„Jak wytresować smoka 3” – Dość przewidywalne, ale ściskające za serce zakończenie historii

Szybką opinię na Filmwebie tuż po seansie ostatniej części smoczej trylogii ubrałem następujące słowa: „Top 3 pełnometrażowych animacji: Cała trylogia ‚Jak wytresować smoka’.”. Dla wielu może być to kontrowersyjne stwierdzenie, jako że przez dziesiątki lat powstało mnóstwo filmów animowanych, które do dzisiaj brylują w ścisłej czołówce kinowych pozycji. Szczególnie mam tutaj na myśli disneyowskie perełki pokroju „Króla Lwa”, jak i współczesne fenomeny typu „Kraina lodu” lub „Zwierzogród”. Jednak moje zafascynowanie produkcją DreamWorks nie wzięło się znikąd.

Seria „Jak wytresować smoka” to najlepsze, co mogło spotkać tę wytwórnię. Już pierwsza część osiągnęła globalny sukces i zdołała przebić się do mainstreamu. Istnieją nadal osoby, które nie kojarzą przeuroczego Szczerbatka i jego właściciela Czkawki? Animacja szybko podbiła serca widzów, przez co druga, a obecnie nawet trzecia odsłona przygód, ściągały do sal kinowych tłumy dzieciaków i dorosłych.

Jak wytresować smoka 3 (1)
Gotowi na kolejną przygodę człowieka i smoka?
Źródło: filmweb.pl

Od premiery pierwszego „poradnika do wychowywania fikcyjnych stworzeń” minęło już bowiem całe dziewięć lat, więc niejeden młodociany mógł w tym czasie ukończyć osiemnastkę, jak nie więcej. A niemożliwe jest, by nie być zainteresowanym kolejnymi losami ukochanych bohaterów, których poznało się jeszcze w 2010 roku. Tym bardziej, że zaledwie parę dni temu do kin weszło głośne zwieńczenie całej opowieści.

Oryginalna i przepiękna stylistycznie animacja, czasem głupawe, jednak niemal zawsze trafione poczucie humoru oraz niebanalne zobrazowanie więzi między ludźmi a smokami, połączone z dużą dozą wyobraźni, sprawiły, że do dzisiaj „Jak wytresować smoka” jest moją ulubioną pozycją wśród wszystkich pełnometrażowych animacji. I uważam, że długo nic tego nie zmieni. O ile w ogóle kiedyś do tego dojdzie!

Jak wytresować smoka 3 (2)
Udało się przekonać mieszkańców Berk do życia ze smokami, ale to nie koniec problemów.
Źródło: filmweb.pl

W najnowszej części, owianej podtytułem „The Hidden World”, wszystkich wymienionych aspektów również nie brakuje. Twórcy filmu przez lata doskonale zdali sobie sprawę, za co rzesze kinomaniaków uwielbiają smoczą serię, dlatego też po raz ostatni postanowili dostarczyć nam wszystkie najlepsze elementy składanki z podwójną siłą rażenia.

Zaczynając od ludzkich postaci, każdemu postarano się oddać jak najwięcej ekranowego czasu, który mniej lub bardziej został odpowiednio wykorzystany. Niezbyt zdrowe na umyśle rodzeństwo Szpadka i Mieczyk po raz kolejny bujają w obłokach zaniżając średni poziom inteligencji wszystkich mieszkańców wyspy Berk, przy czym nie stronią od wzajemnego obrzucania się obelgami. Typowe, kochające się na zabój bliźniaki.

Jak wytresować smoka 3 (3)
Na ekran powracają oczywiście wszyscy członkowie Jeźdźców Smoków.
Źródło: filmweb.pl

Dość po macoszemu potraktowano paru innych bohaterów – Sączysmarka, Śledzika, czy poznanych we wcześniejszej części serii Valkę (matkę Czkawki) oraz Ereta (niegdyś wroga, a teraz sprzymierzeńca smoków). Ich wątki raczej zepchnięte są na dalszy plan, a pojawiając się na ekranie stanowią raczej źródło głupkowatych żartów sytuacyjnych, które czasem potrafią rozbawić, a kiedy indziej nie wywołują nawet lekkiego uniesienia kącika ust. Nie zmienia to jednak faktu, że postacie te są na tyle obecne w opowiadanej historii, że nie zapominamy o ich istnieniu i faktycznie kibicujemy im w trakcie każdej kolejnej potyczki z nieprzyjaciółmi.

Mam jednak wrażenie, że twórcy animacji woleli nieco więcej czasu podarować parze głównych ludzkich bohaterów, a więc samemu Czkawce i jego partnerce Astrid. W „Jak wytresować smoka 2”, choć mieli swoje momenty, ich wątek miłosny nie był uwydatniany tak, jak tym razem. Co jest oczywiście zmianą na plus, ponieważ pozwoliło to na wplecenie motywu ślubu, którego, jakby nie patrzeć, fani oczekują przed ostatecznym zamknięciem trylogii. Astrid w filmie pełni niezwykle ważną rolę motywującą dla Czkawki, którego osobowość, jak wszyscy dobrze wiemy, jest pełna wątpliwości. Dzięki dzielnej i odważnej dziewczynie jest jednak w stanie nad wszystkim zapanować i zmierzyć się z odpowiedzialną funkcją nowego wodza Berk.

Jak wytresować smoka 3 (4)
Relacja Czkawki i Astrid zostaje wystawiona na poważną próbę.
Źródło: filmweb.pl

Co by jednak nie mówić na tematy międzyludzkich relacji w „Jak wytresować smoka 3”, nadal na pierwszy plan wysuwa się więź dorosłego już Czkawki ze swoim smokiem Szczerbatkiem. Jest to coś, co zobaczyć chcą wszyscy fani wybierający się na seans do kina. Ponowne ujrzenie potężnej, ale i niezwykle urokliwej Nocnej Furii. A fakt, że już w zapowiedziach zdradzono nam jeden z głównych wątków filmu – zaloty Szczerbatka do napotkanej białej smoczycy, sprawił, że jeszcze nigdy tak niecierpliwie nie oczekiwało się na nową część jakiejkolwiek animowanej serii.

Jak się w praktyce okazuje – warto było tuptać nogami. Szczerbatek, jak już ma w zwyczaju, kompletnie pochłania serca widzów swoją rozbrajająca osobowością. Gdy miejsce ma sytuacja poważna i tylko Nocna Furia jest w stanie nad nią zapanować, to robi to bez problemu, jako że zdążył już zdobyć miano Smoczego Króla. Jednak dla kontrastu w „czasie wolnym” od widowiskowych potyczek z nieprzyjaciółmi, Szczerbatek zamienia się w urokliwe i potulne stworzenie o zwyczajach żywcem zaczerpniętych od kotów lub psów. Aportowanie metalowej, sztucznej nogi Czkawki? Świetna zabawna! Pomrukiwanie niczym rasowy kocur? Też się znajdzie. Nocna Furia, choć pozostaje smokiem mającym potężną moc, to jednak swoją osobowością sprawia, że chyba każdy chciałby mieć takiego pupila na wyłączność. Dodajmy do tego jeszcze przezabawne gagi podczas flirtowania z napotkaną Białą Furią, a otrzymamy naprawdę poruszającą, komediową kreację najwyższych lotów.

Jak wytresować smoka 3 (5)
Na to czekali wszyscy fani. Czy Szczerbatek też znajdzie swoją drugą połówkę?
Źródło: filmweb.pl

Coś, o czym warto wspomnieć i co mi bardzo się spodobało podczas seansu, to widoczne zazębianie się fabuł smoczej trylogii. W szczególności z częścią drugą. Wraz z nowym czarnym charakterem – Grimmelem, powraca wątek łowców, a więc ugrupowania mającego na celu schwytanie wszystkich żyjących smoków. Jak się okazuje wbrew poprzedniej odsłonie, pokonany Drago przewodzący łowcom wcale nie był największym zagrożeniem, z którym mogli spotkać się mieszkańcy Berk. Nawet tropiciele smoków zachowują wielką ostrożność względem najbardziej nieposkromionego pogromcy latających stworzeń – wspomnianego Grimmela.

Wytłumaczone zostaje, że Drago i jego grupa mieli na celu wyłącznie kolekcjonowanie różnych gatunków smoków. Za to nowo przedstawiony siwowłosy złoczyńca po prostu chce je wszystkie zgładzić. Tak więc Czkawka i reszta Jeźdźców stają przed poważnym zagrożeniem, tym bardziej, że głównym celem Grimmela staje się Szczerbatek – jedyna Nocna Furia, która nie została jeszcze przez niego zamordowana.

