przypadku szczególnie tych drugich, którzy wraz z pierwowzorem z 2004 roku dorastali.

Iniemamocni (12)
Źródło: giphy.com

Teraz mam tylko cichą nadzieję, że kiedyś historia ta stanie się trylogią. Może za kolejne 14 lat, może szybciej, ale byłoby miło i na pewno bym obejrzał!

Moja ocena: 8/10

„Jurassic World: Upadłe królestwo” – Poskramiając matkę naturę

Dokładnie trzy lata temu miejsce miał wielki powrót najpopularniejszej serii filmowej o dinozaurach w historii kina. Jakiegokolwiek zdania nie miałoby się na ten temat, „Jurassic World” okazał się kasowym przebojem, zajmując obecnie piątą pozycję na liście światowego Box Office’a. Tak imponujący wynik musiał oznaczać jedno – przygotowania do kolejnej odsłony franczyzy. I choć pewnie takie plany mieli w głowach twórcy jeszcze przed rozbiciem banku, finansowy sukces dał ostateczne zielone światło nowej produkcji.

Nie trzeba chyba zbytnio przypominać, że najnowsze filmy z dinozaurami w rolach głównych to kontynuacja kultowej już trylogii wyreżyserowanej przez Stevena Spielberga w latach dziewięćdziesiątych. Jej fenomen wziął się przede wszystkim z widowiskowego podejścia jak na ówczesne czasy, zważywszy też na to, że technologia komputerowa nie stała wtedy na tak wysokim poziomie jak obecnie. „Jurassic Park” zrobił wówczas ogromne wrażenie na widzach z całego świata i do dziś chętnie się do niego powraca. Ale ponad dwie dekady od premiery pierwszej części serii to w kinematografii kawał czasu, jeśli pod uwagę weźmiemy rozwój techniki (a w szczególności lubianego lub nie CGI).

Studio Universal Pictures chciało na nowo wznieść franczyzę na wyżyny i dostosować ją do dzisiejszego widza, który przywykł do jeszcze bardziej zapierających dech w piersiach efektów specjalnych. Stąd też nie zabrakło ich w „Jurassic World” z 2015 roku. Teraz, po trzech latach, swoją premierę ma druga odsłona nowego cyklu i wraz z nią niosę dla niektórych dobre, a dla innych złe wieści. Zależy, po której stronie barykady stoicie.

Upadłe królestwo 1
Źródło: filmweb.pl

Jeśli przywykliście do komputerowo generowanej rzeczywistości w kinie rozrywkom i nie sprawia Wam ona żadnych problemów – „Upadłe królestwo” z pewnością trafi w Wasze gusta. Jeżeli jednak stronicie od tego typu środków i już przy odsłonie z 2015 roku narzekaliście na nadużycia – zawiedziecie się, bo tutaj jest ich jeszcze więcej. I w sumie nie wiem, czego innego można by się spodziewać. Współczesne blockbustery po prostu stoją CGI. Fabuła może być miałka lub odkrywcza, bohaterowie płascy bądź świetnie rozpisani, jednak użycie komputerowych efektów prawdopodobnie nigdy nie zejdzie na margines. Filmy albo używają ich tyle, na ile tylko fundusze pozwalają, albo wcale.

„Jurassic World: Upadłe królestwo” to nic innego, jak jeden z topowych tegorocznych blockbusterów na lato. Pójdą na niego tłumy, bo wszyscy dobrze wiemy, z czym to się je. Jest akcja, na ekranie dzieje się dużo, dinozaury wyskakują co chwilę lub dwie, a my po prostu dobrze się bawimy. Dla tych, którzy idą do kina po głębsze i bardziej emocjonalne przeżycia na pewno również nie zabraknie tytułów, z których można by wybierać. Jeśli jednak swoich dwadzieścia złotych wzwyż wolicie przeznaczyć na masową rozrywkę – nowy epizod omawianej franczyzy będzie wyborem co najmniej dobrym.

Upadłe królestwo 2
Źródło: filmweb.pl

Mogę za to spłonąć w piekle, ale nie jestem jakimś dużym fanem oryginalnej trylogii Spielberga. Zdaję sobie sprawę, jaki wkład miała ona w rozwoju współczesnego kina, jednak wszystkie te filmy przemówiły do mnie na poziomie „niezłe, ale to tyle, co mogę stwierdzić”. Jak jest z najnowszymi częściami? Na „Jurassic World” trzy lata temu bawiłem się świetnie. Oczekiwań nie miałem dużych, a dostałem coś, co lekko je przekraczało, więc wyszedłem z sali w pełni zadowolony. Rewolucji nie było, jednak w kategorii filmów rozrywkowych, obraz nie wypadł blado.

Co z „Upadłym królestwem”? Jest dosłownie identycznie. Również momentami z zapartym tchem śledzimy wartką akcję, która do cna wypełniona jest wybuchami, pościgami, chowaniem się i przeszywającymi rykami dinozaurów. To wszystko można było zobaczyć już w zwiastunie, a podczas dwugodzinnego seansu jest tego po prostu jeszcze więcej.

