„Jak wytresować smoka 3” – Dość przewidywalne, ale ściskające za serce zakończenie historii

Szybką opinię na Filmwebie tuż po seansie ostatniej części smoczej trylogii ubrałem następujące słowa: „Top 3 pełnometrażowych animacji: Cała trylogia ‚Jak wytresować smoka’.”. Dla wielu może być to kontrowersyjne stwierdzenie, jako że przez dziesiątki lat powstało mnóstwo filmów animowanych, które do dzisiaj brylują w ścisłej czołówce kinowych pozycji. Szczególnie mam tutaj na myśli disneyowskie perełki pokroju „Króla Lwa”, jak i współczesne fenomeny typu „Kraina lodu” lub „Zwierzogród”. Jednak moje zafascynowanie produkcją DreamWorks nie wzięło się znikąd.

Czytaj dalej „Jak wytresować smoka 3” – Dość przewidywalne, ale ściskające za serce zakończenie historii

„Jurassic World: Upadłe królestwo” – Poskramiając matkę naturę

Dokładnie trzy lata temu miejsce miał wielki powrót najpopularniejszej serii filmowej o dinozaurach w historii kina. Jakiegokolwiek zdania nie miałoby się na ten temat, „Jurassic World” okazał się kasowym przebojem, zajmując obecnie piątą pozycję na liście światowego Box Office’a. Tak imponujący wynik musiał oznaczać jedno – przygotowania do kolejnej odsłony franczyzy. I choć pewnie takie plany mieli w głowach twórcy jeszcze przed rozbiciem banku, finansowy sukces dał ostateczne zielone światło nowej produkcji.

Nie trzeba chyba zbytnio przypominać, że najnowsze filmy z dinozaurami w rolach głównych to kontynuacja kultowej już trylogii wyreżyserowanej przez Stevena Spielberga w latach dziewięćdziesiątych. Jej fenomen wziął się przede wszystkim z widowiskowego podejścia jak na ówczesne czasy, zważywszy też na to, że technologia komputerowa nie stała wtedy na tak wysokim poziomie jak obecnie. „Jurassic Park” zrobił wówczas ogromne wrażenie na widzach z całego świata i do dziś chętnie się do niego powraca. Ale ponad dwie dekady od premiery pierwszej części serii to w kinematografii kawał czasu, jeśli pod uwagę weźmiemy rozwój techniki (a w szczególności lubianego lub nie CGI).

Czytaj dalej „Jurassic World: Upadłe królestwo” – Poskramiając matkę naturę

„Wyspa psów” – Naturalistyczny obraz więzi człowieka z psem

Amerykański reżyser Wes Anderson postanowił nie walczyć z czasem i poświęcił go na zrealizowanie kolejnego filmu tyle, ile tylko było potrzebne. Ostatnia jego produkcja sprzed czterech lat – „Grand Budapest Hotel”, została ozłocona licznymi cennymi nagrodami branży filmowej, jak przede wszystkim czterema Oscarami, w tym za najlepszą muzykę oryginalną oraz kostiumy. Nie dziwi więc fakt, że o Andersonie zrobiło się głośno mimo jego dość kontrastowej działalności.

Wyspa psów (1)
Źródło: filmweb.pl

Skąd takie określenie? Z jednej strony w reżyserii siedzi już względnie długo, bo od 1994 roku, kiedy to zadebiutował z krótkometrażówką „Bottle Rocket”, a po niej przyszła pora na półtoragodzinny obraz obarczony tym samym tytułem. Wynika z tego, że filmami zajmuje się już od dobrych 24 lat, jednak jego dorobek liczy sobie „zaledwie” dwanaście pozycji.

Czytaj dalej „Wyspa psów” – Naturalistyczny obraz więzi człowieka z psem

„Player One” – recenzja: Wirtualny skok w popkulturę

Wszystkim tym, którzy zastanawiają się nad odwiedzeniem kina ze względu na nowy film Stevena Spielberga, mówię od razu – idźcie. Naprawdę warto! Nie myślcie o tym więcej i najlepiej już teraz rezerwujcie bilety. Nawet jeśli „Player One” nie zachwyci Was tak samo, jak mnie, to na pewno będzie to doświadczenie warte wydania swoich pieniędzy i zobaczenia go na wielkim ekranie. Tak bardzo widowiskowe produkcje nie są wyświetlane zbyt często.

Player One - 1
Źródło: thepopbreak.com

Wiem, można odnieść inne wrażenie, gdy żyje się w czasach popularności komiksowych ekranizacji, fascynacji science-fiction i motywami futurystycznymi, ale jednak nie każdy film tego typu prezentuje aż tak wysoki poziom. A „Player One” jest ewenementem co najmniej ze względu na oprawę wizualną i dźwiękową. Strona techniczna wiesza poprzeczkę niezwykle wysoko, o czym warto przekonać się na własnej skórze.

Czytaj dalej „Player One” – recenzja: Wirtualny skok w popkulturę

„Coco” – O rodzinie, muzyce i przemijaniu grając na emocjach

Znowu to zrobili. Nie jest niczym zaskakującym, że każda kolejna pozycja wywodząca się spod skrzydeł amerykańskiego studia Pixar jest niecierpliwie wyczekiwana przez fanów form animowanych oraz znawców bądź miłośników kina wszelako rozumianego. Zadziałała na to wieloletnia reputacja wytwórni, która słynie ze staranności i dopieszczania każdego ze swoich dzieł. I choć sceptycy mogli przypuszczać, że fenomenalne początki z „Toy Story”, „Dawno temu w trawie” lub „Potworami i spółką” były tylko debiutancką skrupulatnością nowicjuszy wśród światowych wytwórni, to teraz po latach chyba nikt nie ma wątpliwości, że na Pixara zawsze można liczyć, bo jeśli nawet poprzeczki nie podniesie, to z pewnością ją wyrówna.

Coco - Recenzja

Nie da się również pominąć faktu, że Pixar od lat wchodzi w skład giganta, jakim jest Disney. Oczywiste jest więc, że nie są już na tyle niezależni, co wcześniej. Mimo to wciąż czuć w ich projektach tego wyjątkowego ducha, który obecny był nawet kilkanaście lat temu, gdy studio nabierało tempa. Ostatnio zauważalne są powroty do stałych tytułów w postaci kontynuacji. Rok temu dostaliśmy „Gdzie jest Dory?”, w czerwcu „Auta 3”, a na horyzoncie jest nawet druga część „Iniemamocnych”. Jednak całe szczęście, że Pixar wciąż próbuje czegoś nowego, aby nie przyszyć sobie nowej łatki tak zwanych odgrzewaczy kotletów. Ich „W głowie się nie mieści” było przyjęte co najmniej świetnie, a teraz przyszła kolej na kolejny powiew świeżości, czyli bardzo długo wyczekiwane i bogato promowane „Coco„.

Czytaj dalej „Coco” – O rodzinie, muzyce i przemijaniu grając na emocjach