Jak wytresować smoka 3 (6)
Nowy czarny charakter faktycznie jest najniebezpieczniejszym z dotychczasowych, jednak czuć pewne znużenie tą samą koncepcją.
Źródło: filmweb.pl

Jakby nie patrzeć, wątek fabularny dość ściśle pokrywa się ze scenariuszem „Jak wytresować smoka 2”, co najprawdopodobniej jest największą wadą zakończenia trylogii. Postanowiono pójść o krok dalej i zamiast zagrożenia w postaci więżenia smoków, mamy tu do czynienia z ich zgładzeniem. Nie ma co ukrywać, jak na zwieńczenie historii jest to bardzo poważne i kulminacyjne niebezpieczeństwo, jednak tak naprawdę sam pomysł nie jest zbyt oryginalny i wychodzący poza schematy. Po raz kolejny Czkawka i Szczerbatek muszą mierzyć się ze złoczyńcom o kompletnie odmiennych poglądach, co wiąże się z zabawą w kotka i myszkę, którą przerabialiśmy już pięć lat temu przy drugiej odsłonie serii.

Nieco ten mało pomysłowy scenariusz ratuje wątek tytułowego „Hidden World”, do którego chcą zmierzać bohaterowie. Już na początku filmu dowiadujemy się, że odkąd mieszkańcy wyspy Berk przygarniają napotkane smoki, wioska zaczyna nie radzić sobie z przeludnieniem. W efekcie kilku retrospekcji, w których mamy okazję zobaczyć i usłyszeń świętej pamięci Stoika – ojca Czkawki, mieszkańcy pod namową głównego bohatera serii postanawiają pozostawić swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania i odnaleźć ukrytą krainę, w której smoki i ludzie mogliby egzystować ze sobą bez żadnych zmartwień. Problemy są dwa – nie wiadomo, gdzie owa kraina się znajduje oraz czy w ogóle istnieje.

Jak wytresować smoka 3 (7)
Niewielka wyspa Berk już nie wystarcza dla wszystkich Wikingów i ich smoków.
Źródło: filmweb.pl

Nowej części „Jak wytresować smoka” na pewno nie brakuje tego, co zawsze fanów zachwycało. Stąd też jestem przekonany, że każdy miłośnik opowieści będzie się świetnie bawił na seansie „The Hidden World”. Wizualnie film nadal potrafi cieszyć oczy, w szczególności podczas jednej ze scen mniej więcej w połowie emisji. Nie można zarzucić twórcom braku wyobraźni i fantazji, jako że potrafią wykreować naprawdę bajeczne, kolorowe i zapierające dech w piersiach lokalizacje, które na wielkim ekranie ogląda się z radością kilkuletniego dziecka.

Warte nadmienienia są również dopracowane detale, które rzucają się w oczy przede wszystkim przy zbliżeniach na bohaterów. Łuski Szczerbatka pięknie mienią się w padających promieniach słońca, a u Czkawki zauważyć można nawet lekko powiewający na wietrze niezbyt gęsty zarost. Choć są to szczegóły, bez których film pewnie nie straciłby na ogólnej wartości, to jednak tego typu dopracowanie widoczne na wielkim ekranie jest godne spostrzeżenia i docenienia.

Jak wytresować smoka 3 (8)
Seria „Jak wytresować smoka” od zawsze potrafiła wizualnie nacieszyć oko.
Źródło: filmweb.pl

Na koniec należy napisać coś jasno i klarownie. Finał filmu jest tym, czego wszyscy oczekiwaliśmy i na co faktycznie zasłużyliśmy, jako wielomilionowi fani serii. Poza falami śmiechu przy paru komediowych scenach, niektórzy mogą obejść się bez żadnych zauważalnych odczuć emocjonalnych. Wszystko jednak zmienia się kompletnie przez zwieńczenie historii w ostatnich kilkunastu minutach, które naprawdę robi robotę.

Oczywiście nie chcę Wam opisywać tego, co wówczas się dzieje. To po prostu trzeba zobaczyć samemu, aby nie zepsuć sobie fantastycznych doświadczeń, na które wiernie czekaliśmy od premiery pierwszej części „Jak wytresować smoka”. W każdym razie przygotujcie się na łzy napływające do oczu z naprawdę skrajnych powodów. Najpierw doznać musimy wzruszenia spowodowanego najczystszym smutkiem, aby ostatecznie jeszcze bardziej docenić emocjonalny motyw więzi przyjaźni skrupulatnie budowany na przestrzeni wszystkich trzech filmów.

Jak wytresować smoka 3 (9)
Jak zakończy się fantastyczna przygoda tej dwójki?
Źródło: filmweb.pl

Moje oczy autentycznie stały się bardziej wilgotne, gdy w pełni przyswoiłem sobie myśl, że oglądam właśnie ostatnie sceny zamykające całą opowieść. Czy było to spowodowane moją wyjątkową sympatią skierowaną do tego dzieła wytwórni DreamWorks? Po części prawdopodobnie tak, bo w końcu twórcy na przez lata budowali związek widza z bohaterami serii. Jednak i oni stanęli na wysokości zadania pod względem scenariuszowym i technicznym w kontekście finałowych scen. Musieli mieć świadomość tego, że tych ostatnich kilkanaście minut jest wyczekiwane od lat przez miliony widzów, a potem na wiele kolejnych zostanie przez nich zapamiętane i przywoływane na myśl o tej animacji.

Reasumując, jeśli szukacie opinii na temat ostatniej części smoczej historii, która zachowa jak najwyższy poziom obiektywizmu, to raczej nie jest to ten tekst. Ale nic na to nie poradzę. Od bardzo dawna powtarzam, że filmy o losach Czkawki i Szczerbatka są moimi ulubionymi animacjami i zdania nie zmieniam. Choć świadom jestem, że nie jest to produkcja doskonała, szczególnie pod względem dość przewidywalnego scenariusza, to jednak nawet takie potknięcia jestem w stanie wybaczyć. I mam nadzieję, że Wy, podczas seansu w kinie, również będziecie się świetnie bawić.

Moja ocena: 9/10

Reklamy

„Jurassic World: Upadłe królestwo” – Poskramiając matkę naturę

Dokładnie trzy lata temu miejsce miał wielki powrót najpopularniejszej serii filmowej o dinozaurach w historii kina. Jakiegokolwiek zdania nie miałoby się na ten temat, „Jurassic World” okazał się kasowym przebojem, zajmując obecnie piątą pozycję na liście światowego Box Office’a. Tak imponujący wynik musiał oznaczać jedno – przygotowania do kolejnej odsłony franczyzy. I choć pewnie takie plany mieli w głowach twórcy jeszcze przed rozbiciem banku, finansowy sukces dał ostateczne zielone światło nowej produkcji.

Nie trzeba chyba zbytnio przypominać, że najnowsze filmy z dinozaurami w rolach głównych to kontynuacja kultowej już trylogii wyreżyserowanej przez Stevena Spielberga w latach dziewięćdziesiątych. Jej fenomen wziął się przede wszystkim z widowiskowego podejścia jak na ówczesne czasy, zważywszy też na to, że technologia komputerowa nie stała wtedy na tak wysokim poziomie jak obecnie. „Jurassic Park” zrobił wówczas ogromne wrażenie na widzach z całego świata i do dziś chętnie się do niego powraca. Ale ponad dwie dekady od premiery pierwszej części serii to w kinematografii kawał czasu, jeśli pod uwagę weźmiemy rozwój techniki (a w szczególności lubianego lub nie CGI).

Studio Universal Pictures chciało na nowo wznieść franczyzę na wyżyny i dostosować ją do dzisiejszego widza, który przywykł do jeszcze bardziej zapierających dech w piersiach efektów specjalnych. Stąd też nie zabrakło ich w „Jurassic World” z 2015 roku. Teraz, po trzech latach, swoją premierę ma druga odsłona nowego cyklu i wraz z nią niosę dla niektórych dobre, a dla innych złe wieści. Zależy, po której stronie barykady stoicie.

Upadłe królestwo 1
Źródło: filmweb.pl

Jeśli przywykliście do komputerowo generowanej rzeczywistości w kinie rozrywkom i nie sprawia Wam ona żadnych problemów – „Upadłe królestwo” z pewnością trafi w Wasze gusta. Jeżeli jednak stronicie od tego typu środków i już przy odsłonie z 2015 roku narzekaliście na nadużycia – zawiedziecie się, bo tutaj jest ich jeszcze więcej. I w sumie nie wiem, czego innego można by się spodziewać. Współczesne blockbustery po prostu stoją CGI. Fabuła może być miałka lub odkrywcza, bohaterowie płascy bądź świetnie rozpisani, jednak użycie komputerowych efektów prawdopodobnie nigdy nie zejdzie na margines. Filmy albo używają ich tyle, na ile tylko fundusze pozwalają, albo wcale.

„Jurassic World: Upadłe królestwo” to nic innego, jak jeden z topowych tegorocznych blockbusterów na lato. Pójdą na niego tłumy, bo wszyscy dobrze wiemy, z czym to się je. Jest akcja, na ekranie dzieje się dużo, dinozaury wyskakują co chwilę lub dwie, a my po prostu dobrze się bawimy. Dla tych, którzy idą do kina po głębsze i bardziej emocjonalne przeżycia na pewno również nie zabraknie tytułów, z których można by wybierać. Jeśli jednak swoich dwadzieścia złotych wzwyż wolicie przeznaczyć na masową rozrywkę – nowy epizod omawianej franczyzy będzie wyborem co najmniej dobrym.