Upadłe królestwo 3
Źródło: filmweb.pl

Każdy, kto oglądał trailer, świadom jest tego, co ujrzy na ekranie. Główni bohaterowie wracają na wyspę zamieszkaną przez prehistoryczne stworzenia, które w ostatniej części zdołały uwolnić się spod jarzma człowieka i kompletnie zdewastować utworzony tam park rozrywki. Choć mogłoby wydawać się, że dinozaury na wolności będą mogły w końcu spokojnie egzystować, to okazuje się, że czas nie jest dla nich łaskawy. A jeśli szukać mamy konkretnego winowajcy, to jest nim wulkan ulokowany na ich wyspie, który po latach drzemania zaczyna się uaktywniać. Erupcja jest już tylko kwestią czasu, a wśród najważniejszych głów Stanów Zjednoczonych pojawia się dylemat – narażać się na niebezpieczeństwo próbując ocalić bezbronne stworzenia, czy może zdać się na wolę matki natury i pozwolić im wyginąć?

Więcej niż tych kilkanaście pierwszych minut filmów zdradzać nie chcę, jednak wystarczą, aby stwierdzić, że podobnego scenariusza w względnie bogatej już serii „Jurassic Park” do tej pory nie uświadczyliśmy. W pewnym stopniu jest to bezpośrednie odniesienie do teorii, która sugeruje, że to erupcje wulkaniczne i ruchy sejsmiczne były odpowiedzialne za wymarcie prehistorycznych kręgowców (nie wdając się w szczegóły, czy faktycznie tak to było). Można by stwierdzić, że nie ma w tym nic odkrywczego, jednak tę formę w bardzo zgrabny sposób przekształcono na nieco futurystyczne realia uniwersum franczyzy. Raczej nikt nie powinien odnieść wrażenia, że w głównym, ogólnym wątku fabularnym jest coś wymyślonego na siłę i nielogicznego (z małymi, filmowymi przymrużeniami oka, rzecz jasna).

Upadłe królestwo 4
Źródło: filmweb.pl

Choć później historia raczy nas mniej lub bardziej oczywistymi zwrotami akcji i raczej stąpaniem do gruncie przez lata sprawdzonym przez kino tego gatunku, to wciąż seans daje sporo satysfakcji i rozrywki pod warunkiem, że do sali wchodzimy z odpowiednim podejściem. Nieraz przyjdzie nam zobaczyć sensacyjne czyny bohaterów, które w rzeczywistych okolicznościach po prostu nie mogłyby mieć miejsca (w tym miejscu szczególnie słowa kieruję do postaci małej dziewczynki, która odwagą przyćmiewa niejednego superbohatera z krwi i kości). Ale takie jest już kino akcji.

Kultowym przykładem opisującym niemal wszystkie filmy gatunku jest naganne chybianie antagonistów do bohatera wiodącego (shame on you, Stormtroopers!), gdy on sam potrafi znokautować dziesiątki wrogów. Przełożenie tego na „Jurassic World: Upadłe królestwo” jest proste – będąc w głównej obsadzie, a szczególnie po tej dobrej stronie, masz najzwyczajniej większe fory. Na szczęście scenarzyści nie poszli aż tak w skrajność i dali ku temu parę wyjątków, o których przekonacie się sami. Teraz wiecie jedynie, że kreacje Chrisa Pratta lub Bryce Howard są ze stali, ale wciąż posiadają swoje słabe punkty. Dobrze wybrnąłem z balansowania na granicy spoilerów?

Upadłe królestwo 5
Źródło: filmweb.pl

Skoro już tyle o postaciach mowa – twarze te już świetnie znamy z odsłony sprzed trzech lat. Powraca żyjąca losem dinozaurów Claire, która śledząc na bieżąco rozmowy rządu dotyczące ratunku stworzeń, w końcu sama postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Za to Owen preferuje zwolnienie tempa swojego życia po incydentach z parku rozrywki, w którym niegdyś pracował. Jednak, co oczywiste, na potrzeby fabuły ich losy i tak się splatają. Spore role odgrywa w całości także kilkunastoletnia Maisie, koledzy po fachu Claire – Zia oraz Franklin, a także Eli Mills i Gunnar Eversol. Więcej napisać nie mogę w trosce o bezspoilerową formę tych wywodów.

W aktorstwie Chrisa Pratta jestem zadurzony od dawna. Nie zaskoczy fakt, że najbardziej dzięki roli Petera Quilla w „Strażnikach Galaktyki” i „Avengers: Wojnie bez granic”, ale świetne kreacje przedstawił również w „Her” z 2013 roku lub „Pasażerach” sprzed dwóch lat. Za to zdecydowanie gorzej wypada druga główna protagonistka – Bryce Dallas Howard wcielająca się w Claire. W pierwszej części zasłynęła niewyobrażalną umiejętnością zachowania równowagi na wyboistych terenach wyspy w swoich… długich szpilkach. Tym razem postawiła na płaskie podeszwy, jednak moim zdaniem nie spróbowała naprawić swojej mimiki twarzy i wczucia się w rolę. Albo to tylko moje błędne spostrzeżenia, albo faktycznie coś jest nie tak z tym, że niemal w każdej scenie wygląda na zatroskaną, pełną żalu lub z łzami napływającymi do jej oczu. Fakt – kto nie biadoliłby nad swoim losem, gdy w pobliżu grasowałyby dinozaury, ale to zupełnie nie w tym sens. Jakoś w swoim epizodzie „Czarnego lustra” nie wywołała u mnie takich negatywnych obserwacji.

Upadłe królestwo 6
Źródło: filmweb.pl

Trudniej jest mi jednak ocenić ścieżkę dźwiękową do „Upadłego królestwa”. Usłyszymy tutaj nieco kultowych motywów przewodnich całej serii, ale poza nimi rządzą tu przede wszystkim odgłosy natury i bezlitośnie głośne ryki dinozaurów. Jestem niemal pewien, że przy co najmniej paru scenach wrzaski te były słyszalne w sąsiadujących salach bądź na zewnątrz kina. Jeśli nie – szacunek dla Cinema City za powalającą moc ich ścian w tłumieniu dźwięków. Jednak te przeszywające efekty dźwiękowe i znikoma muzyka z pewnością nie działają na niekorzyść filmu, bo czego innego oczekiwać od blockbustera z potężnymi prehistorycznymi stworami? Musi być hałas, muszą ryczeć, a momentami nieodłącznym elementem scen jest błoga cisza, która tak naprawdę zwiastuje nadejście czegoś dużego.

Gdzieś w pierwszych akapitach stwierdziłem, że „Upadłe królestwo” jest niemal identyczne do części z 2015 roku. Tutaj rodzi się pytanie – czy to dobrze? Z jednej strony znaczyłoby to, że udając się do kina i poświęcając swój czas oraz pieniądze nie doświadczymy niczego nowego i obejrzymy film bardzo podobny do poprzedniego. Coś w tym jest, bo rewolucji kinematograficznych tu nie ma. Twórcy raczej kierują się sprawdzonymi i pewnymi ścieżkami, które zagwarantują satysfakcję u stałych widzów i być może zadowolenie u zupełnie nowych. Natomiast próżno tu szukać powiewu świeżości, jakim dał się nam zachłysnąć Spielberg w swojej trylogii sprzed dwudziestu lat. Jednak były to inne czasy i realia, co koniecznie trzeba mieć na uwadze.

Upadłe królestwo 7
Źródło: filmweb.pl

Druga strona medalu jest jednak taka, że „Jurassic World” z 2015 roku sprawdziło się, zarobiło masę pieniędzy i otrzymało oceny co najmniej dobre. Daje więc to pewne poręczenie, że i tym razem trudno będzie się zawieść. Na ekranie bowiem ujrzymy to, co ujrzeć mamy. Rozrywkowe kino z dinozaurami obrzucone płachtą wartkiej akcji, nieco większej brutalności niż ostatnio i solidnej dawki CGI. Fanom z pewnością się to spodoba, a pozostałym przyjdzie po prostu pogodzić się z tym faktem i w najgorszym wypadku nie obejrzeć przyszłych odsłon. A te i tym razem są raczej kwestią czasu.

Moja ocena: 7/10

„Wyspa psów” – Naturalistyczny obraz więzi człowieka z psem

Amerykański reżyser Wes Anderson postanowił nie walczyć z czasem i poświęcił go na zrealizowanie kolejnego filmu tyle, ile tylko było potrzebne. Ostatnia jego produkcja sprzed czterech lat – „Grand Budapest Hotel”, została ozłocona licznymi cennymi nagrodami branży filmowej, jak przede wszystkim czterema Oscarami, w tym za najlepszą muzykę oryginalną oraz kostiumy. Nie dziwi więc fakt, że o Andersonie zrobiło się głośno mimo jego dość kontrastowej działalności.

Wyspa psów (1)
Źródło: filmweb.pl

Skąd takie określenie? Z jednej strony w reżyserii siedzi już względnie długo, bo od 1994 roku, kiedy to zadebiutował z krótkometrażówką „Bottle Rocket”, a po niej przyszła pora na półtoragodzinny obraz obarczony tym samym tytułem. Wynika z tego, że filmami zajmuje się już od dobrych 24 lat, jednak jego dorobek liczy sobie „zaledwie” dwanaście pozycji.

Jasne, można stwierdzić, że to przecież nie jest tak mała liczba, jednak trzeba mieć na uwadze fakt, że trzy z nich to kilkunastominutowe produkcje, a w przeciwieństwie do wielu innych współczesnych cenionych reżyserów, Amerykanin nie działa hurtowo. I chwała mu za to, bo dzięki temu zdołał wyrobić swoją indywidualną i charakterystyczną pozycję, a coraz to nowsze tytuły okazują się być co najmniej naprawdę dobre.

Wyspa psów (2)
Źródło: qz.com

Najnowsza „Wyspa psów” nie jest pierwszym zetknięciem się reżysera z animacją. Najpierw swoich sił spróbował dziewięć lat temu, gdy premierę miał „Fantastyczny Pan Lis”, który po dziś dzień uchodzi za jedną z najlepszych familijnych propozycji nowego stulecia. Widać jednak wyraźnie, że miniony czas wiele wniósł do świata filmów animowanych oraz samego doświadczenia nabranego przez Andersona, bo jego świeży projekt idzie co najmniej o kilka kroków dalej na różnych możliwych płaszczyznach.