Upadłe królestwo 2
Źródło: filmweb.pl

Mogę za to spłonąć w piekle, ale nie jestem jakimś dużym fanem oryginalnej trylogii Spielberga. Zdaję sobie sprawę, jaki wkład miała ona w rozwoju współczesnego kina, jednak wszystkie te filmy przemówiły do mnie na poziomie „niezłe, ale to tyle, co mogę stwierdzić”. Jak jest z najnowszymi częściami? Na „Jurassic World” trzy lata temu bawiłem się świetnie. Oczekiwań nie miałem dużych, a dostałem coś, co lekko je przekraczało, więc wyszedłem z sali w pełni zadowolony. Rewolucji nie było, jednak w kategorii filmów rozrywkowych, obraz nie wypadł blado.

Co z „Upadłym królestwem”? Jest dosłownie identycznie. Również momentami z zapartym tchem śledzimy wartką akcję, która do cna wypełniona jest wybuchami, pościgami, chowaniem się i przeszywającymi rykami dinozaurów. To wszystko można było zobaczyć już w zwiastunie, a podczas dwugodzinnego seansu jest tego po prostu jeszcze więcej.

Upadłe królestwo 3
Źródło: filmweb.pl

Każdy, kto oglądał trailer, świadom jest tego, co ujrzy na ekranie. Główni bohaterowie wracają na wyspę zamieszkaną przez prehistoryczne stworzenia, które w ostatniej części zdołały uwolnić się spod jarzma człowieka i kompletnie zdewastować utworzony tam park rozrywki. Choć mogłoby wydawać się, że dinozaury na wolności będą mogły w końcu spokojnie egzystować, to okazuje się, że czas nie jest dla nich łaskawy. A jeśli szukać mamy konkretnego winowajcy, to jest nim wulkan ulokowany na ich wyspie, który po latach drzemania zaczyna się uaktywniać. Erupcja jest już tylko kwestią czasu, a wśród najważniejszych głów Stanów Zjednoczonych pojawia się dylemat – narażać się na niebezpieczeństwo próbując ocalić bezbronne stworzenia, czy może zdać się na wolę matki natury i pozwolić im wyginąć?

Więcej niż tych kilkanaście pierwszych minut filmów zdradzać nie chcę, jednak wystarczą, aby stwierdzić, że podobnego scenariusza w względnie bogatej już serii „Jurassic Park” do tej pory nie uświadczyliśmy. W pewnym stopniu jest to bezpośrednie odniesienie do teorii, która sugeruje, że to erupcje wulkaniczne i ruchy sejsmiczne były odpowiedzialne za wymarcie prehistorycznych kręgowców (nie wdając się w szczegóły, czy faktycznie tak to było). Można by stwierdzić, że nie ma w tym nic odkrywczego, jednak tę formę w bardzo zgrabny sposób przekształcono na nieco futurystyczne realia uniwersum franczyzy. Raczej nikt nie powinien odnieść wrażenia, że w głównym, ogólnym wątku fabularnym jest coś wymyślonego na siłę i nielogicznego (z małymi, filmowymi przymrużeniami oka, rzecz jasna).

Upadłe królestwo 4
Źródło: filmweb.pl

Choć później historia raczy nas mniej lub bardziej oczywistymi zwrotami akcji i raczej stąpaniem do gruncie przez lata sprawdzonym przez kino tego gatunku, to wciąż seans daje sporo satysfakcji i rozrywki pod warunkiem, że do sali wchodzimy z odpowiednim podejściem. Nieraz przyjdzie nam zobaczyć sensacyjne czyny bohaterów, które w rzeczywistych okolicznościach po prostu nie mogłyby mieć miejsca (w tym miejscu szczególnie słowa kieruję do postaci małej dziewczynki, która odwagą przyćmiewa niejednego superbohatera z krwi i kości). Ale takie jest już kino akcji.

Kultowym przykładem opisującym niemal wszystkie filmy gatunku jest naganne chybianie antagonistów do bohatera wiodącego (shame on you, Stormtroopers!), gdy on sam potrafi znokautować dziesiątki wrogów. Przełożenie tego na „Jurassic World: Upadłe królestwo” jest proste – będąc w głównej obsadzie, a szczególnie po tej dobrej stronie, masz najzwyczajniej większe fory. Na szczęście scenarzyści nie poszli aż tak w skrajność i dali ku temu parę wyjątków, o których przekonacie się sami. Teraz wiecie jedynie, że kreacje Chrisa Pratta lub Bryce Howard są ze stali, ale wciąż posiadają swoje słabe punkty. Dobrze wybrnąłem z balansowania na granicy spoilerów?

Upadłe królestwo 5
Źródło: filmweb.pl

Skoro już tyle o postaciach mowa – twarze te już świetnie znamy z odsłony sprzed trzech lat. Powraca żyjąca losem dinozaurów Claire, która śledząc na bieżąco rozmowy rządu dotyczące ratunku stworzeń, w końcu sama postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Za to Owen preferuje zwolnienie tempa swojego życia po incydentach z parku rozrywki, w którym niegdyś pracował. Jednak, co oczywiste, na potrzeby fabuły ich losy i tak się splatają. Spore role odgrywa w całości także kilkunastoletnia Maisie, koledzy po fachu Claire – Zia oraz Franklin, a także Eli Mills i Gunnar Eversol. Więcej napisać nie mogę w trosce o bezspoilerową formę tych wywodów.

W aktorstwie Chrisa Pratta jestem zadurzony od dawna. Nie zaskoczy fakt, że najbardziej dzięki roli Petera Quilla w „Strażnikach Galaktyki” i „Avengers: Wojnie bez granic”, ale świetne kreacje przedstawił również w „Her” z 2013 roku lub „Pasażerach” sprzed dwóch lat. Za to zdecydowanie gorzej wypada druga główna protagonistka – Bryce Dallas Howard wcielająca się w Claire. W pierwszej części zasłynęła niewyobrażalną umiejętnością zachowania równowagi na wyboistych terenach wyspy w swoich… długich szpilkach. Tym razem postawiła na płaskie podeszwy, jednak moim zdaniem nie spróbowała naprawić swojej mimiki twarzy i wczucia się w rolę. Albo to tylko moje błędne spostrzeżenia, albo faktycznie coś jest nie tak z tym, że niemal w każdej scenie wygląda na zatroskaną, pełną żalu lub z łzami napływającymi do jej oczu. Fakt – kto nie biadoliłby nad swoim losem, gdy w pobliżu grasowałyby dinozaury, ale to zupełnie nie w tym sens. Jakoś w swoim epizodzie „Czarnego lustra” nie wywołała u mnie takich negatywnych obserwacji.

Upadłe królestwo 6
Źródło: filmweb.pl

Trudniej jest mi jednak ocenić ścieżkę dźwiękową do „Upadłego królestwa”. Usłyszymy tutaj nieco kultowych motywów przewodnich całej serii, ale poza nimi rządzą tu przede wszystkim odgłosy natury i bezlitośnie głośne ryki dinozaurów. Jestem niemal pewien, że przy co najmniej paru scenach wrzaski te były słyszalne w sąsiadujących salach bądź na zewnątrz kina. Jeśli nie – szacunek dla Cinema City za powalającą moc ich ścian w tłumieniu dźwięków. Jednak te przeszywające efekty dźwiękowe i znikoma muzyka z pewnością nie działają na niekorzyść filmu, bo czego innego oczekiwać od blockbustera z potężnymi prehistorycznymi stworami? Musi być hałas, muszą ryczeć, a momentami nieodłącznym elementem scen jest błoga cisza, która tak naprawdę zwiastuje nadejście czegoś dużego.

Gdzieś w pierwszych akapitach stwierdziłem, że „Upadłe królestwo” jest niemal identyczne do części z 2015 roku. Tutaj rodzi się pytanie – czy to dobrze? Z jednej strony znaczyłoby to, że udając się do kina i poświęcając swój czas oraz pieniądze nie doświadczymy niczego nowego i obejrzymy film bardzo podobny do poprzedniego. Coś w tym jest, bo rewolucji kinematograficznych tu nie ma. Twórcy raczej kierują się sprawdzonymi i pewnymi ścieżkami, które zagwarantują satysfakcję u stałych widzów i być może zadowolenie u zupełnie nowych. Natomiast próżno tu szukać powiewu świeżości, jakim dał się nam zachłysnąć Spielberg w swojej trylogii sprzed dwudziestu lat. Jednak były to inne czasy i realia, co koniecznie trzeba mieć na uwadze.

Upadłe królestwo 7
Źródło: filmweb.pl

Druga strona medalu jest jednak taka, że „Jurassic World” z 2015 roku sprawdziło się, zarobiło masę pieniędzy i otrzymało oceny co najmniej dobre. Daje więc to pewne poręczenie, że i tym razem trudno będzie się zawieść. Na ekranie bowiem ujrzymy to, co ujrzeć mamy. Rozrywkowe kino z dinozaurami obrzucone płachtą wartkiej akcji, nieco większej brutalności niż ostatnio i solidnej dawki CGI. Fanom z pewnością się to spodoba, a pozostałym przyjdzie po prostu pogodzić się z tym faktem i w najgorszym wypadku nie obejrzeć przyszłych odsłon. A te i tym razem są raczej kwestią czasu.