Każdy, kto przepada za twórczością Amerykanina, na pewno przez co najmniej ostatnich kilka miesięcy z zapartym tchem śledził poczynania względem „Wyspy psów”, a co za tym idzie – wszelkie zapowiedzi premiery. Pierwszy oficjalny zwiastun pojawił się jeszcze we wrześniu zeszłego roku i na dobrą sprawę był pierwszym porządnym przybliżeniem tego, czym właściwie będzie film, który obecnie wyświetlany jest już w polskich kinach.

Nie było żadnej wątpliwości, że twórcy zdecydowali się położyć spory nacisk na specyficzny i wyróżniający się styl animacji. Nie jest to nic, co znamy z Disneya czy DreamWorksa, jako że nasze oczy zostają uraczone techniką poklatkową. I choć metoda ta jest obecna w kinematografii od dziesiątek lat, to mimo to wciąż za każdym razem docenia się jej porządne i skrupulatne wykonanie. A tego ująć „Wyspie psów” nie można, bo naprawdę została zrealizowana z najdrobniejszą szczegółowością i jak najbardziej możliwą ambicją. Przez cały półtoragodzinny seans widać, że ludzie odpowiedzialni za wizualną stronę przedsięwzięcia nie szli ani razu po najniższej linii oporu dostarczając nam poklatkową animację najwyższych lotów.

Dostrzec to można przede wszystkim na przykładach głównych bohaterów, a więc zarówno ludzi, jak i przede wszystkim psów, których wygląd został pieczołowicie zaprojektowany z dbałością o najmniejsze detale. Czym byłby psiaki bez powiewającego na wietrze futra lub najdrobniejszych ran odniesionych na swoich ciałach musząc dzień w dzień stawiać czoła dzikiemu życiu na wygnaniu?

Wyspa psów (3)
Źródło: filmweb.pl

To postacie wyraźnie grają tu pierwsze skrzypce, stąd też tło zostało zepchnięte do roli… tła. I choć brzmi to kuriozalnie, to faktycznie najlepiej opisuje to, co przedstawia film. Plener większości scen nie jest wielce rozbudowany i zarazem przytłaczający, jednak nadaje to całości odpowiedniego klimatu i przede wszystkim nie odwraca naszego wzroku od rzeczy najważniejszych. Wciąż nie ma jednak problemu z rozpoznawaniem lokalizacji (nawet na tytułowej wyspie, której to otoczenie stanowią rozległe pustkowia), a niekiedy ich ubogość daje nam sporo informacji co do tego, w jakiej sytuacji znajdują się aktualnie bohaterowie i jaka atmosfera wśród nich panuje.

Aspekt wizualny „Wyspy psów” automatycznie wysuwa się przed szereg pozostałych kwestii wartych kilku słów. Wiedząc już, w jakim stylu zrealizowano opowieść, warto wyjaśnić nieco, o co w niej tak właściwie chodzi. Wiemy tyle, że przede wszystkim śledzimy poczynania ludzkich mieszkańców kraju azjatyckiego (a dokładniej Japonii) oraz miejscowych psów. Mowa jest też nieraz o drugich z dwóch najpopularniejszych zwierzaków domowych – kotach, choć te odgrywają tutaj drugoplanową rolę.

Wyspa psów (4)
Źródło: filmweb.pl

Mógłby nie zgodzić się z tym główny antagonista filmu – Burmistrz Kobayashi, który, jak każde pokolenie jego rodu, wprost wielbi kociaki i tym samym jest wrogo nastawiony wobec psów. Jednak nie jest to niechęć typu „nigdy nie pogłaskam żadnego z tych pchlarzy, a tym bardziej ich łapa nigdy nie postanie w progach mojej rezydencji”. Facet uważa psy za problem najcięższej wagi, argumentując go między innymi wymykającą się spod kontroli stale rosnącą populacją. Twierdzi, że należy pozbyć się każdego z tych zwierzaków zamieszkujących fikcyjną prefekturę Megasaki, w której Burmistrz dzierży władzę, a jedynym sposobem na to jest wygnanie ich na opustoszałą wyspę znajdującą się kilka kilometrów w głąb oceanu. Żeby było jeszcze zabawniej – ów teren to wypełnione po brzegi wysypisko śmieci, a pomysł Kobayashiego popiera zdecydowana większość mieszkańców okręgu miasta.

Wyspa psów (5)
Źródło: filmweb.pl

Już w samym prologu filmu (który został podzielony na kilka części, ale nie będę nawet zdradzał ile konkretnie – przekonajcie się sami) widzimy, jak plan Burmistrza natychmiastowo wchodzi w życie, a psy raz po raz transportowane są na pustkowia sąsiedniej wysepki. Tam muszą porzucić swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i stać się dzikie. Łączyć w watahy, walczyć o każdy, nawet najbardziej obrzydliwy pokarm i nie dać się zagryźć przez wrogie ugrupowania.

W dodatku wśród mieszkańców japońskiej prefektury rozniosła się informacja o rozprzestrzeniającej się psiej grypie, która na chwilę obecną dotyka jedynie zwierzaki, ale ma również prawdopodobieństwo zaatakowania ludzi. To najpewniej stąd tak ochoczo Japończycy zdecydowali się porzucić swoich pupili bez większych protestów.

Wyspa psów (6)
Źródło: filmweb.pl

Choć, skoro o przeciwdziałaniu mowa, wciąż znalazły się niewielkie grupy chcące na różne sposoby zatrzymać radykalne działania Kobayashiego. Naukowcy usilnie zaczęli szukać skutecznego leku na psią grypę, młodzież doszukiwać się spiskowych teorii (wśród nich jest Tracy Walker – Amerykanka z wymiany studenckiej, która w całości odgrywa bardzo ważną rolę), a przede wszystkim dwunastoletni Atari. Tak, mi również jego imię od razu skojarzyło się z popularnymi w latach osiemdziesiątych konsolami.

Chłopiec, wbrew wszelkim zakazom i wrogim nastawieniom wobec czworonogów odizolowanych na wyspie, udaje się na nią, aby odnaleźć swojego ukochanego psa-ochroniarza. Ten, o imieniu Spots, został wysłany na byłe śmietnisko jako pierwszy ze wszystkich zwierzaków. Spowodowane było to tym, że przed przypieczętowaniem ustawy był pupilem samego Burmistrza, a zarazem (i przede wszystkim) małego Atariego, który jest z politykiem spokrewniony. Jak dobrze wiemy, więź dzieci z czworonogami jest niebywale silna, co w tym przypadku doskonale obrazuje desperacki ruch młodzieńca.

Wyspa psów (7)
Źródło: filmweb.pl

Nieletni krewny Kobayashiego pomimo małego incydentu trafia na psią wyspę, gdzie natrafia na piątkę psików, które w filmie odgrywają wiodące role. Chief, Rex, King, Boss i Duke (w polskiej wersji z przetłumaczonymi imionami, choć nie jestem w stanie dokładnie ich przytoczyć, a nie chcę ryzykować drobnymi pomyłkami) są watahą z pewnymi nieporozumieniami w szeregach. Pomimo braku możliwości porozumiewania się z Atarim, szybko załapują w jakim celu chłopiec do nich trafił i ruszają na pomoc w odnalezieniu zagubionego psa.

Tak praktycznie w dużym skrócie przedstawia się pierwszych 15-20 minut seansu, jednak reszty nie będę przytaczać, abyście nie stracili przyjemności z obejrzenia „Wyspy psów” na własne oczy. Niemniej jednak gwarantuję, że warto wybrać się do kina i zobaczyć, jak dalej potoczą się losy głównych postaci oraz jak rozwiąże się cała napięta i dość kontrowersyjna postawa ludzi wobec psów.

Wyspa psów (8)
Źródło: filmweb.pl

Napisać mogę ogólnikowo, że fabularnie nie zobaczymy tutaj żadnych rewolucji i nowości. Jak w zdecydowanej większości filmów, w „Wyspie psów” śledzimy potyczkę między tymi nielicznymi reprezentującymi dobre i słuszne wartości a tymi, którzy prawnie dzierżą władzę i chcą wykorzystać ją do swoich indywidualnych celów. Jest to dobrze znana nam od lat koncepcja walki Dawida z Goliatem, jednak przyznać trzeba, że od równie długiego czasu świetnie sprawdza się na kinowych ekranach i lubimy oglądać, jak potencjalnie słabsi i bezbronni (będący nam bliżsi) postanawiają zawalczyć w imię dobra.

„Wyspa psów”, choć jest w stu procentach produkcją animowaną, nie zawodzi również na linii obsadowej. Swoich głosów postaciom użyczają liczni świetnie nam znani aktorzy prosto z Hollywood. Usłyszeć jest nam dane między innymi Edwarda Nortona („Podziemny krąg”, „The Incredible Hulk”), Billa Murraya („Dzień świstaka”, „Pogromcy duchów”), Jeffa Goldbluma („Jurassic Park”, „Thor: Ragnarok”), Frances McDormand (tegoroczną zdobywczynię Oscara za rolę pierwszoplanową w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri”), czy też Scarlett Johansson („Lucy”, „Avengers”). Ba, nieco linijek wypowie również Yoko Ono – żona samego Johna Lennona, która w filmie dubbinguje postać nazwaną jej imieniem. Cóż, wymieniać można by jeszcze dłużej, bo to chyba zaledwie połowa nazwisk, które najbardziej rzuciły mi się w oczy, a gdzie tu dopiero przytaczać pełną obsadę głosów.

Wyspa psów (9)
Źródło: abcnews.go.com

W każdym razie, jak da się wyczytać, w projekt Wesa Andersona zaangażowało się wielu znakomitych współczesnych aktorów, którzy na stałe zapisali się na kartach historii kina, a teraz do swoich dokonań dołożyli jeszcze cegiełkę z tak wyjątkowej i niezwykłej animacji.

Oprócz wspomnianej charakterystycznej stylistyce, interesującej fabule osadzonej w Japonii z niedalekiej przyszłości oraz gwiazdorskiej obsadzie użyczającej swoich głosów, „Wyspa psów” wybija się wysoko również dzięki świetnemu klimatowi, który panuje od początku aż do końca obrazu. A przez koniec rozumiem ostatnie sekundy napisów, bo również i podczas nich usłyszeć możemy znamienną dla japońskiej kultury muzykę, która na różne sposoby przewija się przez rozmaite sekwencje filmu. Ścieżka dźwiękowa wprowadza nas natychmiastowo do azjatyckiego świata, który pozostaje dla nas dość egzotyczny, ale zarazem interesujący i zachęcający do odkrycia.