Moja ocena: 7/10

„Wyspa psów” – Naturalistyczny obraz więzi człowieka z psem

Amerykański reżyser Wes Anderson postanowił nie walczyć z czasem i poświęcił go na zrealizowanie kolejnego filmu tyle, ile tylko było potrzebne. Ostatnia jego produkcja sprzed czterech lat – „Grand Budapest Hotel”, została ozłocona licznymi cennymi nagrodami branży filmowej, jak przede wszystkim czterema Oscarami, w tym za najlepszą muzykę oryginalną oraz kostiumy. Nie dziwi więc fakt, że o Andersonie zrobiło się głośno mimo jego dość kontrastowej działalności.

Wyspa psów (1)
Źródło: filmweb.pl

Skąd takie określenie? Z jednej strony w reżyserii siedzi już względnie długo, bo od 1994 roku, kiedy to zadebiutował z krótkometrażówką „Bottle Rocket”, a po niej przyszła pora na półtoragodzinny obraz obarczony tym samym tytułem. Wynika z tego, że filmami zajmuje się już od dobrych 24 lat, jednak jego dorobek liczy sobie „zaledwie” dwanaście pozycji.

Jasne, można stwierdzić, że to przecież nie jest tak mała liczba, jednak trzeba mieć na uwadze fakt, że trzy z nich to kilkunastominutowe produkcje, a w przeciwieństwie do wielu innych współczesnych cenionych reżyserów, Amerykanin nie działa hurtowo. I chwała mu za to, bo dzięki temu zdołał wyrobić swoją indywidualną i charakterystyczną pozycję, a coraz to nowsze tytuły okazują się być co najmniej naprawdę dobre.

Wyspa psów (2)
Źródło: qz.com

Najnowsza „Wyspa psów” nie jest pierwszym zetknięciem się reżysera z animacją. Najpierw swoich sił spróbował dziewięć lat temu, gdy premierę miał „Fantastyczny Pan Lis”, który po dziś dzień uchodzi za jedną z najlepszych familijnych propozycji nowego stulecia. Widać jednak wyraźnie, że miniony czas wiele wniósł do świata filmów animowanych oraz samego doświadczenia nabranego przez Andersona, bo jego świeży projekt idzie co najmniej o kilka kroków dalej na różnych możliwych płaszczyznach.

Każdy, kto przepada za twórczością Amerykanina, na pewno przez co najmniej ostatnich kilka miesięcy z zapartym tchem śledził poczynania względem „Wyspy psów”, a co za tym idzie – wszelkie zapowiedzi premiery. Pierwszy oficjalny zwiastun pojawił się jeszcze we wrześniu zeszłego roku i na dobrą sprawę był pierwszym porządnym przybliżeniem tego, czym właściwie będzie film, który obecnie wyświetlany jest już w polskich kinach.

Nie było żadnej wątpliwości, że twórcy zdecydowali się położyć spory nacisk na specyficzny i wyróżniający się styl animacji. Nie jest to nic, co znamy z Disneya czy DreamWorksa, jako że nasze oczy zostają uraczone techniką poklatkową. I choć metoda ta jest obecna w kinematografii od dziesiątek lat, to mimo to wciąż za każdym razem docenia się jej porządne i skrupulatne wykonanie. A tego ująć „Wyspie psów” nie można, bo naprawdę została zrealizowana z najdrobniejszą szczegółowością i jak najbardziej możliwą ambicją. Przez cały półtoragodzinny seans widać, że ludzie odpowiedzialni za wizualną stronę przedsięwzięcia nie szli ani razu po najniższej linii oporu dostarczając nam poklatkową animację najwyższych lotów.

Dostrzec to można przede wszystkim na przykładach głównych bohaterów, a więc zarówno ludzi, jak i przede wszystkim psów, których wygląd został pieczołowicie zaprojektowany z dbałością o najmniejsze detale. Czym byłby psiaki bez powiewającego na wietrze futra lub najdrobniejszych ran odniesionych na swoich ciałach musząc dzień w dzień stawiać czoła dzikiemu życiu na wygnaniu?

Wyspa psów (3)
Źródło: filmweb.pl

To postacie wyraźnie grają tu pierwsze skrzypce, stąd też tło zostało zepchnięte do roli… tła. I choć brzmi to kuriozalnie, to faktycznie najlepiej opisuje to, co przedstawia film. Plener większości scen nie jest wielce rozbudowany i zarazem przytłaczający, jednak nadaje to całości odpowiedniego klimatu i przede wszystkim nie odwraca naszego wzroku od rzeczy najważniejszych. Wciąż nie ma jednak problemu z rozpoznawaniem lokalizacji (nawet na tytułowej wyspie, której to otoczenie stanowią rozległe pustkowia), a niekiedy ich ubogość daje nam sporo informacji co do tego, w jakiej sytuacji znajdują się aktualnie bohaterowie i jaka atmosfera wśród nich panuje.

Aspekt wizualny „Wyspy psów” automatycznie wysuwa się przed szereg pozostałych kwestii wartych kilku słów. Wiedząc już, w jakim stylu zrealizowano opowieść, warto wyjaśnić nieco, o co w niej tak właściwie chodzi. Wiemy tyle, że przede wszystkim śledzimy poczynania ludzkich mieszkańców kraju azjatyckiego (a dokładniej Japonii) oraz miejscowych psów. Mowa jest też nieraz o drugich z dwóch najpopularniejszych zwierzaków domowych – kotach, choć te odgrywają tutaj drugoplanową rolę.

Wyspa psów (4)
Źródło: filmweb.pl

Mógłby nie zgodzić się z tym główny antagonista filmu – Burmistrz Kobayashi, który, jak każde pokolenie jego rodu, wprost wielbi kociaki i tym samym jest wrogo nastawiony wobec psów. Jednak nie jest to niechęć typu „nigdy nie pogłaskam żadnego z tych pchlarzy, a tym bardziej ich łapa nigdy nie postanie w progach mojej rezydencji”. Facet uważa psy za problem najcięższej wagi, argumentując go między innymi wymykającą się spod kontroli stale rosnącą populacją. Twierdzi, że należy pozbyć się każdego z tych zwierzaków zamieszkujących fikcyjną prefekturę Megasaki, w której Burmistrz dzierży władzę, a jedynym sposobem na to jest wygnanie ich na opustoszałą wyspę znajdującą się kilka kilometrów w głąb oceanu. Żeby było jeszcze zabawniej – ów teren to wypełnione po brzegi wysypisko śmieci, a pomysł Kobayashiego popiera zdecydowana większość mieszkańców okręgu miasta.

Wyspa psów (5)
Źródło: filmweb.pl

Już w samym prologu filmu (który został podzielony na kilka części, ale nie będę nawet zdradzał ile konkretnie – przekonajcie się sami) widzimy, jak plan Burmistrza natychmiastowo wchodzi w życie, a psy raz po raz transportowane są na pustkowia sąsiedniej wysepki. Tam muszą porzucić swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i stać się dzikie. Łączyć w watahy, walczyć o każdy, nawet najbardziej obrzydliwy pokarm i nie dać się zagryźć przez wrogie ugrupowania.

W dodatku wśród mieszkańców japońskiej prefektury rozniosła się informacja o rozprzestrzeniającej się psiej grypie, która na chwilę obecną dotyka jedynie zwierzaki, ale ma również prawdopodobieństwo zaatakowania ludzi. To najpewniej stąd tak ochoczo Japończycy zdecydowali się porzucić swoich pupili bez większych protestów.

Wyspa psów (6)
Źródło: filmweb.pl

Choć, skoro o przeciwdziałaniu mowa, wciąż znalazły się niewielkie grupy chcące na różne sposoby zatrzymać radykalne działania Kobayashiego. Naukowcy usilnie zaczęli szukać skutecznego leku na psią grypę, młodzież doszukiwać się spiskowych teorii (wśród nich jest Tracy Walker – Amerykanka z wymiany studenckiej, która w całości odgrywa bardzo ważną rolę), a przede wszystkim dwunastoletni Atari. Tak, mi również jego imię od razu skojarzyło się z popularnymi w latach osiemdziesiątych konsolami.

Chłopiec, wbrew wszelkim zakazom i wrogim nastawieniom wobec czworonogów odizolowanych na wyspie, udaje się na nią, aby odnaleźć swojego ukochanego psa-ochroniarza. Ten, o imieniu Spots, został wysłany na byłe śmietnisko jako pierwszy ze wszystkich zwierzaków. Spowodowane było to tym, że przed przypieczętowaniem ustawy był pupilem samego Burmistrza, a zarazem (i przede wszystkim) małego Atariego, który jest z politykiem spokrewniony. Jak dobrze wiemy, więź dzieci z czworonogami jest niebywale silna, co w tym przypadku doskonale obrazuje desperacki ruch młodzieńca.