Najnowszy projekt Wesa Andersona, na który przyszło czekać nam cztery lata, kompletnie nie zawodzi. Wypowiadają się o nim pozytywnie krytycy i recenzenci na całym świecie, a sami widzowie odwiedzający kina nie skąpią słów uznania. Nie wiem, jak długo „Wyspa psów” będzie wyświetlana w naszym kraju (w końcu nie jest to przynoszący zniewalające dochody blockbuster), ale jestem przekonany co do jednego. Wykorzystajcie fakt, że film miał swoją premierę zaledwie parę dni temu i zobaczcie go jak najszybciej, póki jest okazja. Żałować na pewno nie będzie, bo „Isle of Dogs” jest animowanym doznaniem, który nie często pojawia się w repertuarach powszechnie dostępnych multipleksów.

Moja ocena: 9/10

„Player One” – recenzja: Wirtualny skok w popkulturę

Wszystkim tym, którzy zastanawiają się nad odwiedzeniem kina ze względu na nowy film Stevena Spielberga, mówię od razu – idźcie. Naprawdę warto! Nie myślcie o tym więcej i najlepiej już teraz rezerwujcie bilety. Nawet jeśli „Player One” nie zachwyci Was tak samo, jak mnie, to na pewno będzie to doświadczenie warte wydania swoich pieniędzy i zobaczenia go na wielkim ekranie. Tak bardzo widowiskowe produkcje nie są wyświetlane zbyt często.

Player One - 1
Źródło: thepopbreak.com

Wiem, można odnieść inne wrażenie, gdy żyje się w czasach popularności komiksowych ekranizacji, fascynacji science-fiction i motywami futurystycznymi, ale jednak nie każdy film tego typu prezentuje aż tak wysoki poziom. A „Player One” jest ewenementem co najmniej ze względu na oprawę wizualną i dźwiękową. Strona techniczna wiesza poprzeczkę niezwykle wysoko, o czym warto przekonać się na własnej skórze.

Zacznijmy od postaw, czyli tego, skąd narodził się pomysł na obraz pochłaniający przy realizacji tak ogromne pieniądze. Ogromne, bo kosztował twórców aż 175 milionów dolarów. Jak okazuje się podczas seansu – fundusz ten nie poszedł na marne, bo od razu widać, dlaczego projekt wymagał aż tak zawrotnej sumy.

Player One - 2
Tak będzie wyglądał nasz świat, gdy my uciekać będziemy do wirtualnej rzeczywistości?
Źródło: filmweb.pl

Wszystko zaczęło się od bestsellerowej powieści autorstwa Ernesta Cline’a z 2011 roku. Ten literacki debiut amerykańskiego pisarza w mgnieniu oka stał się jedną z najlepiej sprzedających się książek o tematyce science-fiction i chyba tylko kwestią czasu było wykupienie praw do ekranizacji przez jakiegoś kinematograficznego molocha. Okazało się nim Warner Bros. Entertainment, które we współpracy z znakomitymi osobowościami świata filmowego, stworzyło naprawdę solidną i widowiskową produkcję.

Pieczę nad projektem objął wspomniany już Steven Spielberg, którego filmy znane są chyba wszystkim. Kultowy dorobek w postaci między innymi „Szeregowca Ryana”, „Listy Schindlera” i „Jurassic Park” musiał zaowocować wielkimi nadziejami wśród kinomanów. Opracowaniem scenariusza zajął się sam autor powieści, którego dzielnie wspierał Zak Penn – scenarzysta głównie komiksowych produkcji, jak „X-Men: Ostatni bastion” lub „The Incredible Hulk”. Także skoro wśród twórców znaleźli się wybitny reżyser i pisarz odpowiedzialny za bestseller sprzed kilku lat, to jak mogło pójść coś nie tak?

Player One - 3
Wirtualny świat OASIS to miejsce ucieczki od szarej codzienności.
Źródło: filmweb.pl

Ostatecznie okazuje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pod warunkiem, że na „Player One” udajemy się z odpowiednim nastawieniem. Chcąc rozerwać się przy efektownym filmie na wielkim ekranie, który będzie jak miód na nasze oczy i uszy. Spielberg tym filmem pokazuje, że nie zamyka się w sztywnych ramach i gotowy jest podjąć się różnej tematyki oraz tonu w swoich produkcjach. Jego obrazy stają się kultowe, niekiedy wyznaczają nowe ścieżki kultury popularnej, a jeszcze kiedy indziej korzystają z największych dogodności współczesnej technologii i robią wrażenie „wow”. Jego najnowszy film z pewnością idealnie wpasowuje się do trzeciej kategorii, a co do dwóch pierwszych – dopiero czas pokaże.

Zaczynam od audiowizualnych aspektów, bo te z pewnością najbardziej przebijają się przez wszystkie inne składowe filmu. CGI wykorzystane w „Player One” jest prawdopodobnie tym, na co obecnie maksymalnie stać twórców filmowych. Wyciśnięto z niego wszystkie możliwe soki, dzięki czemu ekran ocieka wygenerowanymi komputerowo elementami, które, jakby nie patrzeć, niemal w całości tworzą świat przedstawiony. Są tak skrupulatnie dopieszczone i jest ich tak dużo, że nic dziwnego, że produkcji pochłonęła aż taki budżet.

Player One - 4
Już pierwsze sceny „Player One” pokazują, na co poszła lwia część funduszu.
Źródło: filmweb.pl

Jednym może się to nie spodobać, a drugich zachwycać. Ja jestem wśród tych oczarowanych widzów, którzy większość seansu spędzili wbici w fotel ze szczęką na podłodze. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zaawansowanego i wyśmienicie wykorzystującego swoje możliwości CGI. A trzeba zaznaczyć, że takie jego użycie było koniecznie. Bez niego ten film po prostu nie mógłby istnieć.

Fabularnie „Player One” znacząco się nie wyróżnia. Co prawda przedstawia nam przyszłościowy świat, który wygląda zupełnie inaczej niż nasz obecny, ale wyłuskując z tego wszystkiego główne wątki, łatwo spostrzec, że to dość prosta i oklepana historia. Dostajemy zwykłego, przeciętnego i mało znaczącego w całym społeczeństwie protagonistę, który wraz z wąską grupą znajomych (poznanych wirtualnie) chce, jak wszyscy, wciąż udział w wielkim konkursie zapewniającym zwycięzcy dozgonną sławę i fortunę. Zaczyna jako zwykły szarak, jednak wraz z każdym kolejnym powodzeniem staje się coraz bardziej rozpoznawalny nie tylko przez współgraczy nierzeczywistego świata gier, ale i liczące się osobowości oraz korporacje chcące zagarnięcia jak największych wpływów na rynku technologicznym. A najwięcej pozostawia ich po sobie zmarły twórca OASIS – rewolucyjnego oprogramowania, które pozwala na wsiąknięcie do wirtualnej rzeczywistości, gdzie żaden człowiek nie ma limitów. I tak się składa, że to właśnie on jest organizatorem owego konkursu, a główną nagrodą jest przejęcie jego dorobku.

Player One - 5
Zakładasz gogle i już stajesz się swoim „lepszym” alter ego.
Źródło: filmweb.pl

Tak więc fabuła opiera się na klarownym wyselekcjonowaniu tych dobrych i tych złych, którzy chcą nawzajem powstrzymać się przed zagarnięciem wartościowego celu. Jedni najpierw dla dobra własnego (głównie finansowego) a później ogółu społeczeństwa, a drudzy wyłącznie dla czystych zysków i zdobycia monopolu na rynku.

Ten prosty motyw fabularny jest jednak wzbogacony o ogromnych rozmiarów wydmuszkę w postaci komputerowo wygenerowanego świata wirtualnego (choć temu realnemu z lat 40. obecnego wieku też nie brakuje CGI) oraz fantastycznych efektów specjalnych, które go dopełniają. W tym wypadku zanika gdzieś mieszane odczucie co do mało pomysłowej historii i po prostu zostajemy wciągnięciu do wytworzonego uniwersum niczym jego bohaterowie, gdy zakładają gogle OASIS. Film, krótko mówiąc, porywa, ciekawi i intryguje przede wszystkim tym, że nie wiadomo co za moment zobaczymy na ekranie, a spodziewać można się wszystkiego.

Player One - 6
Mająca potężne pieniądze korporacja IOI chce za wszelką cenę zwyciężyć.
Źródło: filmweb.pl

Łączny czas trwania „Player One” zdecydowanie przekracza dwie godziny emocjonującego i widowiskowego seansu, jednak nie będzie to żadną przeszkodą do wysiedzenia do samego końca, z czym można mieć w niektórych przypadkach problemy. Tutaj wsiąkamy do świata bohaterów z taką łatwością, że nim się obejrzymy, nadejdzie już kulminacyjna akcja, a zaraz po niej napisy końcowe. Gwarantuję, że wyjdziecie wówczas z kina z niedosytem, ale i spełnieniem jednocześnie.

Właśnie, jak mają się sprawy z postaciami? Jest to o tyle ciekawa kwestia, że każdego bardziej liczącego się bohatera możemy wyodrębnić na dwa sposoby – jako rzeczywistego oraz jego wykreowany awatar w wirtualnym świecie OASIS. Większości akcji filmu odbywa się właśnie w tej drugiej rzeczywistości, co świadczy o silnym nacisku kładzionym w tym uniwersum na wygenerowaną fikcję. Większość społeczeństwa posiada swoje drugie, „lepsze” ja w wirtualu, niedostrzegającym tym samym problemów, z którymi boryka się prawdziwy świat.

Player One - 7
W OASIS możesz być kim tylko chcesz!
Źródło: filmweb.pl

Często jednak przeskakujemy między jedną rzeczywistością a drugą, dzięki czemu odpowiednio poznajemy oba wcielenia każdego z bohaterów. Protagonistą historii jest Wade Watts, który godzinami przesiaduje w OASIS uciekając do codziennych trudów. W wirtualnym świecie cechuje się zawziętością i pewnością siebie, co sprawia, że faktycznie wierzy w zwycięstwo w konkursie zmarłego założyciela aplikacji. Z czasem poznajemy i innych graczy, którzy towarzyszą awatorowi Wade’a – Perzivalowi, w dążeniu do celu. Wśród nich wyróżniają się przede wszystkim do pewnego czasu tajemnicza Art3mis oraz najlepszy wirtualny przyjaciel protagonisty ukrywający się pod nickiem Aech. Po drugiej stronie barykady stoi zaś właściciel drugiej, zaraz po OASIS, największej firmy na rynku technologicznym – Nolan Sorrento. Zwycięstwo w konkursie jest dla niego niebagatelną okazją na zagarniecie cennych wpływów dla własnej korporacji.