Wyspa psów (7)
Źródło: filmweb.pl

Nieletni krewny Kobayashiego pomimo małego incydentu trafia na psią wyspę, gdzie natrafia na piątkę psików, które w filmie odgrywają wiodące role. Chief, Rex, King, Boss i Duke (w polskiej wersji z przetłumaczonymi imionami, choć nie jestem w stanie dokładnie ich przytoczyć, a nie chcę ryzykować drobnymi pomyłkami) są watahą z pewnymi nieporozumieniami w szeregach. Pomimo braku możliwości porozumiewania się z Atarim, szybko załapują w jakim celu chłopiec do nich trafił i ruszają na pomoc w odnalezieniu zagubionego psa.

Tak praktycznie w dużym skrócie przedstawia się pierwszych 15-20 minut seansu, jednak reszty nie będę przytaczać, abyście nie stracili przyjemności z obejrzenia „Wyspy psów” na własne oczy. Niemniej jednak gwarantuję, że warto wybrać się do kina i zobaczyć, jak dalej potoczą się losy głównych postaci oraz jak rozwiąże się cała napięta i dość kontrowersyjna postawa ludzi wobec psów.

Wyspa psów (8)
Źródło: filmweb.pl

Napisać mogę ogólnikowo, że fabularnie nie zobaczymy tutaj żadnych rewolucji i nowości. Jak w zdecydowanej większości filmów, w „Wyspie psów” śledzimy potyczkę między tymi nielicznymi reprezentującymi dobre i słuszne wartości a tymi, którzy prawnie dzierżą władzę i chcą wykorzystać ją do swoich indywidualnych celów. Jest to dobrze znana nam od lat koncepcja walki Dawida z Goliatem, jednak przyznać trzeba, że od równie długiego czasu świetnie sprawdza się na kinowych ekranach i lubimy oglądać, jak potencjalnie słabsi i bezbronni (będący nam bliżsi) postanawiają zawalczyć w imię dobra.

„Wyspa psów”, choć jest w stu procentach produkcją animowaną, nie zawodzi również na linii obsadowej. Swoich głosów postaciom użyczają liczni świetnie nam znani aktorzy prosto z Hollywood. Usłyszeć jest nam dane między innymi Edwarda Nortona („Podziemny krąg”, „The Incredible Hulk”), Billa Murraya („Dzień świstaka”, „Pogromcy duchów”), Jeffa Goldbluma („Jurassic Park”, „Thor: Ragnarok”), Frances McDormand (tegoroczną zdobywczynię Oscara za rolę pierwszoplanową w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri”), czy też Scarlett Johansson („Lucy”, „Avengers”). Ba, nieco linijek wypowie również Yoko Ono – żona samego Johna Lennona, która w filmie dubbinguje postać nazwaną jej imieniem. Cóż, wymieniać można by jeszcze dłużej, bo to chyba zaledwie połowa nazwisk, które najbardziej rzuciły mi się w oczy, a gdzie tu dopiero przytaczać pełną obsadę głosów.

Wyspa psów (9)
Źródło: abcnews.go.com

W każdym razie, jak da się wyczytać, w projekt Wesa Andersona zaangażowało się wielu znakomitych współczesnych aktorów, którzy na stałe zapisali się na kartach historii kina, a teraz do swoich dokonań dołożyli jeszcze cegiełkę z tak wyjątkowej i niezwykłej animacji.

Oprócz wspomnianej charakterystycznej stylistyce, interesującej fabule osadzonej w Japonii z niedalekiej przyszłości oraz gwiazdorskiej obsadzie użyczającej swoich głosów, „Wyspa psów” wybija się wysoko również dzięki świetnemu klimatowi, który panuje od początku aż do końca obrazu. A przez koniec rozumiem ostatnie sekundy napisów, bo również i podczas nich usłyszeć możemy znamienną dla japońskiej kultury muzykę, która na różne sposoby przewija się przez rozmaite sekwencje filmu. Ścieżka dźwiękowa wprowadza nas natychmiastowo do azjatyckiego świata, który pozostaje dla nas dość egzotyczny, ale zarazem interesujący i zachęcający do odkrycia.

Najnowszy projekt Wesa Andersona, na który przyszło czekać nam cztery lata, kompletnie nie zawodzi. Wypowiadają się o nim pozytywnie krytycy i recenzenci na całym świecie, a sami widzowie odwiedzający kina nie skąpią słów uznania. Nie wiem, jak długo „Wyspa psów” będzie wyświetlana w naszym kraju (w końcu nie jest to przynoszący zniewalające dochody blockbuster), ale jestem przekonany co do jednego. Wykorzystajcie fakt, że film miał swoją premierę zaledwie parę dni temu i zobaczcie go jak najszybciej, póki jest okazja. Żałować na pewno nie będzie, bo „Isle of Dogs” jest animowanym doznaniem, który nie często pojawia się w repertuarach powszechnie dostępnych multipleksów.

Moja ocena: 9/10

„Player One” – recenzja: Wirtualny skok w popkulturę

Wszystkim tym, którzy zastanawiają się nad odwiedzeniem kina ze względu na nowy film Stevena Spielberga, mówię od razu – idźcie. Naprawdę warto! Nie myślcie o tym więcej i najlepiej już teraz rezerwujcie bilety. Nawet jeśli „Player One” nie zachwyci Was tak samo, jak mnie, to na pewno będzie to doświadczenie warte wydania swoich pieniędzy i zobaczenia go na wielkim ekranie. Tak bardzo widowiskowe produkcje nie są wyświetlane zbyt często.

Player One - 1
Źródło: thepopbreak.com

Wiem, można odnieść inne wrażenie, gdy żyje się w czasach popularności komiksowych ekranizacji, fascynacji science-fiction i motywami futurystycznymi, ale jednak nie każdy film tego typu prezentuje aż tak wysoki poziom. A „Player One” jest ewenementem co najmniej ze względu na oprawę wizualną i dźwiękową. Strona techniczna wiesza poprzeczkę niezwykle wysoko, o czym warto przekonać się na własnej skórze.

Zacznijmy od postaw, czyli tego, skąd narodził się pomysł na obraz pochłaniający przy realizacji tak ogromne pieniądze. Ogromne, bo kosztował twórców aż 175 milionów dolarów. Jak okazuje się podczas seansu – fundusz ten nie poszedł na marne, bo od razu widać, dlaczego projekt wymagał aż tak zawrotnej sumy.

Player One - 2
Tak będzie wyglądał nasz świat, gdy my uciekać będziemy do wirtualnej rzeczywistości?
Źródło: filmweb.pl

Wszystko zaczęło się od bestsellerowej powieści autorstwa Ernesta Cline’a z 2011 roku. Ten literacki debiut amerykańskiego pisarza w mgnieniu oka stał się jedną z najlepiej sprzedających się książek o tematyce science-fiction i chyba tylko kwestią czasu było wykupienie praw do ekranizacji przez jakiegoś kinematograficznego molocha. Okazało się nim Warner Bros. Entertainment, które we współpracy z znakomitymi osobowościami świata filmowego, stworzyło naprawdę solidną i widowiskową produkcję.

Pieczę nad projektem objął wspomniany już Steven Spielberg, którego filmy znane są chyba wszystkim. Kultowy dorobek w postaci między innymi „Szeregowca Ryana”, „Listy Schindlera” i „Jurassic Park” musiał zaowocować wielkimi nadziejami wśród kinomanów. Opracowaniem scenariusza zajął się sam autor powieści, którego dzielnie wspierał Zak Penn – scenarzysta głównie komiksowych produkcji, jak „X-Men: Ostatni bastion” lub „The Incredible Hulk”. Także skoro wśród twórców znaleźli się wybitny reżyser i pisarz odpowiedzialny za bestseller sprzed kilku lat, to jak mogło pójść coś nie tak?

Player One - 3
Wirtualny świat OASIS to miejsce ucieczki od szarej codzienności.
Źródło: filmweb.pl

Ostatecznie okazuje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pod warunkiem, że na „Player One” udajemy się z odpowiednim nastawieniem. Chcąc rozerwać się przy efektownym filmie na wielkim ekranie, który będzie jak miód na nasze oczy i uszy. Spielberg tym filmem pokazuje, że nie zamyka się w sztywnych ramach i gotowy jest podjąć się różnej tematyki oraz tonu w swoich produkcjach. Jego obrazy stają się kultowe, niekiedy wyznaczają nowe ścieżki kultury popularnej, a jeszcze kiedy indziej korzystają z największych dogodności współczesnej technologii i robią wrażenie „wow”. Jego najnowszy film z pewnością idealnie wpasowuje się do trzeciej kategorii, a co do dwóch pierwszych – dopiero czas pokaże.

Zaczynam od audiowizualnych aspektów, bo te z pewnością najbardziej przebijają się przez wszystkie inne składowe filmu. CGI wykorzystane w „Player One” jest prawdopodobnie tym, na co obecnie maksymalnie stać twórców filmowych. Wyciśnięto z niego wszystkie możliwe soki, dzięki czemu ekran ocieka wygenerowanymi komputerowo elementami, które, jakby nie patrzeć, niemal w całości tworzą świat przedstawiony. Są tak skrupulatnie dopieszczone i jest ich tak dużo, że nic dziwnego, że produkcji pochłonęła aż taki budżet.

Player One - 4
Już pierwsze sceny „Player One” pokazują, na co poszła lwia część funduszu.
Źródło: filmweb.pl

Jednym może się to nie spodobać, a drugich zachwycać. Ja jestem wśród tych oczarowanych widzów, którzy większość seansu spędzili wbici w fotel ze szczęką na podłodze. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zaawansowanego i wyśmienicie wykorzystującego swoje możliwości CGI. A trzeba zaznaczyć, że takie jego użycie było koniecznie. Bez niego ten film po prostu nie mógłby istnieć.

Fabularnie „Player One” znacząco się nie wyróżnia. Co prawda przedstawia nam przyszłościowy świat, który wygląda zupełnie inaczej niż nasz obecny, ale wyłuskując z tego wszystkiego główne wątki, łatwo spostrzec, że to dość prosta i oklepana historia. Dostajemy zwykłego, przeciętnego i mało znaczącego w całym społeczeństwie protagonistę, który wraz z wąską grupą znajomych (poznanych wirtualnie) chce, jak wszyscy, wciąż udział w wielkim konkursie zapewniającym zwycięzcy dozgonną sławę i fortunę. Zaczyna jako zwykły szarak, jednak wraz z każdym kolejnym powodzeniem staje się coraz bardziej rozpoznawalny nie tylko przez współgraczy nierzeczywistego świata gier, ale i liczące się osobowości oraz korporacje chcące zagarnięcia jak największych wpływów na rynku technologicznym. A najwięcej pozostawia ich po sobie zmarły twórca OASIS – rewolucyjnego oprogramowania, które pozwala na wsiąknięcie do wirtualnej rzeczywistości, gdzie żaden człowiek nie ma limitów. I tak się składa, że to właśnie on jest organizatorem owego konkursu, a główną nagrodą jest przejęcie jego dorobku.

Player One - 5
Zakładasz gogle i już stajesz się swoim „lepszym” alter ego.
Źródło: filmweb.pl

Tak więc fabuła opiera się na klarownym wyselekcjonowaniu tych dobrych i tych złych, którzy chcą nawzajem powstrzymać się przed zagarnięciem wartościowego celu. Jedni najpierw dla dobra własnego (głównie finansowego) a później ogółu społeczeństwa, a drudzy wyłącznie dla czystych zysków i zdobycia monopolu na rynku.

Ten prosty motyw fabularny jest jednak wzbogacony o ogromnych rozmiarów wydmuszkę w postaci komputerowo wygenerowanego świata wirtualnego (choć temu realnemu z lat 40. obecnego wieku też nie brakuje CGI) oraz fantastycznych efektów specjalnych, które go dopełniają. W tym wypadku zanika gdzieś mieszane odczucie co do mało pomysłowej historii i po prostu zostajemy wciągnięciu do wytworzonego uniwersum niczym jego bohaterowie, gdy zakładają gogle OASIS. Film, krótko mówiąc, porywa, ciekawi i intryguje przede wszystkim tym, że nie wiadomo co za moment zobaczymy na ekranie, a spodziewać można się wszystkiego.

Player One - 6
Mająca potężne pieniądze korporacja IOI chce za wszelką cenę zwyciężyć.
Źródło: filmweb.pl

Łączny czas trwania „Player One” zdecydowanie przekracza dwie godziny emocjonującego i widowiskowego seansu, jednak nie będzie to żadną przeszkodą do wysiedzenia do samego końca, z czym można mieć w niektórych przypadkach problemy. Tutaj wsiąkamy do świata bohaterów z taką łatwością, że nim się obejrzymy, nadejdzie już kulminacyjna akcja, a zaraz po niej napisy końcowe. Gwarantuję, że wyjdziecie wówczas z kina z niedosytem, ale i spełnieniem jednocześnie.

Właśnie, jak mają się sprawy z postaciami? Jest to o tyle ciekawa kwestia, że każdego bardziej liczącego się bohatera możemy wyodrębnić na dwa sposoby – jako rzeczywistego oraz jego wykreowany awatar w wirtualnym świecie OASIS. Większości akcji filmu odbywa się właśnie w tej drugiej rzeczywistości, co świadczy o silnym nacisku kładzionym w tym uniwersum na wygenerowaną fikcję. Większość społeczeństwa posiada swoje drugie, „lepsze” ja w wirtualu, niedostrzegającym tym samym problemów, z którymi boryka się prawdziwy świat.

Player One - 7
W OASIS możesz być kim tylko chcesz!
Źródło: filmweb.pl

Często jednak przeskakujemy między jedną rzeczywistością a drugą, dzięki czemu odpowiednio poznajemy oba wcielenia każdego z bohaterów. Protagonistą historii jest Wade Watts, który godzinami przesiaduje w OASIS uciekając do codziennych trudów. W wirtualnym świecie cechuje się zawziętością i pewnością siebie, co sprawia, że faktycznie wierzy w zwycięstwo w konkursie zmarłego założyciela aplikacji. Z czasem poznajemy i innych graczy, którzy towarzyszą awatorowi Wade’a – Perzivalowi, w dążeniu do celu. Wśród nich wyróżniają się przede wszystkim do pewnego czasu tajemnicza Art3mis oraz najlepszy wirtualny przyjaciel protagonisty ukrywający się pod nickiem Aech. Po drugiej stronie barykady stoi zaś właściciel drugiej, zaraz po OASIS, największej firmy na rynku technologicznym – Nolan Sorrento. Zwycięstwo w konkursie jest dla niego niebagatelną okazją na zagarniecie cennych wpływów dla własnej korporacji.

Player One - 8
Wirtualna randka? Czemu nie. Na taką udają się Perzival i Art3mis – awatary głównych bohaterów filmu.
Źródło: filmweb.pl

Co do tych, jak i pozostałych kreacji, trzeba przyznać, że rozpisane są dość pobieżnie i powierzchownie. Niektóre cechy postaci są zbyt szablonowe lub nierealnie uwydatniane bądź idealizowane. To samo dotyczy ich wyglądów, pochodzenia lub codziennych kwestii, które w rzeczywistości nie mogłoby być tak proste i czarno-białe, jak przedstawia to film. Szukając dogłębnie rozpisanych profili bohaterów „Player One”, należałoby przede wszystkim sięgnąć po książkowy pierwowzór, bo najwidoczniej nie starczyło na to czasu w ekranizacji, a zarazem prawdopodobnie miałoby to zbyt małe znaczenie dla całego obrazu i odbioru przez widzów. Czasem należy z czegoś zrezygnować, aby zapewnić odpowiednią ilość miejsca dla priorytetów.

Nie ma jednak najmniejszych problemów z zaakceptowaniem postaci takimi, jakie są. Tych, których mamy polubić, szybko polubimy, a tym drugim jeszcze prędzej zaczniemy źle wróżyć. Również może to świadczyć o spłyceniu psychologicznej i ludzkiej strony filmu, jednak w produkcji, gdzie najważniejsza jest rozrywka i doznania płynące z ekranu, nie warto doszukiwać się głębi rodem z takich kultowych obrazów, jak „Milczenie” lub „Czarny łabędź”, które stoją mentalnością i charakterami bohaterów.

Player One - 9
Wade, na swoje szczęście, nie będzie musiał działać w pojedynkę.
Źródło: filmweb.pl

Na koniec to, o czym w przypadku „Player One” mówiło się, mówi i jeszcze długo będzie mówić, a więc bogactwo nawiązań do mniej lub bardziej współczesnej kultury popularnej. Już w samej fabule filmu ogromne znacznie ma termin „easter egg” oznaczający ukryte lub jawne odwołanie do konkretnych tworów masowych. A tego typu mrugnięć okiem do widza jest w filmie na pęczki. Niektóre wyeksponowane są aż nadto, jak na przykład ukazujące się na ekranie znane postacie z kreskówek lub gier komputerowych, albo gdy zostajemy wrzuceni do scenografii niemal żywcem wyjętej z kultowego „Lśnienia” z 1980 roku. Za to jeszcze więcej smaczków pozostaje na drugim a nawet trzecim planie, przez co często niemożliwe jest, aby wychwycić je wszystkie. „Player One” to skarbiec nawiązań do kultury, w której obecnie żyjemy, na tak ogromną skalę, jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyliście.

Player One - 10
Już w tym jednym ujęciu znajdzie się niezliczone nawiązania do popkultury.
Źródło: filmweb.pl

Oprócz wizualnych hołdów dla popularnych elementów współczesnej rozrywki, zapewniono nam także świetną oprawę muzyczną. Oczywiście usłyszymy dźwięki specjalnie skomponowane lub przerobione na rzecz filmu, jednak nieraz do naszych uszu dotrą kultowe utwory sprzed lat. I choć „Player One” osadzony jest w 2045 roku, to jak słychać – dobra muzyka nigdy się nie starzeje i obroni się w każdych realiach. Nawet w takich, gdzie prym wiedzie nowoczesna technologia i postępowość. Przykładami mogą być „Beds Are Burning” od Midnight Oil lub „Wake Me Up Before You Go-Go” zespołu Wham!.