Player One - 8
Wirtualna randka? Czemu nie. Na taką udają się Perzival i Art3mis – awatary głównych bohaterów filmu.
Źródło: filmweb.pl

Co do tych, jak i pozostałych kreacji, trzeba przyznać, że rozpisane są dość pobieżnie i powierzchownie. Niektóre cechy postaci są zbyt szablonowe lub nierealnie uwydatniane bądź idealizowane. To samo dotyczy ich wyglądów, pochodzenia lub codziennych kwestii, które w rzeczywistości nie mogłoby być tak proste i czarno-białe, jak przedstawia to film. Szukając dogłębnie rozpisanych profili bohaterów „Player One”, należałoby przede wszystkim sięgnąć po książkowy pierwowzór, bo najwidoczniej nie starczyło na to czasu w ekranizacji, a zarazem prawdopodobnie miałoby to zbyt małe znaczenie dla całego obrazu i odbioru przez widzów. Czasem należy z czegoś zrezygnować, aby zapewnić odpowiednią ilość miejsca dla priorytetów.

Nie ma jednak najmniejszych problemów z zaakceptowaniem postaci takimi, jakie są. Tych, których mamy polubić, szybko polubimy, a tym drugim jeszcze prędzej zaczniemy źle wróżyć. Również może to świadczyć o spłyceniu psychologicznej i ludzkiej strony filmu, jednak w produkcji, gdzie najważniejsza jest rozrywka i doznania płynące z ekranu, nie warto doszukiwać się głębi rodem z takich kultowych obrazów, jak „Milczenie” lub „Czarny łabędź”, które stoją mentalnością i charakterami bohaterów.

Player One - 9
Wade, na swoje szczęście, nie będzie musiał działać w pojedynkę.
Źródło: filmweb.pl

Na koniec to, o czym w przypadku „Player One” mówiło się, mówi i jeszcze długo będzie mówić, a więc bogactwo nawiązań do mniej lub bardziej współczesnej kultury popularnej. Już w samej fabule filmu ogromne znacznie ma termin „easter egg” oznaczający ukryte lub jawne odwołanie do konkretnych tworów masowych. A tego typu mrugnięć okiem do widza jest w filmie na pęczki. Niektóre wyeksponowane są aż nadto, jak na przykład ukazujące się na ekranie znane postacie z kreskówek lub gier komputerowych, albo gdy zostajemy wrzuceni do scenografii niemal żywcem wyjętej z kultowego „Lśnienia” z 1980 roku. Za to jeszcze więcej smaczków pozostaje na drugim a nawet trzecim planie, przez co często niemożliwe jest, aby wychwycić je wszystkie. „Player One” to skarbiec nawiązań do kultury, w której obecnie żyjemy, na tak ogromną skalę, jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyliście.

Player One - 10
Już w tym jednym ujęciu znajdzie się niezliczone nawiązania do popkultury.
Źródło: filmweb.pl

Oprócz wizualnych hołdów dla popularnych elementów współczesnej rozrywki, zapewniono nam także świetną oprawę muzyczną. Oczywiście usłyszymy dźwięki specjalnie skomponowane lub przerobione na rzecz filmu, jednak nieraz do naszych uszu dotrą kultowe utwory sprzed lat. I choć „Player One” osadzony jest w 2045 roku, to jak słychać – dobra muzyka nigdy się nie starzeje i obroni się w każdych realiach. Nawet w takich, gdzie prym wiedzie nowoczesna technologia i postępowość. Przykładami mogą być „Beds Are Burning” od Midnight Oil lub „Wake Me Up Before You Go-Go” zespołu Wham!.

Cały ten popkulturalny ukłon jest tym, czego naprawdę było potrzeba wszystkim miłośnikom rozrywki. Kinomanom, fanom muzyki, graczom, czy też molom książkowym. „Player One” oferuje nam dużo dobroci, które uszczęśliwią nasze oczy, uszy i duszę. A całą tę geekowską oprawę łączy z najbardziej zaawansowanymi możliwościami realizacyjnymi we współczesnej kinematografii oraz fabułą, o której zdania można mieć różne, ale na pewno trzeba przyznać, że wciąga i angażuje emocjonalnie.

Player One - 11
Kto stanie się spadkobiercą OASIS?
Źródło: filmweb.pl

Najnowszy projekt Stevena Spielberga po prostu mnie urzekł. Ze względu na postacie lub historię raczej nie zostanie okrzyknięty kultowym, ale zdecydowanie zapisze się jako rewolucyjny film w kategoriach wizualnych i dźwiękowych. To właśnie przepych bijący z ekranu i głośników jest tym, co definiuje „Player One”.

Moja ocena: 9/10