Cały ten popkulturalny ukłon jest tym, czego naprawdę było potrzeba wszystkim miłośnikom rozrywki. Kinomanom, fanom muzyki, graczom, czy też molom książkowym. „Player One” oferuje nam dużo dobroci, które uszczęśliwią nasze oczy, uszy i duszę. A całą tę geekowską oprawę łączy z najbardziej zaawansowanymi możliwościami realizacyjnymi we współczesnej kinematografii oraz fabułą, o której zdania można mieć różne, ale na pewno trzeba przyznać, że wciąga i angażuje emocjonalnie.

Player One - 11
Kto stanie się spadkobiercą OASIS?
Źródło: filmweb.pl

Najnowszy projekt Stevena Spielberga po prostu mnie urzekł. Ze względu na postacie lub historię raczej nie zostanie okrzyknięty kultowym, ale zdecydowanie zapisze się jako rewolucyjny film w kategoriach wizualnych i dźwiękowych. To właśnie przepych bijący z ekranu i głośników jest tym, co definiuje „Player One”.

Moja ocena: 9/10

„Coco” – O rodzinie, muzyce i przemijaniu grając na emocjach

Znowu to zrobili. Nie jest niczym zaskakującym, że każda kolejna pozycja wywodząca się spod skrzydeł amerykańskiego studia Pixar jest niecierpliwie wyczekiwana przez fanów form animowanych oraz znawców bądź miłośników kina wszelako rozumianego. Zadziałała na to wieloletnia reputacja wytwórni, która słynie ze staranności i dopieszczania każdego ze swoich dzieł. I choć sceptycy mogli przypuszczać, że fenomenalne początki z „Toy Story”, „Dawno temu w trawie” lub „Potworami i spółką” były tylko debiutancką skrupulatnością nowicjuszy wśród światowych wytwórni, to teraz po latach chyba nikt nie ma wątpliwości, że na Pixara zawsze można liczyć, bo jeśli nawet poprzeczki nie podniesie, to z pewnością ją wyrówna.

Coco - Recenzja

Nie da się również pominąć faktu, że Pixar od lat wchodzi w skład giganta, jakim jest Disney. Oczywiste jest więc, że nie są już na tyle niezależni, co wcześniej. Mimo to wciąż czuć w ich projektach tego wyjątkowego ducha, który obecny był nawet kilkanaście lat temu, gdy studio nabierało tempa. Ostatnio zauważalne są powroty do stałych tytułów w postaci kontynuacji. Rok temu dostaliśmy „Gdzie jest Dory?”, w czerwcu „Auta 3”, a na horyzoncie jest nawet druga część „Iniemamocnych”. Jednak całe szczęście, że Pixar wciąż próbuje czegoś nowego, aby nie przyszyć sobie nowej łatki tak zwanych odgrzewaczy kotletów. Ich „W głowie się nie mieści” było przyjęte co najmniej świetnie, a teraz przyszła kolej na kolejny powiew świeżości, czyli bardzo długo wyczekiwane i bogato promowane „Coco„.

Ale czy na pewno tyle w tym nowości? Od czasu zapowiedzenia projektu, a już na pewno od momentu określenia głównej fabuły filmu, pojawiają się kinomani podchodzący do niego ze sporym dystansem. Sugerowali, jak i sugerują nadal, że „Coco” jest inspirowane powstałą trzy lata temu „Księgą życia” – animacją osadzoną w dosłownie tych samych realiach czasu i miejsca. Takie zarzuty (czasem jedynie lekkie, a niekiedy naprawdę poważne) są o tyle nieprzychylne dla Pixara, że ów „Book of Life” cieszyło się wielkim uznaniem widzów. Jednak jej problem tkwił w tym, że nie został nakręcony przez Disneya. A co za tym idzie – nie był na tyle popularny, aby trafić do dużo szerszego grona odbiorców.

Inaczej jest z „Coco”, które nagłaśniane jest od dobrych kilkunastu miesięcy i jestem pewien, że szturmem będzie podbijać najróżniejsze rankingi popularności. Ustosunkowując się jeszcze do wspomnianego podobieństwa do „Księgi życia” muszę zaznaczyć, że oba filmy różnią się diametralnie. Łączy je ze sobą to, że oba mają miejsce podczas meksykańskiego święta zmarłych, a główny bohater jest zafascynowany muzyką. Poza tym fabuły obu produkcji odbiegają od siebie na wiele sposobów co pokazuje, że nie powinno się bazować swojej opinii wyłącznie na pierwszym wrażeniu wywołanym przez zwiastuny. Szkoda tylko, że do niektórych ten morał nie dotrze, bo naprawdę nie warto stawiać jeden obraz obok drugiego i na podstawie ich różnic oraz podobieństw kreować swoje zdanie.

Coco - Dzień zmarłych
Akcja filmu odbywa się podczas meksykańskiego dnia zmarłych.
Źródło: filmweb.pl

Podoba mi się praktyka Disneya, która od kilku lat jest zauważalna coraz bardziej. Korporacja nie boi się podejmowania najróżniejszej tematyki. Jej pozycja jest już na tyle utarta i stabilna, a sympatię widzów zdobyli już tak dawno temu, że nie mają chyba czego się obawiać. Co najwyżej wyników finansowych słabszych niż zakładano, ale i to nie jest dla nich strzałem w kolano. Dążę do tego, że w „Coco” sięgnięto po typowo meksykański obyczaj, który raczej nie jest praktykowany u innych narodowości. Owszem, samo święto zmarłych (lub wszystkich świętych, co jednak jest tym samym) obchodzi się w wielu krajach na całym świecie, jednak chyba nigdzie choć w połowie nie przypomina wyjątkowości tradycji z Ameryki Środkowej.

Dia de Muertos, jak to w ich kulturze nazywane jest owe święto wypadające na przełom pierwszego i drugiego dnia listopada, charakteryzuje się biesiadnym, pozytywnym i radosnym podejściem do zagadnień życia pośmiertnego bliskich. Tak jak między innymi w Polsce opłakuje się tych, którzy odeszli z naszego świata, tak w Meksyku uważa się, że zyskali oni drugie, lepsze wcielenia w świecie niewidocznym dla wciąż żyjących osób. Tymczasem sądzi się, że zmarli zawsze są obecni pośród nich, a już w szczególności tego wyjątkowego dnia, gdy podczas wizyt na cmentarzach i organizowanych fiest wspomina się nieobecnych już członków rodzin.

Coco - Zmarli
Według wierzeń, po śmierci nasi bliscy otrzymują drugie życie w zaświatach.
Źródło: filmweb.pl

Więcej o samym wyglądzie Dia de Muertos dowiecie się podczas seansu, jako że Pixar postanowił położyć spory nacisk na autentyczności wykreowanego świata. Nie ma wątpliwości, że zostajemy wrzuceni do Meksyku z początku listopada. Wszyscy przygotowują się do wielkiego świętowania, a wokół czuć wyjątkowy klimat, który nam samym (widzom) jest bardzo obcy. Nie znamy takiego podejścia do dnia wszystkich świętych, co tym bardziej zwiększa ciekawość wobec tego, co zobaczymy na ekranie. Z tego co udało mi się wyczytać w internecie jakiś czas temu – Meksykanie chwalą sobie „Coco” za autentyczny stosunek do święta. Choć w filmie nie brakuje magii, czy też lekkich wyolbrzymień lub przerysowań, to postarano się o zachowanie głównych aspektów meksykańskich tradycji, które i my mamy okazję poznać zupełnie od zera, przy czym nie towarzyszy uczucie odmienność tamtych realiów. Wręcz szybko zaaklimatyzujemy się z tym sposobem świętowania, który między innymi na mnie robi potężnie pozytywne wrażenie.

Mając za fundament tak wyjątkowe święto, jakim jest Dia de Muertos, studio mogło popisać się kreatywną i niebanalną historią w sam raz do opowiedzenia na wielkim ekranie przy wykorzystaniu techniki animacji. I tak też uczyniono, a że za sam projekt zabrał się niezastąpiony Pixar, można było spać spokojnie na długo przed premiera. Teraz, gdy obraz jest już wyświetlany w kinach, wszyscy pozostali sceptycy mogą odetchnąć z ulgą. Fabuła jest tak świetnie zarysowana, wciągająca i niegłupia, że pod tym względem spełniony powinien być każdy widz. Nawet, jeśli nie jesteście wielbicielami animacji, to i tak z pewnością docenicie pomysłowość i kontrolowaną fantazję scenarzystów.

Coco - Świat zmarłych
Tak wygląda świat po drugiej stronie.
Źródło: filmweb.pl

Zdecydowanym głównym motywem fabularnym jest rodzina. To ta grupa społeczna tworzy tutaj najbardziej uwydatniony aspekt filmu, do którego odnosi się niemal wszystko to, co śledzimy w trakcie seansu. Więzi między członkami familii są skrupulatnie i nienagannie zarysowywane, a samych postaci jest na tyle dużo, że nie mamy wątpliwości co do istotności każdej formy pokrewieństwa. Rodzeństwo, rodzice, ciotki, wujkowie, babcie, dziadkowie i pradziadkowie. Przedstawione zostaje nam bogate drzewo genealogiczne pewnej meksykańskiej rodzinki, które będzie miało potężne znaczenie dla całości fabuły. Jednak nie bójcie się, że trudno będzie Wam nadążyć za rozpoznawaniem pokrewieństw animowanych bohaterów. Twórcy rozsądnie rozłożyli wszystko w czasie na tyle, abyśmy stopniowo zaznajamiali się z każdą postacią, by później mieć co najmniej wystarczające rozeznanie w rodzinnym aspekcie filmu.

Na ekranie pojawiają się obecni członkowie rody Riverów, jak i ci, którzy odeszli już z ludzkiego światka. Każdy z nich zachowuje jednak bardzo autentyczne i przyjazne dla widza walory, które sprawiają, że darzymy sympatią prawdopodobnie wszystkich. Wiadomo, niektórzy muszą stawać na drodze głównemu bohaterowi, jakim jest młody chłopiec Miguel, aby jakoś nakręcać całą fabułę, ale wciąż w myślach ma się to, że wszyscy postępują zgodnie z własnym sumieniem, poglądami i podejściami do danych spraw. Niektórzy sensownie, inni wcale, ale przynajmniej jeszcze lepiej świadczy to o ludzkich cechach filmowych postaci.

Coco - Bohaterowie
Film jest pełen barwnych bohaterów. Każdy ma w sobie coś indywidualnego.
Źródło: filmweb.pl

Co pewien czas zaznaczam, że odpowiedzialna za film jest wytwórnia Pixar i nie robię tego bez żadnego powodu. W „Coco” czuć ducha tego studia, co przejawia się na wiele sposobów. Jednym z nich, który wyraźnie odczułem podczas seansu, jest wyjątkowe i cenione dojrzałe podejście wobec animacji. Cechę tę można odnaleźć w każdym tytule wyprodukowanym przez Amerykanów. W tym przypadku jest niezmiennie, a być może nawet jeszcze bardziej uwydatniono ten wyróżnik. Niestety, ale w dzisiejszych czasach nadal panuje pewne przekonanie, że jeśli mowa jest o filmie animowanym, to z pewnością został skierowany do najmłodszych. Tymczasem kino od lat pokazuje, że jest to kompletna nieprawda i skrupulatnie otwiera się na dorosłych widzów łącząc kwestie typowo ukierunkowane na dzieci i młodzież z takimi, z którymi utożsamiać się będą osoby bardziej dojrzałe.

Stąd też próżno szukać w „Coco” dziecinnej naiwności oraz słodkiego lukrowania w scenariuszu w taki sposób, aby wszystko było dobre, radosne i kolorowe. Może bije się to z wizualną stroną filmu, jako że on sam w sobie jest pełen barw, ale dokładniej rozchodzi mi się o same wydarzenia i relacje międzyludzkie. Produkcja nie szczędzi sobie w pewnych momentach na brutalności (szczególnie w związku z pewnym zwrotem akcji w późniejszej fazie filmu) oraz odnoszeniu się do nie lada niekomfortowego zjawiska śmierci i zapomnienia. Takie podejście po części wymusza sama tematyka przewodnia filmu, a więc meksykańska forma dnia zmarłych, ale twórcy postanowili do cna wykorzystać nadarzająca się okazję do rozprawienia się z motywem umierania. I jak tu nadal sądzić, że współczesne wysokobudżetowe animacje są wyłącznie dla dzieci?

Coco - Rodzina
Najważniejszą wartością filmu jest rodzina. Nawet ta, której już z nami nie ma.
Źródło: filmweb.pl

Jeśli potrzeba jakichś dowodów, to o otwieraniu się na dorosłego widza świadczyć mogą między innymi osoby pełnoletnie coraz liczniej przybywające do kin. Będąc na sobotnim seansie „Coco” zauważyłem, że większą część sali zapełnili nie najmłodsi, lecz co najmniej dwudziestolatkowie i starsi. Nie wiem, co Wy o tym sądzicie, ale mnie zaistniałe zjawisko jak najbardziej cieszy, bo sam nieprędko zamierzam zrezygnować z czynnego oglądania animacji.

Zaznaczając raz jeszcze, Pixar robi w „Coco” to, z czego najbardziej jest znany. Skupia się na emocjonalnej płaszczyźnie filmu w taki sposób, aby wywołać w widzach konkretne emocje w konkretnych chwilach. I robi to perfekcyjnie, bo podczas seansu nieraz da się odczuć płynnie zmieniające się nastroje. Od szczęścia spowodowanego uśmiechem na twarzy głównego bohatera poprzez uronienie łez, gdy uwydatniany zostaje motyw życia i śmierci bliskich osób. Później zaś przychodzi moment na wybuchnięcie śmiechem, gdy kilka sekund kradnie Bogu ducha winny psiak Dante, aby później móc ponownie wprowadzić ogólnie panujący smutny nastrój. Dlatego pamiętajcie, że wybierając się do kina na jakikolwiek film Pixara, nie można liczyć na odprężający relaks w wygodnych fotelach przy wygaszonym świetle. Zostaniecie wyciśnięciu do cna z drzemiących w Was uczuciach, chyba że postanowicie nie zainteresować się wydarzeniami na ekranie.

Podobno i takie osoby przychodzą do kina…

Coco - Kolory
Produkcję zrealizowano z największą dokładnością i starannością. Robi wrażenie!
Źródło: filmweb.pl

Osobiście nie mogę wyjść z podziwu, jak piękną animacją jest „Coco”. I nie piszę już teraz o wzruszającej fabule ani naturalnie wykreowanych bohaterach, lecz samej technice i jakości wykonania. Wizualnie film jest dopieszczony do granic możliwości. Oczy zachwycają się każdym kadrem, a już w szczególności tymi w równoległym świecie zmarłych. Cudowna kolorystyka, dbałość o najmniejsze detale i rozmach, z jakim postanowiono zrealizować prawie dwugodzinny obraz, stoją na najwyższym możliwym poziomie, a ja nie przypominam sobie, aby któraś z animacji ostatnich lat mogła konkurować w tej kategorii.

Kawał porządnej roboty leży także po stronie ścieżki dźwiękowej, która (co oczywiste) garściami czerpie z kultury meksykańskiej. Pełno tutaj charakterystycznego brzdękania na gitarach lub skrzypcach, czy też dmuchania w trąbki, które są typowe dla słynnych na cały świat mariachi. Dźwięki te wzbogacane są oczywiście o adekwatne do wydarzeń, ale i sprawdzające się również indywidualnie, wokale wykonywane przez kilku głównych bohaterów. Nierzadko można docenić ich niebanalność i głębokość, które być może sprawią, że niektóre utwory zapiszą się w historii muzyki filmowej na dużo dłużej niż kilka tygodni bądź miesięcy, podczas których emitowany będzie film.

Coco - Muzyka
Zamiłowanie młodego Miguela do muzyki jest niezmierzone.
Źródło: filmweb.pl

Na koniec chciałbym jeszcze postawić ogromnego plusa przy polskiej wersji językowej. Nie od dziś wiadomo, że nasz krajowy dubbing stoi na naprawdę wysokim poziomie z pewnym zastrzeżeniem – wyłącznie w animacjach. „Coco” świetnie pokazuje, że aktorzy głosowi odgrywają świetną robotę, gdy rozchodzi się o użyczenie swojego brzmienia komputerowo wygenerowanym postaciom. Jednak oprócz dobrze poprowadzonych dialogów, fenomenalnie poradzono sobie z tłumaczeniami i polskimi wykonaniami licznych piosenek wchodzących w skład filmu. Brzmią przyjemnie dla uszu i z łatwością rozumie się wyśpiewane teksty. Co nie zawsze jest sprawą oczywistą, bo spokojnie można by znaleźć kilka przykładów na nieprofesjonalne podejście do sprawy.

Jednak na mnie ogromne wrażenie zrobiły polskie tłumaczenia napisów w samej warstwie wizualnej produkcji. Niesamowite jest to, że jeszcze jakiś czas temu teksty wygenerowane w animowanym świecie były nie do ruszenia i musieliśmy się zadowalać biało-czarną transkrypcją u dołu ekranu. Teraz aspekt ten (dla wielu pewnie niezbyt istotny, w przeciwieństwie do mnie) poszedł daleko do przodu i nawet wmieszane w otoczenie napisy mogą być przemienione z oryginalnego angielskiego na nasz polski. Byłem pod wrażeniem! Podobno trzeba cieszyć się z drobnych rzeczy 😉

Coco - Miguel
Miguel dostanie cenną lekcję życiowych wartości.
Źródło: filmweb.pl

Jako wielbiciel animacji jestem zobligowany stwierdzić, że „Coco” to obraz tak dobry, jak mało który dotąd powstały. Nie potrafię spojrzeć na niego obiektywnym okiem widza przeciętnie podchodzącego do tego gatunku. Jestem jednak pewien, że jeśli zastanawiacie się, czy warto poświęcić dwie godziny swojego wolnego czasu akurat na ten tytuł, to zdecydowanie powinniście już teraz zakupić bilety i ruszać. Bowiem jeśli „Coco” nie przypadnie komuś do gustu, to jeszcze długo przyjdzie poczekać na produkcję na wyższym poziomie.

Moja ocena: 9/10